Maciej „Ślimak” Starosta

Dodano: 04.04.2019
Autor: Maciej Nowak

O Ślimaku, jednym z najważniejszych perkusistów w historii polskiego rocka powiedziano już bardzo dużo. Często wypowiedzi powielały się, a Maciej miał przygotowany zestaw odpowiedzi na równie często powtarzające się pytania. Tym razem jest inaczej…

To już w zasadzie 30 lat działalności Ślimaka na scenie, co jest wynikiem robiącym wrażenie ze względu na dwa czynniki. Po pierwsze, jakie koleje losu przechodziła muzyka rockowa przez ten okres. Po drugie, jak mocno Maciej jest obecny w muzycznym życiu. Czasami mniej, czasami bardziej, ale zawsze aktywnie, nie odchodząc nawet na chwilę w cień. Sprawia wrażenie, jakby czas kompletnie o nim zapomniał i krzesanie iskier wychodzi mu wciąż tak samo, jak na początku lat 90. Dlatego też niniejszy Alfabet to próba zaprezentowania Maćka z nieco innej strony. Chcieliśmy sięgnąć nieco dalej, poznać go bliżej, dowiedzieć się więcej, jaki jest Ślimak, a raczej Maciek Starosta, jeden z najbardziej inspirujących perkusistów w historii polskiej muzyki. Czy się to udało? Trzeba ocenić samemu.

AUTORYTETY

Jak wyglądają twoje autorytety?

Powiem ogólnikowo, żeby kogoś nie urazić lub nie pominąć. Każda dziedzina mojego życia ma osobne autorytety, począwszy od wiary, rodziny, kończąc na sprawach muzycznych. Bardzo dużo moich autorytetów zostało zachwianych głównie w życiu osobistym. Zostańmy jednak przy autorytetach, związanych z muzyką. Imponują mi ludzie, którzy twardo, ale w zdrowy i uczciwy sposób dążą do swojego celu i ciężką pracą osiągają sukces. Dotyczy to zarówno pojedynczych muzyków, jak i zespołów. Jest to też dla mnie motywujące. Mamy teraz naprawdę ciężkie czasy i żeby się wybić, zaczynając od zera, trzeba się naprawdę napracować, a i tak może z tego nic nie wyjść. To samo dotyczy zespołów, które już sporo osiągnęły i muszą walczyć o utrzymanie się na rynku, a nawet o przetrwanie.

Jeśli chodzi o moje autorytety perkusyjne sprzed lat to nie zmieniają się, mam dla nich wielki szacunek nawet, jeśli moje oczekiwania są większe niż to, co teraz prezentują. Każdy muzyk, zespół czy twórczość, która wpływa na moją motywację, inspirację, występuje w roli obecnego autorytetu. Mam to szczęście, że osoby, z którymi żyję, gram i przebywam są dla mnie motywujące i mam nadzieję, że w drugą stronę jest tak samo.

BĘBNY

Obecnie Pearl, czego szukasz, oczekujesz w bębnach?

Od momentu, kiedy zacząłem grać bokiem, duże znaczenie ma strona wizualna mojego instrumentu, bo przecież muzyka wykonywana na żywo musi także wyglądać. Obecnie nie lubię bębnów w ciemnych kolorach, bo po prostu giną w mroku. Nawet, jeśli miałem ciemniejsze, to miały jakiś charakterystyczny element widoczny z daleka (brokat, ozdobny pas w stylu Rally Stripe). Jeśli zestaw nie ma fabrycznie tego elementu to robię go sam lub oddaję w ręce firmy, która zajmuje się takimi przeróbkami.

Podobnie jest, jeśli chodzi o brzmienie, którego oczekuję od bębnów. Lubię nisko strojone tomy z długim wybrzmieniem. Jeśli średnica bębna jest na tyle szeroka, że nakładany naciąg na korpus zatrzymuje się na swoich krawędziach i jego płaszczyzna nie dochodzi do tegoż korpusu, naciąg ten nie wybrzmiewa tylko jest „suchy” i krótki. Przerabiam wtedy zewnętrzną krawędź korpusu, ścinając ją pod odpowiednim kątem do wewnątrz i pomniejszając tym delikatnie średnicę bębna, co daje mi możliwość niskiego strojenia z długim sustainem. Wpadłem też na specyficzny sposób strojenia, który sprawdza się super w studio i na koncertach, bo bębny grają bardzo melodycznie. Używam czterech tomów 10”,12”,16”, 18” i co pewnie typowe, stroję rezonans o kwartę wyżej. Bardziej nietypowe jest to, że odległości między 10” i 12” to kwarta, między 12” i 16” kwinta, a między 16” i 18” znowu kwarta, co w rezultacie daje nam to, że 18” i 12” są w oktawie i to samo mamy między 16” i 10”. Dźwiękiem wyjściowym jest C, od którego zaczynam stroić rezonans 16” i 10”. Może ktoś wcześniej już tak stroił i nie jestem żadnym prekursorem – w każdym razie wcześniej się z tym nie spotkałem.

CZOŁÓWKA

Uznawany jesteś od zawsze za czołowego bębniarza polskiej sceny heavy, ale mimo to często podkreślasz, że dużo ci brakuje…

No cóż. Jestem bębniarzem po trzech niepełnych klasach szkoły muzycznej, której z różnych względów nie mogłem skończyć. Moja edukacja polegała na podpatrywaniu Tomka Goehsa, Beaty Polak i słuchaniu ulubionych kapel z kaset, potem CD i koncertów na VHS. Teraz można uczyć się samemu z Internetu i z różnych szkółek. Z odrobiną samozaparcia i talentu można teraz w rok zrobić więcej niż ja zrobiłem przez trzy lata. Patent polega też na tym, że jedni obdarzeni wcześniej wspomnianym talentem robią ogromne postępy i się rozwijają małym nakładem pracy, a inni muszą zapieprzać i zapieprzać, a i tak postępy są mało widoczne.

