Inspiracje: Paweł Dobrowolski

Dodano: 07.07.2020

Drodzy czytelnicy, musimy wszyscy razem wywrzeć presję by ten muzyczny gigant jakim jest Paweł Dobrowolski opublikował swoje thrash metalowe video! Ale po kolei...

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Paweł Dobrowolski

„Vodville”
Bar Talk (2002) – Jeff „Tain” Watts

Perkusista: Jeff „Tain” Watts

„Wskazanie jednego utworu, który miał najwększy wpływ na mój rozwój jako perkusisty, to dosyć trudne zadanie. Przy moich preferencjach muzycznych i tym, co się działo w moim życiu, jeżeli chodzi o fascynację muzyką, to wręcz niemożliwe. W związku z tym postanowiłem poniżej opisać najważniejsze dla mnie inspiracje. Moja pierwsza fascynacja to zespół The Beatles i Ringo Starr. Ringo jest ikoną i perkusistą wyjątkowym, zawsze imponował mi sposób, w jaki dobierał partie perkusji do utworów Beatlesów.

Po latach dowiedziałem się, że te jego nietypowe partie wynikały w dużej mierze z tego, że jest leworęczny, a grał na zestawie dla praworęcznych. Pokazywał nawet, że musiał grać przejścia od drugiej strony, ponieważ zupełnie mu nie wychodziły, gdy grał w sposób tradycyjny. W tym właśnie upatruję jego niekonwencjonalne podejście do partii bębnów, co skutkowało bardzo specyficznym stylem gry.

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, więc rzeczy, które grał, odbierałem jako naturalne. Gdzieś w głowie mi to zostało i jest do dziś, zwłaszcza to vintage’owe brzmienie Ringo. Jest kilka świetnych utworów, które mają ciekawe partie, jak np. „Come Together”, śmiało mogę powiedzieć, że płyta Abbey Road miała na mnie bardzo duży wpływ, jeżeli chodzi o moje początkowe fascynacje muzyką.

W tamtym czasie słuchałem również The Doors, Led Zeppelin i oczywiście każdy z tych zespołów miał wpływ na moje późniejsze postrzeganie muzyki. Jeżeli chodzi o The Doors to miałem kilka ulubionych płyt np. L.A. Woman. Bębniarz, który tam grał – John Densmore – ewidentnie przejawiał zainteresowania jazzem, czego wtedy nie wiedziałem. Polecam film dokumentalny o Johnie Coltrane pt. „Chasing Trane”, w którym Densmore wielokrotnie wypowiada się o Elvinie Jonesie i o swoich wrażeniach ze słuchania Coltrane’a na żywo.

Led Zeppelin i John Bonham to – wiadomo – pozycja obowiązkowa. John był fenomenalny, imponowało mi m.in. to, co potrafił zagrać stopą w „Good Times, Bad Times” z pierwszej ich płyty. Utkwiło mi to w pamięci i sam nawet próbowałem to jakoś odwzorować. Do początkowego okresu mojej fascynacji muzyką wchodzi jeszcze progresywny rock w postaci King Crimson i gra Billa Bruforda.

Pod koniec podstawówki, czyli jakoś na przełomie lat 80 i 90, zacząłem interesować się muzyką metalową, czyli naturalnie Wielka Czwórka. To było wtedy bardzo popularne wśród młodzieży i osobiście byłem zawziętym fanem Metalliki i Slayera. To były absolutnie najważniejsze dla mnie zespoły w tamtym czasie i oczywiście ich perkusiści, czyli Lars Ulrich i Dave Lombardo. Teraz wszyscy nadają na Larsa, ale ja oddaję mu wielką cześć i honory, bo ten człowiek zrobił wiele w muzyce i jest ikoną, więc nie ma w ogóle o czym mówić. Uważam, że ich pierwsze płyty były naprawdę dobre.

Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że ostatnio dokopałem się do jakiegoś archiwalnego materiału wideo, gdzie mam 15-16 lat i gram z jednym z pierwszych zespołów thrashmetalowych w domu kultury (śmiech). Szczerze mówiąc, nie wiem, czy dzisiaj udałoby mi się tak zagrać, miałbym duże problemy. Byłem bardzo zaangażowany, grałem na dwie stopy – zupełnie intuicyjnie – nawet nie znałem wtedy nut i nie miałem żadnej techniki. Grałem ze słuchu i zaskoczyło mnie po latach, że były to dość skomplikowane rzeczy jak na amatorskie granie – nieparzyste metrum, zmiany tempa… Na orbicie moich ówczesnych zainteresowań były również zespoły z gatunku bardziej technicznego metalu – Death i Cynic z niestety nieżyjącym już Seanem Reinertem na bębnach. Pamiętam, że w tzw. credits na jednej z okładek przeczytałem podziękowania za inspiracje od Seana Reinerta dla Vinniego Colaiuty, Dave’a Weckla, Steve'a Gadda.

Następnie przyszła kolej na jazz, na który trafiłem za sprawą mojego kolegi, który wypożyczył mi kasetę wideo z nagraniem z Kongresowej, gdzie występował Chick Corea z Elektric Band II z Garym Novakiem oraz kasetę magnetofonową Johna Coltrane’a z Elvinem Jonesem. To były takie dwa punkty zwrotne w moich inspiracjach. Elvin przypadł mi do gustu od razu, tak, jak Gary Novak. Trochę skrajne punkty, jeżeli chodzi o bębnienie, ale spodobała mi się ta finezja i nieograniczona możliwość wypowiadania się na bębnach. Inny świat w porównaniu z graniem muzyki rockowej czy metalowej. Zakochałem się natychmiast i w zasadzie mogę powiedzieć, że z dnia na dzień porzuciłem fascynację metalem, chociaż czasem lubię do niego wracać, ale jedynie ze względów sentymentalnych.

Od tego momentu zaczęła się moja podróż w muzyce jazzowej i około jazzowej. Obowiązkową pozycją wówczas była szkoła Dave’a Weckla. Zjechałem tę kasetę prawie do zera, a to były czasy magnetowidów. Świetnym źródłem informacji w tamtych czasach była telewizja, ponieważ zawsze w niedzielę o godz. 22.00 (jeśli dobrze pamiętam) puszczano koncerty jazzowe w programie 2 Telewizji Polskiej. Mam te nagrania do dzisiaj na kasetach VHS. Naturalnie wchłaniałem wszystkich klasycznych perkusistów, takich, jak: Papa Jo Jones, Gene Krupa, Philly Joe Jones, Max Roach, Art Blakey, Jimmy Cobb, Art Taylor, Roy Haynes, Ed Thigpen i cała masa innych świetnych drummerów, którzy grali w latach 40-60.

To był najlepszy okres jazzu, obejmujący kilka epok – od swingu przez bebop, cool jazz, hard bop po modern jazz lat 60, gdzie królowali Elvin Jones, Tony Williams oraz wschodząca wtedy gwiazda – Jack DeJohnette. Jacka kocham m.in. za nagrania z trio Keitha Jarretta. Kolejną inspiracją byli perkusiści, którzy zostali później przypisani do gatunku fusion, czyli m.in. Steve Gadd, Billy Cobham, Alphonse Mouzon, Lenny White, Peter Erskine, Vinnie Colaiuta, Dave Weckl, czy wspomniany wcześniej Gary Novak.

W międzyczasie załapałem się na granie z Januszem Muniakiem w jego klubie w Krakowie, gdzie miał taką jakby nieformalną szkołę dla młodych muzyków. Zawsze brał kogoś młodego, zdolnego i szkolił nas na scenie. Nie było żadnych prób, tylko się po prostu grało. Uważam, że to były świetne czasy i naprawdę wiele się nauczyłem. To chyba jedna z najważniejszych rzeczy w życiu, jakie mnie spotkały czyli inspiracja w praktyce – na scenie. Skok na głęboką wodę.

