PERKUSIŚCI OZZY’EGO OSBOURNE’A

Dodano: 10.10.2026
Autor: Maciej Nowak

Przegląd wszystkich perkusistów, którzy grali na albumach studyjnych solowego zespołu Ozzy’ego.

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Perkusista do ulubionych źródeł
Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Zarejestruj się i zaloguj, by mieć dostęp do wszystkich treści. Możesz też wykupić dostęp cyfrowy i wesprzeć rozwój serwisu.

(transkrypcja podcastu)

Piłkarze po meczu mają w zwyczaju wymieniać się koszulkami. Ozzy Osbourne i Randy Castillo w trakcie przesłuchania, które, co ciekawe, odbyło się w limuzynie, wymienili się środkami psychoaktywnymi. 3 miesiące później Randy został oficjalnym bębniarzem Ozzy’ego.

Nieraz, nie sto i niedwieście razy spotkamy się z różnymi opracowaniami na temat Ozzy’ego, dlatego bez zbędnego zanudzania przejdźmy do tematu, który nas najbardziej interesuje — mianowicie perkusistów na jego solowych albumach. Przedstawimy ich w kolejności chronologicznej. Warto, żebyśmy pamiętali, że opis każdego perkusisty związany jest z tym, jak wyglądają jego partie na płytach, więc w niektórych przypadkach sukces czy porażka albumu w opinii fanów nie będzie tożsama z pracą wykonaną przez bębniarza. Czasami była to też kwestia szczęścia, że dany perkusista trafił akurat na taki okres twórczości Ozzy’ego. Ale zanim przejdziemy do tematów solowych, zacznijmy od osoby, której nie możemy pominąć — oryginalnego bębniarza Black Sabbath, bo przecież to właśnie od niego wszystko się zaczęło…

Bill Ward rocznik 1948

Wspólne płyty? Wszystkie Black Sabbath, od początku od 1970 roku aż do Never Say Die z 1978 roku.

Bill drugi od prawej.

Razem zakładali Black Sabbath i razem tworzyli muzykę, której wtedy nikt nie grał. Bez wątpienia Sabbaci to bardzo rytmiczny zespół, w którym bębny stanowią niesamowicie istotny element, wpisujący się w aranżację, a nie tylko pełniący rolę szkieletu. W zasadzie każdy album ma jakieś perkusyjne perełki, ale w ogólnym ujęciu warto wyróżnić płyty „Paranoid” i „Vol 4”. Bill Ward nie oszczędzał bębnów, a jego styl był bardzo charakterystyczny, przez co można było go równie łatwo rozpoznać jak Iana Paice’a czy Johna Bonhama. Niestety, ostatni wspólny studyjny album to zamierzchła przeszłość. Od tego czasu Ozzy z Sabbathami nagrał jeszcze jedną płytę „13” z 2013 roku, ale na niej, ku wielkiemu zaskoczeniu chyba wszystkich, zagrał znany z Rage Against The Machine Brad Wilk, o którym można w zasadzie powiedzieć tylko tyle, że nic tam nie zepsuł. Szkoda tych utworów, bo Sabbaci nawet w okresie bez Ozzy’ego przykładali dużą wagę do kreatywnej ścieżki bębnów, co kwalifikuje się na oddzielny podcast. A tutaj po prostu zabrakło Billa. O co poszło? Oczywiście o pieniądze. Dlatego też pożegnalna trasa Black Sabbath „The End” odbyła się bez niego. Na szczęście, przynajmniej na sam koniec, w zasadzie symbolicznie, udało się zjednoczyć całą czwórkę na jednym koncercie w rodzinnym Birmingham.

Co ciekawe, Bill nigdy nie zagrał z zespołem w Polsce! Pierwsze występy Black Sabbath w naszym kraju to Bobby Rondinelli, który grał w zastępstwie legendarnego Cozy’ego Powella. Po słynnym reunion w 1998 roku w katowickim Spodku, gdzie zainstalowane były pod sufitem pamiętne natryski, także doszło do zastępstwa — w miejsce Billa Warda zagrał sprawdzony Vinny Appice, młodszy brat Carmine’a, o którym więcej za chwilę. Później Black Sabbath gościliśmy już wyłącznie z Tommym Clufetosem. Przejdźmy do zespołu Ozzy’ego.

