Hubert Gasiul

Dodano: 23.01.2020

Perkusista zespołu Ani Rusowicz, znany także ze współpracy z Wilkami, jeden z oryginalniejszych bębniarzy na polskim rynku. Rozmawiamy przy okazji najnowszej płyty Ani Rusowicz "Przebudzenie". Ilość poruszanych w rozmowie wątków jest sygnałem świadczącym, że to z pewnością nie jest nasze ostatnie spotkanie..

Bębny podobnie jak każda działalność artystyczna ulega różnym modom i trendom. Weźmy dla przykładu przelewającą się jakiś czas temu wielką falę gospelowych czopsów. Nasi rodzimi perkusiści zaczęli mocno naśladować „czarnych braci”, próbując sypać ziemniakami po mięsiście strojonych bębnach. Moda na zestawy kompaktowe to oprócz minimalizmu pomysły na wykorzystywanie różnych niekonwencjonalnych brzmień, jak blaszki na werblu, łańcuszki na talerzach, do tego uliczny klimat miejskiego grania. Przy tym ci grający u znanych liderów, skupieni, wspierani niemal standardowym zestawem elektroniki pokroju SPD-SX. Wreszcie zwarte szyki metalowców z rozstawionymi ergonomicznie zestawami w ekstremie i przeżywającymi renesans wielkimi konstrukcjami w klasycznej odmianie. Jedni grają tłusto, inni zwinnie, a jeszcze inni z minimalistyczną solidnością.

Aż tu nagle z morza tych perkusistów wyłania się Hubert Gasiul, który za diabły nie pasuje do żadnego z wymienionych powyżej nurtów. Przekonać się można o tym chociażby na najnowszej płycie Ani Rusowicz, gdzie perkusista prezentuje styl, jaki w Polsce jest rzadkością. Oczywiście definiuje go stylistyka artystki, ale tu też mamy do czynienia z czymś zupełnie oryginalnym, a przy tym naturalnym. I właśnie ten ostatni czynnik świadczy o tym, że nad grą Huberta warto się pochylić, bo za grosz nie czuć tu napinania i prób kopiowania zachodnich trendów, jakie dominują we współczesnej muzyce niezależnie od gatunku.

Perkusja w bigbicie jest radosna, swobodna, lekka, zwiewna, wnosząca spokój mimo swojej naprawdę gęstej struktury. Hubert nie przechodzi obok gry, siedzi w groove, ale przy tym się nie spala, stanowi integralną część kompozycji. Przy wielkiej charyzmie Ani Rusowicz jego praca nadaje solidną bazę, jakiej nie udałoby się uzyskać przy typowym, szkolnym, prawidłowym graniu. O trudności stylistycznej wspominamy zresztą poniżej, ale po kolei…

Magazyn Perkusista: Gratuluję udanej nowej płyty.

Hubert Gasiul: Dziękuję.

W porównaniu do wcześniejszej płyty Genesis, album Przebudzenie sprawia wrażenie jakby był bardziej przestrzenny, otwarty, wręcz weselszy…

Z jednej strony masz dużo racji. Z drugiej strony jest to kontynuacja lat 60-70, w których zawsze byliśmy zakorzenieni i to w nas wciąż siedzi. Jeżeli chodzi o Genesis to po pierwsze była to płyta inspirowana psychodelią lat 70, a po drugie grał inny skład, co też miało duży wpływ, bo nie było np. „dętek”. Producentem tamtej płyty był Emade czyli Piotrek Waglewski. Tym razem postanowiliśmy zrobić to sami. Początkowo nawet miałem taką myśl, żeby Ania wzięła jakiegoś producenta, ale… Pojechaliśmy do Nowego Orleanu zainspirować się wszystkim, co tam się dzieje. Widzieliśmy dużo fajnych bandów, dużo fajnych składów, byliśmy na wielu różnych koncertach. Zazwyczaj nasze płyty są jakimiś wpływami, głównie z odbytych podróży.

Zrobiliśmy w międzyczasie projekt niXes (wraz z Kubą Galińskim), który to powstał pod wpływem pobytu w Kalifornii. Był to projekt neo-hippie czyli muzyka hipisów, połączona z elektroniką, ale taką w polskim wydaniu. Jak to kiedyś określił jeden z naszych kolegów producentów – dodaliśmy do kalifornijsko-surferskich brzmień element polski czyli barwy z Pana Kleksa (śmiech). Tym razem było podobnie, bo po powrocie z NOLA Ania stwierdziła, że nie chce żadnego producenta. Powiedziała do mnie: „Chodź na górę do naszej salki, weź gitarę, ja siądę do klawisza i coś skomponujemy”.

I tak udało nam się stworzyć większość utworów na tę płytę. Mieliśmy wizję na to, jak to zrobić, a z racji tego, że doszły wspomniane dęciaki, to cały band doaranżował do tego, co mieliśmy już w głowach. Ania jest ostatecznie producentem płyty, bo jest najbardziej zakorzeniona w tej muzyce, w mojej opinii m.in. dlatego, że ma w sobie tę krew „szlachecko-bigbitową”, że tak się wyrażę. Wiesz, sam czasami się dziwię, skąd ona wie pewne rzeczy? To po prostu wynika z jej natury, korzeni.

Faktycznie, słychać wielką naturalność i brak jakiegokolwiek udawania albo siłowania się z tą konwencją.

Dokładnie. Widzę, jaką jest artystką i pomimo to, że odczuwam ją podwójnie (z racji tego, że jest moją żoną i widzę ją w innym świetle – domowym) patrzę też przez pryzmat muzyczny. Widzę, jak się zachowuje, jak wychodzi na scenę. Ja mam w sumie podobnie, bo w moim domu zawsze byli słuchani Zeppelini czy Breakouci. Pamiętam, kiedy nagrywaliśmy jej pierwszą płytę (Mój Big-Bit z 2011). Ania powiedziała mi wówczas, że gram za równo, że mam grać tak, jakbym miał się za chwilę wyje*ać (śmiech). Właśnie dzięki temu odkryłem też, że mam ten klimat w sobie, że także mam tę muzykę w sobie zakorzenioną. A wtedy przychodzi to wszystko naturalnie, czy to była pierwsza płyta bardziej bigbitowa, czy druga bardziej psychodeliczna lub teraz przy okazji najnowszej. Płyta z pastorałkami zrobiona w międzyczasie także była bigbitowa.

To był ciekawie wykonany, ale w sumie dość prosty pomysł.

Zrobiliśmy ją razem z gośćmi, bo po prostu lubimy święta, śnieg i jazdę na snowboardzie. Powiedzieliśmy sobie: „Ok, wystarczy Mazowsza i Franka Sinatry na święta, chcemy słuchać swojej muzy.” Wyszło to z potrzeby serca. Niektórzy krytykują, ale przecież nie ma tu nawiązania do jakichś politycznych czy religijnych podziałów. To się nazywa Boże Narodzenie, a nie święto choinki. Tak czy inaczej ta płyta została zrobiona również w tym bigbitowym klimacie, bardzo naturalnie. Zespół KISS i Sex Pistols również nagrywali świąteczne pieśni.

Swoboda gry w takim stylu wynika z osłuchania?

Wchodzę w takie granie jak w masło, w domu się słuchało i słucha takiej muzy. Wciąż inspirujemy się takimi kapelami, chociaż poza tym lubię muzę elektroniczną czy np. grunge’ową, bo to przecież też kawał mojej młodości i pierwszych bandów. Klimat tego drive’u bigbitowo-oldschoolowego siedzi we mnie i czasami ciekawe są różne opinie na ten temat od kolegów. Kiedyś w Opolu jeden z obserwujących mnie bębniarzy powiedział: „Tak patrzymy, jak ty te przejścia robisz, tak nas to bawi, ale to takie fajne jest” (śmiech).

Coś w tym jest, bo masz swoistą frywolność w grze, podczas, gdy są naprawdę charakterne miejsca, gdzie wszystko razem siedzi! Weźmy np. partie perkusyjne w utworze Nerwy…

To akurat pod wpływem Beastie Boys zrobiłem! Skojarzył mi się ten motyw bardzo nowoorleańsko, bo wielu bębniarzy gra tam takie rytmy. Jak wróciłem, od razu wygooglowałem i sprawdziłem kilku pałkerów, jak grają takie bity, w jakim miejscu używają stopy, a gdzie nie itd.

No przyznam, że akurat Beastie Boys się nie spodziewałem…

Tak sobie produkcyjnie pomyślałem, że ten beat będzie mi pasował do tego utworu. A że jako dzieciak słuchałem Beastie Boys to te rytmy jakoś mi tam siedzą. Przełożenie tego na starodawny styl jest zupełnie czymś zwyczajnym. Przecież oni też się inspirowali starymi kapelami. Zresztą każdy się czymś inspiruje. Często słyszę zapożyczenia starych motywów w nowej muzie.

Polska płyta bigbitowa, będąca mocną amerykańską inspiracją. Coś niespotykanego…

Bigbit to nazwa wymyślona z racji tego, jaki ustrój panował w tamtym czasie w Polsce. Trzeba było wymyślić jakąś zastępczą nazwę do rock and rolla. Jednak, jak ktoś mnie pyta w świecie, co lubię grać i odpowiadam, że bigbit, to się okazuje, że kumają, że wiedzą, że jest to muzyka lat 60 i 70.

Wszystkie teksty są w języku polskim. Czy tym samym nie narzucacie sobie pewnych ograniczeń w kwestii odbiorców?

Większość polskich artystów tworzy i pisze teksty po polsku. Ja osobiście nie mam z tym problemu i nie miałem nigdy jakiejś takiej większej fantazji, żeby nagrać płytę np. w dwóch językach – po polsku i angielsku. Chociaż pojawiła się podobna myśl z racji tego, że bigbit popularny jest bardzo w Japonii. Myśleliśmy, żeby zrobić może jakieś teksty po japońsku. Dostałem ostatnio na urodziny płytę winylową z japońskim bigbitem. Mówię ci, jest to tak śmieszne, tak fajne, jednocześnie ciekawe i faktycznie może być tak, że taka muza ma tam odbiorców. Myśleliśmy, że może nagramy kilka utworów po japońsku i wyślemy w tamte strony. Tylko, że wiesz, jak to jest z polskimi artystami…

Ciężko jest przebić się gdziekolwiek, by zaistnieć poza Polską. Ludzie próbują, ale jak nie mają wsparcia, nie jest łatwo. Mieliśmy propozycje dla projektu niXes zagrania kilku zachodnich festiwali, ale nie mieliśmy wystarczająco dużo wsparcia od nazwijmy to – pewnych instytucji. Poza tym chyba nie jest za dużo takiej muzy, jaką gramy w Polsce. Tak prawdę mówiąc to przywróciliśmy ją do życia. Robimy to dla Polaków, dla polskiej publiczności, choć fantazja podpowiada – idźcie dalej.

To jest chyba to sedno, że nie ma za dużo takiego grania w naszym kraju.

Ania kilka lat temu przywróciła taki styl na polski rynek. Są też ludzie, którzy grają w ten sposób, ale nie jestem przekonany, czy nadal będą w tym trwali, raczej posługują się ściegiem modowym. Tu zagrają płytę vintage, ale za chwilę, kiedy będzie modny np. brit pop i przechylone główki (śmiech) to pójdą w to, bo będzie na to popyt. Za to jestem przekonany, że Ania będzie zawsze wokół tego stylu – klasyczna, taka dobra, klasyczna marka.

Jesteś jednym z niewielu perkusistów w Polsce, którzy grają vintage i brzmią vintage, co nie jest tak oczywiste, jak to się może wydawać. Ty tak brzmisz.

Miło, dziękuję. Ja w zasadzie mam coś takiego, że brzmię tak nawet, kiedy zagram na nowoczesnych bębnach. Pamiętam, jak grałem koncert z Wilkami na Wembley… Fajne określenie, co? Wembley, dumnie to brzmi (śmiech), ale faktycznie był tam jakiś polski dzień i zjechało się sporo polskich kapel na to wydarzenie. Grałem tam na Pearlu Reference i podczas imprezy zaczepił mnie Lutek (Robert Luty), który zwykle mówi do mnie John, że niby od Johna Bonhama. Ja nawet tego aż tak nie czułem, że mam ten stary drive w sobie. Lutek mówi: „John, ty tak brzmisz w starym stylu, powinieneś grać na starych bębnach!”. A ja mu na to, że nie, że chcę grać nowocześnie, tak bardziej soulowo. Siedzieliśmy przy piwku i wspólnie jeszcze z Kubą Jabłońskim (Lady Pank) mówią do mnie: „My ci kupimy takie bębny!” (śmiech). No kurde, ok? Czy może nie? Grać na starych gratach? Zawsze miałem takie wątpliwości, że zrobię z nich pył, coś mi pęknie, bo np. mocno w stopę biję i te chude nóżki się rozwalą.

Jednak przestawiłeś się na stare „meble”…

Brzmienie to jedno, bo słucham takiej muzy, zainspirowała mnie też żona, ale miałem kiedyś jedną ciekawą sytuację. Przy pierwszej płycie Ani bardzo chciałem porozmawiać o filozofii takiego retro grania w starożytnych czasach z Józefem Hajdaszem. Szukałem kontaktu, wreszcie znalazłem, ale okazało się, że był już na tyle chory, że kiepsko się układało z tą rozmową, ostatecznie pan Józef zmarł. Otoczyłem go taką myślą, można powiedzieć modlitwą i puściłem od siebie energię do niego, tam do góry. Za jakiś czas, po iluś tam latach dzwoni do mnie pewien człowiek, pan Jan. Mówi; „Panie Hubercie, przepraszam, że głowę zawracam, ale obserwuję pana grę od jakiegoś czasu i pan jest z krwi i kości z tamtych czasów. Widzę w panu bębniarzy, którymi sam się zachwycałem. Współpracowałem z jedną grupą z tamtych lat, do dzisiaj jeżdżę jako kierowca i wożę zespoły. Kupiłem nawet bębny od pewnego człowieka, chociaż sam nie jestem bębniarzem, ale kupiłem, bo chciałem mu pomóc. Jest to instrument, który mogę panu sprzedać za jakieś rozsądne pieniądze, a jak pan tego nie kupi to nikomu innemu go nie sprzedam, będzie leżał.”

Zapytałem go, jaki to bęben, okazało się, że to stary akrylowy Ludwig 26”, 14”, 18” i jakieś stare statywy do tego itp. No fajnie, ale pytam, po kim to jest? Na początku nie chciał powiedzieć i wreszcie mówi mi, że jest to po Józku Hajdaszu! No i widzisz, ta energia wróciła! To było tak niesamowite dla mnie, że aż mnie ciarki przeszły. Oczywiście kupiłem ten zestaw. Mam teraz same stare bębny i nie wyobrażam sobie, jakbym miał grać na jakimś nowym zestawie. Do niedawna miałem jeszcze bębny od SJC, zrobione na zamówienie, ale je sprzedałem. Miały jednak połączenie nowoczesności z vintage, w każdym razie tak na nim brzmiałem, więc chyba to siedzi w energii mojej gry.

Nagrywanie w twoim wydaniu to zapewne pełna organiczność?

To jest tak, że przygotowujemy się zawsze, ale ja nie przygotowuję do końca wszystkich przejść, takich, które muszę wcisnąć koniecznie w jakieś miejsce. Jest element improwizacji w tym wszystkim. Wiadomo, taśma musi być, żeby było to „ciepełko”. Takie rzeczy, jakie z Anią staram się nagrywać w miarę delikatnie, co nie jest łatwe, bo jak chcesz wybić jakieś szybkie nuty, to trzeba się solidnie namęczyć. Staram się też nie używać metronomu. W niektórych piosenkach korzystałem, a w niektórych nie, nie pamiętam już dokładnie, w których miejscach. Zasada jest taka, że staram się grać cicho, a preampy są odkręcone na full, co powoduje, że pojawia się ten naturalny przester.

Możesz więc stanąć przed lustrem i powiedzieć coś, co chyba każdy bębniarz chciałby móc szczerze powiedzieć – mam swój styl gry!

Hm… Kurczę, no…

Ha! Wiem, że ciężko wydobyć z artysty takie słowa publicznie!

(śmiech) Myślę, że coś w tym może być. Do niedawna grałem z Wilkami i czasami koncerty się pokrywały z koncertami Ani. Jak było jakieś ważne wydarzenie u Ani, to wiadomo, że grałem z nią, ale częściej dawałem do niej zastępców, gdy akurat grałem z Wilkami. Powiem ci, że nie było łatwo znaleźć osobę, która z marszu wejdzie w ten bigbitowy klimat. Wydaje się, że to jest taka prosta muza, że jest ok, że jest luz, a jednak nawet bardzo, bardzo dobrzy bębniarze czasami miewali kłopot, chociaż summa summarum dawali sobie radę, a tylko naprawdę dobrych muzyków proponowałem. Mówili początkowo, że nie wiedzą za bardzo, jak to grać, odpowiadałem, żeby nie skupiać się za bardzo na graniu na perkusji, tylko skupiać się na tej staro brzmiącej muzyce, żeby sprawiało to wrażenie, jakbyś za chwilę miał się pomylić. Nawet fraza jest tam taka, że robisz przejście i na koniec talerz nie jest idealnie na raz, tylko z lekkim opóźnieniem. Właśnie w tę stronę trzeba to grać. I myślę, że ostatecznie sporo osób na tym skorzystało.

Materiał przygotowali: Maciej Nowak oraz Staszek Piotrowski
Zdjęcia: Robert Wilk oraz Przemysław Kokot/Moment In Time (główne)

Quiz – Perkusyjne intro ze smakiem
1 / 12
Jeff Porcaro wykorzystał do tego rytmu słynny Purdie Shuffle oraz groove Johna Bonhama. Chodzi o rytm w piosence…
Dalej !
Powiązane artykuły