Wiktoria Jakubowska

Dodano: 12.03.2020

Wiki ma niesamowicie silny kręgosłup! Chodzi tu oczywiście o kręgosłup muzyczny, a nie tylko fizyczną umiejętność dźwignięcia muzyki u artystów, z którymi gra, a są to m.in. Paulina Przybysz, Ralph Kaminski, Jerry & The Pelican System, Blauka, Karaś/Rogucki, Kasia Lins, Zvanai… Może zawstydzić niejednego perkusistę swoją wszechstronnością, zaradnością i pewnością.

Rozmowa z nią na potrzeby materiału prasowego to bardzo ciekawe przeżycie. Przyznaję, że oczekiwałem dojrzeć w Wiki jakieś stany wahania i niepewności, związane z prowadzeniem kariery perkusistki, ewentualnie jakiś lekki żal, że coś nie potoczyło się jak trzeba. Tymczasem zostałem niemiłosiernie spoliczkowany konkretnymi opcjami, rozwiązaniami, pomysłami, jakich nie słyszałem od rodzimych perkusistów od bardzo dawna! Dotyczy to nie tylko rozwoju, ale też pomysłów na przyszłość.

Nie narzeka i nie szuka problemów tam, gdzie ich faktycznie nie ma. Brak oglądania się na innych, tylko mocna koncentracja na sobie z jednoczesną wielką życzliwością do wszystkich wokół. Najwyraźniej sam muszę przemyśleć swoje podejście, skoro na wejściu jestem przekonany, że czeka mnie sporo dobrej miny do złej gry. Ta dziewczyna doskonale wie, czego chce i nie liczy na szczęśliwy los. Bierze sprawy w swoje ręce i nie traci przy tym artystycznego ducha, angażując się w bardzo ambitne projekty, które mają sprawiać satysfakcję przede wszystkim jej samej. Naprawdę, ciężko znaleźć tak uczciwie podejście, które jednocześnie nie szybuje gdzieś w chmurach i pamięta o czymś takim jak rachunek za telefon czy czynsz. Jak się okazuje wszystko można ze sobą pogodzić i nie mieć żadnych powodów do wyrzutów.

Cieszy nas w redakcji jeszcze jedna rzecz. Wyróżnienie perkusyjnej nadziei w naszym głosowaniu Polskich Nagród Perkusyjnych 2018 trafiło właśnie do Wiktorii. Polskie środowisko bębniarskie dostrzega perkusistkę i doskonale wiemy, dlaczego. Jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości lub chciałby poznać bliżej perkusistkę proszeni są o przejście do poniższej części „wywiadowczej”, nie pożałujecie!

Magazyn Perkusista: Domyślam, że kawa jest dość istotnym elementem twojego rozkładu dnia…

Wiktoria Jakubowska: Oczywiście, tylko, że musi być pyszna. Rozpoczynam dzień od kawy, zdecydowanie. Na przykład wczoraj musiałam wstać o 4:20, żeby zagrać w Dzień Dobry TVN. To bardzo duża satysfakcja zagrać w programie na żywo, w momencie, kiedy często występy są puszczane z playbacku. Ciężko później przetrwać długi intensywny dzień, ale super było. Zagrałam z zespołem Blauka, która wydała właśnie płytę. Ruszamy teraz w małą trasę.

Lubisz trasy?

No jasne. Całe nasze życie to trasa. Spędzasz czas z ludźmi, z którymi tak często na co dzień nie przebywasz, mimo, że wszyscy się kumplujemy poza naszą pracą, w cudzysłowie „pracą”. Spotykamy się, ale w trasie możemy spędzić więcej czasu razem, w busie, na próbach, koncertach, porozmawiać, porozkminiać. Przede wszystkim jednak uwielbiam koncerty i tę dawkę adrenaliny, łechtanie naszego wnętrza, to jest zawsze niesamowite przeżycie.

Ten syndrom, że ty jesteś na scenie, a „oni” są pod sceną?

Nie, nie, nie. Chodzi o wszystkie wylewane emocje, które przekładam na instrument i dźwięki. Jak wpływają na ludzi, na publiczność. Chodzi o interakcję i wymianę energii, która jest niesamowita, ponieważ my dajemy – oni otrzymują, ale wtedy oni też nam dają i my się nakręcamy, cały czas koło się zatacza.

Ciężko to opisać i przekazać komuś, kto tego nie doświadczył.

Tak. Trzeba to samemu przeżyć, ponieważ nie jest mi łatwo porównać to do jakieś innej sytuacji. Poziom adrenaliny, podekscytowanie. Można opowiadać o tym bez końca, ale dopiero jak się samemu to poczuje to wtedy jest łatwiej zrozumieć.

Głód?

Tak. Zagrasz jakiś beat i pięćset osób albo więcej zaczyna do tego tańczyć. Pamiętam, jak w tym roku graliśmy na Woodstocku (Pol’and’Rock Festival) z Ralphem Kaminskim i pomijając już wielkość tej imprezy to pod samą sceną, gdzie graliśmy, było ponoć 30 tysięcy osób. Nikt nie był w stanie tego oszacować… Jak Ralph powiedział, by krzyczeli, to krzyczeli (śmiech). Kiedy graliśmy piosenki, to śpiewali z nami. Zobaczyć coś takiego to jedno, ale być w tej interakcji to niesamowite przeżycie.

Obracasz się wokół większej, ale głównie jednej ekipy muzyków. Takie mam wrażenie… Popraw mnie, jeśli się mylę.

Nie jednej. Często gram z moją przyjaciółką Agnieszką Bigaj, która robi także swoją muzykę. Razem gramy u Ralpha, u Kasi Lins. Świat muzyki jest bardzo mały, zwłaszcza w tym alternatywnym wydaniu, siłą rzeczy przewijają się te same osoby. Mam czasami okazję zaproponować kogoś do składu i mega się cieszę, jak pojawia się nowa osoba, która zupełnie nie obraca się w tym środowisku i wnosi dużo świeżości. Wszyscy mówią: „Ej, kto to jest? Skąd się wziął? O tak!”. To niesamowite.

Masz w swoim graniu duży rozstrzał gatunkowy, pomijając ekstremalne odmiany.

Słucham różnej muzyki i zarazem lubię ją grać. Staram się rozwijać, bo najważniejsze jest to, by nie stanąć w miejscu. Muzyka się rozwija, znajdujemy coraz więcej artystów. Samorozwój jest dla mnie podstawą i jeżeli byśmy zatrzymali się w jednym miejscu i stwierdziłabym, że np. będą grać do końca życia tylko hip-hop, to chyba nie czułabym się w tym spełniona. Wiedziałabym, że można poszerzać horyzonty w innych gatunkach i pewnie poczułabym się stłamszona, nie mając przestrzeni na rozwój.

Brzmisz teraz trochę jak coach…

Że co?! (śmiech)

Używasz dużych słów, słyszałem wiele podobnych haseł, więc powiedz mi, jak to wygląda w praktyce?

No jak to wygląda…? Gram z różnymi artystami, między innymi z Pauliną Przybysz albo Agnieszką Bigaj, w ich muzyce jest dużo elektroniki, zazwyczaj są to sztywne formy utworów, więc trzeba być bardziej zachowawczym. Staram się operować spreparowanym brzmieniem instrumentu niż samą partią. Mam taki właśnie tydzień, że dziś gram z Pauliną, gdzie robię trochę za 2 w 1, ponieważ obsługuję elektronikę i bębny, a dodatkowo jeszcze śpiewam chórki. Jutro gram improwizowany koncert z saksofonistą Jerzym Mączyńskim jako Jerry & The Pelican System w cudownej przestrzeni, SAUNIE z opuszczonym basenem. Kameralny koncert na paręnaście osób. Używam syntezatora, SPD-SX, sensorów Sunhouse, które mają masę możliwości, oczywiście bębnów i fletu...

O, ciekawe. Zaskoczyłaś mnie.

11 lat grałam klasykę, staram się to teraz wykorzystywać. Gramy koncert improwizowany wykorzystując kilka motywów, którymi się posługujemy podczas sesji. Idąc dalej, kolejnego dnia znowu Jerry & The Pelican System, ale już w kwintecie, czyli kompozycje z płyty. Pełnię wtedy zupełnie inną rolę. Jurek pisze bardzo szerokie kompozycje, które można nazwać kilkuczęściowymi suitami. Mamy więc przekrój od beatów elektronicznych po improwizowaną muzykę z instrumentami melodycznymi. Jesteśmy takim troszkę nietypowym kwintetem, bo każdy jest z innej bajki, zderzenie różnych światów, bo tu jeden muzyk free jazzowy, inny znów kocha standardy. Jak przychodzi co do czego, to udaje nam się stworzyć taką przestrzeń, która jest nasza, wspólna, że nie mamy jednostek, tylko jedną całość. Każdy z nas jest bardzo wyrazisty i pomimo tych różnych osobowości mamy wrażenie, że udało nam się stworzyć coś ciekawego.

Jak się przygotowujesz do tego wszystkiego, bo rozstrzał jest faktycznie duży i chyba ciężko w to wskoczyć z biegu.

Mam zaplecze w postaci Akademii Muzycznej we Wrocławiu, gdzie uczyłam się grać jazz u Przemka Jarosza i Dariusza Kaliszuka. Także sama staram się rozwijać, słuchając np. hip-hopu, np. A Tribe Called Quest. Słuchając piosenek nie staram się dostrzec, jak jest werbel przesunięty. Staram się słuchać albumów bardzo uważnie i po kilku przesłuchaniach siadam za bębny i próbuję z nimi grać. Wszystko, do czego się przygotowuję, poprzedzone jest słuchaniem danego gatunku. Z rzetelnym ćwiczeniem różnie bywa. W takim kwintecie ważniejsza jest rozmowa o muzie, kompozycji, o tym, jakimi środkami wyrazu chcemy się posługiwać, jakich kolorów użyć.

Sięgnę więc do kieszeni pytań dość standardowych, ale mocno niewygodnych. Co jest twoją najsilniejszą stroną?

Myślę, że… wrażliwość. Technicznie nie uważam się za dobrą perkusistkę, dlatego staram się operować emocjami, bo o to właśnie chodzi, byśmy mogli wyrzucać z siebie pewne rzeczy i żeby szedł za tym jakiś przekaz, a nie było to puste. Trzeba spowodować, że ktoś coś poczuje.

W tej niewątpliwej pasji zdarza ci się czasami sytuacja z kategorii, jak to się mówi, „grajmy stąd”?

Czyli taka, by tylko swoje odbębnić? Wiesz, jesteśmy tylko ludźmi, czasami jesteśmy zmęczeni, czasami gramy piąty koncert z rzędu i oczywiście, że może zdarzyć się spadek formy. Nie zdarzało i nie zdarza mi się jednak odbębniać koncertów nawet, jak przyszło mi grać tzw. eventy, przez co chyba każdy musi przejść. U mnie jest tak, że bardzo dużo frajdy mi sprawiało… granie samo w sobie. Nawet jak mam przyjść z zespołem coverowym zagrać event. Zdarzało się to często z ludźmi, z którymi się lubiłam i czysto towarzysko było miło, kiedy zaczynaliśmy grać, pomimo że nie były to moje wymarzone piosenki, to po chwili zapominało się, że się jest w tym miejscu. Nie muszę siedzieć w biurze po osiem godzin, dlatego czerpię z tego, że mogę się spełniać, mimo, że ktoś, kto tam siedzi przy piątym stoliku i ma to totalnie w dupie, bo akurat pije wino i rozmawia ze swoim znajomym. Nie rusza mnie to, bo mogę mieć satysfakcję z samego grania.

Chyba warto polecić takie podejście.

Sprawia mi to dużo radości. Czasami nie musi to być nie wiadomo jak głębokie, tylko w sytuacji, gdy odbiorca ma cię gdzieś, staraj się szukać interakcji z osobą, która stoi z tobą na scenie albo z samym sobą. Nawet z najgorszej sytuacji da się wyciągnąć pozytywne emocje.

Jest jakaś sfera, gdzie chciałabyś się teraz bardziej realizować?

Bardzo chciałabym podzielić się z ludźmi swoimi piosenkami, powoli do tego dojrzewam. Nie mówię, że od razu będę nagrywać płyty, stać za mikrofonem, ale dla siebie chciałabym nagrać kilka piosenek i zaprosić do tego kilku gości. Mam w głowie kompozycje instrumentalne oraz klasyczne piosenki. W większości zespołów, w których gram, śpiewam chórki. Staram się wykorzystać wszystkie rzeczy, których się uczę, pracując z innymi artystami. Siadam w domu i robię szkice, zbieram pomysły i chcę poświecić temu dużo czasu, którego niestety brakuje. Nie mam żadnej presji, w związku z czym po okiełznaniu demówek będę się odzywać do znajomych, czy chcieliby nawiązać współpracę, dodać coś od siebie. Zobaczymy, co to będzie, może wyjść dziwny twór (śmiech).

Jesteś bardzo zapracowana, dużo grasz, jak doszłaś do takiego poziomu intensywności?

Nie analizowałam nigdy tego za bardzo…

Stało się to ot tak po prostu?

Chyba tak. Chodziłam często na dżemy. Mieszkałam przez trzy lata w Poznaniu. Będąc w liceum muzycznym zaczęłam grać na bębnach. Miałam też swój zespół, z którym pojeździliśmy trochę po Polsce. Później poszłam na Akademię do Wrocławia, gdzie poznałam nowych ludzi, z którymi studiowałam. Zahaczyłam również o Kraków, poznając kolejne środowisko.

Cały czas grałaś z innymi…

Cały czas grałam, bo to było i jest na całe moje życie. Wiesz, ja nie lubię osiadać na laurach, jak ktoś mnie poklepie po plecach i powie, że jest super, mimo, że był to faktycznie fajny koncert. Wiem, co było nie tak. Nie chcę dziwnie zabrzmieć, ale pomimo wszystkich miłych słów, cały czas mam nad głową ten swój bicz, który przypomina mi, że może być lepiej albo inaczej. Nie chodzi przecież tylko o rozwój techniczny, ale przede wszystkim duchowy, wrażliwość, która jest dla mnie najważniejsza. Mieszkając w kilku miejscach, w dużych miastach, grało się z różnymi ludźmi, w różnych konfiguracjach. Ostatecznie wylądowałam w Warszawie. Tak to się potoczyło (śmiech), ale lubię tu mieszkać.

Wiesz, że takie podejście jest dla większości problemem, ponieważ chcieliby wszystko mieć podane pod nos, bez wysiłku.

Samo się nie zrobi. Trzeba być oczywiście pracowitym, ale wydaje mi się, że w naszym zawodzie liczy się kontakt, relacje międzyludzkie, stopa koleżeńska. To jest bardzo ważne, istota całej współpracy. Jak jesteś spoko człowiekiem, masz chęci do pracy i współpracy, chęci do grania, to wydaje mi się, że to staje się kluczem do sukcesu.

Użyłaś też tu ważnego określenia w odniesieniu do grania – zawód. W sensie praca.

Trochę w cudzysłowie, ale jest to nasz zawód. Pamiętajmy, że nie jest tak, że składasz zespół i nagle zaczynasz na tym zarabiać. Ważne jest jednak, żeby się nie bać. Bardzo szybko się usamodzielniłam, więc z tyłu głowy zawsze pozostaje ta myśl, żeby móc się utrzymać. Tylko, że… Ja w sumie rzadko myślę o pieniądzach, może dlatego gram tyle alternatywnej muzyki (śmiech).

Nagle się okazuje, że daje się z tego żyć.

Oczywiście, że tak. Czasami trzeba trochę więcej czasu na to poświęcić i grać częściej, ale dlaczego nie grać częściej, skoro sprawia nam to tyle przyjemności i satysfakcji.

Umiejętność i chęć pójścia na pewien kompromis?

Myślę, że tak. Kalendarz jest naszym ograniczeniem, ale da się to poskładać jakoś do kupy. Jeżeli tobie zależy i reszcie artystów też, to zawsze można dojść do jakiegoś porozumienia.

Fajne jest to, że w odróżnieniu od wielu perkusistów będących po prostu perkusistami, twoja kariera nie opiera się na mediach społecznościowych, jako głównym źródle przyciągania atencji.

Lubię z tych mediów korzystać, tym bardziej, że w obecnych czasach ciężko jest tego uniknąć, ale np. poprzez Instagram sama mogę poznawać nowe ciekawostki. Mam znajomych w różnych zakątkach świata, których poznałam na festiwalach i czasami się wymieniamy spostrzeżeniami na dany temat. Super jest mieć możliwość kontaktu z nimi, żeby poznać ich podejście, zaczerpnąć ich kultury. Dlatego też lubię podróżować.

Zdarzało ci się odczuć w sieci jakieś formy wrogości czy zawiści?

Nie, nie dochodzi nic takiego do mnie. A jakby nawet coś takiego mnie dotknęło, to chyba nic strasznego. Każdy ma swoje zdanie i może sobie myśleć i mówić, co chce. Nie każdemu też wszystko się podoba.

Krok po kroku zdobywasz kolejne przyczółki np. twój udział w płycie wydanej w ramach legendarnej serii Polish Jazz.

Jest to kultowa seria płyt jazzowych i bardzo się cieszę, że mogłam dołączyć do tego grona. Wielkie nazwiska, Stańko, Namysłowski, Kurylewicz…

Ale ta płyta przejdzie chyba do historii polskiej perkusji na równi z Drum Dream Czesława Bartkowskiego czy też Tiri Taka Kazimierza Jonkisza, ponieważ…

Tak, jak ci mówiłam przed wywiadem, jestem pierwszą instrumentalistką! Dowiedziałam się od Alicji Szymańskiej, manager Polskich Nagrań, powiedziała, że jestem pierwszą kobietą instrumentalistką, która jest wydana w tej serii. A ja na to od razu: „Coooo?” (śmiech). Byłam w totalnym szoku.

Wspaniale, chociaż z jednej strony jest to trochę przerażające, mamy koniec 2019 roku.

Tak, jest to trochę przerażające i bardzo się cieszę, że mogę to wreszcie zmienić. Mam nadzieję, że będzie więcej kobiet instrumentalistek. Mam całą masę znajomych świetnych instrumentalistek, które są zdolne, piszą świetne kompozycje i liczę, że się tam znajdą.

POLISH JAZZ vol.83 (Muza/Warner Music Poland 2019)
Jerzy Mączyński – Jerry & The Pelican System

W tym roku mieliśmy premierę płyty w ramach legendarnego wydawnictwa Polish Jazz, gdzie za bębnami siada kobieta. Jak się okazuje, jest to pierwszy taki przypadek w historii i już przez sam ten fakt płyta staje się ważną pozycją w perkusyjnym katalogu muzycznym. Najważniejsze jest jednak to, że ma to swoje uzasadnienie w muzyce i wykonaniu Wiktorii, która wchodzi w album fantastycznym groovem, silnym, gęstym, pulsującym i nowoczesnym, co jest zapowiedzią, że nie będziemy się tu trzymać kurczowo jednych ram, chociaż jest to absolutnie jazz.

Mocno ponad godzina absolutnej perkusyjnej różnorodności główne w postaci operowani brzmieniem i jego barwą. Weźmy wejścia do ścieżek Chaos II i Chaos III, niby w zasadzie ta sama kompozycja (utwór jest podzielony na części), a wejścia z dwóch różnych światów i ciężko wybrać, który bardziej wytrawny. Wiktoria operuje tu zarówno typowym jazzowym stylem, jak też mocno nowoczesnym podejściem. Weźmy jeszcze dla przykładu to, co mamy w PeeacOFF I, imponujący dynamit gry, którego nie powstydziłby się sam Jojo Mayer. Zresztą jest to kompozycja, gdzie słyszymy też Wiki, grającą na flecie.

 

Perkusistka nie jest już takim wielkim zaskoczeniem jak kiedyś. Nie odczuwasz żadnych barier ze strony np. starszego pokolenia?

Nie, raczej nie. W każdym razie nie dociera to do mnie. Staram się też to przełamywać poprzez to, co robię. Jak już, to jest to zazwyczaj zdziwienie. Jak przychodzisz na scenę i rozmawiasz z techniką to pytają cię, na czym grasz, a ty mówisz, że na bębnach. Zdarzały się może jakieś uszczypliwe uwagi, ale nie ma sensu chyba w to wchodzić, bo to się zmienia.

Masz aspiracje uderzyć dalej, poza nasze granice?

Hm… W sumie odpowiedź brzmi… tak, ponieważ wiąże się to z moją potrzebą rozwoju. Moim największym marzeniem nie jest jednak wyjazd do USA i granie z największą gwiazdą amerykańską. To nie ten kierunek, zupełnie. Nie myślę tymi kategoriami. Granie poza Polską jest zwyczajnie rozszerzeniem grupy odbiorców. Niedawno byliśmy z Jurkiem, czyli z Jerry & The Pelican System w Walencji i graliśmy w kultowym klubie Jimmy Glass. W tym momencie nie mam jednak jakiegoś wielkiego parcia, żeby koniecznie gdzieś wyjechać. Nie wiem też, czy powinnam to mówić… ale współpraca z coraz większymi artystami wiąże się z coraz większymi kompromisami, na które trzeba się godzić. Trzeba przesuwać swoją granicę. Póki co, chcę zostać w Warszawie. Jest mi tu bardzo dobrze i wiem, że można tu jeszcze wiele zdziałać.

A jesteś gotowa podjąć wyzwanie, gdyby pojawiła się jakaś interesująca oferta artystyczna?

Myślę, że tak. Trzeba też pokonywać barierę języków, co jest nie lada wyzwaniem dla mnie (śmiech). Przesuwać granice, wychodzić ze strefy komfortu. Rzadko współpracuję z kimś na zasadzie – jutro jest przesłuchanie, wpadnij, zobaczymy, czy będziesz z nami grać. Trochę inaczej to u mnie wygląda, raczej po koleżeńsku, z polecenia. Na przykład, nie znałam się z Pauliną, za to z chłopakami z jej zespołu, Markiem Pędziwiatrem i Adamem Kabacińskim. Pomyśleli o mnie szukając bębniarza.

Ten zawód będący również twoją pasją ma pewne swoje pułapki i przez to limity. Niepewność, upływ czasu. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Tak, jak najbardziej, spoko, spoko! Mam kilka opcji (śmiech). To nie jest tak, że jedyne, czym zajmuję się w życiu to granie na bębnach. Zdaję sobie sprawę też z tego, że jakbym się połamała i nie mogła wrócić do grania, to trzeba mieć inne wyjście. Trzeba mieć różne pomysły na siebie. Praktykuję i rozwijam je, bo wiem, że może nagle nastać koniec z graniem. I widzisz, właśnie dlatego też, póki się gra trzeba czerpać z tego jak najwięcej przyjemności. Rozmawiam z ludźmi, którzy zadają podobne pytania, dzięki temu sami dochodzimy do pewnych wniosków. Dlatego też lubię jeździć w trasy i poznawać nowych ludzi, ponieważ robiąc to, uczymy się siebie, kształtujemy się.

Materiał przygotowali: Maciej Nowak i Artur Baran
Zdjęcia: Dariusz Ptaszyński (koncert) i Kasia Los
www.facebook.com/kasialosphoto/

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !