Sam w wielkim świecie

Dodano: 29.10.2022
Autor: Maciej Nowak

Krzysztof „Docent” Raczkowski to jedna z największych legend polskiej perkusji metalowej. Inspiracja kilku pokoleń bębniarzy. Jego wpływ odczuwalny jest do dziś. Partie bębnów, jakie tworzył, były na poziomie światowym. Postać wybitna, wielka, ale też niestety tragiczna.

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Jeśli lubisz nasze treści, rozważ zakup pełnego dostępu cyfrowego do całej zawartości naszego serwisu.

W połowie lat 90 zeszłego stulecia, ekstremalne granie wyglądało nieco inaczej niż dziś. Obecnie mamy wysyp różnych szybkostrzelnych „pistoletów” o oszałamiającej technice. Ale tak jak w tego typu, wielu podobnych sytuacjach, nic nie bierze się z niczego. Musiał być jakiś szlak, który ktoś uprzednio wytyczył. Docent nie tylko tworzył tę drogę, ale śmiało nią podążał, tworząc partie, które do dziś stanowią przykład kwintesencji deathmetalowego bębnienia. Człowiek bystry, inteligentny, oryginalny, któremu jednak nie udało się pokonać nałogu. Tragiczna śmierć w koszmarnych okolicznościach wstrząsnęła nie tylko polskim środowiskiem muzycznym. Do tej pory Docenta wspominają takie tuzy, jak chociażby Gene Hoglan. Nie chcemy tu rozsądzać kto i jak się zachował, bo zwyczajnie nie mamy wystarczającej wiedzy, by stawiać jakiekolwiek tezy. W tej chwili interesuje nas jedynie wpływ, jaki wywarł Doc na nasze rodzime perkusyjne podwórko. A jest ogromny i co najważniejsze widoczny. Daray i Inferno powoli stają się starą gwardią, ale to właśnie oni są bezpośrednimi spadkobiercami dorobku Docenta. Pamiętajmy też, że jego perkusyjna marka została wyrobiona na zachodzie w ciężkim okresie dla polskiego grania, gdzie mało kto kojarzył, na muzycznej mapie, taki twór jak Polska. No, może z wyjątkiem grupy już mocno dojrzałych jazzmanów, ale to też w dość wąskim środowisku. Teraz trasy grają Behemoth, Riverside, Decapitated czy Mgła, wtedy przepychał się jedynie Vader z Docem.

To, jak mocno muzyczne losy Daraya związane są z Docentem jest wręcz zaskakujące. Przede wszystkim był Darek perkusistą, który oficjalnie zajął miejsce Doca w Vader. Wcześniej, tak jak Ząbek (czyli Marcin Gołębiewski z Yattering – red.) grał z zespołem koncerty, by ostatecznie zostać oficjalnym bębniarzem w kapeli. Ale o tym wie większość fanów. Był jednak jeden wątek, o którym nie wiedzieliśmy i który jeszcze bardziej łączy obu panów w ujęciu muzycznym.

Pamiętasz wasze pierwsze spotkanie?

Zawsze byłem mega wielkim fanem Vader i samego Docenta. To był jeden z pierwszych koncertów, na jakim byłem. O ile mnie pamięć nie myli, był to początek trasy koncertowej po płycie „De Profundis”, której zresztą fanem jestem do dzisiaj. Warszawa, klub Remont. Pamiętam, stałem po prawej stronie przy barierkach. Chłopaki zeszli ze sceny, żeby zaraz wrócić zagrać bisy. Tylko, że każdy kto tam chodził to wie, ze Remont był małym klubem, więc nie bardzo mieli, gdzie zejść i się schować, więc stali obok i czekali. Wisiałem przy tych barierkach i krzyczałem do Docenta, żeby zbić z nim pionę. Miałem wtedy raptem niecałe 16 lat, a już trzymałem browar w łapie (śmiech). Docent przybił piątkę i wziął łyka. Dla mnie było to wielkie przeżycie – Docent wali mój browar! Tak wyglądał nasz pierwszy kontakt.

No tak… A tak w pełni świadomie z obu stron, gdzie spotkaliście się „na robocie”?

Dwa lata później nagrywaliśmy z Vesanią pierwszą, w miarę profesjonalną, EP-kę. W Olsztynie, w słynnym wtedy studio Selani. Stacjonował tam wtedy realizator Andrzej Bomba, który powiedział, że nie ma sensu targać gratów z Warszawy, bo Vader właśnie skończył nagrywać „Black To The Blind” i rozstawione są bębny Doktora (Daray często w ten sposób nazywał Docenta – red.), więc lepiej po prostu mu zapłacić i zagrać na jego sprzęcie. Kwota taka i taka, bębny i blachy takie a takie.

Przyjechałem, ja - młody metalowiec i tu nagle wchodzi Docent. Wysoki, dwumetrowy drągal, miał taką żółtą kurtkę, spodnie hip-hopowe, fryzura na cebulę z jakimiś czerwonymi pasemkami i w ogóle wyglądał bardziej jakby grał w Kaliber 44 niż w detahmetalowym Vaderze. Totalny kosmita. Usiadł z nami, mimo że na pewno miał to wszystko w dupie, ale zwyczajnie chciał być miły. Zagrał mi jakieś połamane rytmy, które niesamowicie zapier*alały. Ja oczywiście podjarany. Pokazał mi różne ćwiczenia na stopki. Tak wyglądało nasze drugie spotkanie. Kolejne były już na wzajemnej płaszczyźnie, bo z Vesanią coraz więcej grałem, więc spotykaliśmy się w terenie.

Często wspominasz go w kwestii eksperymentowania z brzmieniem.

Docent triggerował stopy i werbel, przy którym miał też zwykły mikrofon. Werbel triggerował w ten sposób, że miał próbkę symulującą sprężyny. Nie miał to być piękny, ładny werbel, tylko taki, jakbyś podłożył mikrofon do werbla od dołu, do sprężyn. Używał głębokich, drewnianych werbli i w całości to się wszystko razem ładnie wypełniało, szczególnie przy blastach. Na próbach lubił sobie zmieniać te próbki na jakieś buteleczki, przeszkadzajki i inne dziwne dźwięki. Tylko że on to bardzo fajnie wszystko dobierał i równie fajnie to żarło, szczególnie w tych rytmach, jakie podrzucał. Na początku było coś w stylu: „Docent, dobra, przestań, gramy próbę”, a po chwili: „Ty, fajne to.”. Bo to były naprawdę ciekawe patenciki, zupełnie niemetalowe, chociaż Petera i tak to wk*rwiało, bo wiadomo – trzeba grać blasty.

Miałeś obciążenie swojego poprzednika?

Jak już grałem w Vaderze, to wiele rzeczy stopniowo wychodziło. Wydawało mi się, że dobra, spoko, w jakimś stopniu wreszcie dogonię Docenta, a tu pojawiało się coraz coś nowego, nawet głupi łupany akcent na crashu. Mauser (ówczesny drugi gitarzysta Vader – red.) mówił: „Weź, zagraj to, żeby to był akcent, a nie nie wiadomo co… Uderzasz tę blachę, łapiesz, nie ma w tym energii!”. Peter świetnie słyszy piony, nie wiem, jak on to robi, ale doskonale słyszy je w tych szybkich tempach, że np. ręce nie grają równo ze stopami. Mówił: „Stopy masz szybciej niż nogi.”. Rozkminiałem kolejny koncert i rzeczywiście, jest lekki flam. Oczywiście flam, a nie na zasadzie, że się nic nie zgadza, tylko że te szczegóły u Doktora nie miałyby szans przejść. Pion ma być pionem i tyle, jeden dźwięk.

Rozmawiałeś z Docentem o tym, że go zastąpiłeś w Vader?

Tak, gadałem z nim o tym. Była taka trasa, gdzie grało Decapitated, jeszcze z Witkiem, Dies Irae z Docentem, Hate z Hellraiserem, a ja grałem w Crionics na zastępstwie za młodego Darkside’a, który teraz ma zespół Mgła, poważna ekipa. Trasa dwa tygodnie, więc był czas, żeby potańczyć i pogadać na różne tematy. Grałem wtedy już w Vaderze, więc cały czas trułem Docentowi dupę, szczególnie po pijaku, że mi głupio, bo za gówniarza przychodziłem na koncerty, a teraz to ja gram w jego zespole. On mi za każdym razem odpowiadał, bym przestał, że jest teraz trasa i mam się cieszyć trasą, a nie męczyć go wciąż o to samo. Z tego wynikało, że on nie za bardzo chciał ze mną na ten temat rozmawiać, zbywał mnie, zmieniał temat, żeby się czegoś napić, posłuchać muzy, pogadać o bębnach, a nie o tym, co jest między nim a zespołem. Któregoś wieczoru powiedział mi jednak wprost: „Słuchaj, to, czy ja wrócę do zespołu, czy nie wrócę, to nie zależy od ciebie, tylko ode mnie. Ty robisz swoje, bo jakby nie było ciebie, to byłby jakiś inny bębniarz, bo ten zespół to ileś osób plus technika, menadżer, ludzie, którzy z tego żyją i to jest normalne, że muszą grać. Jak ja nie mogę jechać, to pojedzie ktoś inny – krótka piłka. Czy to będziesz ty, czy nie, ktoś na pewno na tym stołku będzie siedział, więc nie wkręcaj się, bo to jest mój problem. Rób, co masz robić, rób to najlepiej, wszystko zależy ode mnie, nie od ciebie.”. Koniec, kropka, taka była rozmowa.

Docent i ty to nie tylko wątek Vader… Dziwnie się te rzeczy przeplatają.

Mam taką jedną historię. W 2003 roku zespół Dimmu Borgir wydał płytę „Death Cult Armageddon”, która stała się największym sukcesem komercyjnym kapeli, nagrywał ją Nick Barker. Zagrali trochę koncertów, ale jakoś jeszcze w 2003 czy 2004 Shagrath (lider Dimmu Borgir – red.) wyje*ał go z zespołu za chlanie i narkotyki. Wiesz, Nick to typ angielskiego kibola, on ci zagra po wszystkim, nie do zajechania koleś. Chodziło jednak o to, że wokół niego, w każdym mieście, było pełno takich kolegów, najgorszych żuli i meneli, więc backstage był zawsze zawalony żulerką.

Niedawno Mauser przypomniał mi jedną naszą rozmowę z 2004 roku. Wiedziałem wtedy, że pod koniec maja mam wchodzić do studia i nagrywać Bestię (album „The Beast – red.”), że Docent nie wróci. Cały czas było mi jednak głupio być w Vaderze. Fajnie grać koncerty, jak to zrobił wcześniej Ząbek. Wpadasz i robisz trasę, zdobywasz zaje*iste doświadczenie, znajomości, mam promocję siebie, że ugrałem i nie poległem, no i mam promocję mojej Vesanii – na czym mi zależało, tym bardziej, ze Orion (wokal Vesanii - red.) już grał w Behemoth, zatem fajnie się składało. Gadałem sobie tak wtedy z Mauserem i wiedzieliśmy, że tego Barkera właśnie wywalili z Dimmu. No i nas olśniło, że przecież Docent świetnie gada po angielsku, a partie Barkera to zagra z palcem w dupie. Niech dzwoni do Norwegów, będzie miał świetną robotę! Mauser faktycznie gadał o tym z Doktorem, ale powiedział, że ma teraz zaje*iście, bo urodził mu się w międzyczasie syn, gra sobie z Hunterem, więc działa tylko w Polsce, a nie jak z Vaderem w dalekich rozjazdach, no i że jeszcze gra ze Sweet Noise. Na przemian, raz tak, raz tak. Wszystko się zgadza, fajne dwie ekipy. Nigdzie dalej nie jeździ, w tygodniu jest z żoną Olką i synem Maurycym. I na tę chwilę tyle z jego gry w Dimmu. No i co dalej? Pięć lat później dołączyłem i do Huntera i do Dimmu Borgir…

 

Materiał przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia: Archiwum Vader

Quiz – Pieśń o Rolandzie
1 / 12
Na rozgrzewkę – Roland to firma, która została założona w latach 70 w:
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"