Michał „Dimon” Jastrzębski

Dodano: 22.08.2019

Bębniarz Lao Che, zespołu, który nie kłania się nikomu i mimo to lub może właśnie dzięki temu przyciąga od lat ogromne rzesze ludzi na swoje koncerty, a fani niecierpliwie oczekują kolejnych wydawnictw płytowych.

Nie ma wątpliwości, że warstwa rytmiczna odgrywa ogromną rolę w kompozycjach zespołu, dlatego też rola Dimona jest ciężka do przecenienia.

Perkusista: Napiłbym się piwa... Napijesz się ze mną?

Michał „Dimon” Jastrzębski: To tak z grubej rury zaczynasz? Niestety, nie napiję się z tobą. Chciałbym, ale nie mogę. Jak pójdę w długą to już pewnie tego nie przeżyję – do takiego wniosku ostatnio doszedłem. Nie ma tu co kryć – jestem chory i nie mogę pić alkoholu... Mam na niego alergię. W czasie 12 lat tak zwanej rekonwalescencji, miałem incydent z zapiciem... Fatalna przygoda i tak naprawdę ledwo uszedłem wtedy z życiem. Poważne wyznanie z mojej strony, ale taka jest prawda.

Są takie momenty, kiedy dziękuję Bogu za to, że już nie piję. Kiedyś nawet dziękowałem za tę chorobę, ale teraz nie uważam tego za dar, ja po prostu doświadczam łaski, że jestem zdolny do tego, by funkcjonować. To dla mnie spory wysiłek, aby być w takim stanie jak teraz. Jest wiele sytuacji towarzyskich, w których na pewno odnalazłbym się lepiej, gdybym mógł się napić. Alkohol jest używką towarzyską, pomaga przełamać bariery i ułatwia kontakt z innymi ludźmi. Kiedy masz świadomość, że nie możesz się napić, pojawia się coś takiego, co nazywam górną granicą wytrzymałości pewnych sytuacji. W różnego rodzaju sytuacje wchodzę świadomie, wiem, że sobie poradzę, ale mam limit, który w pewnym momencie osiągam i muszę się wtedy wycofać.

Pewnie też z tego względu właśnie mam taki specyficzny sposób funkcjonowania na koncertach czy w trasie. Wolę w takich chwilach posiedzieć sobie w hotelu. To jest dla mnie ważne. Jakbym się mógł zrelaksować pijąc browara, a potem wyjść na scenę i zagrać, to pewnie byłoby zaje*iście, ale żeby odpocząć po podróży, przed koncertem muszę się wpakować do pokoju. Muszę po prostu poleżeć cztery godziny i nic nie robić. Oszczędzam w ten sposób energię. Potem zjadam tabliczkę czekolady i działam. Mam takie dni, że napiłbym się tego browara, ale z drugiej strony... chyba jednak nie chcę tego aż tak bardzo.

Lao Che jest postrzegany jako zespół, gdzie obecny jest ten czynnik rock’n’rollowy, a nagle się okazuje, że serce zespołu musi odpocząć przed koncertem...

No to jest trochę głupie. Często też jest tak, że ewakuuję się natychmiast po koncercie. Nie wynika to z tego, że jestem jakimś gburem, chociaż możliwe, że często w ten sposób jestem odbierany. Jakiś czas temu napisała do mnie fanka z pytaniem, czy poszedłbym z nią coś zjeść? Odpisałem, że pewnie, bardzo chętnie. Poszliśmy do knajpy i powiedziała mi: „Zawsze myślałam, że jesteś strasznym burakiem, bo kiedyś niby wyszedłeś podpisywać płyty itp., a zaraz założyłeś kurtkę i uciekłeś... A teraz tak siedzimy przy jedzeniu, sam na sam i dochodzę do wniosku, że jesteś fajnym gościem”.

Ciekawa historia i chyba tak właśnie mam, że w kontaktach z kimś, bardziej na osobności, jestem inny niż w bardziej gremialnych sytuacjach. Rock’n’roll oczywiście jakiś tam jeszcze jest, ale bez przesady. To nie są już lata 90. Mam na myśli to, że w latach 90 był totalny gruz. Teraz to jest po prostu normalna zabawa. Mam takie dni, kiedy mam większą odporność na takie sytuacje, ale są też takie, kiedy muszę pojechać w mieście, w którym akurat jestem, na spotkanie AA.

Macie naprawdę bardzo mocną bazę fanów. Jak odbierasz osoby, które tak mocno przeżywają waszą muzykę? Jaka jest twoja relacja z nimi?

Większość takich bliskich fanów jest bardziej zakolegowana z resztą chłopaków z zespołu. Oczywiście też się znamy, ale gdy te kontakty się bardziej zacieśniają, czyli koncert, później wyjście na miasto, alkohol – to mnie tam już nie ma. Są za to fani, którzy docierają do mnie w bardziej bezpośredni sposób. Znamy się, utrzymujemy kontakt i najzwyczajniej w świecie koleguję się z paroma osobami. Takie relacje wynikają głównie z tego, że są to osoby, które lubią nasz zespół i muzykę, ale są też fani perkusyjni.

Staram się przełamywać te bariery między nami, żeby nie było takiego wrażenia, że „ ja jestem Wielki Pan Dimon”, a ty jesteś fan. To zupełnie nie moja bajka. To jest bardziej w takim stylu, jak ze wspomnianą wcześniej koleżanką, z którą jadłem kolację. Gadaliśmy jak starzy, dobrzy znajomi, nawet nie o muzyce, tylko tak po prostu, o różnych sprawach. Perkusyjne znajomości też mniej więcej na tym polegają, chociaż czasem oczywiście sprowadzają się do gadki w stylu „Grasz na Agopach, a ja na Meinlach”...

Gdzie twoim zdaniem jest teraz zespół Lao Che? Jaki jest jego status?

Ja się nad tym nie zastanawiam. Wiem, gdzie ja teraz jestem – w swoim mieszkaniu (śmiech). Ostatnio staram się osadzać tu i teraz. Nie jest to łatwe, ponieważ mam straszną tendencję do tego, żeby wybiegać w przeszłość lub przyszłość. Zagranie na Woodstocku dla 500 tysięcy ludzi nie stanowi dla mnie żadnego problemu, za to jak wczoraj przyszedł hydraulik wymienić mi umywalkę w łazience, to uciekłem z domu... Autentycznie! Po prostu spier*oliłem. Bałem się, że zaraz rozwali się jakaś ściana, coś zaleje – nie dałem rady tego unieść. Wiadomo, że zagrać na Woodstocku czy innym dużym festiwalu to jest stres, emocje, poczucie odpowiedzialności, ale mam to poczucie, że dam sobie radę i dam z siebie wszystko. Wymiana umywalki mnie przerasta – w takiej sytuacji jestem pozamiatany.

Wracając do Lao Che, to nie mam pojęcia, gdzie jest zespół. Gramy koncerty i tyle. Nie postrzegam naszej kariery na bazie jakichś przełomów. Wiadomo, że są różne okresy działalności zespołu i można je podzielić na płyty. Nasz debiutancki album Gusła, potem Powstanie Warszawskie, które było wystrzałem i prawdziwym nośnikiem, dzięki któremu więcej osób o nas usłyszało. Gospel był jakby potwierdzeniem, że nie mamy zamiaru śpiewać jedynie piosenek o powstaniu pod publiczkę, tylko mamy coś więcej do powiedzenia i za tym też poszła rzesza ludzi. Potem przyszedł moment, gdzie to wszystko trochę ochłonęło i powstały kolejne dwie płyty, które też bardzo dobrze się przyjęły, ale już nie było takiego wielkiego szumu wokół tego. W 2015 roku ukazał się kolejny album Dzieciom i to był znowu BUM. Wtedy Lao Che wystrzeliło już na poważnie. Zaczęliśmy zapełniać dosyć duże sale i graliśmy mnóstwo koncertów w latach 2015-2017. Ostatnia płyta to Wiedza o Społeczeństwie, która jakby ugruntowała naszą pozycję. To nie są jednak rzeczy, nad którymi zastanawiałbym się codziennie... Żyję tu i teraz. Wstaję rano, otwieram oczy, patrzę na biały sufit i mówię: „O Jezu, znowu!”.

To raczej dosyć depresyjne myślenie...

No tak, ja trochę taki jestem, ale tak to wygląda. Muszę wstać, umyć dupsko i gdzieś jechać, ogarnąć codzienne sprawy, których nie ma nie wiadomo ile, bo na dzień dzisiejszy pracuję w zespole, ale tak jest.

Co w takiej sytuacji daje ci kopa? Granie na scenie?

Grając na scenie ładuję baterie, żeby jakoś funkcjonować w tym świecie, ale tej umywalki i tak nie unoszę... (śmiech) Poza tym staram się pomagać ludziom, udzielając się w różnych grupach samopomocowych. Takie rzeczy absorbują mnie za dnia. Naturalnie do tego dochodzi jeszcze myślenie o bębnach. Nie jestem typem, który dużo ćwiczy – mam raz na czas takie zrywy.

Zrywy przed koncertami, nagrywaniem płyty?