W czasie, gdy studiowałem w Katowicach, spotkałem sporo świetnych muzyków w moim wieku o podobnych zainteresowaniach, więc zaczynaliśmy tworzyć zespoły i jeździć na konkursy. Bardzo twórczy i ciekawy okres w moim życiu. Na studiach przerabiałem oczywiście wszystkich klasycznych, jazzowych bębniarzy. Miałem wtedy swoją wielką, ukochaną trójkę, czyli: Brian Blade, Bill Stewart i Jeff „Tain” Watts.

 

W tym momencie dochodzimy do bardzo ważnego dla mnie utworu, którego autorem jest właśnie Jeff „Tain” Watts. Jest to utwór „Vodville” z płyty Bar Talk. Trafiłem na niego po pierwszym roku studiów, kiedy w nagrodę za obiecujące wyniki w nauce, zostałem wysłany wraz z puzonistą Jackiem Namysłowskim przez ówczesnego dziekana Jacka Niedzielę, w ramach wymiany studenckiej do Stanów na wakacyjne warsztaty Jamey’a Aebersolda. Jamey Aebersold to słynny edukator i wydawca podręczników Play-A-Long. Każdy, kto studiował jazz i się tego uczył, korzystał z tych materiałów. Jednym z dwóch moich wykładowców perkusji był John Riley, znany w świecie podręczników do nauki perkusji jazzowej. John widząc, że mi strasznie zależy, zgodził się na prywatną lekcję. Chciałem mu nawet zapłacić, ale powiedział, że to nie jest konieczne i zrobi to w ramach warsztatów, tylko żebym przygotował pytania, bo będzie miał dla mnie godzinę.

Przygotowałem całą masę pytań i na wszystkie mi odpowiedział, także w godzinę zdobyłem materiał do ćwiczeń na parę lat. Między innymi jedno z pytań dotyczyło nieparzystych schematów metrycznych i różnych kombinacji rytmicznych. Wówczas większość z nas fascynowała się trio Brada Mehldaua z Jorge Rossym na bębnach i Larrym Grenadierem na basie. Grali standardy jazzowe, ale w nieparzystych metrach. Chcieliśmy to naśladować i próbować to grać w nieparzystych metrach. Gdy zadałem pytanie na ten temat, pokazał mi właśnie tę płytę Jeffa „Tain” Wattsa i wskazał „Vodville” jako przykład, gdzie występują modulacje metryczne. Dodatkowo przesłał mi później do tego nuty – faksem!

Kiedy już miałem nuty, natychmiast z kolegami zaczęliśmy to ćwiczyć i okazało się, że to nie jest zbyt łatwy utwór do przebrnięcia, więc trochę się trzeba było pogimnastykować, żeby nauczyć się to grać i improwizować w tych strukturach. Pamiętam, że postawiłem sobie wtedy taki cel, żeby nauczyć się grać ten utwór od początku do końca. Polubiliśmy go do tego stopnia, że później mieliśmy go w swoim repertuarze w trio z Pawłem Tomaszewskim i Andrzejem Święsem. Jeździliśmy na konkursy i przesłuchania. Większość z tych konkursów wygraliśmy i jedną z nagród na Bielskiej Zadymce Jazzowej było nagranie płyty w Radio Katowice, dołączonej później do prenumeraty Jazz Forum. Ten utwór zawsze gdzieś krążył i kiedy tylko była jakaś okazja, żeby go zagrać, to graliśmy.

Cała tematyka metrum nieparzystego i kombinacji rytmicznych jest czymś, co interesuje mnie do dzisiaj. Nawet pisząc pracę doktorską, użyłem „Vodville” jako przykład i nagrałem go po raz kolejny i to w tym samym składzie. W mojej pracy dokonałem szczegółowej analizy tego utworu pod kątem modulacji metrycznych. Ogólnie modulacje metryczne są bardzo ciekawym zagadnieniem, szczerze polecam to każdemu perkusiście, można się dzięki temu niesamowicie rozwinąć.