Oczywiście znam swoją wartość i nie będę teraz robił z siebie tego „biednego” beztalencia, które musiało tak ciężko pracować, żeby znaleźć się tam, gdzie jest. Nie jestem też wybitnie uzdolniony i po prostu musiałem się napracować, żeby grać tak, jak gram. Znowu jednak wrócę do tego, że przez ten czas mogłem osiągnąć dużo więcej, jeśli chodzi o technikę grania itd. Bardziej poświęciłem się wypracowaniu własnego charakteru w grze i wizerunku scenicznego. Doskonale wiem też o swoich niedociągnięciach, stąd to moje „co nie dograsz, to dowyglądasz”.

DRINKERS

O Acid Drinkers powiedziano już chyba wszystko. Czasami słowo drinkers bierze górę...

Acid to zespół, bez którego „Ślimak” by nie istniał i wszystko, co osiągnąłem w muzie, zawdzięczam tej właśnie ekipie. Oczywiście, jak to w życiu, bywa różnie. Przychodzą też trudne momenty, ale jesteśmy tylko ludźmi. Drugi człon nazwy jest tutaj najbardziej destruktywnym aspektem funkcjonowania zespołu i myślę, że dotyczy to nie tylko Acidów. Przerywanie koncertów, wewnątrzzespołowe bójki, granie w niepełnym składzie albo nawet odwoływanie koncertów na skutek nadużywania przez muzyków alkoholu to, niestety, część mojego muzycznego życia. Dotyka to wtedy całą ekipę, związaną z zespołem. Ma to wpływ potem na osobiste i życiowe plany, bo przecież z tego się utrzymujemy. Wielokrotnie bywało tak, że musiałem pozbywać się części mojego sprzętu, żeby po prostu przeżyć. Takie doświadczenia to ogromna demotywacja.

EGO

Potrafisz schować swoje ego mocno do kieszeni, jeżeli chodzi o pracę w zespole…

Od momentu, kiedy Litza opuścił zespół, bardziej zaangażowałem się w komponowanie i aranżowanie niż wcześniej. Wynikało to pewnie z potrzeby chwili, bo mieliśmy wtedy nowego gitarzystę w postaci Perły i moja rola polegała na tym, żeby zaaklimatyzował się w zespole i poczuł, o co chodzi. Zaczynaliśmy najpierw robić numery we dwójkę, potem dołączali Tytus i Popcorn. Podobnie było z Lipą, nieodżałowanym Olasem, Jankielem czy obecnie z Dzwonkiem. Tytus nawet nazwał mnie ostatnio zespołowym kadrowym, he, he, no, ale coś w tym jest. Dużo więcej niż koledzy poświęcam też pracy w studio, szczególnie na etapie miksu, ale to jest zespół i każdy z nas ma jakąś dodatkowa funkcję jak pisanie tekstów, układanie solówek czy ogarnianie grafiki. Moje ego nie ma tu większego znaczenia tak, jak u kolegów. Acid to czterech różnych gości z totalnie innej bajki, którzy potrafią traktować się na równi.

FLAPJACK

Zespół tak wyjątkowy, że trzeba o nim wspomnieć oddzielnie.

Był czas, że traktowałem Flapa na równi z Acid i strasznie mi na tym zależało. Nie chodzi tu nawet o ten czas, kiedy zespół osiągnął naprawdę duży sukces i dla wielu fanów, związanych z Acidami, zrobił większe zamieszanie niż ówczesne płyty Drinkersów. Wspólne trasy z Illusion, Tuff Enuff, Dynamind były naprawdę niesamowitym przeżyciem. Jednak najbardziej osobiście podchodzę do ostatniego albumu, kiedy to już po śmierci Olasa składaliśmy do kupy nasze i jego riffy. Miałem wrażenie, że cała ta praca, którą wykonywaliśmy w tamtym czasie, była duchowo wspierana przez niego i jestem przekonany, że byłby i jest z nas dumny.

Album ten został nagrany i wydany po długiej piętnastoletniej przerwie, więc chyba to zaważyło na tym, że trasa nie była zbyt udana, jeśli chodzi o frekwencję. Mało graliśmy w tamtym czasie, a potem jeszcze mniej, co doprowadziło do frustracji kolegów. W 2014 roku po niezbyt dla mnie zrozumiałych argumentach i pretensjach w moim kierunku, postanowiłem po prostu odejść z zespołu. Motywujące jest to, że w zeszłym roku spotkaliśmy się ponownie na urodzinach Litzy i zagraliśmy wspólnie kilka numerów, co zaowocowało planami na pożegnalną trasę. Warunkiem jest udział Litzy w tym przedsięwzięciu i oby się udało.

GŁÓD

Potrzeba gry na perkusji…

Każdy koncert to adrenalina – chęć pokazania się z jak najlepszej strony. Uwielbiam grać i to głównie nadaje sens w mojej pracy. To nadal moja pasja. Byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że nie jest mi miło, kiedy ktoś to docenia i prawi mi komplementy. Przecież po to to robię, a każda pochwała czy docenienie tego, co i jak robię, jest dla mnie ogromną motywacją. Są oczywiście momenty, które sprawiają, że nie chce mi się ćwiczyć czy w ogóle grać. Wszystko zależy od okoliczności i od tego, co dzieje się w moim życiu. Stan ducha ma ogromny wpływ na to, jak funkcjonuję. Problemy rodzinne, śmierć przyjaciela, choroba kogoś bliskiego, zdradzone przyjaźnie, poczucie winy za krzywdy, których jestem powodem, wspomniane wcześniej problemy kolegów z zespołu, kiepska frekwencja na koncertach, stagnacja w działaniu managementu czy prozaiczne problemy finansowe. To tak w skrócie, ale takie tematy sprawiają, że mam problemy z motywacją. Skończyłem 48 lat, na scenie jestem od 30, ale nie widzę siebie w innej roli. Chcę grać, muszę grać i będę grać całym sobą, dopóki starczy sił.

HUNTER

Ten zespół chyba zmusił cię do nowego podejścia do gry na bębnach.

Zacznę od tego, że jestem szczerze zaszczycony i zachwycony mogąc grać z chłopakami, których znam od dawna i bardzo cenię ich zaufanie do mnie. Cieszę się, że mogę wskoczyć za gary i grać za Daraya w momencie, kiedy jest na wyjazdach z Dimmu. Nie jest łatwo zastąpić tak uzdolnionego pałkera. Szczególnie, kiedy koledzy z Huntera są przyzwyczajeni do jego punktualności i dyscypliny, z jaką porusza się na bębnach, grając do sampli i metronomu, i to na żywo. Ćwiczę z metronomem i nagrywam, ale w wersji koncertowej to dla mnie totalna nowość.

Moja koncertowa punk-tualność nieco różni się od założeń Huntera, stąd pierwsze próby i koncerty nie należały do tych pod szyldem „życie bez stresu”. Kolejne spotkania wyglądały już dużo lepiej, w dużej mierze dzięki wsparciu całego zespołu. Wydaje mi się też, że czujemy się dobrze w swoim towarzystwie i to powoli przenosimy na scenę. Poza newralgicznymi „nienaruszalnymi” momentami mogłem w aranżacjach bębnów wnieść coś od siebie, co pozwoliło mi nabrać więcej pewności i swobody w graniu tych numerów. Podsumowując jest to wyzwanie, które nie tylko otwiera nowe horyzonty grania na żywo, ale i motywuje do pracy.

IDIOTYZMY

Ślimak zawsze uśmiechnięty, ale potrafisz zakląć po swojemu „kuchnia!”. Kiedy tak się dzieje?

„Kuchnia!”? To mało powiedziane. Jak to mówi jedno z moich dzieci „kura przez W” nie jest mi obce. Nie będę się rozwodził, kiedy i w jakich przypadkach to się zdarza, bo zdarza się i już, jak to w życiu. Przytoczę natomiast pewną akcję, która spotkała mnie w zeszłym roku. Przez wszystkie lata mojego grania spotkałem się z różnymi relacjami na linii wykonawca-ekipa techniczna. W 90% to wzajemny szacunek do swoich obowiązków i do siebie nawzajem. Przeważnie jest powitanie, pożegnanie i podziękowanie, co skutkuje owocną współpracą na przyszłość. Byłem niestety świadkiem, kiedy to wykonawca nie miał szacunku do ekipy technicznej, przenosiło się to pocztą pantoflową i wykonawca taki nie miał już szacunku wśród „techniki”.

Byłem też świadkiem odwrotnej sytuacji i to kilka razy, co nie kończyło się dobrze dla delikwenta. Natomiast miałem wielką nieprzyjemność nie zagrać z tego powodu z zespołem SIQ na jednym z koncertów we Wrocławiu z powodu chamskiego i skandalicznego zachowania w stosunku do mnie niejakiego „Depesza”, zresztą pracującego w firmie, którą prowadzi mój kolega. Dlatego nie podam, o jaką firmę chodzi, gdyż jesteśmy w dość dobrych stosunkach. Wracając do gościa to weszliśmy już na dzień dobry w dość niespokojną dyskusję na temat miejsca na scenie na moje gary, na których muszę grać ze względów kontraktowych. Mimo, że chwilę wcześniej ustaliłem z jego kolegą na scenie, że znajdzie się miejsce na moje gary, to koleś bez ogródek do mnie „ty taki i owaki”, że jestem ślepy i jeszcze głupi, i to wszystko odpowiednio okraszone podwórkową łaciną oczywiście. Powiem szczerze, że takiego braku szacunku i ignorancji do wykonawcy ze strony technika, akustyka, szefa sceny, innego wykonawcy – obojętnie… nie widziałem i nie doświadczyłem. Za starych dobrych czasów koleś zostałby stamtąd wypieprzony na kopach.

Kurczę, przecież jesteśmy wzajemnie od siebie zależni, obojętnie, jaki wykonawca, standuper, wokalista, zespół pieśni i tańca, DJ. Gdyby nie wykonawcy wszelkiej maści to „nagłośnieniowcy” nie mieliby roboty. I w drugą stronę działa tak samo, my, jako wykonawcy, jesteśmy zależni od ekipy technicznej i nagłośnienia. Tak się zgrzałem tamtą akcją, że „kurami przez W” było wypełnione całe pomieszczenie. Nie mam pojęcia, czy mnie nie poznał, czy zrobił to z premedytacją, bo wiedział, że gramy tam gościnnie i nie możemy o niczym decydować. Naprawdę nie wiem, ale to nie ma znaczenia, bo nawet, jakby przyszedł „pan Zenek” z ulicy jako gość imprezy, to powinien zostać obsłużony jak należy. Przełknąłem z trudem tę konfrontację, nie chcąc robić większego zamieszania. Zwinęliśmy graty i pojechaliśmy do chaty. Takie sytuacje „kuchnia” bardzo mnie „wkuchniają”.

Aaaa i najlepsze, jak przyjechałem z Acidami w to samo miejsce i ogarniał mikrofony na scenie to się głupio pod nosem podśmiechiwał. I wtedy pożałowałem, że nie wywlokłem tej sprawy, żeby kolesia obnażyć przed szefostwem i resztą branży, i to nie chodzi nawet teraz o moją dumę, choć została niewątpliwie urażona, ale o to, że dowiedziałem się, że nie byłem pierwszym, który tego doświadczył i pewnie nie ostatnim. Ale poleciałem jadem…

JAKOŚĆ

To kolejny z twoich znaków rozpoznawczych wśród fanów.

Nie jestem robotem. Każdy ma lepszy lub gorszy dzień. Najważniejsze jednak jest nie uśmiercić pasji i dać z siebie jak najwięcej, nawet, kiedy wpadają pod nogi kłody z każdej możliwej strony. W momencie, kiedy zobaczyłem, jak wyglądają nasze koncerty w Polsce w latach 90 i jakie to jest ubogie w porównaniu do koncertów, które oglądałem jeszcze na VHS, stwierdziłem, że muszę zrobić coś innego. Wynikiem tego był pomysł stawiania bębnów bokiem oraz granie całym sobą, całym ciałem, czasami nawet kosztem precyzji i wycieńczenia. Miałem też poczucie, że jestem bardziej zintegrowany z zespołem zarówno tym, że nie byłem od nich oddzielony garami, jak i tym, że mogłem z nimi uczestniczyć w show i być jego częścią. Co ciekawe zdawało mi się to tak naturalne, że nie wyobrażałem sobie siebie w innej roli np. „pozbawionego emocji rockowego macanta”.

Doceniam oczywiście świetnych bębniarzy, którzy potrafią grać delikatnie i z feelingiem, jest to bardzo cenna cecha i umiejętność. Sam nawet musiałem się zmagać z tym „problemem”, grając w Arce Noego. Tutaj chodzi jednak o granie w Acid Drinkers, SIQ czy Flapjacku, więc oprócz kilku bitów, które wymagają delikatniejszej gry trzeba po prostu „naparzać”. Po latach wiem, że był to dobry wybór, bo w tym czuję się najlepiej. Niestety, jestem już w wieku raczej „trenerskim” a nie „zawodniczym” i obawiam się, że w końcu ten „power” może mnie opuścić i nie będę mógł grać z taką energią, jakiej od siebie wymagam, ale póki co wolę się zrzygać z wysiłku i „łupać”, ile fabryka dała. Tak mi dopomóż Bóg.

KARIERA

Zrobiłeś karierę? Odniosłeś sukces?

Kariera zwykle kojarzy się z sukcesem zarówno zawodowym, jak i finansowym. Niestety, w moim przypadku realia są takie, że splendor koncertowo-płytowy oraz fama wśród fanów nie przekłada się na bezstresowe zaspokojenie życiowych potrzeb. „Trochę” mnie to niepokoi. Te właśnie realia sprowadzają się do tego, że ta cała „kariera”, nagrody, wyróżnienia oraz zauważalny i szczery szacunek, w rzeczywistości można wrzucić do worka pod hasłem „prestige”. Jest to piękne i jak już wcześniej mówiłem nie jest mi to obojętne, a wręcz przeciwnie – motywujące i budujące. Jednak zacytuję teraz mojego ś.p. przyjaciela … „Sam prestiż nie zapewni ci bułeczki z szyneczką” i właśnie tu jest „pies pogrzebany”.

Kiedy jestem pytany „Czy to, co robisz, nadal cię kręci, czy to już tylko praca?”, odpowiadam, że owszem, jest to praca, ale przede wszystkim pasja. W rzeczywistości jest pasja, która jest także pracą i to pracą pozwalającą w miarę godnie żyć, ale niedającą ani płynności finansowej ani zabezpieczenia na przyszłość. Dlatego większość rock&rollowców w tym kraju musi ciągnąć wiele „srok za ogon” i to nie do końca związanych z branżą. Taka jest prawda. Jednak nie ulegam melancholii, związanej z tym problemem, bo przecież to, co najważniejsze, to ten motor napędowy do działania. Motorem tym jest to, że dużo bardziej renomowani bębniarze ode mnie mówią mi: „Stary, gdyby nie ty, nie grałbym na bębnach, miałeś ogromny wpływ na wielu perkusistów”. Czasami nie chce mi się w to wierzyć, bo jak już wcześniej mówiłem, znam swoje zalety i wady. Jednak skoro padają takie słowa z ust ludzi, którzy nie muszą nikomu słodzić, zastanawiam się… „A może rzeczywiście coś w tym jest?”.

Mało tego – kolesie, na których także się wzorowałem, byli i są dla mnie wcześniej wspomnianymi autorytetami, pytają, jak stroić bębny. „Co robisz, że twoje gary tak brzmią a nie inaczej?” lub „Jak to robisz, że wytrzymujesz kondycyjnie cały koncert grając tak, jak grasz?”. Jak zbiorę to wszystko do „kupy” czyli relacje z ludźmi, na których się wzorowałem i tych, dla których byłem lub jestem inspiracją oraz szacunek „fanówy” to z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że odniosłem sukces… Tak, odniosłem sukces.

LENISTWO

Jeden z najprzyjemniejszych grzechów.

Już o tym wspominałem, że wszystko zależy od stanu ducha. Chęci to nie wszystko. Lubię sobie poleniuchować, najczęściej po powrocie z koncertów i poleżeć w łóżku do 14:00. Z tym, że to bardziej odpoczynek i regeneracja. Najchętniej chciałbym, żeby wszystko robiło się samo, żeby moje doświadczenia same przenosiły się na to, jak i co gram. Wolałbym leżeć na kanapie, pić colę i zajadać popcorn oraz oglądać kolejny sezon „Gry o tron”. Tak się nie da. Lenistwo to stagnacja. Zarówno o nim marzę, jak i się go obawiam. To taki legalny i niezauważalny narkotyk, który sprawia wielką przyjemność, a zarazem jest na maksa destrukcyjny. Paraliżuje chęć do działania i dążenie do celu. Może stać się nałogiem i jak każdy nałóg prowadzi do braku mapy na przyszłość.

I tu wracam do tematu poruszanego już wcześniej… Stagnacja, brak motywacji, inspiracji, to zwykle widzę u siebie. W takiej sytuacji wkręcam się już za bardzo w to wszystko niezwiązane z graniem i to, do czego dążę w sferze muzycznej, po prostu pada na pysk. I znowu najchętniej położyłbym się na tej „kanapie”, pożerał chipsy z olejem palmowym i oglądał „Kuchenne rewolucje”, brrrr. Gorszy od tego może być już tylko bourbon z colą zero. I na szczęście właśnie wtedy mogę sobie „uciec” na salę prób, poćwiczyć lub zwyczajnie pograć. I tego muszę się trzymać, bo inaczej będę głęboko w d…

ŁADUNEK

Energii.

Postaram się nie powielać własnych wypowiedzi z poprzednich literek. Oczywiście, jak już wcześniej wspomniałem, nie jest obce naszej grupie taneczno-muzycznej, ale to właśnie „litry potu”, które ze mnie wypływają, niszczą najbardziej hardware i powodują korozję. Mówię poważnie. Szczególnie obręcze werbla i tomu 12”, na które najbardziej „pryskam”, he, he. Pały, naciągi, blachy to jednak najczęściej wymieniane elementy mojego zestawu. Z drugiej strony jak może być inaczej, skoro wszyscy oczekują ode mnie takiego właśnie zniszczenia. A najbardziej to chyba ja sam. Wiem, wiem, miało być bardziej poważnie i zero haseł w stylu „ciąć metal i krzesać iskry”, ale trzeba w coś pierdolnąć, żeby się ogarnąć! Amen.

METRONOM

Masz rewelacyjny wewnętrzny zegar, na poziomie Bonhama, godny absolutnego pozazdroszczenia.

Trochę nie rozumiem tej zazdrości i daleko mi do poziomu Bonhama, ale skoro naczelny tak mówi to nie będę się kłócić. Zacznę od tego, że moje pierwsze kroki na zestawie były oparte na graniu do moich ulubionych kapel. Włączałem kaseciaka, zakładałem słuchawki i… dawałem w kość okolicznym sąsiadom. Do bodajże albumu „The State Of Mind Report”(Acid Drinkers) i „Fair Play”(Flapjack), gdzie nagrałem pierwszy raz z metronomem kilka numerów, wcześniej robiłem to bardzo sporadycznie, co niestety sprawiło, że szczególnie pierwsze albumy nie należą do moich ulubionych, jeśli chodzi o równość mojego grania. Z biegiem czasu zacząłem coraz częściej korzystać z usług „pana metro” zarówno, kiedy ćwiczyłem na próbach, jak i w studio. Jednak odsłuchując robione na próbach utwory, chcąc dopasować do nich odpowiednie tempo, okazywało się to niemożliwe, gdyż każdy kolejny riff miał inny puls i tempo. Oczywiście roboczo robiłem wypadkową tych różnych temp i ćwiczyłem do tego jednego. Nie było to aż takie trudne, bo różnica w tempach wynosiła od 2-10 jednostek, ale za to było martwe i pozbawione ikry.

Dlatego też zarówno w Acidach, jak i w SIQ, stosuję obecnie patent dopasowywania tempa do każdego riffu z osobna jeszcze na etapie prób i przenoszę to do studia. Daje to efekt taki, że dany utwór, mimo, że nagrany z metronomem, ma więcej życia i energii. I jeszcze patent z pauzą wydaje się potęgować tę studyjną żywiołowość, a mianowicie, jak w danym tempie występuje pauza, to jest ona wolniejsza o jakieś 2-5 jednostek od tempa podstawowego. Kiedy pauza się kończy, odnosimy wrażenie, że następny riff rusza jak z kopyta. Tak to wygląda w studio. A na koncertach zawsze był żywioł i podejście w stylu „ahoj, przygodo”. To się trochę zmieniło za sprawą wspomnianego wcześniej zespołu Hunter, którego kierunek muzyczny niejako wymusił na mnie zaprzyjaźnienie się z metronomem w wersji koncertowej.

NAUCZANIE

Czasami sam stajesz się perkusyjnym belfrem.

Moim zadaniem jest przygotowanie ucznia do widowiskowego grania w zespole, w którym będzie dobrze prezentował się technicznie, jak i wizualnie. Jako bębniarz ma być także muzykiem, czyli muzycznie podchodzić do swojej roli odpowiedzialnej za warstwę rytmiczną. Jeśli dojdzie do tego, że będę mieć własną szkołę, każdy uczeń będzie zachęcany do grania na innym instrumencie, choćby na gitarze. Moi uczniowie to bardzo szeroki wachlarz zarówno wiekowy, jak i stopnia zaawansowania. W większości wypadków zaczynam po prostu od prawidłowego trzymania pałek i ustawiania rąk, sposobu uderzania i postawy przy zestawie. Potem dopiero przychodzi czas na podstawowe wprawki na werblu, które powoli przenosimy na cały zestaw w różnych konfiguracjach. Robi to wrażenie nawet na uczniach, którzy już coś tam prezentują i często się zdarza, że grają już nawet dość skomplikowane rzeczy, ale wysypują się na podstawowych patentach. To duże ograniczenie blokujące ich postępy.

Podstawowe wprawki jedynkowe 4-2, 8-4, akcentowane trójki, paradiddle czwórkowe i trójkowe bardzo fajnie można przełożyć na cały zestaw i na tej bazie stworzyć bit, który okazuje się być bardzo atrakcyjny nawet dla średnio zaawansowanego garowego. Przy pierwszym spotkaniu robię właśnie taki mini pokaz, zwracając uwagę na to, że ćwiczenia te rozwijają obie ręce równocześnie. Same wprawki często wydają się być mało atrakcyjne i nudne dla uczniów, i dlatego taki system pokazu zachęca ich do pracy od podstaw. Najciężej praca od podstaw przychodzi takim, którzy grają np. 2 lata albo kiedyś grali i są ograniczeni przez złe nawyki. Chcieliby iść dalej, a tu blaza, nie idzie, bo przeszkadzają w tym źle ustawione łapy lub totalnie zaniedbana słabsza ręka.

Denerwuje mnie natomiast, kiedy rodzice przyprowadzają na lekcję dziecko, które od roku lub półtora chodziło na lekcję perkusji, a tu po „wstępnych oględzinach” okazuje się, że wiedza i umiejętności są na poziomie takim, jak po miesiącu albo krócej nauki w profesjonalnej szkole, szkółce lub prywatnie. Przykro jest też, jak trzeba komuś odmówić z tego względu, że nie ma predyspozycji do grania na bębnach, no, ale skoro lekcje są płatne nie ma co niepotrzebnie naciągać na kolejne, skoro efekty będą znikome albo żadne. Dlatego dziwię się temu, jak ktoś może przez rok kogoś uczyć bez widocznego efektu i brać za to pieniądze. To mnie naprawdę wkurza.

