Jerzy Piotrowski

Dodano: 05.09.2019

Wielkie to szczęście, że Jurek Piotrowski wrócił kilka lat temu do aktywnego grania!

Nie dość, że mamy do czynienia z dużą dawką świetnej muzyki, to mamy jeszcze możliwość obcowania z wielką legendą o kolosalnym doświadczeniu, także związanym ze sprzętem, a z tym, jak niektórym wiadomo, nie było kiedyś tak wesoło.

Teraz wszystko ogranicza się do zasobności portfela. Nie stać cię na super wypasionego Rolls-Royce’a od DW czy Sonora? Kupujesz sobie tańszy instrument, który często brzmi bardzo przyzwoicie, bo w ostatnich latach poziom jakości bębnów z dolnej półki mocno skoczył do góry. Chcesz za gotówkę, a może na raty? Nie ma problemu.

W okresie kształtowania się muzyki rozrywkowej w Polsce pieniądze były wielką przeszkodą, ponieważ dysproporcja możliwości przeciętnego obywatela Polski Ludowej w stosunku do cen instrumentów zachodnich producentów była nieporównywalnie większa. Drugim równie potężnym problemem była dostępność. Zawodowy sprzęt był dostępny w świecie, a nas od świata dzieliła Żelazna Kurtyna. Bębny Szpaderskiego czy też te namiastki perkusji od Polmuza powodowały, że robiliśmy dobrą minę do złej gry, z talerzami było jeszcze gorzej.

„Zależy, o jakich talerzach mówimy. Takie talerze do posiłków było dużo łatwiej dostać niż te talerze do grania. Nie miałem, niestety, dostępu do żadnych blach…” – wspomina Jerzy. „Zaczynając w 1970 roku byłem zdany tylko na to, co było na stanie klubów czy zakładów pracy. Nie miałem żadnego własnego instrumentu, nic, co mogłoby mi w jakimś stopniu ułatwić wejście w muzykę. Niemniej jednak byłem młody i trzeba było sobie jakoś radzić, nie załamywać się sytuacją, w jakiej żyliśmy. Myślę, że walczyłem dzielnie z różnymi przeciwnościami.”

Fot. Archwium

Bardzo łatwo domyślić się, jak udawało się zdobyć fachowy sprzęt: „Te, które były dostępne w tamtych latach, były tylko blachami produkowanymi w Polsce. Nieliczni, którzy wyjeżdżali za granicę, mieli jakieś „dżoby” na statkach czy w barach, dysponowali blachami światowej klasy. Wówczas w Europie dominowały Paiste, na rynku był dostępny też Zildjian. Sabiana jeszcze wtedy nie było. Ale cóż, mnie na to nie było stać, ja dopiero zaczynałem wchodzenie na rynek… Chociaż trudno mówić o wchodzeniu na rynek. Zaczynałem w ogóle grać.”

Tu warto zatrzymać się na chwilę i przyjrzeć się dokładniej, kiedy wielki polski mistrz perkusji zaczął grać. Tak, jak Simon Phillips? Jak nauczył się chodzić? Otóż nie! „Stosunkowo późno zaczynałem, bo miałem 19 lat, wtedy stawiałem pierwsze kroki. Próby z różnymi składami, w klubach z jakimiś zespołami, ale już zaczynało się mówić, że jest taki młody, co tam coś próbuje (śmiech) i fajnie się z nim gra. Oczywiście to wszystko było na bardzo amatorskim poziomie, ale już coś tam zaczęło się dziać.”

Opowieść Jerzego na temat ówczesnych talerzy perkusyjnych daje obraz, jak wyglądałyby testy sprzętu, chyba dość ciekawie: „Dostępne wtedy blachy… To bardzo umowna nazwa tego produktu. Nadawały się do wszystkiego, tylko nie do grania. Jakby się zalutowało dziurę, to świetnie nadawałyby się jako palenisko, fajnie by się na tym drewno poukładało (śmiech). Gotować na tym się nie dało, bo nie wiadomo, z jakiej blachy to było zrobione. W każdym razie spełniałoby dużo korzystniejsze role niż granie, bo z graniem był problem, ale z braku czego innego trzeba było używać tych blaszek.”