Lee Kerslake rocznik 1947 – zmarł w 2020 roku

Zagrał na płytach – Blizzard of Ozz (1980) i Diary of a Madman (1981).

Skład Blizzard of Ozz. Od lewej: Bob Daisley (bas), Lee Kerslake, Ozzy Osbourne, Randy Rhoads (gitara)

Pierwsze dwa solowe albumy Ozza zaraz po tym, jak wyleciał z mocno już zmęczonego życiem Black Sabbath. Stan, w jakim był wtedy wokalista, nie zapowiadał, że debiutancki album szybko osiągnie status kultowy. Za bębnami zasiadł doświadczony pałker znany z długoletniej współpracy z Uriah Heep. Krążą różne wersje tego, na jakim etapie dołączył do zespołu. Oficjalna, czyli ta z obozu Ozzy’ego, mówi o końcowym okresie tworzenia albumu. Sam Lee, chociażby w wywiadzie dla „Perkusisty”, opowiadał, że Randy Rhoads owszem, miał zaawansowane szkice piosenek, ale dopiero wspólnie z basistą Bobem Daisleyem złożyli je do kupy. Z całą sympatią do tego jakże miłego bębniarza, ale prawdziwa wydaje się jednak ta oficjalna.

Mimo że na tej płycie znajduje się kilka ponadczasowych hitów, bez których ciężko wyobrazić sobie koncerty Ozzy’ego, wydaje się być sesyjnym wykorzystaniem dotychczasowego alfabetu perkusyjnego, podczas gdy na kolejnej płycie – „Diary of a Madman” – mamy wiele odważniejszych partii, a same bębny są istotnym elementem aranżacji. Lee Kerslake nie miał za bardzo szans wykazać się swoimi partiami na żywo. Sharon Osbourne przejęła stery kierownicze w zarządzaniu formacją, która pierwotnie miała się nazywać Blizzard of Ozz i mieć formę w miarę demokratycznie prowadzonego zespołu, a nie wyłącznie solowego projektu. Pozbyła się perkusisty i na amerykańską trasę koncertową w 1981 roku próbowany był już Tommy Aldridge. Konflikt Lee Kerslake’a (do którego dołączył później basista Bob Daisley) ze sztabem Ozzy’ego pod przewodnictwem Sharon trwał 35 lat. Ale jeszcze w 2002 roku pojawiły się reedycje obu albumów, z których wywalono oryginalne partie bębnów, basu i wstawiono nowe, nagrane przez Mike’a Bordina i Roberta Trujillo — tak, tak, obecnego basistę Metalliki. Pomysł spotkał się z wielką krytyką fanów i kolejne wznowienia miały z powrotem oryginalne partie. Lee Kerslake zmarł w 2020 roku i dopiero rok przed śmiercią otrzymał zasłużone, upragnione platynowe płyty.

Tommy Aldridge rocznik 1950

Płyta - Bark at the Moon (1983).

To jest okres wielkiego szatkowania personalnego. Tommy już w amerykańskiej wersji „Diary of a Madman” wskazywany jest na płycie jako oficjalny bębniarz. Wiemy już, że było inaczej. Nigdy nie przypisywał sobie autorstwa i zawsze podkreślał, że to Lee jest oryginalnym wykonawcą. Tommy odszedł z zespołu – w niejasnych okolicznościach – zaraz po nagraniach „Bark at the Moon” i w jego miejsce na trasę koncertową pojechał Carmine Appice, którego możemy obserwować już w teledysku do tytułowej piosenki. Perkusyjny celebryta, jakim wówczas był Carmine, nie uczestniczył w przesłuchaniu, tylko został zaproszony do kapeli – jak sam twierdzi – celem ratowania nagrań. Sesja była wbita, Tommy zwolniony, ale według Carmine’a trzeba było wyciągnąć brzmieniowo, co się da, ze słabo zarejestrowanych bębnów.

Tylko że Tommy Aldridge, jako typowy wół roboczy, zrobił w sumie tyle, co mógł, bo sam materiał nie był już tak porywający jak na wcześniejszych płytach, przez co partie bębnów nie powalają zarówno kreatywnością, jak i faktycznie – brzmieniem. To typ perkusisty koncertowego, więc wrócił jeszcze na chwilę, kiedy trzeba było ratować trasę koncertową po hucznym wywaleniu, oczywiście, Carmine’a! Ten, jako samoistna gwiazda, za bardzo wychylał się przed szereg, chociażby grając kliniki perkusyjne w miastach, które odwiedzał Ozzy. To się mocno nie spodobało Sharon, która jak mało kto doskonale potrafi prowadzić księgowość.

Era Randego Castillo ur.1950 – zm.2002

Płyty - The Ultimate Sin (1986), No Rest for the Wicked (1988), No More Tears (1991).

W 1988 roku, od lewej: Randy Castillo, Phil Soussan (bas), Ozzy, Jake E. Lee (gitara).

Randy był typowym bębniarzem lat 80. Doświadczony i ograny, miał wielkie pokłady energii, żył bębnami. Wprawdzie nie odstawiał butelki z Jackem, fajki kopcił na potęgę, ale wiedział, gdzie jest jego miejsce i nigdy nie zawalał roboty, zawsze dawał z siebie wszystko. Typowy rockandrollowiec tamtych czasów. W zasadzie taki muzyk jako sideman obecnie byłby nie do pomyślenia!Początkowo nad materiałem do płyty „Ultimate Sin” pracował młody Jimmy DeGrasso — wcześniej też Fred Coury z Cinderelli — ale ostatecznie robotę dostał Castillo. Szansę na przesłuchanie otrzymał dzięki Tommy’emu Lee z Mötley Crüe, który zeswatał panów, telefonując z pijackiej imprezy. Tommy i Ozzy znali się dobrze, co doskonale pokazane jest chociażby w filmie „The Dirt” i słynnej basenowej scenie, która autentycznie się wydarzyła i miała swoją jeszcze ohydniejszą kontynuację, której jednak twórcy filmu już nie mieli odwagi przedstawić. Przesłuchanie Randy’ego u Ozzy’ego to także jedna wielka farsa — Randy miał złamaną nogę, a Ozzy w swoim chorym od używek umyśle wywnioskował, że w takiej sytuacji powinny wjechać na stół jakieś wesołe środki przeciwbólowe. Między panami powstała chemia — dosłownie i w przenośni.

Wielu, szczególnie starszych fanów uznaje Randy’ego za najlepiej pasującego bębniarza do zespołu. Castillo wszedł muzycznie ze świetnymi partiami na „Ultimate Sin”, później doskonale wkleił się w ciężkie i skwierczące gitary Zakka Wylde’a. Stanowczo najlepsze swoje partie nagrał na największym sukcesie komercyjnym Ozzy’ego „No More Tears”. Można to sprawdzić chociażby na albumie koncertowym „Live & Loud”.Po 1993 roku zdarzało mu się być ponownie zatrudnianym na trasy koncertowe, ale był to okres dużej niepewności u Osbourne’a, który miał kończyć karierę, a ostatecznie grał przez kolejne 30 lat. Randy’ego zabrało raczysko w 2002 roku, gdy sprawował funkcję bębniarza w… Mötley Crüe.

Deen Castronovo ur.1964

Płyta - Ozzmosis (1995).

To był dziwny okres w muzyce rockowej. Grunge, który zgasił cukierkowość glam metalu, wystrzelił już swoje największe płyty i zaczął wykazywać mocne symptomy wypalenia. Do tej pory rock był muzycznym mainstreamem i musiało upłynąć sporo czasu, zanim pojawiły się swoiste półeczki dla każdego ze stylów, a przecież jeszcze po drodze we wspomnianym mainstreamie mieliśmy 5 minut nu metalu. Ozzy stwierdził, że emerytura nie jest dla niego, i wrócił albumem, który nie jest zbyt wysoko umiejscowiony w rankingach popularności. Może z racji zbyt ciężkiego, surowego i mrocznego klimatu, do którego fani nie byli przyzwyczajeni. Sama płyta pod kątem muzycznym jest świetna i tym bardziej szkoda, że jest lekko zapomniana, bo są tam absolutnie genialne partie Deena Castronovo! Przerażająco organiczne, ciągnące jak diabli do tyłu. Dowód na to — jak niesamowicie ważne jest czucie gry. Zwłaszcza że Deen znany był do tej pory jako tzw. perkusyjny shredder i spokojnie mógłby strzelać z karabinu albo robić salta. Tu wgniótł w ziemię. Tak mocno, że nikt później nie był w stanie przekazać na żywo mocy np. takiego „Perry Mason”, nikt!

Mike Bordin ur.1962

Płyty - Down to Earth (2001), Under Cover (2005), Black Rain (2007).

Ci, co pamiętają tamte lata, zapewne przypominają sobie, że wybór Mike’a Bordina był nieco zaskakujący, chociaż niekontrowersyjny. Panowie poznali się już w 1990 roku, kiedy to Faith No More wspólnie z Ozzym wykonali „War Pigs”. Przy tej okazji ucięli sobie bardzo szczerą rozmowę, która utkwiła Osbourne’owi w pamięci. Mike to wspaniały groove’iarz, niemożebnie mocno uderzający, solidny do granic, ale w oparciu o bardziej funkowe, skoczne bicie, więc czy taki rwany „War Pigs” nie był idealnym strzałem w kwestii autoprezentacji? Jak spojrzymy szerzej na ówczesną muzykę, okazuje się, że Bordin był dobrze dopasowanym bębniarzem, który trafił w odpowiedni moment. Oddawał idealnie ducha czasu i tego, jak wyglądał wtedy rock i metal. Słychać było jednak na żywo, że partie szlagierów Ozzy’ego to troszkę inna bajka, mimo że przecież ponownie nagrał, a raczej zdublował dwie pierwsze płyty – o czym mówiliśmy wcześniej. Nie jest to więc kwestia umiejętności i rzetelności, tylko stylu. „Down to Earth” wybębnione jest bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć świetnie, ale już zawierający klasyki „Under Cover” nie bardzo pasuje. „Black Rain” to sinusoida z niewykorzystanym potencjałem Bordina. Posłuchajmy takiego „The Almighty Dollar” — toć to typowe korzenie perkusyjne Mike’a! Co z tego, skoro produkcyjnie bębny są wykastrowane.

Kevin Churko ur.1968

Płyta - Scream (2010).

Ktoś zna tego perkusistę? Bo tak się składa, że to świetny… realizator i producent. Jest to ostatni pełny album przed dziesięcioletnią przerwą. Patrząc na całość, muzyka mocno pasująca do Mike’a Bordina, tymczasem za bębnami zasiadł człowiek, którego zapewne 99,9% polskich perkusistów nie kojarzy. Tommy Clufetos mocno utożsamiany z tą płytą zaprzeczył, że brał udział w nagraniach, ale był pod wrażeniem tego, jak sobie poradził Kevin. Realizator i producent nie tylko tej, ale też wcześniejszej płyty, faktycznie wbił tu — sobie znanym sposobem — naprawdę fajne, tłuste bębny z elementami tu i tam prostej, ale efektownej pirotechniki, której dawno nie było. Sam styl gry, mimo wielu skocznych riffów, jest bardziej klasycznie rockowy. Churko dobrze wypośrodkował oba światy, dzięki czemu całość została ożywiona, ale fani byli już jednak ciut zmęczeni konwencją oraz brzmieniem, więc płyta wiele nie zwojowała, chociaż okrzyk „Let Me Hear You Scream” wpada w ucho. Na koszmarnie kiczowatym teledysku do piosenki widzimy już jednak Tommy’ego Clufetosa, który spędzi na scenie długie lata z Ozzym, a później z Black Sabbath.

Chad Smith rocznik 61

Płyty - Ordinary Man (2020), Patient Number 9 (2022).

Minęło 10 lat, wiele w tym czasie się wydarzyło. Wydawało się, że Ozzy faktycznie już skończy, tym bardziej że przewąchane i przepite lata 70. i 80. zaczęły upominać się mocno o swoje. Ozzy wypuszcza jednak album, na którym pojawia się kolejna perkusyjna niespodzianka. Taką niewątpliwie jest Chad Smith, chociaż bardziej wnikliwi wiedzą, że Chad miał chrapkę na grę wcześniej w studiu z Black Sabbath, gdzie fuchę dostał Wilk. „Ordinary Man” pod kątem bębnienia to zlepek rytmów i przejść, często rwanych, dziwnie miksowanych. Cały album jest chyba najspokojniejszym w dorobku Ozzy’ego, ale brak w nim płynności i przyczynia się do tego właśnie praca bębnów. Słychać niewątpliwy fach i rzemiosło Chada, ale wygląda to jak rzucanie pałeczkami na oślep. Co innego później na „Patient Number 9” — kompletnie drugi biegun jakościowy. Album, którego już zupełnie mało kto się spodziewał. Tymczasem Ozzy wydaje płytę bardziej niż poprawną ze świetnie pompującymi garami, ale to zasługa nie tylko Chada Smitha.

Taylor Hawkins ur.1972 – zm.2022

Płyta - Patient Number 9 (2022).

Album został wydany już po śmierci Taylora i dodał jeszcze więcej pomnikowości do postaci tragicznie zmarłego perkusisty. Ale odłóżmy to na bok i spójrzmy na to, co stworzył bębniarz. 3 utwory wspólnie z Zakkiem Wyldem — a płyta ma wielu gitarzystów — to może niedużo, żeby pokusić się o jakąś szerszą i złożoną ocenę, chociaż muzyk gra w dość zróżnicowanych utworach. Szczególnie pierwszy, „Parasite”, mocno oddaje charakter gry Taylora. Słychać w tej kooperacji duży potencjał, ale wiemy, co stało się z Taylorem i w jakim stanie był Ozzy. I to tyle.

Czas na szybkie podsumowanie

- Lee Kerslake – solidny muzyczny grunt do zbudowania marki zespołu. Czas zawirowań koncertowych i osobistych, za to w studiu z Tommym Aldridgem.

- Szalona, ale bez wątpienia najwspanialsza era Ozzy’ego z Randym Castillo.

- Genialny rezultat zapomnianej płyty z Deenem Castronovo.

- Długa i owocna współpraca, chociaż średnie płyty z Mike’em Bordinem.

- Nikomu nieznany Kevin Churko wykonuje dobrą robotę w zmęczonej już konwencji.

- A na koniec Chad Smith, najpierw w naprawdę kiepskim wydaniu, żeby odmienić się na ostatniej płycie Ozzy’ego, którą współbębnił z Taylorem Hawkinsem.

Na pewno zaskakuje tu brak takich pałkerów jak Carmine Appice i przede wszystkim Tommy Clufetos, ale przez te wszystkie lata obu panom przyszło grać jedynie na scenie. A tam swój półroczny epizod koncertowy mieli jeszcze Brian Tichy i Roy Mayorga, zastępujący Mike’a Bordina, który akurat w tym czasie ratował zespół Korn z racji kontuzji Davida Silverii.

Uff… Jest trochę tych detali, ale jest to też niesamowicie ciekawe, jak układały się losy i kolejne kariery, dlatego odsyłam na naszą stronę internetową, gdzie wszystko jest wyłożone, podobnie jak w niniejszym podcaście. No i koniecznie dajcie znać, czy chcecie poznać perkusistów Black Sabbath, albo poruszyć jakieś inne perkusyjne historie.

Przygotował: Maciej Nowak

Ozzy i perkusiści studyjny > TUTAJ
Ozzy i jego perkusiści koncertowi > TUTAJ 

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Perkusista do ulubionych źródeł