ODPOCZYNEK

Masz na to czas w ogóle przy tak dużej gromadce dzieci?

Trochę już o tym opowiedziałem, jak poruszyliśmy sprawę lenistwa. Odpoczynek to przeważnie jeden lub dwa dni porządnego leniuchowania po powrocie z koncertów. Wpływa na to nie tylko obciążenie fizyczne, wynikające z grania, ale także z prowadzenia busa ze sprzętem. I tak nieustannie od 25 lat. Czasem mnie wyręczają ludzie z ekipy, ale tylko w przypadkach, kiedy naprawdę już nie daję rady. Tak więc ten czas na regenerację jest naprawdę potrzebny. Gorsze jednak od zmęczenia fizycznego jest zmęczenie psychiczne. Takie zmęczenie może być powodem wszystkich tych złych rzeczy, o których była mowa wcześniej i jedynym rozwiązaniem są wymarzone wakacje albo po prostu wakacje. W przeciwnym razie może się to skończyć wizytą u lekarza i to tego od głowy. Większość moich dzieci jest już na tyle dorosłych, że prowadzą już swoje dorosłe życie, więc czas na odpoczynek zawsze się znajdzie. A jeśli chodzi o młodsze, to szczerze mówiąc każda chwila spędzona z nimi, choć jest ich tak niewiele, daje mi taką radość, że nie myślę o zmęczeniu. I właśnie tego mi brakuje.

PRYWATNOŚĆ

Dbasz o nią. Teraz w erze social mediów nie jest o to łatwo.

Staram się o nią dbać głównie ze względu na dzieci. Pewne kwestie jednak i tak gdzieś tam wypływają i zaczynają się pytania, które są niewygodne. Może czas, żeby sprawy stały się takimi, jakimi są naprawdę. Nie jestem wymarzonym ojcem i bardzo zaniedbałem relacje z moimi dziećmi, głównie po rozpadzie mojego małżeństwa. Kiedy z nimi mieszkałem to wszystko było proste, bo nawet jak byłem zmęczony czy zajęty pracą, byłem obecny w ich życiu a one w moim. Łatwiej było zająć się ich sprawami. Ufały mi, a ja zawiodłem. Na szczęście mają wspaniałą mamę. Teraz większość z nich ma swoje sprawy na głowie, dokonują własnych wyborów i jestem z nich bardzo dumny. I choć bardzo je kocham, i wiem, że one mnie też i choć wiele spraw mi wybaczyły, to ciężko jest te relacje naprawiać, bo nie są zbyt „szczęśliwe”, że żyję w innym związku.

W każdym razie praca, jaką wykonaliśmy w ciągu dwóch lat w kierunku pojednania nie poszła na marne i na bank na tym nie koniec. Nie można się poddawać, żeby potem nie żałować niezałatwionych spraw. Marzę o tym, żeby było mnie stać na to, żeby wszystkie moje pociechy, zarówno te pełnoletnie, jak i młodsze, mogły odczuć i doświadczyć tego, że naprawdę je kocham. Często niezadowolone dzieciaki mówią „rodziców się nie wybiera”… To prawda – sam chciałbym dla moich dzieci wybrać lepszego ojca i najlepiej, żebym był nim ja sam, bo gdyby nie one, moje życie nie miałoby większego sensu. No dobra… Ojcowanie to jedno, a tak naprawdę to jestem szczęśliwym „posiadaczem” trzech wnuków za sprawą mojej najstarszej córki i oczywiście jej męża. Tak… Dziadek Ślimak brzmi dumnie.

RYWALIZACJA

Nie rywalizujesz z nikim jako bębniarz, ale czułeś kiedyś takie oddechy, że ktoś cię podgląda z takim zamiarem, ktoś próbuje cię wrzucić w jakiś taki układ?

Nie, nigdy nie odczułem takiego montażu lub jakiejkolwiek niezdrowej rywalizacji, przynajmniej od momentu, kiedy zacząłem być pełnoprawnym członkiem Acid Drinkers i oby tak zostało.

 

SESJA

Ślimak w studio to temat trochę odstawiony na bok, chyba z racji twojej scenicznej energii, która absorbuje. Jak to wyglądało na przestrzeni lat?

Zacznę od tego, że właśnie studio jest dla mnie źródłem wielkiego stresu. Siła mikrofonu, obnażanie w nagraniach wszelkich niedoskonałości, ściganie się z samym sobą, żeby nie robić perkusyjnych autoplagiatów (co i tak nie wychodzi) itd. Ogólnie chodzi o to, że szczególnie w ostatnich latach, kiedy występuję w roli wewnątrzzespołowego producenta, stres zaczyna się od wbijania bębnów poprzez nagrywanie gitar, wokali po ostateczny mix i mastering. Jednak cały proces zaczyna się od sali prób, od składania do kupy naszych pomysłów. Przeważnie trwa to około dwóch, trzech miesięcy, czyli de facto jakieś maksymalnie 20 prób, gdyż robimy jakieś dwie, trzy próby w tygodniu. W takim czasie robimy średnio 12 numerów. Są to oczywiście szkielety, nad którymi dalej pracujemy już na etapie studia, począwszy od bębnów rzecz jasna. Wtedy to zabieram się za strojenie tomów (jak zwykle tak samo), szukanie brzmienia werbla oraz innego niż poprzednim razem ambientu (wszystko zależne od planu na efekt końcowy).

Lubię pracować sam z realizatorem, czyli wiadomo... z Perłą, przyjacielem moim i zespołu od wielu lat. Najczęściej nagrywam do wcześniej przygotowanych pilotów, ale nawet na tym etapie formy ulegają zmianie. W obecnej dobie komputerów i ogólnie dostępnej technice świetne jest to, że pod okiem realizatora mogę wymyślać pewne patenty metodą prób i błędów nie musząc za każdym razem zaczynać utworu od początku. Jest to bardzo kreatywne, gdyż pod okiem takiego gościa jak Perła, który zna mnie od podszewki i próbuje wyciągnąć ze mnie to, co najlepsze, mogę zagrać w kompletnie nieplanowany sposób, dający mi zarówno satysfakcję wykonawczą, jak i twórczą. Jedyną rutyną w tym wszystkim jest to, że chcę pracować z tym gościem. Myślę, że cały czas wzajemnie się od siebie uczymy i napędzamy do działania i wyciągania twórczych wniosków. Mógłbym teraz rozwodzić się nad dalszą pracą, ale zostawmy jakiś materiał do opisania w magazynie „Gitarzysta” lub „Estrada i Studio” he, he.

I muszę koniecznie jeszcze dodać coś o Pearlu, bo za chwile będę gadać o blachach. Z Pearlem jest tak, że po latach doświadczeń i testów to dla mnie najbardziej odpowiedni instrument zarówno do studia, jak i na koncerty. Najlepszym przykładem jest to, że nawet w czasie, kiedy grałem na bębnach innej firmy, to i tak w studio nagrywałem na moim pierwszym Pearlu. Drugim przykładem jest to, że po latach rozłąki z tą firmą i poszukiwań, koniec końców wróciłem do Pearla. Dlaczego? Może po prostu dlatego, że tamte firmy nie były Pearlem i niepotrzebnie szukałem w nich tego, co już wcześniej znalazłem właśnie w Pearlu.

Oczywiście, skoro mowa jest o bębnach, na których gram, nie mogę zapomnieć o Silesia Music Center. Rzadko się zdarza w tym kraju, żeby jakaś firma potrafiła tak długo trzymać pod swoimi skrzydłami taką markę. To chyba jednak coś znaczy. Słyszałem wiele słów krytyki na ich temat, ale co z tego, ludzie tak mają, lubią sobie krytykować nawet wtedy, gdy nie mają pojęcia, o czym mówią. Sam zresztą miałem małego focha na Silesię po naszym rozstaniu, ale firma przetrwała najtrudniejsze chwile i utrzymała większość asortymentu, w tym na szczęście Pearla. Muszę wspomnieć też o tym, że to prawdopodobnie dzięki kobiecie od wszystkiego, czyli „Mrs Robot” Gabi Piotrowskiej tak się stało. Od mojego powrotu do łask Pearla i Silesii, od kiedy zostałem endorserem (też zresztą dzięki protekcji Gabi) tak dobrze jeszcze w życiu nie miałem. Mogę w każdej chwili liczyć na pomoc w zakresie sprzętu, serwisu czy jakichkolwiek potrzeb, związanych z firmą Pearl. ”Houk”

TALERZE

Od lat na Zildjian. Opisz nam trochę twój żywot z talerzami?

Początki były trudne. Grało się na tym, co było – Polmuz, Amati a do studio pożyczane Paiste. Jak zaczęliśmy trochę zarabiać, pierwszymi moimi talerzami z prawdziwego zdarzenia były Meinle… Bodajże model Rocker czy jakoś. Potem dostęp miałem do kilku „używek” Sabiana i były spoko, ale jak wpadły mi w łapy pożyczone Zildjiany wiedziałem, że to właśnie to, czego szukam. Prawdziwa miłość do tych blach zaczęła się jednak tuż przed nagraniem jedynki Flapjacka. Nagrywaliśmy w gdyńskim Modern Sound Studio z Adamem Toczko i ś.p. nieodżałowanym Tomkiem Bonarowskim. Wyszliśmy kilka razy na miasto. Nowo zapoznani znajomi zaprosili nas na rozmowy do firmy Interton. Wynikiem tych rozmów była ówczesna współpraca, dzięki której mogłem stać się szczęśliwym posiadaczem Zildjianów. Współpraca nie została zawieszona w próżni, lecz rozwinęła się na skalę międzynarodową i zostałem endorserem.

Wówczas miałem status endorsera drugiego stopnia, co polegało na wymianie talerzy i opłacanie jedynie cła. Po zmianie polskiego dystrybutora z Intertonu na ZIBI mój opiekun i zarazem kolega Sebastian Posłuszny uświadomił mnie, że nie ma czegoś takiego jak endorsement drugiego stopnia i że podział ten był wewnętrznym wymysłem poprzedniej firmy. No cóż i tak byłem bardzo zadowolony z tamtej współpracy, więc nie robiłem z tego jakiegoś wielkiego „halo”. A najważniejsze było to, że mogłem już świadomie i pełnoprawnie współpracować bezpośrednio z Zildjianem, w czym Sebastian bardzo mi pomógł. Wiadomo też, że dystrybucja przechodziła dwukrotnie w inne ręce i ostatecznie w Polsce mamy tylko przedstawiciela niemieckiej firmy Musik Meyer w postaci Krzyśka Leśnika, który już na wstępie pokazał totalnie zawodowe i profesjonalne podejście do tematu.

Wracając do samych talerzy to wybór był prosty, choć niepozbawiony testów i selekcji. Podobnie, jak w przypadku bębnów głównie chodziło o to, żeby znaleźć takie blachy, które zarazem są wytrzymałe, dobrze brzmią w studio i na koncertach oraz nadają się brzmieniowo, zarówno do „łojenia”, jak i do delikatniejszej muzy. I bezsprzecznie zarówno w kategorii splashe, crashe i hi-haty wygrały A Custom. Jeśli chodzi o ride’y to zdecydowanie wygrywały Z Custom, a szczególnie moje ulubione Mega Bell lub Power Ride, które z biegiem czasu przekształciły nazwę na A Zildjian Heavy (ale tylko crashe i hi-haty), a ride’y po prostu A Zildjian, w których na szczęście mój Mega Bell cały czas jest produkowany. Jeśli chodzi o chinki to uwielbiałem K Zildjian China Boy, ale nie jest już produkowana i moim obecnym faworytem są Fx Oriental China Trash oraz A Zildjian Ultra Hammered China. No to tyle.

UPADEK

Kiedy było naprawdę źle i pomyślałeś „o, cholera…”?

No tak. Oczywiście, że wiele razy ocierałem się o różne wątpliwości, związane z tym „czy warto i jak to będzie dalej”. Począwszy od odejścia Litzy z zespołu przez śmierć Olasa po różne alkoholowe perypetie naszej ekipy. Tak samo, jak w zespole, tak i w życiu osobistym takie i inne momenty się zdarzają. Chociażby zaufanie… Zaufanie to coś, czego nie można wystawiać na próbę. Brak zaufania to pierwszy stopień do rozpadu tego, czego to zaufanie dotyczy, czyli do upadku, katastrofy. Zresztą mówiłem już o tym wszystkim wcześniej, będąc przy hasłach „Drinkers” oraz „Prywatność”. Nie ma sensu ponownie w to brnąć, bo za chwilę z tego wywiadu zrobi się scenariusz do „Żółtego Szalika 2” albo do kolejnego odcinka „Ukryta Prawda”. Najważniejsze jest to, że jestem tam, gdzie jestem i nie zatraciłem ochoty i motywacji do działania.

WZLOT

Najwspanialsze wspomnienia z kariery, po prostu!

No cóż. Sukces debiutanckiego albumu. To spełnienie marzeń, których nie spodziewałem się ziścić. Potem były kolejne oczekiwania i kolejne spełniane marzenia typu koncerty, kolejne albumy, które odnosiły sukcesy, granie z kapelami, na których się wzorowałem i wychowałem, nagrody typu Fryderyki czy Super Jedynki oraz moje bardziej osobiste, chociażby za sprawą szacownego Magazynu, dla którego teraz się tak produkuję. Także w kategorii „wzlotu” i sukcesu możemy traktować każde podniesienie i wydostanie się z dołka, spowodowanego upadkami i problemami, z jakimi dane było nam się mierzyć, a o których także już mówiłem. Jeśli upadasz i udaje się z tego wygrzebać, to zawsze jest sukces, nawet, jeśli było się już kiedyś na dużo wyższym pułapie. „Always look on the bright side of life”.

YAMAHA

Firma firmą, chodzi bardziej o wykorzystanie elektroniki.

Myślę, że gdyby nie przygoda z Hunterem pewnie nie doszłoby jeszcze do rozbudowy mojego zestawu o elektroniczne urządzenia perkusyjne. Oczywiście rozbudowa to zbyt wiele powiedziane. Tak naprawdę zarówno w Acidach, jak i w Hunterze, mam możliwość skorzystania jedynie z dwóch analogowych wyjść. Takie możliwości daje mi to urządzenie. Finalnie przy odpowiedniej konfiguracji mogę skorzystać powiedzmy ze wszystkich padów i triggerów, z tym, że to nadal będą dwa kanały, więc jeśli chciałbym mieć np. cztery różne brzmienia lub instrumenty, to i tak akustyk dostaje dwa kanały i ciężko byłoby ustawić brzmienie „stopy”, małego tomu, werbla lub cowbella na tym samym kanale. Więc póki co korzystam z triggera do stopy i maksymalnie dwóch padów z brzmieniami, które są ze sobą spójne i nie wymagają osobnej korekcji. Tak czy inaczej póki co nie potrzebuję niczego więcej i to zaspokaja moje potrzeby aż nadto. Jeszcze pół roku temu mogłem jedynie grać na pożyczonej elektronice Daraya, dzięki jego uprzejmości oczywiście, a teraz za sprawą Wojtka Jelicza z Yamaha-Polska jestem bardziej niezależny i zadowolony.

ZESPOŁY

Oprócz Acid, Flapjack, jeszcze cała masa projektów i zespołów, w których grałeś, udzielałeś się np. Arka, 2TM23, ale też SIQ…

Pominięte zostały jeszcze dwie kapele. Houk oraz Dog Family. Mimo sympatii do kolegów ten ostatni jest najmniej bliski mojemu sercu. Houk to było wyzwanie mniej więcej takie, jak teraz z Hunterem tyle, że nagrałem z nimi płytę i grałem z nimi ponad dwa lata. Ogólnie rzecz biorąc zawsze na maksa angażuję się w każdą kapelę w której gram. Może dlatego, że nie jestem muzykiem sesyjnym tylko naturszczykiem, który nie widzi siebie w innej roli, jak tylko w zespołowej symbiozie. Arka, 2TM23 to czasy piękne, piękne wspomnienia, wspólne koncertowanie całymi rodzinami z dziećmi. Nigdy tego nie zapomnę, bo takich chwil się nie zapomina.

Zawsze oczywiście najważniejszy będzie Acid Drinkers i tego nic nie zmieni, gdyż wszystko, co osiągnąłem w sprawach zawodowych zawdzięczam właśnie Acidom. Podobnie kiedyś było z Flapjackiem. Zmieniło się to potem przez sytuacje, które spowodowały obecne zawieszenie grupy w próżni, ale jak wspominałem wcześniej jest światełko w tunelu, nadzieja na odbudowę i reanimację zespołu. Jednak, co by nie mówić, obecnie oprócz Acidów drugim najważniejszym projektem, który – jak sam wspomniałeś – traktuję także bardziej osobiście jest zespół SIQ. Mogę wspólnie nagrywać, grać koncerty, podróżować i po prostu być przez duże „B” z moją drugą połową, która jest dla mnie nieustającą inspiracją zarówno na scenie, jak i w życiu osobistym. THE END. Wywiad oparty jest na prawdziwych zdarzeniach i wszelkie podobieństwo do osób i faktów nie jest przypadkowe.

Jakieś pytania jeszcze?!

A jest jeszcze coś, czego nie poruszyliśmy tu i na przestrzeni lat?

Materiał przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia: Bartłomiej „Szopix” Czerniachowski