Tomek Torres (Afromental)

Dodano: 19.12.2019
Autor: Maciej Nowak

Najnowszy album zespołu Afromental to ciekawy temat do rozmów o bębnach, ich brzmieniu i roli oraz sposobach rejestracji. Tym samym wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom Tomka Torresa, dla którego ważne jest, by jego perkusyjny wysiłek wywoływał emocje.

W muzyce rockowej można mówić wiele na temat tekstów, solówek gitarowych, całego nastroju, jaki panuje na albumie. My oczywiście przyglądamy się bębnom, które w przypadku tej płyty prezentują się bardzo interesująco.

Nie ma też co ukrywać, że Tomek jest pewnego rodzaju łącznikiem między wielką sceną w świetle reflektorów, żeby nie powiedzieć show-biznesem, a naszym zamkniętym, może nawet nieco lekceważonym światem perkusji. Niby jesteśmy na tej samej scenie co wielkie gwiazdy, ale jednak zawsze obok, zawsze z tyłu. Oczywiście nie oznacza to czegoś złego, ponieważ doskonale wiemy, na co się decydujemy i jaka jest nasza rola, jednak czasami pojawia się pytanie, czy da się coś więcej.

Tomek jest jednym z niewielu bębniarzy w Polsce, który wychodzi poza perkusyjny podest. To samo jest z jego Afromental, które obok świetnie skrojonej muzyki doskonale prezentuje się na plakacie, przez co zespół można uznawać za modną markę do autoprezentacji. Można ten stan rzeczy lubić lub nie, ale gdy jest rozmowa na temat polskiego zespołu, który mógłby stanąć ramię w ramię obok popularnych zespołów amerykańskich, to właśnie często pada nazwa Afromental. Dlaczego jednak kapela nie podbiła rynków zachodnich? To już zupełnie inna historia, ale tym bardziej wątpliwe to będzie teraz przy okazji wydania piątej płyty zespołu. Nie jest to wina słabej treści, wręcz przeciwnie. Problem jak zawsze tkwi w języku, a w tym przypadku chłopaki z Afromental zdecydowali się na nagranie całego albumu po polsku.

Naszą uwagę przykuwa tu linia bębnów, która jest niezwykle charakterna i mocno organiczna. Zresztą cała płyta bazuje na groove, którego autorem jest nasz gość. Tomek prezentuje tu nie tylko ciekawe podejście do aranżacji, ale również kilka bardzo interesujących rytmów, które w oparciu o ciemne, piaszczyste brzmienie tworzą bardzo dojrzałą całość. Ale czy wypada w ogóle wskazywać na coś takiego jak dojrzałość gry – w chwili, gdy mamy do czynienia z tak doświadczonym muzykiem? Okazuje się, że Tomek wciąż dokonuje naprawdę wielkich odkryć i tak właśnie było w przypadku płyty Afromental 5.


Fot. Wojtek Koziara

Maciej Nowak: Najnowsza płyta jest bardzo perkusyjna.

Tomek Torres: Starałem się, żeby taka była. Zawsze podczas nagrywania jest taka myśl z tyłu głowy, żeby zostawić ślad po sobie, bo to będzie trwało i zostanie wpisane w rejestr. Żeby zostawić dla innych coś, co nie jest odegraniem, tylko czymś, co daje do myślenia. Koncepcja, która może zostać i być później analizowana, oczywiście w dwie strony, bo jednym może się podobać, a innym nie. Nie chodzi o to, żeby się wszystkim podobało, ale o to, żeby można było o tym później podyskutować.

Gracie tym razem po polsku, co może niektórych zaskoczyć.

Faktycznie, pierwsza płyta po polsku. Minęło pięć lat od ostatniej płyty i zmienił się skład. Po raz pierwszy w historii tego zespołu znaleźliśmy się w punkcie, gdzie każdy z nas chciał grać, każdy z nas chciał coś robić, ale nie wiedzieliśmy za bardzo, z której strony to ugryźć i jak do tego podejść. Dlatego też po raz pierwszy dopuściliśmy osobę z zewnątrz, ale to też była osoba, do której mieliśmy zaufanie. Nie był to jakiś przypadkowy producent wzięty gdzieś tam z wytwórni, tylko była to osoba, która zna się na muzyce, ma dużą wiedzę, ma dużą wrażliwość muzyczną i której najzwyczajniej w świecie zaufaliśmy.

Tak samo na trasie nie może być naszym menadżerem ktoś, kto nas nie zna, on musi nas znać na wylot, żebyśmy mogli być sobą, a on mógł nas ogarnąć. Tak samo było i w tym przypadku przy zatrudnieniu Maćka Wasio. To człowiek, który zna się na muzyce, był też jednocześnie takim głosem rozsądku, ale przede wszystkim głosem, który szanowaliśmy. Jak powiedział, że coś jest źle i trzeba to zmienić, to nasze ego jeszcze 5 lat temu zadziałałoby na zasadzie: „Nie wpier*alaj się w to, co robimy, bo to jest nasze i wypad!”. Teraz było tak, że zastanowiliśmy się i szukaliśmy jakiegoś rozwiązania. Czasami, kiedy nie mieliśmy żadnego pomysłu, to on nam podrzucał coś od siebie, co mogłoby nam się wręcz wydawać niefajne, ale jednak zaufaliśmy mu i w większości przypadków te pomysły były bardzo udane.

Jak rejestrowaliście?

Pojechaliśmy do Kolbud, do Tall Pine Records na pierwszy rzut nagrań. Znaleźliśmy tydzień między koncertami, gdzie siedzieliśmy od niedzieli do piątku. Płytę nagrywaliśmy na dwa razy. Najpierw mieliśmy gotowych pięć piosenek, które regularnie ogrywaliśmy, więc byliśmy w miarę przygotowani do rejestracji. Chcieliśmy nagrywać na setkę, ale odkryliśmy nowy sposób, żeby nagranie zabrzmiało naprawdę z powerem.

BĘBNY NA KONIEC?

NOWATORSKIE PODEJŚCIE DO NAGRYWANIA ŚCIEŻKI PERKUSJI.

„Gdy nagrywam bębny do klasycznego pilota, to pilot mnie zupełnie nie inspiruje i moim zdaniem bębny będą brzmiały niemrawo. Będąc w studio wynaleźliśmy nowy sposób, który mimo, że jest dłuższy w realizacji, dał mi inne podłoże do tego, żeby tworzyć. Nagrywaliśmy wszyscy na setkę, a dokładnie ja rejestrowałem bębny, żeby było wiadomo, jak wygląda forma. Do moich nagranych bębnów dogrywaliśmy na czysto gitarę i bas. Jak te ślady były już zarejestrowane, to wchodziłem ja i do całości nagrywałem właściwe ujęcia bębnów. Dlaczego tak? Jak nagrywamy wszyscy, to każdy się tam w jakiś sposób pilnuje. Na moich bębnach, które służyły jako pilot, nagrywali już na spokojnie na pełnych obrotach. Później usuwaliśmy pierwotne bębny i z tą ich energią gitar dogrywałem swoje partie na pełnym ogniu. Jak nałożyli na moim pilocie kolejne gitary, klawisze i całą resztę, wtedy mogłem poczuć moc. Jak odkryliśmy ten sposób, to z każdym kolejnym numerem powtarzaliśmy schemat.

Reasumując, byłem od samego początku procesu twórczego, ale ostateczne ślady bębnów nagrywałem już nad wszystkim, na końcu. Myślę, że dzięki takiemu zabiegowi płyta robi wrażenie mocno perkusyjnej. Ciężko jest coś zaproponować, ciężko jest się inspirować klikiem. Nie byłem w stanie dać tak dużo z siebie, gdy nagrywałem do jednej gitary i basu, do tego jeszcze bez ukręconych brzmień. Jak zbudowali na mnie całą tę maszynerię, to gdy założyłem słuchawki powiedziałem: „No, to teraz panowie, dajcie mi pograć!”.

 

Wiele piosenek opartych jest na perkusyjnym groove, zagrywce. Jaki był twój wkład w tworzenie piosenek?

Chyba sto procent propozycji kompozycji, przynoszonych na próbę, było autorstwa Barona i np. w przypadku piosenki Gra, nie był to tak punkowy numer, on miał na początku zupełnie inny charakter half-time’owy. Na próbie, gdy zaczynaliśmy go grać, zaproponowałem coś takiego, jak jest teraz na płycie. W przypadku Na pół, jedynej takiej prawdziwej ballady, jaką tu mamy, ten motyw perkusyjny jest zaproponowany właśnie przez Maćka Wasio. Przede wszystkim zrobiliśmy ten numer na jednym śladzie. Zagrałem za jednym razem, a są tam bębny i shakery, ale chcieliśmy osiągnąć ten naturalny efekt, w starym stylu. Bardziej live’owo, rootsowy niż typowe budowanie na kolejnych ujęciach.

W piosence Kłam też była moja propozycja, ale za sugestią Maćka musiałem wyłączyć to, co było u nas zawsze do tej pory obecne, czyli granie cały czas. Wchodził groove i tam był. W Kłam jest dużo pustej przestrzeni, sporo wypełniania. Musieliśmy się też do tego przyzwyczaić, bo zawsze był u nas, na okrągło – wpierdziel! Mocny numer to nabicie i jazda. Maciek uświadomił nam, że jak wchodzisz od razu w forte lub fortissimo, to później są małe możliwości operowania dynamiką i działania przestrzenią. Jego sugestia spowodowała, że trochę odpuściliśmy. Zresztą w ogóle wiele z tych numerów w pierwotnych wersjach było bardzo, bardzo gęste w partiach instrumentalnych, w tym bębnowych. Maciek był trochę jak Rick Rubin, który dostał kiedyś materiał od Kanye Westa, żeby dodać coś, by materiał był zaje*isty. Rick zrobił odwrotnie i powywalał to, to i tamto, i ewentualnie dodał jakiś detal. Typowe „less is more” (śmiech). Stąd się wzięła u nas ta przestrzeń.

Fot. Wojtek Koziara

Nie obawiasz się swojego ciemnego brzmienia z tej płyty na żywo? Że będzie zamulać?

Teraz po trasie już mogę o tym swobodnie mówić. Materiał został nagrany w zeszłym roku i plan wydawniczy był taki, by wydać album w marcu przed rozpoczęciem trasy. No, ale wiele rzeczy nie ułożyło się po drodze i sporo tematów się przeciągnęło. Skończyło się na tym, że zagraliśmy ostatni koncert na trasie 19 września, dzień przed premierą płyty! To wszystko wyszło jednak bardzo fajnie, bo ludzie na początku nie kumali tych numerów, ale ci, co jeżdżą za nami, bardzo szybko się tych piosenek nauczyli i pokochali. Zakończyliśmy trasę i dzień później pojawiła się płyta, więc ludzie poznawali te utwory i na sam koniec trasy dostali na pamiątkę płytę z tym, co było grane na trasie (śmiech). Taka możliwość wzięcia do domu tego, co mieli przez całe wakacje. Myślę, że mało zespołów tak robi. My tego nie zrobiliśmy planowo, wyszło samo z siebie, ale jestem fanem teorii, że nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko się dzieje tak, jak ma się dziać. Zrozumiałem to po premierze tej płyty. Fajnie, wszyscy się rozjechali do domów, tęsknią już, bo następna letnia trasa będzie za rok, ale zostawiamy im taką pamiątkę do słuchania i przenoszenia w czasie do trasy, która była tego lata.

BRZMIENIE

CO SKŁADA SIĘ NA CIEMNE I BRUDNE BRZMIENIE BĘBNÓW NA NAJNOWSZEJ PŁYCIE?

„Zużyte naciągi! Podejście do brzmienia to też kolejna moja rewolucja wewnętrzna. Grałem na secie z werblem i dwoma bębnami. Zawsze moim pierwszym tomem po werblu była 10”, jestem zakochany w dziesiątce, bo jestem z pokolenia, gdzie Dave Weckl nas wszystkich szkolił i ta dziesiątka u niego zawsze grała tym wysokim pum-pum (śmiech). Na nowej płycie odpuściliśmy ten wysoki strój. Poszedłem dalej, bo po prostu ją usunąłem, leży i się kurzy na salce. Założyłem 12” i dodatkowo jeszcze ją obniżyliśmy, chyba o tercję. Brzmieniowo poszliśmy w dół, wykorzystuję tam ostatecznie bębny 12” i 16”. Na koncertach dołożyłem jeszcze 14”, bo jak ma być dużo „podłogi” to lepiej, żeby były dwa bębny niż jeden. Całość to oczywiście mój Gretsch Renown.

Do tego ciemnego brzmienia dołożyły się moje ukochane meinlowskie blachy. Zainwestowałem w ride, w którym się absolutnie zakochałem. Wcześniej grałem na takim suchym ridzie, który niestety nie nadawał się do crashowania. Kupiłem 22” Byzance Dual crash-ride, który robi strasznie dobrą robotę! Potrafi być subtelnym ridem i wykorzystywałem go z Pawłem Kaczmarczykiem, grając cichutkie jazzowe rzeczy – jest więc bardzo czuły. A jak się w niego przyłoży, to jest wielkie ciemne brzmienie crasha! Ponadto zawsze miałem dużo blach, a tu jakaś „kanapka”, a tam jakiś stack, cztery crashe… Tutaj poszliśmy mocno w odejmowanie niż w dodawanie. Został mi ride i trzy duże crashe. Chciałem, żeby całość brzmiała nisko i ciemno. Zmieniłem też brzmienie werbla, które miałem dotychczas wysokie i z mocnym ciosem. Teraz mam werbel, który jest dość mocno obniżony i właśnie taki brudny.”

 

Tomek, przyznasz, że Afromental to zespół, na który wypada iść, na którym robi się zdjęcia do mediów społecznościowych.

Mam tego pełną świadomość i tego nie ukrywam. Zresztą już kiedyś mówiłem na łamach Perkusisty, żeby pokazać mi drugiego perkusistę w Polsce, który prowadził galę MTV. Teraz tak samo mogę zapytać, który drugi zespół w Polsce obstawiał dwa flagowe programy w konkurencyjnych stacjach telewizyjnych? No nie ma czegoś takiego. Po prostu tak to się potoczyło, tak to jest. Mam świadomość, że trochę tacy jesteśmy, że ludzie częściej lub rzadziej przychodzą na koncert zobaczyć znane mordy niż posłuchać dobrej muzyki, ale w sumie każdy sposób jest dobry, żeby ludzie przychodzili i poznawali, bo a nuż ktoś przyjdzie sobie zrobić zdjęcie z moimi kolegami z programu i nagle łał! Spodoba mu się muzyka.

Fot. Romana Makówka

Patrząc na długość utworów nasuwa się skojarzenie w celowanie w media i rozgłośnie.

Wiesz, po tylu latach grania my naprawdę wiemy, co chcemy robić. Jeden kolega mówi mi, że podoba mu się w nas to, że gramy to, co chcemy. Był jednak taki okres na pierwszej i drugiej płycie, gdzie byliśmy bardzo mocno spychani i sugerowało nam się dużo. Były management puszczał nam teksty w stylu, że fajnie, że sobie mocno gramy, ale jakiś jeden numerek do radia by się przydał. Stąd się wziął Radio Song, który miał być prześmiewczy, a wszyscy go wzięli na poważnie. Od trzech płyt idziemy w stronę, że mamy w du*ie, co sobie o nas ktoś myśli, czy to się będzie podobać, czy nie. Chcemy pokazać, co mamy do powiedzenia. Jeżeli radio nie będzie chciało tego puszczać to trudno. Od czasu Radio Song zniknęliśmy totalnie ze stacji radiowych.

Nie wiedziałem, dlaczego płyta Mental House, która jest bardzo rockowa, wręcz czasami metalowa, nie była grana przez Antyradio czy Eska Rock. Przecież my wpisujemy się w ten profil mocno, ale chyba zrozumiałem, że oni nie szukają takiego wydania rockowego, komercyjnego, amerykańskiego. Dlatego teraz pierwszy singiel z naszej nowej płyty ląduje na pierwszym miejscu listy Turbo Top w Antyradio. Nie mam ambicji, żeby grał nas RMF, bo nasze numery nie przejdą tych ich badań (śmiech). Dla mnie Antyradio jest wyznacznikiem rockowej muzyki w polskim radio i jestem mile zaskoczony, że ten numer się pojawił. Kolejny singiel też się kręci po liście i jest to dla mnie wielki sukces. Ta konsekwencja w robieniu swojego wreszcie popłaca. Po latach. Cierpliwość, cierpliwość!

Fot. Wojtek Koziara

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Wojtek Koziara, Romana Makówka

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !