Ginger Baker

Dodano: 06.02.2020

W październiku 2019 roku pożegnaliśmy jedną z największych legend perkusyjnych. Ginger Baker miał ogromny wpływ na rozwój perkusji, a był przy tym nieznośnym człowiekiem, z którym bardzo trudno było wytrzymać.

Wystarczyły jednak dwa lata, by jego zespół Cream stał się jednym z najważniejszych zespołów w historii rocka.

Ponad 50 lat temu świat muzyczny, w tym świat bębnów, wyglądał nieco inaczej. Taki detal obrazujący odległość w czasie – w chwili, gdy zespół Cream wydawał pierwszy album, żadna firma nie wpadła na to, żeby produkować statyw łamany pod talerz. Zresztą takich firm, jak DW czy Sabian też nie było na rynku. Nie było Led Zeppelin, a The Who zastanawiało się, czy nie ma zbyt długich grzywek. Ginger był pomostem między bębnieniem rockowym a jazzowym. Sam wywodził się z tego drugiego gatunku i często opowiadał o niechęci do rocka.

Niezależnie od jego nastawienia wygląd rudej grzywy i często papierosa w ustach, działał na wyobraźnię wszystkich młodzieńców, którzy szli za ciosem i chcieli coś więcej niż The Beatles, chcieli mocy. Tutaj Ginger pojawił się z rekwizytem, który dodatkowo rozgrzewał młode głowy. Drugi bęben basowy. Wkrótce dostawi go sobie też Keith Moon, Carmine Appice czy Neal Smith. Ginger korzystał z nich w nieco innym układzie. Różniły się wielkością, ale ten widok robił robotę.

Obok aspektu wizualnego najważniejsza była jednak muzyka i innowacyjne podejście do gry na bębnach. Jazzowe korzenie odważnie wprowadzane w rockowy sznyt zespołu. Mimo, że wielu perkusistów tego okresu siłą rzeczy miało takie doświadczenie, to jednak Ginger zrobił to odważnie i jakościowo najlepiej. Przez dwa lata Ginger wyrobił sobie markę, która zapisała go na zawsze w historii muzyki. Swoje dodały też burzliwe losy artysty, awanturniczy tryb życia, przygody w Afryce. Mimo późniejszego udziału w kilku ciekawych projektach czy też supergrupach nigdy nie dobił do statusu Cream.

Przedstawiamy poniżej obszerny fragment wywiadu, jaki opublikowaliśmy 10 lat temu. Jest to o tyle interesujące, że Ginger w niniejszej rozmowie jest niesamowicie wygadany, dzięki czemu możemy poznać jego osobę i zrozumieć choćby w małej części ten jego pokręcony charakter. Spotkanie miało miejsce w Anglii przy okazji otrzymania nagrody Zildjian.

Andy Burrows: Zaczynałem od trąbki. Słyszałem, że twoje początki były podobne. Co takiego skłoniło cię do zmiany instrumentu na bębny?

Ginger Baker: Jako trębacz funkcjonowałem przez dość krótki czas w Oddziałach Powietrznych. Chciałem dołączyć do ich orkiestry i chciałem grać na bębnach, więc dali mi trąbkę. Taka była ich wojskowa logika.

Grałem na trąbce w orkiestrze marszowej, gdy miałem 12 lat. Nie pozwalano mi trzymać własnych bębnów w domu. Pamiętam, że zawsze z zazdrością spoglądałem na perkusistów i byłem przekonany, że to o wiele fajniejszy instrument. Czy podobnie to widziałeś?

Cóż, zawsze czułem się perkusistą. Grałem przez cały czas, nawet palcami po stole w domu. Kiedyś siostra trzasnęła mnie w tył głowy, żebym przestał. Wciąż bębniłem, nawet po zlewie, cienkich puszkach, po wszystkim. Dzieciakom w szkole to się podobało. Jak tylko nauczyciel wychodził z klasy, zaczynałem bębnić po ławce, a chłopaki zaczynali skakać i szaleć. Nie przestawałem nawet, gdy nauczyciel wracał na lekcję.

Co cię skłoniło, żeby zostać perkusistą w zespole?

Nie chciałem być bębniarzem w jakiejś pop grupie. Czułem się perkusistą jazzowym. Oczywiście, że myślałem o graniu z innymi muzykami. Po trzech miesiącach prób dołączyłem do jazzowego zespołu Boba Wallisa. Słuchałem nowoczesnych perkusistów w stylu Maxa Roacha, ale klarnecista zapodał mi stos płyt winylowych z Baby Doddsem, grającym na bębnach np. Hear Me Talkin’ To Ya. To była rewelacja, bo odkryłem, skąd Max i inni jazzowi pałkerzy czerpią inspirację.

Tak więc Baby Dodds był dla ciebie największą inspiracją?

Pewnie. To pierwszy jazzujący bębniarz. Zachłannie słuchałem nagrań z jego udziałem. Jedną z wielkich myśli, jakie Baby Dodds wypowiedział było, iż zadaniem perkusisty w zespole jest sprawić, by dęciaki brzmiały dobrze. Ciągle jeszcze pokutuje stare myślenie o zespole, że to pięciu muzyków i perkusista. Zawsze były starcia, gdy stroiłem swoje bębny, a inni krzyczeli: „Zamknij się, nie widzisz, że stroimy ?!”. A ja na to: „Ja również”. Nie mogli zrozumieć, że chcę zestroić instrument z brzmieniem zespołu.

Kto jeszcze był dla ciebie wzorem, gdy zaczynałeś grać?

Phil Seaman. Był jak wszechmocny Bóg. Jednym z najbardziej niesamowitych doświadczeń w moim życiu był występ we Flamingo Club w Soho. Tubby Hayes, saksofonista, wszedł do środka i zobaczył mnie. Wybiegł na róg do klubu Ronniego Scotta, żeby natychmiast przyszedł zobaczyć perkusistę. Jak tylko zszedłem ze sceny, zostałem przedstawiony Philowi. Chciał pogadać. Przez 10 minut prawił mi komplementy, a ja urosłem przez ten czas chyba do dwóch metrów. Miałem wtedy 21 lat. W trakcie kariery inni bębniarze często okazywali mi swoją pomoc i ośmielali mnie. To ludzie, jak Dave Pearson, który namówił mnie na Archer Street, gdzie w każdy poniedziałek zbierali się muzycy z całego Londynu w poszukiwaniu pracy. Pamiętam ojca Pete’a Townshenda, Cliffa, saksofonistę. Wszyscy muzycy jazzowi zarabiali graniem do kotleta na potańcówkach czy w klubach. Każdego dnia grało się totalnie różne stylistycznie rzeczy.

To, co powiem, może ci się wydać głupie, ale obecnie muzycy nie tworzą już takich społeczności.

Rzeczywiście. Ale w latach 60 były takie kluby, jak np. Ronniego Scotta czy The Flamingo, gdzie po prostu przychodziło się i wychodziło z angażem. Grałem u Ronniego w poniedziałkowe wieczory z ludźmi takimi, jak Gordon Beck (fortepian) czy Tony Archer (g. basowa) i mnóstwo improwizowaliśmy.

Czy nie grywałeś także w big-bandzie?

Zgadza się. I znowu dzięki Dave Pearsonowi. Załatwił mi „czytany” występ z big-bandem, więc wcześniej porobiłem trochę ćwiczeń na czytanie nut. Nigdy bowiem wcześniej nie grałem do tego stopnia bazując na kwitach. Dave powiedział: „Weź to na słuch, a dasz radę”. Na szczęście dla mnie występowaliśmy w irlandzkim klubie w Cricklewood. Graliśmy mnóstwo muzyki do tańca i wiele irlandzkiego folku, który był właściwie tylko na werbel. To było w porządku, ale gdy przyszło do odegrania napisanych aranżacji, nie byłem w stanie z pamięci odtworzyć całych fraz. Zagrałem kodę, a reszta zespołu wciąż grała! Akordeoniście podobała się moja gra, więc pomagał mi i w końcu odkryłem, jak ułożone są końcówki i takty powtórzone.

Wiem, co masz na myśli. Chodzi o te małe znaczki, odsyłające do kody. Rzeczywiście pokręcone!

Cóż, zorientowałem się i od tego momentu potrafiłem skończyć razem z zespołem. Jeden z saksofonistów altowych złapał mnie na patrzeniu w jego nuty i powiedział: „Bardzo dobrze czytasz”. Polecił mi dwie książki: „Podstawy harmonii” i „Metoda Schillingera”. Studiowałem je kilka miesięcy, a potem gość dał mi prymkę do Surrey With The Fringe On Top i powiedział: „Dobra, zaaranżuj to na cały zespół”, a ja to wykonałem. Może nie mógłbym zarabiać na życie graniem na fortepianie, ale potrafię zagrać każdy akord, o jaki mnie poprosisz. Nie wypracowałem niezależności lewej i prawej ręki na pianinie. To sztuka wymagająca dłuższego czasu, ale umiem zapisać muzykę i potrafię nazwać dźwięki, które słyszę w swojej głowie.

Kiedy teraz siedzisz za bębnami i grasz, czy wciąż czujesz tę samą pasję, którą miałeś będąc młodszym?

Cóż, jeśli mam być szczery, to nie. Wciąż niesamowicie się zapalam, kiedy coś wychodzi świetnie, zwłaszcza granie solo. Ale obecnie to bolesny proces. Cierpię na przewlekłe bóle. Mam problemy w samolotach, gdy w momencie przylotu pcham się do przodu, bo muszę jak najszybciej wyjść. Ludzie krzyczą: „Czego się pan tak pcha?!”. Mam zwyrodnienia artretyczne, powodują m.in. bóle głowy, których nie można usunąć.

Więc przez większość czasu odczuwasz mocny ból?

Żeby funkcjonować biorę silne leki przeciwbólowe.

Jak przeszedłeś koncerty Cream po reaktywacji zespołu kilka lat temu?

Były tak satysfakcjonujące, że problem znikł.

Jak się miało ponowne zejście Cream do grania z Claptonem i Brucem w latach 60?

Kiedy graliśmy w londyńskim Royal Albert Hall w 2005 r., to było jak cofnięcie w czasie jeszcze raz do roku 1966. Występ miał tego ducha z początków Cream, nawet podczas prób. Ktoś nagrywał i odsłuchując pomyślałem, że brzmimy jak na albumie. Znów zaiskrzyło. Po dwóch tygodniach prób zdaliśmy sobie sprawę, że to wystarczający czas. Wciąż tkwiła w tym pasja i to było świetne.

Czy występy w 2005 r. zawiodły, czy przekroczyły twoje oczekiwania?

Koncert w Albert Hall był świetny, czego nie mogę powiedzieć o występach w nowojorskiej Madison Square Garden. To była katastrofa.

Co się stało?

Szczerze mówiąc, wolałbym o tym nie wspominać.

Co sprawiło, że koncert w Albert Hall był tak świetny?

Cóż, to było po prostu cudowne przeżycie. Tamte grania były takie wyluzowane. Jak ktoś zapomniał jakiegoś aranżu, śmialiśmy się i graliśmy dalej. Przede wszystkim ja nie chciałem tej reaktywacji. To Eric zadzwonił i namawiał mnie. Nie chciałem tego robić z powodu wydarzeń, jakie miały miejsce w Nowym Jorku w 1968 r., kiedy cała magia naszego grania została zniszczona. Wracamy do Nowego Jorku w 2005 r. i znów wszystko idzie strasznie źle. Madison Square przywołała wspomnienia i powód decyzji o rozwiązaniu zespołu.

Ginger, z całym szacunkiem, ale co było powodem rozpadu Cream?

To samo, co za pierwszym razem. Zwróć uwagę, że dobrze wypowiadam się o Ericu, a w grupie była jeszcze jedna postać. Nie chodziło tylko o to, że bas był za głośno. To był problem upokorzenia na oczach 20 tys. ludzi. Jack Bruce przepraszał za to wiele, wiele razy, ale robił to zawsze i to już od pierwszego wspólnego grania. Potem robił się płaczliwy, mówił: „Człowieku, kocham cię”, ale kwestia zbyt dużej głośności ciągnie się za mną do dziś. Po prostu nie mogę grać z ludźmi, którzy za bardzo podkręcają wzmacniacz na scenie. To boli. Staram się chronić słuch, ale jak można to robić, grając jednocześnie na bębnach? Nie można. Prawdziwym winnym jest Jim Marshall, którego wzmacniacze były coraz głośniejsze. Schodziłem ze sceny po graniu i jeszcze w hotelowym pokoju słyszałem w uszach to warczenie. Robiły mi się woskowe grudki, organizm tak bardzo bronił się przed zanikiem komórek nerwowych, odpowiedzialnych za słyszenie.

Czy próbowałeś jakieś ochraniacze na uszy?

Jak perkusista może grać w zatyczkach? Cały heavy metal kręci się wokół gości, którzy grzmocą po bębnach najgłośniej, jak się da. A ja desperacko staram się usłyszeć, co gram. Ostatnimi czasy jedynymi chwilami, kiedy słyszałem swój zestaw właściwie, były solówki.

Naczelny Magazynu Perkusista Maciej Nowak wspomina Gingera Bakera na festiwalu Drumfest Opole w 2014 roku:



Wszyscy zachwycają się Gingerem, bo muzycznie był osobowością wybitną, bez wątpienia. Była jednak druga strona medalu, ta mniej przyjemna, którą mogliśmy doświadczyć na własnej skórze. Zasadniczo nie powinno się mówić źle w takich sytuacjach, dlatego jedynie zaznaczę delikatnie, jak to z Gingerem się żyło.

Przyjechał ze swoim zespołem zagrać jazzowy koncert w ramach Drumfest. Wiadomo było, że żadne bezpośrednie spotkanie fanów z artystą nie wchodziło w grę. Mimo to cała sala wypełniona była po brzegi, ludzie mieli ze sobą płyty i pamiątki do podpisania. Kult zespołu Cream jest jak najbardziej żywy i – co by nie mówić – zasłużony.

Przebywanie z Gingerem było stanowczo nie na moje nerwy, dlatego podziwiam organizatora Wojtka Laska, że udało mu się to jakoś wszystko opanować. Wszędzie, gdzie się pojawiał, słychać było zestaw pogardliwych fucków, ale jedynie wtedy, gdy Ginger był w towarzystwie. Obserwując go z daleka, miałem wrażenie, że był zwyczajnym staruszkiem, skupionym na swojej robocie.

Gorzej było, kiedy pojawiała się atencja, wtedy zaczynał się cyrk… Nawet właściciel hotelu, wielki fan Cream, który uznał za zaszczyt goszczenie Gingera, nie mógł dać płyty do podpisania. Szczytem było palenie papierosów w opolskiej filharmonii i wezwanie straży pożarnej, co muzyk uznał za mało znaczące i kompletnie go nie dotyczące. Jednak jakaś aura wokół niego była, bo mimo tych wszystkich ekscesów przyciągał do siebie i czuło się, że mamy do czynienia z wielką historią muzyki.

Muzycznie było widać, że najlepsze lata Ginger ma już za sobą, ale czucie gry nadal miał fenomenalne. Koncert opierał się na jazzowych standardach i w zasadzie wszystko zostało zagrane poprawnie, bez żadnego wychodzenia poza ramy. Nikt jednak nie czuł pod tym kątem niedosytu, bo przecież miał wtedy już 75 lat i burzliwe przeżycia, oparte o mocną chemię.

 

Wspomniałeś współczesnych perkusistów heavymetalowych. Ale sam byłeś jednym z pionierów wprowadzenia drugiego bębna basowego do zestawu. Dla bębniarzy, którzy dorastali w latach 90, byłeś pierwszym i podstawowym pałkerem rockowym.

Cóż, tak naprawdę, to jestem jazzmanem, wiesz? W zasadzie każdy perkusista w zespole Duke’a Ellingtona miał podwójną stopę. Widziałem to na koncercie w Londynie w latach 60. Sam Woodyard był wtedy bębniarzem i wygrywał na stopie niesamowite rytmy, które gram po dziś dzień. Pomyślałem wtedy: „Wow, to brzmi naprawdę nieźle.” Keith Moon był obok, kiedy stwierdziłem, że zamierzam sprawić sobie drugą stopę do zestawu i powiedział: „Pewnie, człowieku, to niezły pomysł”. On kupił sobie dwa zestawy Premiera i połączył je ze sobą. Powiedziałem ludziom z Ludwiga, aby wykonali taki zestaw dla mnie i po kilku tygodniach już go miałem.

Ale byłeś pierwszym perkusistą rockowym, który siedział na scenie z podwójną stopą i grał 15 – i 20-minutowe solówki. To dlatego jesteś wielką inspiracją i przykładem dla perkusistów jazzowych, rockowych i heavymetalowych.

Są solówki i solówki. Philly Joe Jones powiedział mi duży komplement, gdy stwierdził: „Gdy grasz swoje solo, to jakbyś opowiadał jakąś historię”. Nigdy nie miałem zdumiewającej techniki, ale mam niezależność kończyn. Myślę, że posiadam także wyczucie afrykańskich rytmów, w które wprowadził mnie Phil Seaman.

Jak do tego doszło? Kiedy byłeś w Afryce?

Pierwszy raz pojechałem tam w 1970 r. po śmierci Jimiego Hendrixa. Byliśmy z Jimim bliskimi przyjaciółmi. Chcieliśmy razem zmontować zespół i wtedy on umarł. Obecnie piszę książkę, która opowiada o tamtym okresie. W zasadzie to pisze ją moja córka, ale będzie tam cała historia Hendrixa mojego autorstwa. Wybierałem się na trasę po Ameryce z moim zespołem Air Force (powstał po rozpadzie Blind Faith), ale została odwołana. To wtedy przyszło mi do głowy, że mam czas i pieniądze na podróż do Afryki, gdzie zawsze chciałem pojechać ze względu na bębnienie. Tak!

To było głupie, że chciałem swoim samochodem przedostać się do Ghany. W połowie drogi zorientowałem się, że samochód jest zdecydowanie za wolny i nie ma szans, żebym tak dotarł na miejsce. Zawróciłem i zdecydowałem przedrzeć się przez góry. Zauważyłem piękną dziewczynę, idącą skrajem drogi i patrzyłem na nią o 10 sekund za długo. Jechałem 130 na godzinę, stoczyłem się w dół jakieś 200 metrów. Uratowało mnie drzewko oliwne. Po prostu się na nim zatrzymałem. Miałem dziwnie mało zniszczeń, bo uszkodziłem zaledwie grill z przodu.

To rzeczywiście dziwne. Ostatecznie poleciałeś samolotem do Nigerii i założyłeś tam studio nagrań, w którym Paul McCartney nagrał Band On The Run. Co się tam wydarzyło?

Studio zostało zduszone przez EMI. Paul McCartney ma swoją wersję wydarzeń. Dwa lata zajęła budowa i było z tym mnóstwo problemów. Studio położone było pół mili od autostrady na lotnisko w Lagos. Mieliśmy tam podwójne ściany dźwiękoszczelne. To było zdumiewające dzieło i właśnie, kiedy skończyliśmy, dostałem telefon od Paula, który chciał nagrywać płytę w Nigerii. Wings zarezerwował dwa tygodnie w naszym studio. Pewnego wieczoru Paul zadzwonił, że ma problem. Chciał przenieść cały swój sprzęt z naszego studia do studia EMI w Lagos, ale mój współpracownik na to nie pozwolił. Paul wyjaśniał, że jest związany z EMI kontraktem, ale po odbyciu nagrań może później wrócić i podogrywać jeszcze coś innego. Zarządziłem więc przewiezienie ich sprzętu do siedziby EMI, gdzie rozpoczęli nagrania. Później była impreza w apartamentowcu w Lagos, gdzie spotkałem gościa w garniturku, który przedstawił się jako reprezentant EMI na świat. Powiedział do mnie: „Ginger Baker? Zniszczymy cię. Nie możesz tu tak przyjeżdżać i budować studia. To nasz teren”.

Jak bardzo czujesz się częścią rockowego i popowego świata?

Wcale się nie czuję. Nigdy nie postrzegałem Cream jako grupy rockowej w żadnym sensie tego słowa. Cała koncepcja Cream była moim pomysłem i wywodziła się z czasów grania w The Graham Bond Organisation. Chcieliśmy po prostu zagrać trochę fajnej muzyki, która każdemu mogłaby się spodobać.

Czy to cię frustruje, że Cream zaklasyfikowano w historii muzyki jako grupę rockową?

W Los Angeles spotkałem gościa w spodniach z lycry, kawałkami metalu w uszach i makijażu na twarzy. Podszedł do mnie i zaczął gadać: „Ginger Baker? Człowieku, byłeś dla mnie największą inspiracją”. Pomyślałem: „K…., kto to jest?”.

Ale w Cream grałeś z większym czadem niż w jazzowych składach.

No cóż, musiałem. Inaczej nikt by nie usłyszał perkusji. Mogłem się także pokazać w solówkach. Cokolwiek zdarzyło się dzień wcześniej, realizowałem się w graniu. Starałem się traktować zestaw jako instrument melodyczny.

Czuwałeś nad pulsem i wyrażałeś siebie?

Mój styl jest zakorzeniony w afrykańskim bębnieniu. Masz tam czterech bębniarzy, czasem więcej, najwyżej 12. W tej grupie zawsze jest jeden, który trzyma puls i nigdy nie przestaje grać. Przez cały czas wygrywa „na raz”, a cała muzyczność mieści się w tym, co zagrają inni, wychodząc z tej podstawy. Zachodnia Afryka jest miejscem, gdzie sztuka perkusyjna naprawdę się rozwinęła. Mają to we krwi. Tak więc do 30 roku życia dzieciak, który trzymał puls, stanie się przewodnikiem i liderem całej grupy.

Tak wyglądała rozmowa Andy’ego Burrowsa z legendarnym perkusistą. Kolejny świetny muzyk przeszedł do historii. Wciąż z nami są Ringo Starr, Charlie Watts, Carmine Appice czy też nieco młodsi Ian Paice, Bill Ward, Peter Criss, ale era wielkich rockowych perkusistów powoli dobiega końca.



UWAGA! MR. BAKER

(Tytuł oryginału: Beware of Mr. Baker)

Film dokumentalny z 2012 roku, gdzie Ginger opowiada swoją historię, opisuje inpiracje, podejście do gry. Pojawiają się komentarze takich bębniarzy, jak Bill Ward, Chad Smith, Marky Ramone, Neil Peart czy Simon Kirke, który doskonale podsumowuje postać Gingera jako wielką inspirację perkusyjną, ale nie jako inspirację ludzką. Film dostał też nagle bardzo specyficzny temat promocyjny, ponieważ podczas kręcenia w ataku furii Ginger złamał swoją metalową laską nos reżyserowi Jayowi Bulgerowi. Wypisz wymaluj – strzeż się pana Bakera!



HELLRAISER

Książka, autobiografia Gingera, niestety, nie jest dostępna w języku polskim. A szkoda. To niesamowita podróż od budzącej się po wojnie robotniczej Anglii, która nie była krajem mlekiem i miodem płynącym, aż po afrykańskie sawanny, gdzie Ginger długo przebywał na swoim ranczo.

To przede wszystkim historia muzyki i rodzącej się fascynacji. Jazz wymieszany z nowym hałaśliwym gatunkiem zwanym rockiem. Wszystko podane w bardzo dostępnej formie w równie przystępnym języku. Wydawałoby się, że będziemy mieć tu mocno angielskie zabawy językowe, jednak autorzy zadbali, by materiał był przyswajalny dla większej grupy odbiorców. Może doczekamy się wersji polskiej?

 

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !