Mark Guiliana

Dodano: 11.05.2018

Ostatnimi laty jego kariera wystrzeliła mocno w powietrze. Złośliwi powiedzą, że to wszystko jedynie przez ostatnią płytę Davida Bowie. Jest to niesprawiedliwa ocena, bo Guiliana jest liderem świetnej grupy jazzowej i wywodzi się z miejsca, gdzie wiedzą, jak gra się taką muzykę!

Perkusista: Jaki był twój pierwszy zestaw?

Mark Guiliana: Miałem kuzynkę, która dała mi swój zestaw, ponieważ grała przez jakiś czas i później to porzuciła. To był zestaw Slingerlanda. Nie wiem zbyt dużo na temat detali, powinienem wiedzieć o nim więcej… Wykończenie było Sparkle Blue. Działo się to w połowie lat 90, ale to był na pewno starszy zestaw. Taki standardowy bęben. Myślę, że to był tom 12”, floor tom 16”. Dostałem hardware do bębnów, ale bez blach, więc wyciąłem sobie dyski z kartonów i zawiesiłem je na statywach. Od tego czasu w każde urodziny lub święta dodawałem kolejny talerz do kolekcji. Po niedługim czasie miałem kompletny zestaw.

Kto był twoim pierwszym perkusyjnym bohaterem?

Chad Smith. Zacząłem grać na bębnach w 1995 roku, więc siedziałem w tym, co pokazywało w tym czasie MTV. Wtedy też zacząłem podejmować decyzje co do kupowanych płyt, w związku z tym Nirvana z Davem Grohlem. Dalej Soundgarden z Mattem Cameronem. Siedziałem wtedy w takim graniu i tacy ludzie byli moimi pierwszymi inspiracjami.

 

Bez którego elementu swojego zestawu nie byłbyś w stanie żyć?

Używając sarkazmu odpowiedziałbym „żadnym”, w sensie, że naprawdę lubię wyzwania, polegające na tym, że siedzę przy nowym instrumencie, nowym dla mnie. Postawić swój stempel na nieznanym lub niewygodnym dla mnie sprzęcie. To pomaga trzymać mnie w ryzach, trzymać mnie w tej danej chwili, momencie, realności, próbując podejmować decyzje, które będą pasować do tej sytuacji na tym specyficznym instrumencie.

Ale gdybym miał jednak wybierać, to wskazałbym talerz, który uwielbiam. To 23” Sabian, który w zasadzie jest prototypem. Odwiedziłem fabrykę Sabian kilka lat temu, a ten talerz akurat wtedy sobie tam leżał, nienazwany, zakurzony. Przechodziłem obok niego i zagrałem. Przyciągał mnie jak magnes, więc ostatecznie wylądowałem z nim w domu. Od tego czasu stał się moim ulubionym talerzem. Słychać na nim uderzenia pałki, ale ma też ten piękny ciepły crash, te dwie rzeczy świetnie się komponują ze sobą. Jest to blacha, którą przeważnie mam ze sobą.

Jaki największy koszmar przydarzył ci się na scenie?

Może zabrzmię troszkę jak ignorant, ale cóż strasznego może mi się przydarzyć na scenie? Nic złego nie może się stać. Może mogę tak mówić, ponieważ często angażuję się w kreatywne środowiska, w których jak coś pójdzie nie tak, to prowadzi to do nowych, ekscytujących muzycznych sytuacji. Jeżeli grasz do śladów w halach i na stadionach, wtedy pewne rzeczy mogą pójść źle, ale ja nie mam osobiście doświadczeń w tej materii. Jest może jedna taka rzecz, jak np. jesteś chory i masz zatrucie pokarmowe. To mi się parokrotnie przytrafiło. Przez wiele lat grałem z basistą Avishai Cohenem, graliśmy kiedyś w Izraelu i byłem bardzo chory. Przeszedłem przez koncert, ale zaraz po ostatniej piosence musiałem się zmyć i poleciałem od razu do łazienki. Ludzie chcieli bis, a ja nie byłem w stanie zagrać. Na szczęście w zespole był perkusjonista, który grał także bardzo dobrze na zestawie, więc zajął moje miejsce. Słyszałem, jak lecą bisy, a ja w tym czasie dochodziłem do siebie w garderobie.

U kogo najbardziej chciałbyś wziąć lekcje gry na bębnach?

U Johna Coltrane’a, no, ale to się nie stanie. Moje pierwsze 10 nazwisk to byliby pewnie nie-perkusiści. Kolejne 10 nazwisk to byłyby pewnie nazwiska perkusistów, których już z nami nie ma. Ktoś jak Aphex Twin – Richard David James, o ile wiem nie gra na perkusji, ale sposób, w jaki myśli o bębnach i programuje rytmy, rozwala mi czachę, mocno przy tym inspirując. Chciałbym się dostać do jego mózgu.

 

Co jest twoją największą siłą w byciu bębniarzem?

Rzekłbym, że regularność i niezawodność. Mój cel to być zawsze jak najlepszym, za każdym razem, gdy gram muzykę. Staram się żyć tak, żeby ustawić się w jak najlepszej pozycji, żeby grać jak najlepiej. Szczególnie jak jesteś w trasie, jest tam wiele elementów, które wytrącają cię z bycia jak najlepszym. To może być poranne wstawanie, gdzie jedziesz na samolot, a tu masz korki na drogach, zła pogoda – jest wiele różnych sytuacji, że jesteś niewyspany, nie dojadłeś, czy cokolwiek. Zawsze staram się dbać o siebie i ustawiać w jak najlepszej pozycji wyjściowej, wtedy mogę próbować uchwycić chwilę i dać muzyce wszystko to, co mam, w każdym momencie. To właśnie przyciąga mnie do muzyków, z którymi gram, szczególnie w mojej kapeli, gdzie muszę zatrudniać innych muzyków. Regularność i powtarzalność jest jednym z pierwszych elementów, na jaki zwracam uwagę. I nie chodzi tu może nawet o regularne granie dobrze, chodzi tu o powtarzalność w emocjach i oddaniu muzyce oraz innym. Staram się sam dawać taki przykład.

A największa słabość?

Byłem ostatnio na Kubie, w Hawanie i chłopie, czułem się jak dziecko (śmiech). W otoczeniu tych muzyków i tej muzyki – zapomnij o perkusistach oczywiście, są niesamowici, ale chodzi tu o ludzi. Ta muzyka jest ich wiedzą, jest czymś, z czym dorastali i czym są otoczeni. Płynność i łatwość, z jaką tańczą do tej muzyki. Poczułem, że ta muzyka jest dla mnie czymś nieznanym. Uświadomiło mi to, że mam wciąż pełno pracy domowej do odrobienia, zostałem tym zainspirowany.

Jaką piosenkę nauczyłeś się grać jako pierwszą?

Nie jestem pewny do końca, jaka to była piosenka, ale pamiętam, że Green Day wtedy się u mnie mocno kręcił, w początkach mojej gry. Myślę, że wciąż są wielcy. Uczyłem się kilku ich piosenek, więc możliwe, że było to coś Green Day, ale też mogła to być Nirvana z Unplugged. Dave Grohl grał bardzo cichutko, w kilku piosenkach na tej płycie używał rózg. Możliwe, że coś takiego mogło mi chodzić po głowie w tamtym czasie.

 

Najlepsza perkusyjna rada, jaką kiedykolwiek dostałeś?

Próbować i czerpać radość. Moje sytuacje muzyczne, w których najbardziej się spełniłem, miały swoje podłoże w satysfakcji z tego co robię. Momenty, gdy podążałem za innymi celami, zarówno, czy to było wywołane presją otoczenia, że powinienem robić jakąś konkretną rzecz, czy też finansami, że myślałem za mocno o tym, czy ktoś płaci, te sytuacje nie były dla mnie dobrymi wyborami. W chwili, gdy dana decyzja podyktowana była czerpaniem radości z gry i tym, jak mnie to spełni – to właśnie sposób, w jaki staram się podejmować moje muzyczne decyzje.

A z którego momentu swojej kariery jesteś najbardziej dumny?

Jest ryzyko, że zabrzmię tutaj banalnie, ale najbardziej dumny moment jest wtedy, gdy gram ze swoim zespołem. Miałem świetne doświadczenia jako muzyk sesyjny, za co jestem bardzo wdzięczny. Jestem dumny z wielu płyt, w których nagraniu brałem udział. Nagranie Blackstar z Davidem Bowie byłoby tu chyba zbyt prostą odpowiedzią. Nie ma jednak nic lepszego jak prezentowanie własnej muzyki wiedząc, jak wyglądało to od początku do końca, od pisania po zbieranie zespołu do kupy, granie prób, nagrywanie płyty i wreszcie granie koncertów. Wyjść na scenę z chłopakami i zagrać naszą muzykę, nie ma nic, co by było dla mnie większym spełnieniem. Mam dużo szczęścia, że mogę coś takiego zrobić. Praca moich marzeń to granie z własnym zespołem.

 

Foto: Deneka Peniston
Tekst: Kajko, Rich Chamberlain