Pieprz i Sól V – Maciek Gołyźniak

Pieprz i Sól
Maciek Gołyźniak
Dodano: 10.12.2018

Niby jeden kulinarny przepis, a kilka zupełnie różnych efektów smakowych. Podobnie jest z grą na bębnach. Jeden podział, rytm, a możliwości interpretacji i tworzenia emocji pełne szuflady.

W tym wszystkim zawsze lepiej trzymać się kogoś, kto wie, jak zamieszać chochlą w kotle lub kiedy odpuścić jakieś uderzenie. W niniejszym cyklu Maciek Gołyźniak będzie mieszał niejedną ósemką w garach.

Powoli zbliżamy się do końca cyklu „Pieprz i Sól”. Jego ideą było – i w sumie nadal jest – ukazywanie wielkiej skuteczności rozwiązań oczywistych, choć nie zawsze prostych. Stawianie na kulturę wykonania, świadomość stylu, skuteczność i indywidualność. Nigdy nie oszałamiała mnie ani szybkość, ani skomplikowanie partii, choć odnoszę się do tego z wielkim szacunkiem. Szczególne miejsce w moim postrzeganiu gry na bębnach miał zawsze styl – odrębny i osobisty na tyle, na ile to możliwe w dzisiejszym pędzącym świecie. Dobrze pojęty indywidualizm wykreował wielu mistrzów, którzy pozostaną w historii po wsze czasy. Jeśli porzucić wszelkie fascynacje i uwielbienie tego czy innego stylu gry, okaże się pewnie, że groove i feeling „wzniosą się” ponad stylistyczne podziały. Będą wspólne, choć pewnie inne dla wszystkich gatunków.

To wszystko ma swoje korzenie w postrzeganiu czasu. W sekwencji powtarzanych fraz czy wręcz pojedynczych nut. Z następujących po sobie mniej lub bardziej świadomych niedoskonałości, które w dłuższym czasie, jak swego rodzaju mantra, zaczną się powtarzać i tworzyć osobny rytm. Jednym imitowanie tego „czasu” przychodzi lekko i z wrodzoną świadomością, inni próbują ciężko go wypracować. Umiejętność kontroli w tym zakresie wymaga dużej świadomości rzeczywistego czasu i tempa, i to chyba jeden z nielicznych aspektów gry, który rzeczywiście ociera się o tę „bożą iskrę” czy „talent”, który jest o tyle przereklamowany, co jak pokazują przykłady, przydatny.

Weźmy prosty przykład:

Klasyczne „four on the floor” jak zwykło się mówić na ten wcale nie tak prosty rytm. Niezliczone są ilości jego występowania i pewnie dlatego tak łatwo przeoczyć istotę rzeczy. Mnóstwo mistrzowskich wykonań wielu renomowanych muzyków. Czy da się tu jakoś wyróżnić? Szanse wydają się marne, ale za to pewne jest jedno – można się tu wykazać zarówno feelingiem, jak i czasem. Wydaje się też, że środków wyrazu niezbyt wiele, ale może warto zacząć od najprostszych. Zmieńmy akcentowanie. Przesuńmy akcent o ósemkę w prawo i zaakcentujmy słabszą część taktu – „i”.

I tu uwaga. Wielokrotnie słyszałem ten beat w wykonaniu, powiedziałbym, wręcz grubiańskim. Bez smaku i stylu, któremu tyle miejsca poświęcamy od początku cyklu. Najczęściej jest to dość toporne akcentowanie na „i” z pominięciem pozostałych nut. Odbiera to partii hi-hatu tę „shakerową” funkcję, stanowiącą świetne tło dla zaledwie czterech nut bębna basowego i dwóch uderzeń werbla. I tak, jak jestem wielkim orędownikiem linearnego sposobu myślenia za bębnami, tak w tym przypadku toporność tego zabiegu pozbawia tę partię muzycznego wyrazu. To właśnie hi-hat i sposób gry na nim daje charakter temu rytmowi i pozwala sposobem gry, artykulacją i akcentowaniem odmienić charakter utworu.

Wiele stylów muzycznych korzysta z „four on the floor” i każdy z nich interpretuje go na swój najkorzystniejszy dla muzyki sposób. Znajdziecie go w muzyce funk, disco, alternatywie. Jest też podstawą w r’n’b, gdzie specyficzne obsuwanie wartości nutowych w obrębie kreski taktowej daje ten charakterystyczny dla czarnoskórych perkusistów feeling. Trudno to nawet zapisać, chodzi bowiem o czasem lekko podswingowany, czasem opóźniony lub „podgoniony’ hi-hat. Czasem nie zmieniając ani tempa, ani wartości nutowych uzyskiwany jest diametralnie inny efekt w obrębie tego samego zapisu.

Również i rhythm and blues upomina się o swoje, korzystając z tego opartego o cztery silne ćwierćnuty na bębnie basowym patentu. Tu z kolei do gry wkracza, a jakże, feeling, nazywany shuffle. Triolowe myślenie zmienia tu całkowicie puls.

Jestem bardziej niż pewny, że próbując tych sposobów interpretacji, prostego, zgranego do bólu patternu, staną wam przed oczami znakomite wykonania wielu znakomitych utworów w wielu stylach muzycznych.

Chciałbym wierzyć, że za każdym razem, kiedy usiądziecie do kolejnego z pozoru nudnego i prostego beatu, znajdziecie w nim wiele miejsca na interpretacje. Że okaże się, że nie tak znowu prosto rozhulać ten rytm tak, żeby zyskał na tym utwór i rozbujał się zespół, a z nim wasi słuchacze. Ostatecznie chodzi o to, żeby solidnie i stylowo odnaleźć się w gąszczu dzisiejszej, tak łatwo dostępnej muzyki. A przecież podane przykłady to zaledwie różnice w partii prawej ręki na hi-hacie. Ileż tu jeszcze możliwości. Wszystko w waszej pracy i świadomości, której im więcej dostarczyć narzędzi, tym lepiej poradzi sobie z tym zadaniem.

Tradycyjnie życzę nam wszystkim dużo inspiracji i wytrwałości, sypcie i pieprz i sól na swoje kompozycje.

#trzebacwiczyc

Foto: Mela Muszyńska