Przychodzi jednak okres budowania pierwszych nagrań SBB i tu mamy zdarzenie, które wydaje się nie do pomyślenia w obecnym czasie: „Pamiętam takie zdarzenie z 1970 roku, początek, jak graliśmy z SBB, zespół był już założony. Zrobiliśmy swój pierwszy samodzielny numer i z braku blach wykorzystałem do grania… popielniczki. To były metalowe popielniczki na takich długich nogach i brzmiały bardzo podobnie to tych talerzy, no, może troszkę krócej. Jak dzisiejsze blachy efektowe, bardzo podobnie brzmiące. Te popielniczki po kilku dniach popękały, więc wytrzymałość była taka sama jak muzycznych blach.”

Pół żartem pół serio Jerzy Piotrowski stosował w Polsce specjalne talerze efektowe, zanim te stały się popularne. Ale na graniu prób się nie skończyło! „Później, jak pojechaliśmy do Warszawy pierwszy raz do studia, nagrywać właśnie ten numer, to dostałem tam świetny profesjonalny instrument z blachami, ogólnie super. Tylko, że… nie potrafiłem zagrać beatu, jaki przygotowałem sobie do tego numeru na popielniczkach! (śmiech) Używałem tych zawodowych blach, ale poprosiłem też o takie popielniczki! Nagrałem ten numer na tych popielniczkach razem z blachami, dało to ciekawy efekt, zupełnie nieoczekiwany.”

No dobrze, mamy pierwsze nagrania SBB, ale przecież zanim zespół ruszył samodzielnie w świat, towarzyszył polskiej supergwieździe, jaką był sam wielki Czesław Niemen: „Graliśmy tak półtora roku, w takich warunkach, gdzie nie miałem własnego instrumentu i zawsze gdzieś go pożyczałem z domów kultury i klubów studenckich. Pod koniec 1971 roku dostaliśmy propozycję od Czesława na współpracę, no i to otworzyło nam drogę na wielki świat, jeżeli chodzi o instrumenty. Tam się zetknąłem z prawdziwym sprzętem, z prawdziwymi blachami. W 1972 roku były Igrzyska Olimpijskie w Monachium. Wyjechaliśmy na koncert otwierający. To był koncert wspólny z Mahavishnu Orchestra, ich pierwsze trasy koncertowe po debiutanckiej płycie, zresztą wspaniałej. Mieliśmy to szczęście wyjechać z Czesławem i zagrać wspólny koncert w Monachium. Pierwszy nasz taki wyjazd po tej piwnicy u Józka, gdzie graliśmy i siedzieliśmy na kupie węgla, klepałem na bębnach Polmuza, o ile to w ogóle można nazwać bębnami. Ech… To naprawdę było za karę… A tu nagle taki przeskok do wielkiego świata, do koncertów, do wielkiej publiczności po kilkanaście tysięcy ludzi. Dla nas był to szok!”.

Wielka impreza przyniosła nie tylko m.in. wspaniały złoty medal piłkarzy kadry Górskiego, ale też wielki sukces Jerzego Piotrowskiego, który w naszym perkusyjnym świecie można zestawić spokojnie z sukcesem Władysława Komara, złotego medalisty w pchnięciu kulą: „Pamiętam, że po tym koncercie byłem w garderobie, oczywiście nie mówiłem nic po angielsku i czułem się przez to nieco zagubiony, bo tu tacy muzycy, jak Cobham, McLaughlin. Siedziałem cały rozpromieniony, rozentuzjazmowany i podszedł do mnie jakiś człowiek i coś zaczął mówić. Kompletnie nie wiedziałem, o czym, co on chce ode mnie? Głupio się uśmiechałem, robiłem dobrą minę, nie wiedziałem, o co chodzi. Z pomocą przyszedł menadżer, który to zobaczył, podszedł i zaczął tłumaczyć, co jest grane. Okazało się, że tym człowiekiem był agent Paiste i proponuje mi podpisanie kontraktu na endorsement! Myślałem, że przebiję głową sufit, tak się ucieszyłem, to był szok, to był taki mój wielki, bardzo osobisty sukces na początkach mojego muzykowania.” Nawet dziś taka sytuacja byłaby wielkim powodem do dumy, a co dopiero w 1972 roku w przypadku polskiego muzyka: „Do dzisiaj jestem wdzięczny Paiste, że wzięła mnie wtedy do swojej stajni. To był pierwszy krok do osiągnięcia normalności i możliwości grania na blachach, co dawało zupełnie inny feeling i samopoczucie podczas grania, otwierało horyzonty… po tych popielniczkach i blachach, co brzmiały jak roztrzaskane patelnie.”

Po okresie współpracy z Czesławem Niemenem SBB rozpoczęło w pełni własną karierę. Zespół debiutuje albumem koncertowym z materiałem nagranym w warszawskiej Stodole. Co tam słyszymy? „Pierwszy SBB to blaszki Paiste, niemniej jednak bębny w dalszym ciągu Polmuza, nie stać było mnie na kupno normalnych bębnów. Dlatego też tę płytę, którą darzę w naszej dyskografii największym sentymentem, nagrałem właśnie na Polmuzie i blaszkach Paiste. Pierwsza formuła, jaką otrzymałem, to była 2002, najbardziej popularna i chyba najlepiej brzmiąca w tamtych latach. W kwestii talerzy miałem zabezpieczone tyły na kilka lat.”

Nie zapominajmy jednak o bębnach. Tutaj Jerzy jest przekonany co do marki perkusji, jednak my nie jesteśmy do końca przekonani: „W kwestii perkusji następnym setem był Ever Play, nie do końca pamiętam, skąd one się wzięły, czy sam je kupiłem, czy rodzicie mi pomogli kupić.” Niezależenie, czy był to faktycznie Premier, czy rzeczywiście jakiś Ever Play, wrażenia pozostają niezapomniane: „Co pamiętam dobrze, to jak otworzyłem paczki i ten zapach naciągów, bębnów, takich świeżych… Nie mogę tego zapomnieć, więc to musiało być dla mnie wyjątkowe doznanie, nieprawdopodobne, tylko takie rzeczy pamięta się na całe życie. Nawet teraz widzę siebie, jak otwieram te kartony i unosi się ten zapach. To był mój pierwszy osobisty, pachnący zestaw.” (śmiech)

Chwilę potem wkroczyła słynna przyjaźń polsko-węgierska: „Następne bębny – rok albo półtora roku później – kupiłem od Węgrów zestaw Ludwiga, profesjonalny bęben, bardzo dobry, grałem na nich długo. Węgrzy mieli lepszy dostęp do instrumentów niż my, a tak się złożyło, że w tym czasie dużo jeździliśmy na Węgry i zaprzyjaźniliśmy się ze wszystkimi topowymi zespołami. Nie pamiętam, od kogo to było… Lokomotiv, Omega albo jeszcze ktoś inny. Graliśmy razem na wspólnych koncertach i do dzisiaj pozostajemy w przyjaźni. To był taki perłowy, szary Ludwig.”

Ten zestaw możemy obserwować na kilku nagraniach dostępnych na YouTube. Dalsze zmiany, jakie nastąpiły pod koniec lat 70, dotyczyły wciąż Ludwiga. Jerzy otrzymał prezent, jaki tylko można sobie wymarzyć: „Później pojawił się Ludwig, który otrzymałem od naszego bardzo zaprzyjaźnionego Austriaka. Nazywał się Dietmar Lausegger. Był właścicielem sklepu muzycznego w Wiedniu i naszym strasznym fanem, był zakochany w SBB, bardzo nam pomagał. No i sprezentował mi te bębny, powiedział, że jak będę miał kiedyś jakieś pieniądze, to może mu je spłacę w jakiejś śmiesznej symbolicznej cenie, ale generalnie otrzymałem je od niego i dysponowałem tymi bębnami aż do rozwiązania SBB w 1980.”

Akrylowy Ludwig i Paiste, rok 1979. Fot. Zygmunt Drużbicki

Jerzy jest już wtedy bardzo świadomym muzykiem i akryl nie bardzo przypadł mu do gustu: „To był taki nowy trend w setach perkusyjnych, plastikowe bębny. To była dla mnie tragedia. Do dzisiaj robią takie bębny, ale to była straszna tragedia! Nie miały dolnego rezonansowego naciągu, ponieważ przy podwójnych naciągach zwyczajnie nie brzmiały! Ale możemy powiedzieć też, że darowanemu zestawowi nie patrzy się w werbel (śmiech). Byłem zadowolony i szczęśliwy, że miałem takiej klasy instrument.” Sytuacja w Polsce wciąż nie napawała optymizmem w kontekście instrumentów, więc swoją opinię trzymał dla siebie, tym bardziej i szczerze cieszył się z tego, co udało się osiągnąć: „Byłem wtedy na bieżąco ze wszystkimi nowościami i wszystkim się taki instrument podobał. To był duży zestaw z wielkimi kotłami, w sumie więcej szpanu niż brzmienia, ale to już robiło wrażenie. Do tego dostałem cały set Paiste, gdzie były 3 crashe, ride, hi-hat, jakiś splash i potężna china! Super wrzeszczący talerz, taki do totalnego dopalenia. Taki był zestaw – biały, mleczny Ludwig i zestaw Paiste.”

Akrylowy korpus bębna był jedynie przedsmakiem tego, co stało się w latach 80. Z jednej strony wielka nowość, z drugiej – praktyka i proza życia. Chodzi oczywiście o zestaw elektronicznych bębnów Simmons w zespole Kombi. Powiew świata i… zbite ręce o plastik: „O matko, to nie był plastik, to była deska! (śmiech) Oczywiście to był plastik, ale feeling był taki, jakbym walił w deskę. Miałem poodbijane ręce po pierwszych graniach, kości mnie bolały, palce. Musiałem coś z tym zrobić, więc namówiłem Sławka Łosowskiego, żeby kupił u szewca taką gumę do butów, żeby nakleił ją na te pady plastikowe, żeby zamortyzowała te uderzenia i wibracje pałek. Tak się na szczęście stało, Sławek usłuchał i zrobił to. Tak dotrwałem do końca mojej kariery Simmonsowej. Och!”.

Polska oszalała na punkcie nowoczesności Kombi. Zespół epatował tym na każdym kroku, widać to chociażby w piosence „Nie ma zysku”, gdzie pewne ujęcia wrzeszczą wręcz: „Patrzcie, jakie mamy światowe instrumenty!”. Najbardziej znany jest jednak słynny motyw perkusyjny ze „Słodkiego miłego życia”, który można obejrzeć na videoclipie: „Wtedy była moda na ten gatunek muzyki, więc nie ulega wątpliwości, że Simmons i muzyka, jaką grało Kombi, to był idealnie trafiony cel, jeżeli chodzi o komercję. Do dzisiaj moi fani, których spotykam na koncertach, wspominają teledysk w windzie.” Niektórym może się pojawić lekki uśmiech na twarzy, ale jest to ważny wycinek historii polskiej muzyki, tym bardziej, że perkusja odegrała w nim istotną rolę: „To trzeba przyjąć jako jeden z okresów mojej kariery na scenie. Zawsze podchodziłem poważnie do sytuacji, w której się znajdowałem, bez względu na to, co robiłem, uważam, że trzeba to robić profesjonalnie i tak było też w Kombi. Nie było się do czego przyczepić i wszystko było tak, jak należy.”

Oficjalnie dwie płyty studyjne z zespołem i powrót do organicznej gry z różnymi artystami i składami. Doskonałym przykładem kunsztu artysty jest podwójny album koncertowy, nagrany w 1992 roku. Zarejestrowany występ zespołu Dżem w katowickim Spodku jest z pewnością jedną z lepszych polskich płyt koncertowych w ogóle, czego wielką zasługą jest oszałamiająca forma perkusisty: „Bardzo lubię te nagrania z koncertu Dżem, zwłaszcza, że jest to koncert a nie płyta studyjna, co daje pełny obraz możliwości. Live mówi najwięcej o muzyku. Bardzo lubię tę płytę. W tamtych latach, w tamtym składzie, Dżem był na wysokim poziomie, zresztą do dzisiaj został tak, jak odbierają go fani, a fanów ma bardzo dużo.” Jerzy jest w pełnym ogniu, co słychać chociażby w jego piorunującym solo w piosence „Czarny Chleb”. Muzyk dostrzega pewną ważną zależność: „Fajnie mi się grało, bo grałem z sekcją, grałem z basem, co otwierało mi inne możliwości i myślenie, spokojniejsze, więcej oddechu i czasu. W większości z SBB grałem bez basu sekcyjnego, co powodowało dużą trudność, bo trzeba było wszystko scalić i utrzymać groove, to trudne granie. Tutaj była sekcja i to jakby dawało ten feeling.”

A jak wyglądało to pod kątem instrumentów? „Wtedy grałem już na Sabianie. Nie pamiętam jednak z jakiego powodu współpraca z Paiste się skończyła i rozpocząłem współpracę z Sabianem. Przeszedłem wtedy na bębny Sonora. Nie był to jakiś wysokiej klasy model, niemniej jednak ten koncert zarejestrowany w Spodku został nagrany na tym właśnie Sonorze. Jak na live brzmi znakomicie i daje pełną satysfakcję brzmieniową. To był podstawowy set blach i czasami wykorzystywałem tę chinę Paiste. Daje się słyszeć na tym koncercie, w niektórych momentach, przy mocnym dopaleniu, końcowym ataku, wtedy dawała o sobie znać.” Później była słynna „Szkoła na perkusję”, jedna z najważniejszych polskich pozycji edukacyjnych: „Tak, szkołę nagrywałem na Sabianach.” Wielu bębniarzy wciąż ma w głowie tekst Jerzego: „I dorzucę coś od siebie…” na załączonej kasecie magnetofonowej.

ERA ZILDJIAN

Wielki powrót Jerzego Piotrowskiego stał się faktem kilka lat temu. Wiązało się to także z nową odsłoną dotyczącą instrumentów. Zmienił się świat, zmieniła się polityka firm, tłuste lata rozdawnictwa na prawo i lewo dawno minęły. Po kilku rozmowach i testach bębnów różnych marek decyduje się ostatecznie na samodzielny zakup zestawu Yamaha. W temacie blach sprawa wygląda ciekawie. Ostatecznie Jerzy nie trafia źle, można powiedzieć wręcz, że trafia w miejsce, o którym zawsze skrycie marzył: „Nie ma wątpliwości, Zildjian jest najwyższą półką na świecie, jeżeli chodzi o blachy. Jest to udowadniane przez kolejnych perkusistów na przestrzeni lat. W pewnym okresie Zildjian był firmą tylko dla wybranych, była to firma niedościgniona. Później pojawiły się na rynku inne blachy, jednak Zildjian zachował swoją wartość i jest dla mnie spełnieniem marzeń – tak można to określić. Daje pełną satysfakcję i pełne zaspokojenie potrzeb, jeżeli chodzi o brzmienie.”

Zestaw Jerzego w 2019 roku to przede wszystkim Zildjian, do tego bębny Yamaha Hybrid, stopki od DW, naciągi Remo, ale też Evans na centrali.

Pierwszy kontakt z talerzami w nowej firmie opiera się o sprawdzone i uznane formuły: „Na poprzednim secie grałem przez prawie cztery lata. Wtedy wybrałem zestaw, który na tamten okres mi odpowiadał, spełniał wymogi tamtego okresu. Ride z serii K 20”, dwa hi-haty K 14”, 14” Fast crash, 14” Avedis crash, 16” K Custom crash, 16” Custom dark crash, 14” K EFX i splash 12”. To był set do momentu wymiany na nowy, ten, który mam teraz.”

Zmiana nastąpiła niedawno i klucz doboru był już inny, zdecydowanie mniej zachowawczy, bardziej świadomy i głęboko przemyślany: „Zildjian spełniał wszelkie oczekiwania, jeżeli chodzi o ten instrument i wciąż je spełnia, ponieważ wymieniłem set na nowy, aktualny do obecnej sytuacji. To, co w tej chwili posiadam, jest absolutnie topową opcją. Są to blachy, które zaspokoiłyby potrzeby chyba każdego bębniarza. Dlaczego? Ponieważ mogą sprawdzić się w każdym gatunku muzyki, w jazzie, popie, rocku, bluesie. Wybierałem je pod własnym kątem i wybierałem z blach, których wcześniej nie było na rynku, są stosunkowo nowe, mają nowe brzmienia, inne, nieporównywalne do tego, co było w latach… 1900.” (śmiech)

Balans gry przerzucony jest na prawą stronę zestawu.

Patrząc na zestaw perkusyjny widać od razu, na której ręce spoczywa ciężar gry. Prawa ręka ma czym się zajmować. Przyjrzyjmy się zatem całemu zestawowi talerzy.

K Custom Organic ride 21”

Zacznijmy od największego w zestawie: „Jest to nowa blacha, której nie widziałem wcześniej na rynku. Nie wiem, kiedy się dokładnie pojawiła (2015). Jest dla mnie zaskakująca pod każdym względem. Jest to jedna z najważniejszych blach w całym secie. Obok hi-hatu jest groove’ową blachą. Dostosowana do potrzeb praktycznie w każdym gatunku muzyki. Ma krótkie, selektywne brzmienie, duży atak, jest bardzo wyraźna. Przepiękny, wyrazisty bell. Momentami kojarzy mi się wręcz z cowbellem, dla mnie brzmi znakomicie. Ma to do siebie, że nie maże się, nie wzbudza się przy mocniejszym graniu, ale przy lekkim jest bardzo czytelna i każda nutka jest słyszalna, nawet przy dużej ilości instrumentów ta selektywność jest zachowana. Ma surowe brzmienie, ale jednocześnie jest ciepła. Czytelna z pełnym pasmem, jeżeli chodzi o częstotliwość pomimo tej swojej surowości krótkiego wybrzmienia. Daje to możliwość w każdym gatunku muzyki, od jazzu przez pop, rock, blues do… disco polo (śmiech). Nie, tego nie piszmy (śmiech). Ale poważnie, uważam tę blachę za super i polecam wszystkim, nie tylko rockmenom.”

K Custom Special Dry 14” hi-hat

Kolejne talerze rytmiczne, dwa takie same hi-haty: „Jeden jest w pozycji zamkniętej, drugi jest na statywie do prowadzenia lewą nogą. Są to również nowej generacji hi-haty (2018). Zupełna nowość. W pozycji zamkniętej dają stosunkowo niskie, surowe brzmienie, przy czym są bardzo selektywne, mają również bardzo dobry atak. Przy otwarciu tego mają dużo piasku. Uważam, że ten hi-hat jest absolutnie trafiony, jeżeli chodzi o wymogi aktualnie grających perkusistów, daje pełen komfort, jeśli chodzi o granie gęste, z dużym atakiem, z małym atakiem, spełnia wszystkie potrzeby, jakie powinien spełniać hi-hat. Nie lubię wrzeszczących hi-hatów, takich brylantowych, bo są odseparowane od brzmienia bębnów. Lubię hi-haty ciepłe, które wkomponowują się w brzmienie instrumentów, czyli są zbliżone do werbla, w całości dające komplet, jeżeli chodzi o brzmienie.”

A Custom crash 16” oraz K Custom Special Dry 16”

W opozycji do ciemnych brzmień mamy nad hi-hatem jasną blachę A Custom, dlaczego? „Ten crash brzmi wysoko, ale przy tym łagodnie, nie jest wrzeszczący, mimo, że jest brylantowy. Nie razi. Są blachy, wysoko brzmiące, gdzie jak się uderzy to wierci w głowie, są nieprzyjemne, nie lubię takich blach. A Custom pomimo posiadanego wysokiego brzmienia ten brylant ma ciepły i przyswajalny dla ucha. Dlaczego ta blacha? Ponieważ świetnie współbrzmi z crashem, który mam po prawej stronie nad ridem czyli K Custom Special Dry. Oba przepięknie się uzupełniają. Są to blachy z dwóch różnych światów, ale w momencie uderzenia w obie – przepięknie współbrzmią. Jest krótka i surowa o naturalnym, organicznym charakterze, nie było takiej blachy na rynku do tej pory w Zildjian. Jest tak inna od tych talerzy, które Zildjian proponował, że nawet ciemny K kompletnie się różni. Blacha bardzo potrzebna w zestawie... W połączeniu z tym brylantowym A Custom daje pełne pasmo. Obie te blachy nadają się do szybkiego akcentowania i mają ciepłe, soczyste wybrzmienie.”

Kerope 18”

Nad ostatnim floor tomem wystaje blacha, której firma nie przypisała odgórnego przeznaczenia: „Ten Kerope to jest coś, co przewyższyło moje oczekiwania, jeżeli chodzi o blachy. Jest to blacha wyjątkowa, która może być używana jako crash i jako ride. Ma tak piękne wybrzmienie, piękny, selektywny atak. Wzbudza się bardzo ciepło i lekko. Wbrew pozorom to jest duża blacha, ale przy akcencie i użyciu jej jako crash jest ciepła i przyjemna, oddając przy tym całe pasmo. Nic tylko się przytulić! (śmiech) Jest niespodziewanie soczysta. Uważam, że uzupełnia w sposób stuprocentowy ten set. Daje możliwości lekkiego i mocnego grania. Daje radość muzykowania! Przy pierwszym uderzeniu w tę blachę słychać, że jest to talerz pełnej radości (śmiech). Jest też talerzem wykończeniowym do przejścia i też jako ride w lżejszych sytuacjach. Wszystko, czego można wymagać od blachy – ta blacha to spełnia.”

A Custom EFX 10” splash

Na środku zestawu mały dziurkowany efekt: „Jest to blaszka do akcentów krótkich, krzyczących, do bardzo szybkich uderzeń, daje dużą selektywność i cóż więcej…? Efektowa blaszka. Używam wielokrotnie w połączeniu ze stopą, jak również do zagrania podwójnych czy potrójnych uderzeń przy wiązance przebitek, jako oddech, po przejściu z bębnów na taką blaszkę daje to kolor, który fajnie współbrzmi z resztą. Jest to też jakaś osłona, bo lepiej patrzeć na blachę niż na moją starą gębę (śmiech).”

FX Spiral 10” NA K 18” EFX

Wreszcie wielki finał w postaci blachy typu „stack”, która wydaje się pełnić rolę taką, jaką spełniają blachy china: „Dokładnie określiłeś, jakie było założenie tego zestawienia. O to chodziło, żeby było to zbliżenie w wybrzmieniu do china, ale żeby nie było to wrzaskliwe, bardzo agresywne, Czasami chinki są zbyt agresywne. Nie wiem, musiałbym mieć tych china z 10 różnych, żeby dopasować brzmienie do tego setu, jaki sobie zestawiłem. Nie mogłem znaleźć takiej blachy, która dawałaby mi możliwość końcowego akcentu lub użycie do podbicia bitu, uderzając na „i” czy razem z werblem, jako końcowy akcent. Ta blacha ze spiralą spełnia te oczekiwania.” Skąd taki koncept? „Pomysł na taką blachę pojawił się, gdy szukałem innego brzmienia, skróconego, które by miało więcej piasku, a nie brzmiałoby tak długo. Żeby można było użyć tego talerza jako zupełnie inny kolor. Od niedawna pojawiło się wśród bębniarzy poszukiwanie takich brzmień. W tej chwili praktycznie wszyscy bębniarze stosują tego typu rozwiązania, skrócone poprzez nałożenie blach na siebie lub tak, jak Zildjian, który zaproponował sprężynę, która rewelacyjnie spełnia swoje zadanie, tłumiąc długie wybrzmienie, dając krótki trzask. W związku z tym to, co zrobiłem z EFX i ze sprężyną daje mi efekt, którego oczekiwałem.”

Tak wygląda obecny zestaw talerzy Jerzego Piotrowskiego. Po dokładniejszej analizie widać, że set jest wyjątkowo przemyślany i każdy instrument pełni tu swoją rolę. Brak tu jakiejkolwiek przypadkowości, nie ma też mowy o kaprysach. Całość pielęgnowana jest przez dwie osoby, naszego muzyka oraz jego technicznego: „Mam zaprzyjaźnionego człowieka, z którym współpracuję od pierwszego dnia powrotu na scenę. Roman Stachoń opiekuje się moimi bębnami, jest szalenie pomocny, spełnia w pełni moje oczekiwania, jeżeli chodzi o opiekę nad instrumentem. Dba wspaniale o bębny i jestem z tego powodu bardzo wdzięczny.”

Symetrycznie rozstawione floor tom i werbel.

Jerzy w kwestii blach korzysta z wygodnej ramy Pearla.

Jerzy korzysta z naciągów Remo z drobnym wyjątkiem centralki.

Bębny Yamaha, talerze Zildjian, naciąg na tomach od Remo, a pałki? Tutaj sytuacja jest rozwojowa, ponieważ Jerzy nawiązuje kolejną, miejmy nadzieję, że owocną współpracę z firmą Vater, dzięki nieocenionym staraniom Wojtka Laska z opolskiej firmy dystrybucyjnej Music Media. Do tej pory testował kilka modeli i ku jego zaskoczeniu wielkie wrażenie zrobił na nim komplet, który wytrzymał w dobrej kondycji 9 koncertów. Chodzi tu głównie o niełupiące się główki. Z tego właśnie powodu przez wiele lata Jerzy używał pałek z nylonowymi końcówkami. Teraz ma się to zmienić, ale co będzie dalej? Czas pokaże.

Materiał przygotowali: Artur Baran, Maciej Nowak
Zdjęcia (z wyjątkiem podpisanych): Kuba Kowalski