Też, ale to jest sinusoida. Grasz koncerty, wracasz i siłą rzeczy trzeba wtedy troszeczkę ochłonąć – wyjść do spożywczego, kupić mielone i zrobić kotlety. Mam takie momenty, że na przykład odpalam jakąś płytę, którą lubię i wyłapuję coś, co jest fajnie zagrane. To właśnie mnie napędza, żeby pojechać do kanciapy i poćwiczyć. Niekoniecznie paradiddle, bo to w sumie ćwiczę codziennie na zestawie w pokoju – tak, jak kwintole czy septymole. Tyle, że dla mnie są one nieużyteczne. Chociaż lubię takie granie, to jednak nigdy nie znalazło ono zastosowania – w pracy artystycznej oczywiście.

Czyli tworząc partię do utworu w jakimś zespole, nigdy nie myślałeś, żeby użyć czegoś w tym stylu?

Raczej nie. Był taki moment, że chodziłem do szkoły i jednocześnie nagrywaliśmy płyty, ale kiedy mówiłem chłopakom, że chciałbym zagrać jakąś triolę, paradiddle i jakąś kwintolę w pętli, to usłyszałem od Kuby, naszego gitarzysty: „O czym ty mówisz w ogóle? Graj, nie pier*ol!” (śmiech). Ale tak to jest, mamy grać i ma być fajnie.

Jestem ogromnym fanem Janka Młynarskiego, z którym ostatnio się widziałem. To jest świetny gość. Moim zdaniem pod względem technicznym Janek jest absolutnym kozakiem. Nie ma chyba drugiej takiej osoby w Polsce jak on. Ma niesamowicie ogarnięty zestaw – od lewej do prawej – techniki push-pull. To jest wariactwo, pokazuje ci, jak się gra push-pull w Europie, a zaraz potem pokazuje, jak to grają w Ameryce Południowej... Imponuje mi, bo to jest prawdziwy artysta. Potrafi także wyjść na scenę z bandżolą, z Warszawskim Combo Tanecznym i śpiewać stare, uliczne piosenki. Tak samo z Jazz Bandem Młynarski-Masecki. Ma taki dar w łapach jak nikt inny w Polsce. Słychać to, kiedy gra swoje, autorskie projekty – jest polirytmia i to grubo ciosana. Od razu wiadomo, że są to rzeczy, które go naprawdę fascynują. Janek ma swój własny, autorski, jednoosobowy projekt, w którym wszystko eksploruje, pokazuje i gra.

Jeżeli chodzi o wrzucanie różnych figur do grania, to tak naprawdę wszystko zależy od sytuacji, bo jakby na przykład Tomek Goehs w Kulcie zaczął przekonywać innych do paradiddli, to raczej by nie przeszło. Chodzi o piosenki. Tak samo w Lao Che, jakby na to nie patrzeć, gramy piosenki. Na przykład możemy wziąć zespół, którego jestem wielkim fanem – Massive Attack – tam też chodzi o sztukę, ale niekoniecznie wyrażaną za pomocą manualnych umiejętności.

Jednak posiadanie takich umiejętności zwiększa twój zakres swobody.

Oczywiście, że tak. Takim właśnie przykładem jest postać Janka Młynarskiego, który pogra na bandżolce, pośpiewa, zagra praktycznie wszystko, co można zagrać na bębnach – drum’n’bass, jazz, itd… Ja nie mam takich możliwości, ja po prostu kocham grać, grajkiem jestem. Jednak utrzymywanie swojej formy jest ważne. Jak mam przerwę w graniu, powiedzmy dwa tygodnie i bezpośrednio po tym mam zagrać koncert, bez żadnego ćwiczenia – to nie jest zbyt kolorowo. To działa też dwojako – raz pojedziesz, siadasz i łupiesz, jakbyś grał swój ostatni koncert w życiu i wychodzi zaje*iście, a bywa tak, że po przerwie siadasz i cały jesteś sztywny. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje i skąd to się bierze, ale tak jest. Pewnie wynika to trochę z głowy, może z pogody, jaka jest na zewnątrz... Pojęcia nie mam! To jest psychologia grania. Ostatnio zagrałem warsztaty, później pojechałem na jakieś zajęcia i próbowałem przekazać coś wartościowego tym młodym (chociaż nie tylko) ludziom. Także na temat psychologii grania. Kompletnie nie umiem tego uchwycić.

Dlaczego zdecydowałeś się na prowadzenie warsztatów?

To trochę taka wojna postu z karnawałem... Zdecydowałem się na to, bo jest to dla mnie pewnego rodzaju dreszczyk emocji. Uważam się za bardzo przeciętnego bębniarza, a to dało mi kopa, żeby posiedzieć trochę z bębnami sam na sam i popracować. Chciałem się też utwierdzić w tym, że jeżeli ktoś przyjdzie na takie warsztaty, to przyjdzie ze względu na mnie.

Myślenie o bębnach jest bardzo różne. Można myśleć w sposób linearny, czyli siedzieć za zestawem i wymyślać PLLPPL, tom 1, 2, 3, 5, 10 i tworzyć jakąś niewyobrażalną ilość zagrywek i tym podobnych rzeczy, ale też można podejść do tematu od strony groove’u, jakoś bardziej kolorystycznie. Tak czy inaczej, nie da się tego wszystkiego, co mam w głowie, przekazać podczas warsztatów. Trzeba by było być w studio nagraniowym, mieć przy sobie centralki od 18” do 26”, każdą po kolei uderzać i sprawdzać, która lepiej pasuje do danej piosenki.

Chciałem też po prostu pogadać o tym, że drzemie we mnie także artystyczna strona bębnienia, a nie tylko typowo rzemieślnicza. Takie warsztaty to udowodnienie samemu sobie, że nie jestem jednak taki kiepski, że może mam coś do zaoferowania, co komuś może się przydać. Po warsztatach taka osoba podejdzie i powie, że fajnie się tego słuchało, że dziękuje, bo pomogłem jej otworzyć głowę na to czy na tamto. Będą też tacy, którzy spojrzą na mnie i pomyślą, że też potrafią tak zagrać. Teraz jest tak, że masz dużo wiedzy podanej pod sam nos, ale podejrzewam, że część ludzi, którzy się za tę wiedzę biorą, łapie się na tym, że nagle trafiają na ścianę. Okazuje się, że mają tyle talentu, że nieważne, ile by ćwiczyli, to po prostu pewnego schodka już nie przeskoczą. Co nie znaczy, że muszą to robić. Właśnie to, między innymi, chciałem im pokazać, że nie trzeba wypierdzielać 350bpm rękami, żeby ktoś powiedział „fajnie grasz”. Nie ma jednej drogi, żeby znaleźć się na scenie.

Czy jest obecnie sens, żeby początkujący, młodzi perkusiści od razu traktowali grę na bębnach w tak poważnych kategoriach jak zrobienie kariery?

Zależy, kto jaką ma bajkę. Nie jestem pewien. Dzisiaj sobie myślę, że fajnie byłoby mieć coś dla przeciwwagi. Bębnienie, bębnieniem, ale z drugiej strony mieć jakieś inne zajęcie, jak na przykład medycyna ratunkowa. Kiedyś sobie właśnie ubzdurałem, że może będę jeździł karetką, a dzisiaj nie mam już tych uprawnień i tak naprawdę nie mam żadnego innego wykształcenia. Wszystko, co robiłem w życiu, robiłem pod bębny. Miałem jakby takie klapy na oczach, ale to też wynikało z tego, że cały zespół chciał grać i każdy chciał z tego żyć, tak więc były perspektywy. Moim zdaniem powinno się mieć jakiś wentyl bezpieczeństwa. Im jestem starszy, tym wyraźniej to dostrzegam. Tak, jak mówiłem z tym ćwiczeniem – to są zrywy – jakbym miał siedzieć non-stop w sali prób to bym oszalał. Dlatego osobiście lubię gdzieś wyjechać, na przykład do Czarnobyla, połazić po opuszczonej Prypeci, albo pojechać do Czeladzi na noc saunowania, bo lubię grzać dupsko. To są małe odskocznie, ale jednak są. Miałem też takie chwile, że chodziłem na siłownię.

Czyli z zawodu jesteś perkusistą?

Ja z zawodu nawet perkusistą nie jestem. Chodziłem do szkół muzycznych, ale nie mam formalnego wykształcenia, więc tak naprawdę jestem nikim.

O kurde...

„I’m nobody, who are you, are you nobody too?”, jak śpiewał Maleńczuk. Miałem uprawnienia ratownika medycznego, ale one wygasły, bo nie podjąłem nigdy pracy w tym zawodzie. To trochę taka rotacyjna profesja i trzeba pracować w zawodzie, żeby te kwalifikacje miały swoją ważność. Dlatego tak naprawdę jestem nikim. Czasem myślę, że dobrze by było mieć coś w zanadrzu, ale cóż... Trochę to śliskie, ale gdzieś w głębi wiem, że chcę i mogę bębnić. Koniec końców, bębnienie jest dla mnie całym światem. To mi ładuje baterie, nadaje rytm i sens.

Czyli czeka cię jeszcze 30-40 lat grania?

Nie wiem. Obserwuję dużo różnych osób i widzę, że ich historie są różne. Na przykład Jerzy Piotrowski. To, co on grał w tamtych latach, to była przecież wiedza tajemna, a on to wszystko skubany miał chyba wyuczone ze słuchu. Nie wiem, jak to możliwe, ale pewne jest to, że miał przeogromny talent. W pewnym momencie to się urwało i z tego, co wiem, pan Jerzy wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Czy w tych Stanach Zjednoczonych grał zawodowo? No nie sądzę. Jest też Artur Hajdasz, jego tata grał w Breakoucie, a on w Aptece, Homo Twist i Pudelsach. Wiem, że teraz jest w Wielkiej Brytanii i zawodowo graniem też się nie zajmuje. Tak patrząc przez tę perspektywę, oni też mogliby sobie powiedzieć, że poniekąd są nikim. Nie wiem, kim jest pan Jerzy Piotrowski z zawodu, może pracował w zawodzie w Stanach Zjednoczonych, nie mam pojęcia.

Czy takie historie nie konsternują cię troszeczkę, szczególnie teraz, po twoim wyznaniu, że jesteś nikim?

Liczy się tu i teraz. Dzisiaj jestem tutaj na warszawskiej Ochocie, a jutro mam niby zagrać koncert, ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy ten koncert się odbędzie. Nie wiadomo, czy w Stalowej Woli nie przejdzie jakaś straszna burza. Tak to wygląda. Kiedyś mieliśmy jechać nagrywać płytę i z powodu wypadku losowego się to nie udało. Pojechaliśmy dopiero pięć miesięcy później. Wiem, że to jest przeginanie, ale zastanawiam się nad tym czasem.

To trochę niekomfortowe uczucie, bo zahaczamy tutaj o bezsilność, a tego chyba nikt nie lubi. Nie mam wpływu na to, co będzie za dwadzieścia lat. Oczywiście można się starać, podejmować decyzje czy coś w tym stylu, ale co byś nie robił, to nigdy nie możesz mieć pewności. Wiadomo, że odczuwam lęk z tym związany. Wiadomo, że w głowie myślisz sobie, że zaje*iście byłoby grać i robić to do końca życia, ale kiedy już to robisz, dochodzi do ciebie, że tak naprawdę nic innego nie potrafisz. Nagle pojawia się takie „ja pier*olę...”.

Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że nie zarabiam źle, gram w zespole z kolegami i jest fajnie, więc jest to super komfortowe uczucie. Z drugiej strony nie wiem, co będzie za dziesięć lat... Nie wiem, co będzie za rok! To może głupio zabrzmi, ale zacząłem to właśnie tak postrzegać. I tak Ten na górze ma jakiś plan, to nie zależy ode mnie. Jestem tylko narzędziem i mogę sobie coś roić w głowie i układać po swojemu, a to może skończyć się zupełnie inaczej. Mam takie dni, że myślę: „Ale fajnie, jest dobrze”, a z drugiej strony budzę się, otwieram oko, widzę biały sufit i jest „O ku*wa, znowu...”.

Mnóstwo osób ci zazdrości – świadomie bądź nieświadomie – właśnie tego, że grasz autorskie piosenki, na dużych scenach. A ty sprawiasz wrażenie, jakbyś nie doceniał tego, co masz. Drażni mnie to.

Nie! Bardzo się z tego cieszę! Tak naprawdę jestem mega szczęśliwy. Tylko to jest tak, że jak sobie pomyślę, że jestem za bardzo zaje*isty, to robię się od razu nieznośnym ku*wiszonem. Dlatego muszę mieć włączoną cały czas taką wewnętrzną temperówkę. Wolę po prostu nie myśleć w takich kategoriach, że jestem taki hop do przodu. Jadę gdzieś na koncert, ale jak wracam to muszę wodę w akwarium wymienić, koty nakarmić, umywalkę wymienić w tej łazience i to jest moja rzeczywistość. Jeszcze gdzieś pomiędzy tym wszystkim odpalam sobie jakąś płytę albo perkusistę i myślę: „Ale fajnie gościu gra! Kurde, zapalił mnie, poćwiczę trochę.”. Czasem jadę też do kumpla, do studia, pogadać trochę, posiedzieć za zestawem i wymienić się aktualną wiedzą na temat bębnienia. To po prostu trzeba balansować.

Ostatnio zakolegowałem się z Robertem Ligiewiczem z Heya. Bardzo sympatyczny gościu. Podtrzymujemy kontakt i znam historię Heya – działalność została zawieszona po 25 latach, więc on też musiał się w jakiś sposób odnaleźć w nowej sytuacji. Pewnie mógł gdzieś grać, ale nie wiem, czy chciał – nie mam pojęcia. Gdy zastanawiam się nad tym, czy mógłbym grać zarobkowo, to dochodzę do wniosku, że pewnie bym mógł. Jestem upartym skurczybykiem, więc jakbym się uparł, to pewnie bym przysiadł, poćwiczył i obcykał jakieś numery. Może bym potrafił, ale nie wiem, czy dawałoby mi to frajdę. Co by nie mówić, to czuję się jednak w pewnym sensie artystą. A może odnalazłbym się w innym zespole? Z innymi ludźmi?

Przypomniał mi się taki wyświechtany już tytuł – Buena Vista Social Club – tam był ten dziadek, który śpiewał „Dos Gardenias” i on właśnie powiedział, że jakby nie było grania, to wolałby czyścić buty na ulicy niż grać zarobkowo jakieś bzdety. Tak czy inaczej – być na scenie w takim wymiarze, jak jesteśmy z Lao Che, to wspaniałe uczucie. Móc tego doświadczać jest prawdziwym „dreams come true”.

Czy ty, wraz z zespołem, czujesz się dobrze w naszym kraju? Wiele osób ma z tym problem.

To pytanie w przypadku Lao Che jest trochę nie na miejscu. Wiadomo, o czym są nasze piosenki i to, o czym śpiewa Spięty – to jest jego zespół i to on jest kreatorem tych treści. Czymś, co nam przyświecało na początku drogi było to, że ten zespół ma być jak najbardziej polski. Odwołujący się na początku do polskich korzeni kulturowych, później do historii, następnie był Gospel, czyli takie boksowanie się człowieka z Bogiem. Jak ktoś nie zna a ma czas i chęci, to niech sobie wysłucha, o czym to jest. Także te granice są dla nas wystarczające. Wiadomo, fajnie jest czasem pojechać za granicę, zobaczyć, jak to wygląda w „innym świecie”. Tylko niektórym osobom, z perspektywy Polski, może się wydawać, że tam jest inaczej, a tak nie jest. Wszędzie jest tak samo.

Trochę świata już zjeździłem – nie byłem, co prawda, w Ameryce Południowej, bardzo głębokiej Azji, na Syberii czy w Rosji, ale właściwie, gdziekolwiek bym nie ruszył dupy, to koniec końców, patrzysz w lewo, patrzysz w prawo i jest właściwie tak samo. Tylko kultura się różni. Tam też ludzie siedzą z nosami w telefonach, jedzą takie czy inne żarcie i tyle.

Tak samo jest z graniem. Są takie same kluby – jedne są fajne, inne są obsrane i śmierdzące. Graliśmy na przykład kilka razy w Wielkiej Brytanii i kilku innych krajach i czasami ich obsługa techniczna imprez była taka, że jak na naszą się czasem psioczy, to tam bywał totalny sajgon. Do tego jest ramówka czasowa, że klub jest wynajęty od tej do tej i nic nikogo nie interesuje. Tam takie imprezy są codziennie. Co dzień przyjeżdża ktoś inny – dzisiaj kapela z Polski, a jutro jakaś zagraniczna gwiazda, która ma takie same warunki. Godzina 15:00 „load in”, 24:00 wypier*alać i tyle w temacie. Nieważne, czy przyjeżdża GusGus czy Tricky.

W jaki sposób, ze swojej pozycji, postrzegasz naszą kulturę muzyczną?

Przede wszystkim trzeba zauważyć, że obecnie jest dużo większe zapotrzebowanie na koncerty. Dużo ludzi chodzi na koncerty i ich potrzebuje. Ludzie potrzebują muzyki i bezpośredniego kontaktu z artystami i ich muzyką, której lubią słuchać. Może nie kupują już płyt, bo CD odchodzi do lamusa, ale słuchają muzyki na Spotify, Tidalu i mają ochotę przychodzić na różne koncerty. Koncertów jest dużo, ale nie zapominajmy, że żeby to miało sens, musi być zachowana pewna jakość.

Lao Che to jakość sama w sobie. Jesteśmy przykładem kapeli, która nigdy nie zabiegała o popularność. Nigdy nie było nadmiernych ruchów promocyjnych, marketingowych – naturalnie one są, ale zawierają się w pewnych ramach, wypracowywanych przez nas przez lata. Jesteśmy zwartą załogą, tak samo nasz menadżer Rafał. Nasze ruchy nie są nachalne, nie ma wciskania produktu – typu wyskakująca reklama sponsorowana na Instagramie czy na Facebooku jeszcze rok po premierze płyty. Lao Che zawsze było skoncentrowane na tym, żeby przede wszystkim robić jak najfajniejszą muzykę i jak najbardziej po swojemu.

Czyli mamy tu tę jakość.

Tak. To jest właśnie to. Takie coś później procentuje. Trzeba mieć też na uwadze, że Lao nie jest prostą muzyką. Są kariery, gdzie ktoś wydaje pierwszą płytę i jest „ale zaje*iste”, drugą też „zaje* iste” i tak lawinowo leci ogromny sukces, tylko historia pokazuje, że różnie się udaje to utrzymać. Taki „hype” może trwać dziesięć lat, a później nagle upada. U nas rozwijało się to bardzo powoli. Pierwszą próbę zespół odbył w 1999 roku, a tak naprawdę pierwszy namacalny dowód naszego istnienia wyszedł dopiero sześć lat później. Nikt się nigdy nie zastanawiał, ile osób przyjdzie na koncert, czy może będzie sto osób, czy może nie. Wiadomo, że jak gramy i z tego żyjemy, to takie rzeczy stają się istotne. Szczególnie, jak masz dołek finansowy. W 2010 roku był kryzys finansowy i faktycznie był. Wiele zespołów o tym mówiło. Wielu kolegów się martwiło, czy im wystarczy na ratę kredytu. W takich sytuacjach nie da się o tym nie myśleć.

Wracając jednak do meritum – uważam, że obecnie jest bardzo dużo dobrej, polskiej muzyki. Wszystko zależy oczywiście od gustu. Zależy, czy ci się podoba Daria Zawiałow, Kasia Nosowska, Krzysztof Zalewski, Podsiadło, VooVoo, Organek, Fisz Emade, Kult, Waglewski, Behemoth czy Decapitated. Jest tego naprawdę dużo. Weźmy na przykład Melę Koteluk – jest to słuchalna artystka, ma wielu fanów i wyprzedaje koncerty. Co oznacza, że to też jest jakość, że jednak ludzie doceniają to, co robi. To jest ciekawe, bo jednak żyjemy w takich czasach, gdzie ludzie siedzą w smartfonach, przed komputerami i tych wszystkich bodźców jest cała masa.

Jak ja byłem gnojkiem, to miałem kasety Michaela Jacksona, C. C. Catch, Dona Johnsona – to była połowa lat 80. Miałem winyla z bajkami Brzechwy, Małe Wu Wu – telewizja, bajki – tych bodźców nie było zbyt dużo, dlatego można było się bardziej skupić na konkretnych rzeczach. Dzisiaj, jak młodzi zaczynają dojrzewać, to mają istny rozpiździel! Wszystko ich zewsząd bombarduje jakimiś treściami – Instagram, Facebook, telewizor, Netflix, HBO – tyle jest rzeczy do robienia, a ludzie wciąż przychodzą na koncerty. Naprawdę walą na te koncerty, co znaczy, że kultura ma się dobrze i artyści też są dobrzy, skoro ludzie tego słuchają. Reszta to jest po prostu kwestia gustu. Jeden lubi zjeść cytrynę, a inny pomarańczę. Ja nie lubię cytryny, bo za bardzo je*ie kwaśnością, jak już coś, to wolę zjeść pomelo, a ostatnio słuchałem namiętnie kapeli Syny – to jest prawdziwy Prime Shit!

Po wydaniu Powstania Warszawskiego mieliście jakiś kontakt z tym specyficznym rodzajem osób?

Jeden. Był incydent na koncercie w Warszawie, gdzie pojawili się narodowcy. Przyszło paru łysych i krzyczeli coś w stylu „Bóg, Honor, Ojczyzna” i w sumie wyszło z tego takie faux pas – wszyscy na nich spojrzeli jak na idiotów, na zasadzie „Weźcie, idźcie stąd”. Nawet nie było do tego żadnego komentarza, tylko kilka razy to krzyknęli i zobaczyli, że trochę im to nie wyszło, że to jednak nie to miejsce i wszyscy mają ich w dupie, więc tak jakby opuścili głowy i się wycofali. To miało miejsce w już nieistniejącym klubie Punkt w Warszawie.

Myślę, że ta płyta została bardzo dobrze odebrana i zrozumiana. Denat wymyślił ją po mistrzowsku, a Spięty napisał. My, jako muzycy, byliśmy właściwie narzędziami. Sam temat tego albumu, jak pada hasło „Stare Miasto” albo jakaś „marszówka”, to od razu uruchamia ci się wyobraźnia, że na werblu trzeba zagrać rudymentarne rolle – takie wojskowe, marszowe. Mówiąc oczywiście w cudzysłowie, bo nie było to takie pro, jak w wojsku, tylko właśnie bardziej punkowe. Idealnie się to zgrało. Same te hasła i tytuły wystarczają do tego, żeby ruszyła ci głowa. Jeszcze pojawiały się różne muzyczne wskazówki typu punk rock, reggae, metal. W kawałku „1939/Przed Burzą” jest takie „trrrrr du du du” – od razu pomyślałem, że to jest z Vadera. Stwierdziłem, że jak napier*alanka to napier*alanka! Słuchałem wtedy płyty, którą nagrywał jeszcze Docent – Black To The Blind i w pierwszym numerze „Heading For Internal Darkness” jest takie „trrrr trrrr”.– Wtedy tego namiętnie słuchałem.

Takie trochę pozamuzyczne pytanie. Nie drażni cię teraz to nagminne upraszczanie pewnych sytuacji, że wszystko wrzucane jest albo do jednego, albo do drugiego worka?

Sam nie wiem. Czasem jest tak, że budzę się rano i jestem bardzo przejęty tym, co się dzieje w kraju i ostatnie wydarzenia też w jakiś sposób uruchomiły u mnie takie myślenie: „Jezus, Maria, co za kraj? Ale nareszcie biorą się za to czy za tamto”. Jednak staram się trzymać jakiś dystans do tego, co się dzieje, chociaż nie jest to proste. Choćby przez moją orientację seksualną. Czy mnie to drażni?

No właśnie, często dotyczy cię to bezpośrednio.

No tak, niestety, dotyczy. Od lat jestem wyautowanym gejem i drażni mnie to kupczenie i ciosanie w tę społeczność... Ale, Maciek, jakim ja jestem pedałem w ogóle? Jak ja wczoraj, oglądając Eurowizję, dowiedziałem się od mojego chłopaka, że to jest pedalski konkurs... Że geje uwielbiają Eurowizję. Zrobiłem wielkie oczy z niedowierzania i pytam, o co chodzi. „No jak to? Nie wiedziałeś? Przecież to jest najważniejsze wydarzenie w społeczności gejów”, a ja zgłupiałem: „Co, kur*a? O co chodzi w ogóle?”. Nie miałem o tym zielonego pojęcia. Nie są to sprawy, nad którymi bym się zastanawiał. Sam nie wiem, czy to mnie tak naprawdę drażni.

Powiem tak – wszystko kiedyś przeminie. Jak jest dobrze, to należy pamiętać, że to przeminie. Jak jest źle, to tym bardziej trzeba sobie powtarzać, że to też przeminie. Chyba tego właśnie się ostatnio chwytam i myślę w ten sposób. Mówię tu ogólnie, o życiowych przemyśleniach. Polityka jest takim tematem, że gdzie bym nie spojrzał, to jeszcze nie było władzy, żebym powiedział: „O, ale fajnie!” (śmiech).

Masz chyba w sobie tę naturę punka?

No chyba trochę tak. Po prostu z żadnym z „miłościwie nam panujących” nie jest mi po drodze. Jak w „Dniu Świra”: „Ku*wa, pod każdą władzą czuję się jak kundel...” (śmiech). Kurde... Wciągasz mnie w politykę! Jasne, że mnie to wku*wia!

Przypomniał mi się właśnie wywiad z Robertem Brylewskim, gdzie mówi, że brakuje nam rock’n’roll heros w tej chwili. Ludzi stojących na scenie, którzy pociągnęliby innych za sobą, tych, którzy chcieliby słuchać, co tamci mają do powiedzenia.

Ludzie słuchają. Tak mi się przynajmniej wydaje. Chociażby płyta Lao Wiedza O Społeczeństwie. Ta płyta opowiada o człowieku, różnych perypetiach i odnosi się do społeczeństwa. Ludzie tego słuchają. Prawda jest taka, że każdy może coś zmienić, wystarczy iść w niedzielę na wybory. Chcesz coś zmienić? Proszę bardzo – idź zagłosować. Parę miesięcy temu byłem tak zrezygnowany, że nie włączałem telewizora, odcinałem się od tego jak mogłem, ale teraz podczas trwania kampanii wyborczej – siłą rzeczy – dotarło to do mnie i doszedłem do wniosku, że muszę po prostu iść na wybory. To jest sposób na to, żeby pokazać, że coś ci się nie podoba i chcesz coś zmienić. Możesz to zmienić, idź do urny i niech rządzą inni.

Jaka w takim razie jest rola muzyki, którą gracie? Czysto rozrywkowa?

Rozrywkowa też, pewnie, że tak. Obcowanie z kulturą jest jakiegoś rodzaju rozrywką. Jednak kultura ma też ludzi wzbogacać, uświadamiać różne rzeczy. Ja, na przykład, podziwiam obrazy Hieronima Bosha, ale są też takie obrazy, które dziwię się, że ktoś może oglądać przez pięć godzin, podziwiać je i kontemplować, co malarz miał na myśli... Wydaje mi się, że muzyka jest zarówno rozrywkowa, jak i pouczająca, bo są w niej zawarte ważne treści. Takie Powstanie Warszawskie – trzeba to traktować w kategoriach rozrywki, bo idziesz na koncert, żeby miło spędzić czas, ale masz do tego treści, ilustracje, które są bardzo poważne i zmuszają do myślenia, czasem zadumy.

Dla mnie zaje*istą rozrywką jest pójście do kina na nowy film Larsa von Triera „Dom, który zbudował Jack” – to nie jest głupie kino. Tak naprawdę film był zarąbiście ciężki, ludzie wychodzili w trakcie seansu. Jednak koniec końców jest to rozrywka. Robię to w czasie wolnym i wcale nie muszę tam iść, ale chcę. Jestem po prostu ciekawy, co ten von Trier zmajstrował. Muszę powiedzieć, że rozmontował mnie ten film, bo z jednej strony się na nim śmiałem, a z drugiej były momenty, gdy zasłaniałem oczy. Przelot emocjonalny od przerażenia, obrzydzenia do śmiechu, bo morderca wycinał kobiecie sutek... Wciąż jest to rozrywka.

Wracając do muzyki, to istnieje też taka, która jest czysto rozrywkowa i nie ma żadnej konkretnej treści do przekazania. Idziesz na przykład na koncert artysty popowego, który śpiewa, że po dwóch latach rozstał się ze swoją kobietą, ale ona dalej jest dla niego całym światem, gość jedzie nad morze i chce się utopić... Tematy, które podejmuje Spięty, zawsze mają drugie dno. Są to tematy, które zdecydowanie skłaniają ludzi do refleksji.

Jak wygląda u was w zespole proces tworzenia? Spięty jest odpowiedzialny za warstwę liryczną, tworzycie piosenkę, a on ma już wizję, o czym to będzie?

Tak, Spięty jest za to odpowiedzialny, ale to nie jest do końca tak, jak mówisz. W sumie bywa różnie. Jak nagrywaliśmy Powstanie Warszawskie, to konkretnie wiedzieliśmy, co robimy. Jak robiliśmy Gospel to było podejście, żeby zabawić się muzyką i żeby to jakoś fajnie wyszło. Jak doszły do tego słowa, to się nagle okazało, że kawałek cyrkowy, ma taki tekst, że to już niekoniecznie jest powiązane z tym konkretnym typem muzyki.

Czyli tekst dostajecie już później?

Tak, to zawsze jest moment oczekiwania. Spięty przygotowuje tekst niemalże na ostatnią chwilę. Najpierw zawsze powstaje muzyka, którą tworzymy w mniej lub bardziej poukładany sposób. Żeby się w tym wszystkim nie pogubić, z początku nadajemy każdej piosence tytuł roboczy. Na przykład piosenka „Bóg zapłać” miała początkowo tytuł roboczy „Falafel”. Słuchając surówek, do których dodawana jest na końcu treść, tworzymy wizję tego, jak to ma ostatecznie wyglądać. Przychodzi moment oświecenia i nagle wszyscy zaczynają kumać: „A, to o tym! To on tak to wykombinował, sku*wysynek!”. Zawsze jest element zaskoczenia.

Na początku, jak już wszystko jest złożone w całość, to ja tych płyt słucham jak fan. Jestem przede wszystkim fanem tego, co robi i w jaki sposób pisze Spięty. Według mnie, tak na dobrą sprawę, nie ma w tej chwili drugiego gościa w Polsce, który by tak władał piórem. Z samą muzyką można się oswajać naprawdę bardzo długo, więc zanim on napisze słowa do tych surowych wersji piosenek, to czasami mijają miesiące. W tym czasie zdążę sobie to oklepać, osłuchać się, co pozwala mi popracować nad wersją koncertową – tu coś dodam, tu odejmę, tutaj zagram w ten sposób. Mogę sobie zawczasu utrwalić cały materiał. Im bardziej go utrwalę, tym lepiej się to przekłada na moją pracę nad materiałem na żywo. Dochodzę czasem do wniosków, że przydałaby się jakaś drobna kosmetyka, czyli dodanie przejścia, jakaś zmiana w zagrywce, która jednak nie wyszła mi w studiu tak dobrze, jak mi się wydawało. Tekst kompletnie zmienia cały obraz tej muzyki. Nadaje jej sens, znaczenie.

Pamiętam, jak przynosiłem do domu „surówki” i puszczałem je małżonkowi, który tego słuchał i mówił: „No, takie funkowe”. Dla niego nie miało to wymiaru emocjonalnego takiego, jak dla mnie, co jest normalne, bo ja uczestniczyłem przy tworzeniu i nagrywaniu, więc wiedziałem, skąd te wszystkie rzeczy się wzięły. Kiedy doszedł do tego tekst i głos, to na przykład piosenka „A chciałem o sobie” z Dzieciom, nagle nabrała dla niego sensu. Kompletnie zmieniła mu się percepcja. Dlatego pierwsze słuchanie, kiedy dostaję już całość, to jest iście fanowskie przeżycie – słuchawki lub głośniki, przewijanie po kilka razy i obgryzanie paznokci... Pierwsza reakcja jest taka, że „o ku*wa, ku*wa, ale to jest wykombinowane!”. Oczywiście chwilę później ten zapał słabnie, bo zaczynają się koncerty, materiał jest ograny, więc już nie sięgam zbyt często do tej twórczości. Czasami jednak wracam – na pewno częściej niż Spięty. Kiedyś powiedział, że on tego po prostu w ogóle nie słucha.

Ze mną jest tak, że lubię czasem wrócić do tych nagrań, bo mogę przeanalizować kilka rzeczy. Niekiedy nagrywam koncerty na Zooma czy wideo i sobie sprawdzam, co i jak. Tak naprawdę, chodzi o to, żeby wiedzieć, jakie mikrofony dobrać w przyszłości i tym podobne.

Jak nagrywacie muzykę, to wszystko zaczyna się od ciebie, od bębnów, tak?

To zależy, bo jak nagrywamy na setkę to nagrywamy wszyscy. To było chyba jedno z fajniejszych doświadczeń – nagrywaliśmy w ten sposób Dzieciom. Na płytach studyjnych, takich, jak Prąd Stały/Prąd Zmienny czy Soundtrack, to oczywiście pierwsze się wbija bębny.

Można z tobą pogadać o bębnach?

Można! (szelmowski uśmiech) Dużo wiem o bębnach, ale w sumie, co z tego wynika?

Dzięki tej wiedzy nie trzymasz się żadnych ram – szukasz brzmienia?

Tak. I nie ma znaczenia, czy to Pearl, Gretsch, Slingerland czy cokolwiek innego. Zazwyczaj jest tak, że pracujemy w studiu i nagle znajduję coś, co brzmi po prostu dobrze. Nie rozkminiam tego, że wziąłem właśnie werbel o sześciu warstwach... To nie jest czas na tego typu rozkminki. Podczas sesji nagraniowych zawsze było tak, że było dużo różnych instrumentów. Przywoziłem sporo swoich rzeczy, ale zazwyczaj w studiu były już jakieś sprzęty, z których mogłem wybierać. Sprawdzałem kilka rzeczy i dobierałem to, co mi akurat najbardziej pasowało brzmieniowo. Czasami znalazłem coś, co mi się zaje*iście sprawdziło, a później się okazywało, że to jakiś złom za 200 złotych z dziwnego źródła.

Nie żyjesz obrazkiem z YouTube i ze zdjęć?

Nie! Takie pierdoły nie mogą mieć żadnego znaczenia. To by powodowało zamknięcie kreatywności. Na Dzieciom jest piosenka „Z kamerą wśród zwierząt buszujących w sieci” i w wersji winylowej jest zupełnie inna wersja, można powiedzieć, że jest ambientowa, triphopowa. Był tam sam werbel i dudniąca, zamknięta stopa – inspirowaliśmy się w tym przypadku Davidem Lynchem i jego kawałkiem „I know”. Zauważyłem wtedy, że obok stoi pulpit na nuty, postawiłem go z prawej strony i muszę przyznać, że grał zaje*iście. Uważam ten numer za jeden z ciekawszych, jaki kiedykolwiek nagrałem. Ma ciekawą atmosferę, opowiada o seksie, o tym, że ktoś ogląda pornografie. Spięty bardzo fajnie to opisał. Do tego ta atmosfera jest mroczna, posępna, rytmika jest walcowata i tam właśnie między innymi gra pulpit na nuty.

Takie myślenie zamknięte w ramach, że ustawienie musi być zawsze takie samo, to nie dla mnie, jak np. Danny Carey. Takie ustawienie sobie wymyślił, ma swój pentagram, tak gra i dobrze – stoi mu to ustawione w ten sposób od dwudziestu lat w jego studiu i nie ma problemu. To jest po prostu on. W moim rozumieniu kreatywność wynika z tego, że coś zmieniasz. Trzeba zrobić jakieś zamieszanie w ustawieniu. Zrobić coś inaczej niż masz na co dzień w sali prób. Jeżeli zazwyczaj z przodu masz tom, to tym razem daj w to miejsce floor tom. Grasz zawsze z ridem z prawej strony z przodu, to postaw go dla odmiany z lewej strony.

W pewnym sensie ukierunkowanie na takie myślenie ułatwiła nam praca z producentami. Przychodzi nagle gościu i robi totalny bajzel, rozwala wszystko do góry nogami. Naturalnie to zależy też od tego, jaki to jest producent. Raz mieliśmy takiego gościa, który to wszystko, co zrobiliśmy, rozpie*dolił w drobny mak. Nie mam tu nic złego na myśli, chodzi mi o pozytywne znaczenie tego zwrotu, jeżeli można tak powiedzieć. Jak ja w takiej sytuacji mogę się zastanawiać, czy hi-hat mam wyżej czy niżej? Jakie to ma znaczenie?

Takie purystyczne podejście, że teraz będę stroił tom w gis... Eddie Stevens przyjechał i mówi: „Pie*dol gis, człowieku! Gra? Gra! To dobrze! No to po temacie”. W takich sytuacjach mogę sobie pomiędzy bajki wstawić moje strojenia i tune-boty. Zawsze się śmieję, bo nie pałam specjalną miłością do Tamy, chociaż są to świetne bębny, ale zdarzyło się kilka razy, że nagrywaliśmy na nich piosenki, bo akurat stały w studiu – podszedł, uderzył, fajnie zabrzmiały, więc się grało. Tomy były od bubingowej Tamy Starclassic i grały. To było najważniejsze.

Jesteś maniakiem bębnów typu vintage – przyznajesz się bez bicia?

No tak, przyznaję się – są piękne i ładnie wyglądają (śmiech). Moja miłość do tych bębnów wynika z różnych doświadczeń. Wszystkie te klasyczne brzmienia, nagrywane lata temu, kiedy te bębny nie były jeszcze vintage’owe, to jest właśnie to! Przecież te bębny były w tamtym okresie nowe, więc jak ktoś mi mówi, że stare bębny brzmią lepiej... No może i brzmią lepiej, ale nie było wtedy podziału na entry level, professional, high-end, tylko były to po prostu bębny. Na brzmienie z epoki składa się również ówczesna wiedza studyjna, mikrofony, preampy, prąd, cała masa czynników…

Ale wróć – na przykład Ludwig Club Date był zrobiony z tego samego materiału jak reszta, ale był wytaniony, bo bębny były pociągnięte farbą emulsyjną czy czymś takim i do tego miały split lugi. To były elementy, które wytaniały ten zestaw, ale nigdy nie było to drzewo. Teraz niestety jest tak, że to właśnie materiał, z którego bębny są zrobione, jest tym, co sprawia, że są jakby gorsze. Topola, któryś tam rodzaj klonu – to te tańsze budulce. To niestety ma znaczenie, ale też niekiedy jest tak, że brzmienie tych paździerzy jest bardzo inspirujące i fajne.

Dużo wiem na temat tych bębnów, często wnikałem w różne tematy, czytałem książki o fabrykach Slingerlanda, Ludwiga, Gretscha. Znam historię o pożarze w fabryce Gretscha na Brooklynie. Wiem, że nie da się ustalić numerów seryjnych moich bębnów z lat 60, ponieważ całe archiwum z numerami seryjnymi spłonęło wtedy w fabryce.

Osobiście bardzo zachowawczo podchodzę do tematu bębnów vintage. Co to są bębny vintage dla ciebie jako fana?

Podejrzewam, że bębny vintage to takie, które mają ponad 25 lat. Rozumiem to w ten sposób – trochę tak, jak z samochodami. Dzisiaj vintage’owymi bębnami możemy nazwać takie zestawy jak Pearl BLX, tak samo Tama Starclassic Maple. Tylko jest jeszcze taka sprawa, że mówi się, że lata 80 nie są zbyt udane, jeżeli chodzi o bębny i jest w tym trochę prawdy. Są zestawy z tamtego okresu, które są świetne, na przykład Gretsche i Pearle, ale Slingerlandy Spirit zaczęli robić w Chinach. Z drugiej strony, co z tego? Załóżmy, że bierzesz bębny Spirit i podstawiasz Jackowi Olterowi. Koleś grał całe życie na tych bębnach i marzył o jakimś lepszym zestawie, a prawda jest taka, że on na tych Spiritach po prostu czarował! Jakie to miało znaczenie, że grał na kartonach? Mógłby równie dobrze grać na Tactonach czy Polmuzach. Jacek Olter miał po prostu złoty sound w rękach.

Można się pasjonować tą tematyką, ale nie można się dać zwariować. Klapki na oczy, że tylko takie bębny są dobre i koniec... No nie! Osobiście, kiedy myślę o bębnach vintage, to cofam się do lat 50, 60. Co ciekawe, to jest taki okres, kiedy te wszystkie firmy perkusyjne robiły ogromną masówkę. Robili tyle zestawów, że jedna firma musiała pomagać drugiej. Są bębny Ludwiga, które robił Slingerland i odwrotnie. Była też taka historia, której nie znam zbyt dokładnie, ale ponoć Ludwigowi udało się w pewnym okresie zakupić drzewo od fabryki Steinwaya i z niego powstały też niektóre zestawy perkusyjne.

Wracając jednak do pytania. Kiedy mam na myśli vintage to są to klasyki typu Slingerland Radio King, Gretsch Round Badge, klasyczne Ludwigi i sięgnąłbym nawet jeszcze dalej, do Ludwigów Single Play z lat 20, 30. To nawet nie muszą być zestawy, które są ze sobą połączone. Wystarczy, że masz jakiś korpus czy inne pojedyncze bębny, które później poskładasz sobie w całość. Długo jarałem się firmą Leedy, oglądałem zdjęcia i dosłownie ślina mi ciekła na ich widok. Ich werble były bardzo w cenie, ale udało mi się w końcu znaleźć taki egzemplarz, który w Stanach jest nazywany „player item” – co znaczy, że nie ma wartości kolekcjonerskiej. Polegało to na tym, że okleina na powierzchni jednego centymetra była po prostu przepalona. Udało mi się go kupić za 300 dolarów czy coś w tym stylu. Niesamowity instrument, ale on też ma określone zastosowanie.

Innych instrumentów używa się na żywo, a innych w studiu. Wiem, co sprawdza mi się na żywo, a co nie. Wiem, na jakich instrumentach grają moi koledzy. Jaka głośność panuje na scenie i tak dalej. W studiu jest tak, że im mniej ograniczeń, tym lepiej – na więcej mogę sobie pozwolić. Natomiast na scenie jest tak, że masz konkretną setlistę opartą o aktualne utwory plus kilka z poprzednich płyt, więc trzeba to jakoś pogodzić i skonfigurować w miarę optymalny zestaw. Werbel Leedy, pomimo całej swojej wspaniałości, na żywo się niestety nie sprawdził.

Co sądzisz o historiach propagowanych przez DW?

Podobają mi się niektóre bębny DW. Jakiś czas temu wyszły DW Contemporary Classic, tylko, że one akurat są zbudowane według tych starych prawideł konstrukcyjnych, brzmią naprawdę kozacko. W tych historiach odnośnie klejenia, warstw… horyzont, wertykalizm… może i jest jakaś prawda, ale za dużo tego… I co z tego?

Zdaje się, że nigdy nie byłeś fanem DW?

Zgadza się, nie byłem, ale to głównie ze względu na Collectorsy, które kiedyś kupiłem. Nie mogłem się po prostu odnaleźć za tym instrumentem. Są takie dwie serie – Classics i Contemporary Classic. Tylko trzeba zwrócić uwagę na to, w jaki sposób skonstruowane są korpusy w bębnach Classics. To jest mahoń-topola-mahoń, gdzie mahoniu jest tyle, co kot napłakał, większość to jest topola, a do tego focus ringi. Mam zestaw Slingerlanda – Gene Krupa Junior Ensemble – centrala 24x12”, werbel i mały tom 10x8” typu concert z obręczami Stick Chopper. Udało mi się go kupić na eBay’u. To jest dokładnie to samo, co DW Classics. Tylko, że ta centrala w Slingerlandzie gada jak złoto – jest masa dołu!

Zastanawia mnie to czasami, bo nie ma mowy, żeby w brzmieniu starych bębnów była ta tak zwana „piłka”. Miałem taki przypadek, że wstawiłem do studia centralę nowego Gretscha, Remo Ambassador z przodu, Emperor uderzeniowy – chciałem uzyskać fajny dół, a nagle powstawał plastikowy przydźwięk. Nie wiem, dlaczego, ale jak stawiam starą 24” centralę to tego nie ma.

Teraz masz pięknego Gretscha. Jak ci się na nim gra?

Koncertowo żre elegancko, ale jeszcze go nie nagrywałem. Dlaczego gram na Gretschu? Właśnie dlatego, że lubię klasykę, stare bębny, a te bębny właśnie takie są, niby nowe, a cały czas jak stare. Ta sama konstrukcja.

Przyznaj, proszę, że oprócz brzmienia działa też ten czynnik markowy. Że to jest Gretsch.

No oczywiście, że tak. Przede wszystkim najważniejsze jest to, że są to bębny, które wymyślił Niemiec. To jest historia… (śmiech).

Wiele osób na różnych forach internetowych dzielnie się tego wypiera i pije tylko w stronę brzmienia. Jednak jest ten element anturażu.

Jasne. W przypadku Gretscha dochodzi jeszcze to, że jest to najczęściej nagrywany instrument na świecie. To też dosyć wyświechtane powiedzenie, bo co to niby znaczy? Na Ludwigach mniej nagrywają? Ktoś prowadzi statystyki? (śmiech) Osobiście uwielbiam Gretsche, a paradoksalnie większość naszych płyt nagrywałem na innych bębnach. Na Wiedzy O Społeczeństwie jest sporo piosenek nagranych na Gretschach, na Dzieciom też jest ich dosyć sporo, ale reszta niekoniecznie. Po prostu była zbieranina – Slingerland, Ludwig, Sonor, Pearl SensiTone, jakaś Tama się przewinęła.

Jak przychodzi do nagrywania, to nie ma czegoś takiego, że musimy nagrywać Gretscha i teraz będziemy siedzieć i się tym pałować. Przecież to nie ma znaczenia. Chodzi o to, żeby z zestawu wyciągnąć super sound, a czy my go wyciągniemy z plastikowego wiadra czy zestawu DW za 300 tysięcy, to kompletnie nie ma znaczenia. Jednak wiadomo, ten element historyczny też ma znaczenie. Jaram się tym, czytam książki na ten temat, swego czasu uczestniczyłem w forach internetowych typu „Gretsch maniacs”. Dzisiaj patrzę na to już z lekkim przymrużeniem oka, ale tak to było.

W pewnym momencie swojego życia dochodzisz do miejsca, gdzie pada pewnego rodzaju wybór. Wydaje mi się, że w moim przypadku był to wybór bardziej życiowy. Gram na tych konkretnych bębnach, bo wiem, że to jest mój dźwięk, wiem, co mogę z nich wykrzesać. Są po prostu fleksybilne i to mi odpowiada. Do tego są... classy (śmiech).

Jak to u ciebie jest z blachami? Istanbul Agop to też dosyć specyficzny rodzaj instrumentu.

W zasadzie mam wszystkie Agopy, jakie są... Więc wiesz... (śmiech) Tak serio, to naprawdę sobie na nie zapracowałem. Nie było tak prosto, że przyszedłem do nich i powiedziałem: „Cześć, Istanbul, ja tu gram i w ogóle – dajcie!”. Przecież oni mają to w dupie. Co z tego, że ja gram? A inni to nie grają? Mało tu nas? Jakbym nie starał się dotrzeć do tych ludzi, naturalnie z pomocą, bo to nie tylko moja zasługa, że to się udało – to by się to nie wydarzyło. Firmy nie łowią endorserów. Byłem przekonany, że chcę właśnie te blachy i nie było odwrotu – to był klasyczny element mojego brzmienia. Jeżeli chodzi o blachy na naszych płytach, to akurat w tym przypadku słychać same Agopy.

Moje początki z Agopami były raczej ciężkie, nie byłem zachwycony ich wizją. Człowiek celował bardziej w talerze typu Zildjian A Custom czy coś w tym stylu. Sytuacja wyglądała tak, że pojawiła się firma, wprowadziła na rynek nowe talerze, więc pojechałem sprawdzić. Pouderzałem w nie trochę i brzmienie mi się podobało, ale ten wygląd... Człowiek jednak często kupuje oczami, dlatego popatrzyłem na nie i miałem takie „Boże... Nie! Jak to może tak wyglądać?”. Przyzwyczajony byłem od 10 lat, że talerz ma się błyszczeć jak psu jajca.

Im więcej grałem na Agopach, tym więcej modeli poznawałem. Zespół się rozwijał. I nagle się okazało, że to są mega praktyczne blachy do pracy w studiu. Jedna marka, a masz obstawione wszystkie dźwięki – od delikatnych, cichych i spokojnych po rockowiznę, którą możesz uzyskać z Xista. To są właśnie moje życiowe wybory. Gretsch i Agop będą ze mną do grobowej deski.

Były czasy, kiedy nakładałeś makijaż i grałeś black metal...

Oczywiście. Przyczaiłeś to na Facebooku. (śmiech) Wrzuciłem to zdjęcie, po obejrzeniu filmu „Lords Of Chaos” – film o Mayhem, Burzum – o tym, co działo się w tamtych czasach w Oslo, w Norwegii. Po publikacji tego zdjęcia paru kolegów-perkusistów też się odezwało w stylu: „Ku*wa, ja też byłem blackmetalowcem, też nienawidziłem pozerów i chciałem palić kościół na swojej wsi!” (śmiech). Wiele osób ma za sobą metalowy okres w życiu. Emade, Piotrek Waglewski – to samo. To on mnie popchnął w pewnym sensie do odnalezienia tego zdjęcia. Wysłał mi swoje stare zdjęcie z jego braciakiem Fiszem i napisał: „Zobacz, tacy byliśmy – thrasherzy”. Na co ja napisałem: „Tak? Thrasherzy? To poczekaj...”. Załatwiłem numer telefonu do kumpla, z którym nie gadałem co najmniej 25 lat i mówię, że potrzebuję zdjęcia z tamtego okresu. On na to: „No co ty? To ty żyjesz jeszcze? Ale dobra, mam te zdjęcia” – porobił mi je telefonem i powysyłał. Wysłałem Emademu i pytam, co on na to, a on: „No dobra, wygrałeś!” (śmiech).

Co do „Lords Of Chaos” to nie kłamiąc, obejrzałem go trzy razy – bardzo dobry film. Od razu zacząłem słuchać Satyricon, Marduka, Mayhemu, Burzuma. Burzum był naprawdę bardzo dobry. To wszystko było prymitywne w ch*j, ale lubiłem to. Niby to wszystko to taka niewinna zabawa, ale odezwały się zwierzęce instynkty. Mam coś takiego, że lubię się zajarać jakimś tematem, ale muszę go namacalnie doświadczyć. Teraz byłem na Litwie, w Wilnie i Kownie – wróciłem i teraz non-stop czytam o Adamie Mickiewiczu. Co? Gdzie? I jak? Z Czarnobylem historia była odwrotna. Najpierw wkręciłem się w temat katastrofy, ale też konsekwencji tego wydarzenia, upadek ZSRR, podważanie wiarygodności, przesiedlenia, budowanie nowego miasta. W związku z tym, że tak długo wnikałem w ten temat, to udało mi się to miejsce odwiedzić.

Od strony muzycznej ta przypadłość wygląda podobnie. Graliśmy w Dublinie, wszyscy siedzieli na browarze, a ja latałem jak głupi po całym mieście, żeby znaleźć budynek, w którym U2 ma salę prób... Chciałem zobaczyć... Jara mnie to, co poradzę? Ja trochę balansuję pomiędzy postawą fana a perkusisty, który gra w zespole. Czasem jest tak, że kiedy spotykam kolegę z innego zespołu, a jest to dobry muzyk, którego lubię słuchać, to mam takie głosy w głowie „O, ku*wa, to ON”. Cały czas towarzyszy mi ten fanowski dreszczyk.

Jesteś człowiekiem podatnym na to, żeby odbiła ci woda sodowa?

Myślę, że każdy w jakimś stopniu jest na to podatny. W każdej branży. Tylko co to znaczy? Pycha, brak pokory – co to jest? Może się to objawiać w różny sposób. Wiele zależy od okoliczności, ludzi, miejsc, konkretnych sytuacji, pozycji społecznej, statusu, a w tym zachowania jednostki, która może na ciebie oddziaływać. Ludzkie instynkty takie są... Wszyscy je mamy i każdemu czasem odwalają w mniejszym lub większym stopniu. Jednemu dlatego, że jest za nisko, innemu dlatego, że jest za wysoko.

W tym momencie najważniejszą dla mnie sprawą jest służyć innym. Myślę, że przez to moja sodówka trzyma się jakoś w ryzach. Im bardziej staram się coś robić na zewnątrz, dla ludzi – można powiedzieć, że działam w formie wolontariatu – tym więcej skupiam się na nich i ich problemach. To mnie trzyma na ziemi. Jadę na koncert, pizza, rock’n’roll, jest szał na scenie. Później, jak wrócę do rzeczywistości i wyjmę głowę z własnej dupy, to widzę, ile jest osób, które potrzebują pomocy i mają naprawdę poważne problemy. Momentalnie wtedy zapominam o sobie. Sodówka jest wynikiem zbyt dużego skupienia się na własnej osobie... Trzeba wychodzić do ludzi, uświadomić sobie, że niedaleko ciebie jest zupełnie inaczej i ludzie muszą w tym funkcjonować. Staram się po prostu bezinteresownie służyć innym ludziom. Wiesz… Mamy nogi, chodzimy, prawda? Nie myślisz o tym, że możesz chodzić, jest to dla nas naturalne. A niedawno poznałem gościa, który stracił nogi w wypadku, czaisz? No i weź tu żyj! A my tu se o korpusach i bębenkach, Agopiki i że DW może mniej fajne…

Jesteś chłopakiem z Płocka, który odniósł sukces z zespołem, który też jest z Płocka...

Tak, chciałem po prostu grać na bębnach. Od dziecka byłem taki pier*olnięty. Tak właściwie to jestem z małej wichury pod Płockiem. Zacząłem chodzić do szkoły muzycznej i okazało się, że mam trochę talentu. Jako szesnastolatek grałem w kapelach z kolesiami starszymi ode mnie o dziesięć lat. Patrzyli i widzieli, że zapier*alam na bębnach. Jakoś tak to się wszystko układało i stwierdziłem, że w takim razie będę grał na bębnach. Dzisiaj, w tym momencie, myślę sobie, że nie mam na siebie innego pomysłu. Jak sobie pomyślę, że miałbym gdzieś indziej pracować, robić cokolwiek innego, to chyba bym się pochlastał. Pojęcia nie mam! Może tylko tak mi się wydaje, bo różnie może być i mogłoby się okazać, że znalazłoby się coś takiego, co mógłbym robić i byłbym z tego zadowolony. Jednak jest to trwoga, bo koniec końców, ja po prostu kocham grać na bębnach!

Wiadomo, że skoro dużo gram, to nie jest dla mnie wielkim przeżyciem, że wsiadam do auta i jadę np. 500 kilometrów do Cisnej tak, jak ostatnio. Przyjeżdżam zmęczony, trochę jak taki mruk. Gadałem kiedyś z Maćkiem Gołyźniakiem, że przychodzi taki moment ekscytacji, kiedy jesteś już tuż pod sceną. Stoisz, do paska masz przypięty system bezprzewodowy, wkładasz słuchawki do uszu i się odcinasz. Ten moment, kiedy wiesz, że do wyjścia na scenę zostały już tylko trzy minuty i nagle odcinasz się od tego całego, zewnętrznego gwaru... Jak tak o tym mówię, to aż teraz to poczułem! Taka ciepła fala, która idzie od brzucha w górę i to się dzieje niezależnie od tego, czy jesteś w dobrej czy złej kondycji fizycznej i psychicznej. Bywają przypadki, kiedy stoję pod sceną, jestem w niezbyt dobrej formie i już wiem, jestem przekonany, że nie zagram tak, jakbym chciał. Wtedy faktycznie, wychodzę na scenę i nagle zaczyna mnie boleć ręka czy noga i tak się dzieje.

Gadałem też ostatnio z kolegą, który opowiadał, jak wszystko miał świetnie przygotowane na zagranie dżoba z jakimiś gwiazdami, a tu nagle się okazuje, że na scenie jest tak zimno, że organizator musiał ściągać nagrzewnice. Paliwa było tylko na dwie godziny, więc je oszczędzali, chociaż i tak w dużej mierze zostało zużyte przed koncertem, przez co na koncercie zawiewało zimne powietrze sprzed sceny. Kumpel mówił, że grał totalnie bokiem i był cały sztywny... W takich sytuacjach nie masz wpływu na to, co się dzieje, jesteś bezsilny. Czuję, kiedy nadchodzą takie momenty.

Strasznie nie lubię gwaru w garderobie, gdzie czasami bywa trzydzieści osób i każdy się przekrzykuje. Lubię się odciąć od wszystkiego na jakieś 15-30 minut przed koncertem. Wyciszam się i skupiam. Jakkolwiek plastikowo by to nie brzmiało, bo pewnie teraz ktoś może pomyśleć, że sobie jaja robię. Często też mówię, że wychodzisz i lutujesz – albo się uda, albo nie. Nie rozgrzewam się przesadnie przed występem, nie będę siedział z padem i pier*olił farmazonów na zasadzie, że jak zagram trochę paradiddli, to będzie mi się lepiej grało... No nie. Muzyk czasami słyszy więcej niż osoba z publiczności. Osoba z publiczności powie: „Ale zarąbisty koncert! Widziałeś, jak on to zagrał?”, a ja tak stoję, patrzę na niego i widzę, że to nie jest jego dzień po prostu. Ale nie ma wyjścia, trzeba wyjść i zagrać. Nawet, jeżeli wszystko niby siedzi równo, to czuć, że nie ma takiego elementu duchowego, emocjonalnego.

Uwielbiam te chwile, kiedy gram i czuję, że kontroluję każdą nutę i wychodzi wszystko jak trzeba – żadnych jeńców! To są piękne chwile. Uwielbiam to. Naprawdę, aż czuję dreszcze teraz, bo już dwa tygodnie nie grałem, a jutro właśnie jedziemy zagrać koncert. Te półtorej godziny grania to jest rytuał, celebracja naszego bytu jako zespołu. Już miesiąc nie graliśmy koncertu, ale w międzyczasie pojawiła się możliwość, żebym pojechał na warsztaty, więc miałem zajęcie, bo pojechałem do sali, przygotowywałem się i ćwiczyłem program. Sam musiałem się go nauczyć, bo głupio by było, gdybym uczył kogoś czegoś, czego sam nie potrafię. Musiałem sobie wszystko odświeżyć.

Te godziny z bębnami to jest straszna samotnia. Miałem takie momenty, kiedy decydowałem, że od teraz będę profesjonalnym drummerem i będę chodził do sali poćwiczyć. Jak widzisz te kilkuminutowe filmiki na Instagramie czy Facebooku, gdzie koledzy wrzucają, jak sobie grają jakieś 11/9 czy „9/11”, a ty tak patrzysz i myślisz, że mu tak fajnie. Tylko, że to są jedynie drobne urywki. Ktoś napisał, że ćwiczy sześć godzin dziennie... A ty schodzisz do sali i weź spróbuj wysiedzieć w tej szczurowni sześć godzin! Z drugiej strony jest to pewien rodzaj medytacji, uczysz się tak naprawdę obcowania sam ze sobą. Mam takie momenty, że nieraz sam ze sobą nie wytrzymuję. To też jest trudny temat ze względu na własne ograniczenia, które mam i czuję. Z gówna bicza nie ukręcisz po prostu. Oczywiste, że im więcej ćwiczę, tym lepiej gram, ale na czym? No na bębnach gram lepiej, ale czy to znaczy, że jestem lepszym muzykiem, czy gram lepiej z zespołem? Nachodzą mnie czasem takie myśli i się zastanawiam.

A czy Warszawa odegrała w waszym życiu jakąś rolę, w rozumieniu czysto logistyczno-technicznym?

Niespecjalnie, ale część z nas jest oczywiście z Warszawy. Jest Andrzej – akustyk, Skuter – świetlik, Rafał – menadżer, ja też znowu tu mieszkam, miałem półroczną przerwę. 15 lat temu przyjeżdżało się do Warszawy, bo były wywiady, press toury, ale teraz, kiedy mamy telefony i Internet, to można mieszkać gdziekolwiek. Równie dobrze mógłbym mieszkać w Jeleniej Górze, na wsi pod Płockiem – bylebym na koncert dojechał. Raz mi się tak zdarzyło, że nie dojechałem na próbę przed koncertem, bo zaspałem. To było całkiem niedawno zresztą, jakiś rok temu. Pierwszy raz w życiu! (śmiech) Napisałem, że przepraszam, że nie dojadę na próbę, bo zaspałem. Akurat dzień wcześniej miałem w domu jakąś posiadówę i zamiast wcześniej położyć się spać, to siedziałem do czwartej rano, a miałem wyjechać o siódmej... Próba miała być o dziesiątej, a ja wstałem wpół do dziesiątej... Także było już po zawodach.

Płock jest moim rodzinnym miastem, więc lubię tam wracać i przebywać. Płock pozwala mi też na złapanie oddechu i dystansu – taki mój wentyl bezpieczeństwa. Jak pojadę, na przykład do rodziców, to czuję, że wszystko ze mnie schodzi.

Tutaj w Warszawie jest inaczej. Niby nieczęsto latam rano i w południe w korkach, ale jest to jednak duże miasto. Przecież, jak cię dzisiaj odbierałem ze Złotych Tarasów, to myślałem, że oszaleję! Jestem tam może raz na rok i wystarczy! Zobaczyć tych wszystkich ludzi i to jeszcze wylansowanych, wypacykowanych, ładne buty, sraty-pierdaty. Patrzę i od razu moją pierwszą reakcją jest ucieczka. Także mieszkanie w Warszawie ma swoje dobre i złe strony. Na przykład, jeżeli chodzi o mieszkanie z facetem, to czuję się tu zdecydowanie bardziej swobodnie i anonimowo. Mam wrażenie, że w takim mieście jak Płock, może nie byłoby wielkich problemów czy kwasów, ale jednak w porównaniu do Warszawy, to jest mała mieścina. Umówmy się, żyjemy w takich czasach, kiedy ten temat jest akurat na widelcu – dużo osób jest za, dużo jest przeciw. Ja bym wolał, żeby ludziom po prostu to dyndało i było życzliwie.

Materiał przygotowali: Magdalena Dudek, Maciej Nowak
Zdjęcia: Robert Wilk