„Vodville” brzmi jak klasyczny, jazzowy utwór, oparty na walkingu. Teoretycznie, gdyby słuchać tego pobieżnie, to dla niewprawionego słuchacza, wydawałoby się, że nic się tam nie dzieje. Jednak, gdy spojrzy się na to z bliska, dzieje się tam bardzo dużo, ponieważ z metrum 4/4 w pewnym momencie okazuje się, że na 4 uderzenia w takcie opisana jest kwintola, czyli z 4 uderzeń w takcie robi się 5 czyli struktura polirytmiczna 4:5. Tempo wartości z kwintoli staje się jakby nową ćwierćnutą w metrum 4/4. Potem metrum zmienia się na 5/4. Następnie cała struktura dzieli się na 3, czyli mamy polirytmię 3:5, gdzie 3 nowe wartości stają się kolejną ćwierćnutą. Następnie pojawiają się metra zmienne, czyli 7/8 i 3/4. Na koniec wszystko wraca do pierwotnego tempa poprzez nałożenie kwartoli na metrum 3/4 czyli polirytmię w stosunku 4:3. To jest tak obliczone, że początek utworu jest dokładnie w takim samym tempie jak koniec, a wewnątrz dzieją się te wszystkie przedziwne modulacje.

Na początku w ogóle nie wiedziałem, o co w tym chodzi i jak to zagrać, kompletnie się w tym gubiłem, ale ambicja i chęć rozwoju wygrały. Finalnie Jeff „Tain” Watts tak bardzo odcisnął się w mojej osobowości, że postanowiłem o nim napisać pracę magisterską. Zbieg okoliczności sprawił, że spotkałem bohatera swojej pracy w 2006 roku podczas koncertu na Torwarze, gdzie grał z kwartetem Branforda Marsalisa. Miałem okazję być na backstage’u i poszedłem tam z moją pracą magisterską, w której robiłem dosyć poważną analizę stylistyki Jeffa. Chciałem, żeby złożył mi na niej autograf i pamiętam jego zdziwienie, gdy zobaczył transkrypcje nutowe i z niedowierzaniem powiedział: „To ja to zagrałem?”. Wtedy mi powiedział, że jak będę kiedyś w Nowym Jorku, to koniecznie musimy się spotkać, dał mi swój adres i telefon. Kiedy już tam pojechałem to spotkaliśmy się przez przypadek w klubie jazzowym Village Vanguard, o dziwo mnie pamiętał i spędziliśmy bardzo sympatycznie trochę czasu przy barze.

Mam mnóstwo przykładów, które miały znaczący wpływ na mój perkusyjny rozwój. Czas płynie dalej i co rusz znajduję kolejne fascynacje. Mógłbym podać co najmniej kilkadziesiąt nazwisk bębniarzy, których gra mi się podoba i miała na mnie wpływ, nie mówiąc już o utworach, które nagrali. Przesłuchałem mnóstwo różnej muzyki i nadal staram się czegoś słuchać. W późniejszym czasie przewijały się również nazwiska wielu innych wspaniałych perkusistów, jak: Lewis Nash, Clarence Penn, Chris Daddy Dave, Poogie Bell, Antonio Sanchez, Keith Carlock, Jojo Mayer, Kendrick Scott, Eric Harland, Jeff Ballard, Marcus Gilmore, Obed Calvaire i wielu innych.

W 2010 roku zrobiłem sobie wyprawę do Nowego Jorku, gdzie postanowiłem zażyć kolejnych inspiracji, pochodzić po klubach, wziąć kilka lekcji, podczas których miałem okazję spotkać się m.in. z Kendrickiem Scottem. Z dalszych moich fascynacji mogę wspomnieć jeszcze ogólnie, że są to gatunki takie, jak muzyka elektroniczna, soul, world music, gospel i… wiele innych, ale mógłbym tak opowiadać bez końca!”

Zdjęcia: Robert Wilk

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !