Inspiracje: Bartek Pawlus

Dodano: 23.06.2020

Odezwała się rockandrollowa dusza obecnego bębniarza zespołu Kasi Kowalskiej, współpracującego też przez lata z zespołem Bracia. Ciekawa życiowa historia, która pasowałaby na scenariusz filmu.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Bartek Pawlus

„Good Times, Bad Times”
Led Zeppelin (1969) – Led Zeppelin

Perkusista: John Bonham

„Nie jest łatwo, ale może zacznę od tego, że mój starszy brat grał na perkusji i to właśnie on zaszczepił we mnie pasję do bębnów. Pewnego dnia, sprzątając dom, dosłownie potknąłem się o perkusję i zdziwiło mnie, skąd te bębny wzięły się w domu. Ale przecież kiedyś brat grał na perkusji. Pochodzimy z wioski pod Żywcem, więc musiał jeździć do miasta, do nauczyciela, a jako, że nasz tata troszkę sobie chałturzył to tu, to tam, to miał kontakty. Pan Tadeusz, nauczyciel mojego brata, grał zarówno na perkusji elektronicznej na weselach, jak i akustycznej. Jego ulubieni perkusiści, o których wspominał przy każdej okazji to John Bonham, Cozy Powell i Ian Paice. Do tego stopnia był zafiksowany na ich punkcie, że co krok porównywał ich style.

Dla mnie to była wtedy zupełnie czarna magia, ale pamiętam to, bo tata woził mojego brata na lekcje, a ja jeździłem do towarzystwa, bo to było ciekawe i coś się działo – miałem wtedy jakieś 5-6 lat. Po jakimś czasie mój brat stracił werwę do gry i postanowił odłożyć perkusję z powrotem na strych. Wtedy ja doszedłem do wniosku, że chcę spróbować i… znowu był telefon do pana Tadeusza z prośbą o prowadzenie lekcji. Najpierw znieśliśmy bębny na dół, ale okazało się, że nie mieliśmy przecież czym na nich grać, bo nie było pałek. Na szczęście tata był tokarzem i miał tokarkę, więc utoczyliśmy cały stos pałek z różnych patyków, desek. I tak tłukłem w tego Polmuza, łamałem pałki i dobierałem ze stosu kolejne. Blachy Amati, jakbyś tłukł w puszki z piwem, no i ride Polmuz. Okrutne!

Pan Tadeusz nie był może mistrzem techniki perkusyjnej, ponieważ był naturszczykiem, ale fajne u niego było to zajawienie się na muzykę samą w sobie i jej brzmienie. Lekcje przypominały przysłowiowe tłumaczenie chłopu na miedzy, na zasadzie „teraz stopa, teraz werbel, przejście”. Uczył mnie podstawowych rytmów, ale na samym początku miałem straszny problem z koordynacją. Na szczęście dosyć szybko łapałem, co i jak, więc później było już łatwiej. Na sam koniec każdej lekcji, pan Tadeusz puszczał mi różne piosenki i właśnie między innymi „Good Times, Bad Times” Led Zeppelin. Na tamten moment to było dla mnie coś szałowego!

 

Nie wiedziałem, że sekcja perkusji odgrywa tak ważną rolę. Ten riff perkusyjny tworzył swego rodzaju klamrę. Ten cowbell i partia na tomach! Mój umysł nie potrafił tego załapać. Synkopowany groove i wybijająca triole stopa – kosmos! Nie miałem pojęcia, jaka jest ta technika, ale sukcesywnie pan Tadeusz starał mi się to wszystko pokazywać. Grałem podstawowe groove’y, a później weszła synkopa i kompletnie nie wiedziałem, co to znaczy. To, co grał Bonham, brzmiało rewelacyjnie i przyznam, że to była ciężka walka, żeby to wypracować. Siedziałem i rozkminiałem, bez wiedzy na temat nut czy zapisu. Czułem się jak wyrzucony za burtę, umiejąc jedynie trochę pływać żabką (śmiech).

Mój sposób postrzegania muzyki bardzo ewoluował od tamtego czasu, ale ten kawałek nadal się broni. Teraz już wiem, jakie znaczenie ma ten riff perkusyjny i w jaki sposób się klei z gitarą. Teraz to wszystko ma sens. Wiadomo, że całym mózgiem operacji w Led Zeppelin był Jimmy Page, to on wszystko wymyślił i można powiedzieć, że wymyślił również Bonhama, jego grę. Znalazłem u siebie sporo cech wspólnych z Bonhamem. To też był chłop ze wsi, orał pole, zwykły, prosty chłop (śmiech), który kochał muzykę i miał w sobie pasję. Taki prosty system wartości bardzo do mnie przemawia i myślę, że to też go zbudowało – jego potęgę. W grze na bębnach idealnie oddaje to wszystko – jego brzmienie jest wręcz monumentalne. Sama centrala – przecież są 20”, 22”, 24”, ale nie – to musiała być 26” armata! Taka centrala ma w sobie masę basu i niesie własne pasmo i oczywiście, trochę zabiera tego basu samej basówce, ale w tym wypadku Bonham wypełniał idealnie podstawę dla gitary Jimmiego.”

Foto: Hanna Sokólska

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !