Inspiracje: Jarek „Dżery” Lis

Dodano: 16.06.2020

Perkusista zespołu Big Cyc i Czarno-Czarni ma niesamowicie solidne podstawy. O ile wymieniony utwór The Police nie zaskakuje, to mały suplement na końcu może być dość zaskakujący.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Jarek „Dżery” Lis

„Reggatta de Blanc”
Reggatta de Blanc (1979) – The Police

Perkusista: Stewart Copeland

„Jest to dosyć zaskakujący utwór z tego względu, że składa się jakby z trzech części. W środku mamy część, która kojarzy mi się z żeglarstwem – śpiewają tam: „Rio riayriayo”. Kiedy usłyszałem to po raz pierwszy, byłem w liceum. W Ostrowie Wielkopolskim był wielki problem, żeby dostać jakąkolwiek płytę w tamtym czasie. Tata mojego kolegi pracował w Jugosławii i przywoził mu stamtąd płyty. Mimo, że to również był kraj demoludu, to jednak było troszkę dalej i można tam było kupić dużo fajnych płyt. Z tego, co pamiętam, to właśnie od niego zdobyłem ten drugi album The Police.

W Polsce, pod koniec lat 70, nie puszczali muzyki punk czy reggae w radiu. Chyba dopiero pod koniec lat 80 muzyka punkrockowa pojawiła się w radiu. Ja i moi koledzy z zespołu wychowaliśmy się tak naprawdę na Black Sabbath, Deep Purple, Yes i Pink Floyd. Jednak po jakimś czasie zrobiło się to dla nas nieco nudne – przynajmniej ja to tak pamiętam. Byłem młody, chodziłem wtedy do drugiej klasy liceum i wtedy dotarły do mnie dwa nowe zespoły. Pierwszy z nich to The Police – to było coś zupełnie nowego, świeżego, miało to dla mnie zupełnie inny wymiar. Właśnie ten album trafił do mnie z Jugosławii. Włączyłem płytę i byłem oszołomiony, że można grać w taki sposób na werblu!

Copeland w co drugim numerze grał cross-stickiem. Wtedy mówiłem na to rim-shot, a to przecież dwa różne style gry. Osobiście grałem rim-shotem, ale nie miałem wtedy o tym nawet pojęcia. Zupełnie myliłem te pojęcia. Na początku słuchałem tylko reggae jako reggae, od pierwszych płyt Boba Marleya, a tu nagle się okazuje, że można grać reggae, pomieszane z nową falą i punk rockiem – na dodatek będąc równocześnie białym muzykiem! Bob Marley, Peter Tosh – a tu nagle kolesie, którzy zaczynali od nowej fali punk rocka, zaczęli do tego wplątywać reggae. Można powiedzieć, że The Police to pakiet trzy w jednym i to Stewart Copeland podał ten kierunek całemu zespołowi. Sting był świetnym kompozytorem, ale zmierzał cały czas do muzyki pop, której osobiście nigdy nie do końca lubiłem.

Pierwsze trzy płyty The Police były dla mnie autentycznym zaskoczeniem, że można tak grać – szczególnie na bębnach. Bębny były na pierwszym planie w tej muzyce, co wydawało mi się niesamowite. Gra Copelanda miała na mnie duży wpływ, nawet przejąłem to trochę nieświadomie, co słychać w naszym słynnym kawałku „Makumba”, gdzie jest zastosowany cross-stick. The Police słuchałem od liceum i to się we mnie zakorzeniło. Kiedyś grałem z jakimś kumplem bębniarzem i nagle powiedział: „Ale fajnie, grasz jak w The Police!”. Zdziwiłem się, ale później zacząłem się wsłuchiwać i faktycznie! Coś w tym jest! To było dosyć prymitywne ska w naszym wykonaniu, jeden z pierwszych kawałków z tego gatunku, jaki zrobiliśmy – później to udoskonaliliśmy.

Minęło już sporo czasu, a ja jednak – mniej więcej co pół roku – wracam do tamtej płyty. Tego pierwszego krążka już nie da się słuchać, bo jest zajechany na śmierć. Wybrałem album Reggatta de Blanc, ponieważ jest na nim wiele moich ulubionych kawałków, takich jak „The Bed’s Too Big Without You”, który jest typowo reggae’owym utworem.

Do tego na końcu w „Reggatta…” jest jeszcze punk rock, od którego my tak naprawdę zaczynaliśmy. Utwór zaczyna się od hi-hatu i pałki uderzającej o obręcz – mega głośno i do tego pogłos – jak tego słuchałem, to zastanawiałem się, jak to jest w ogóle możliwe – rewelacja! Te pogłosy sprawiają, że wydaje się, jakby Copeland grał to sto razy szybciej niż było faktycznie. Na początku gra wstęp w stylu reggae, lekko synkopowany, później pojawia się ta żeglarska pieśń, a na koniec TEN werbel, który napierdziela z typowo punkowym rim-shotem. Słuchałem tego kawałka na okrągło, bo był połączeniem dwóch stylów, które kochałem – reggae i punk rock. To było dla mnie coś niesamowitego. Jak zacząłem grać punka, to były to covery The Exploited i Sex Pistols, wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że można połączyć tę muzykę z reggae. Cieszę się też, że od wielu lat jestem w tej samej stajni, co Copeland, czyli mam możliwość korzystania z bębnów Tama.

Tym drugim zespołem, o którym chciałem wspomnieć, jest Dire Straits. Mimo, że wszyscy kojarzą gitarę Knopflera, to dla mnie najważniejszy jest tam perkusista – w tym wypadku chodzi o Picka Withersa, który gra „Sultans of Swing”. W Big Cycu grałem raczej punkrockowe rzeczy, więc to może się wydać dziwne, że wspominam o Dire Straits, ale Pick zrobił na mnie nieziemskie wrażenie. On w zasadzie cały czas swinguje, jakby grał jazz. Po jakimś czasie Pick założył własną kapelę jazzową. W tej muzyce jest taka lekkość, to coś niesamowitego. Na pierwszym planie jest hi-hat oraz ride i wszystko tak sobie swinguje i delikatnie pyka. Mam ich płytę Live at the BBC i to, jak on tam gra, to jest po prostu obłęd. Bardzo mi się spodobał jego sposób gry, bo też zawsze chciałem grać coś innego.

Mogłem to zrealizować z Czarno-Czarnymi, na koncertach było coraz więcej psychodeli i właśnie tego pykania. To jest takie moje drugie ja. Chciałbym skończyć na graniu totalnych folkowo-alternatywno-psychodelicznych ballad. Jest już kilka takich kompozycji na ostatniej płycie Czarno-Czarnych – teraz już prawie nikt nie pamięta o tym zespole, ale było mocno psychodelicznie. Wszyscy nas kojarzą z „Nogami”, „Śpiącą Jolą”, a tak naprawdę graliśmy też bardziej ambitne rzeczy. Żaden muzyk nie chce być kojarzony tak naprawdę z tym największym hitem, bo po jakimś czasie mają tego dosyć. O Picku Withersie mało kto pamięta i mało kto kojarzy, bo większość skupiała się jedynie na Marku. Dla mnie ich pierwsza płyta to było coś niesamowitego pod względem bębnów, po jakimś czasie przestałem ich zupełnie słuchać, bo było coraz gorzej.”

Zdjęcie: Romana Makówka

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !