Inspiracje: Marek Surzyn

Dodano: 14.07.2020

Jeden z najbardziej zasłużonych perkusistów w historii polskiej muzyki sięga po absolutną klasykę. W innym przypadku musiałby chyba cytować piosenki, w których sam grał.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Marek Surzyn

„Can’t Buy Me Love”
A Hard Day’s Night (1964) – The Beatles

Perkusista: Ringo Starr

Miałem w życiu wiele utworów, które wywierały na mnie wpływ, gdy się kształtowałem muzycznie, intelektualnie i emocjonalnie. Moje fascynacje nie opierały się jedynie na melodii czy partii bębnów, ale na poznawaniu świata i życia. To był rodzaj nauki, bo tej wiedzy nie było w szkole. Granie poza szkołą było zabronione, tak więc trzeba było sobie radzić na inne sposoby. Jedynie w liceum był fajny profesor od angielskiego, który pomagał mi tłumaczyć teksty piosenek.

Nauka tekstów była dla mnie istotna. Jak Bonzo grał z Led Zeppelin, to chciałem wiedzieć, o czym śpiewają. Te wszystkie utwory, z jakimi miałem do czynienia, otwierały mnie na różne style muzyczne, wzbudzały zainteresowanie modą, ideologiami. „Soul Sacrifice” Santany, „Child In Time” Deep Purple, „Do What You Like” Blind Faith z długim solem Gingera Bakera – to przecież był manifest hipisowski. Jak usłyszałem w radio po raz pierwszy big-band Louie Bellsona, to zaraz potem chciałem się dowiedzieć, co to jest jazz i muzyka bigbandowa. To była taka moja auto-edukacja.

Mając to wszystko na względzie doszedłem do wniosku, że wybiorę pierwszy utwór, od którego się wszystko zaczęło. Miałem jakieś 9 lat, kiedy postanowiłem być Szopenem. Mama znając mój słomiany zapał, załatwiła mi prywatną lekcję pianina i faktycznie długo to nie potrwało. Dopiero jako 11-latek pojechałem z rodzicami na ferie do Zakopanego. Rodzice poszli na dancing, a ja zostałem sam. W moim pokoju był adapter i pocztówki dźwiękowe. Znalazłem wtedy i usłyszałem po raz pierwszy The Beatles. Zdemolowały mnie wtedy dwa kawałki „From Me To You” i „Can’t Buy Me Love”. Otworzyły mnie na rytm. Dopiero wtedy zacząłem się poważnie zastanawiać nad rytmem. To też była kwestia emocji, bo przecież to była siła, która powaliła cały świat. Ta energia, z którą grali i ich muzyka były dla mnie czymś nowym.

 

To był luty 1965 roku. To był właśnie wieczór, kiedy postanowiłem grać na bębnach. Po powrocie z ferii poszedłem do sklepu muzycznego, poprosiłem tatę, żeby mi kupił pałki i zacząłem się interesować bębnami. Byłem klasyczną zmorą każdej matki perkusisty, czyli grałem na wszystkim – garnki, pudełka, ogólnie wszystko, co wydawało jakikolwiek dźwięk. Każdy od tego zaczynał. Dlatego uważam, że The Beatles, a w szczególności utwór „Can’t Buy Me Love” jest tym, co zapoczątkowało moje zainteresowanie instrumentem. Mnie się wtedy wydawało, że... zresztą nie pamiętam, co mi się wydawało. Mnie się mogło wydawać, że chodziło o perkusistę, ale stosunkowo szybko zdałem sobie sprawę, że to cały zespół powoduje, że coś kopie albo nie. Jak wsadzisz Buddy Richa do Czerwonych Gitar albo Trubadurów to nic nie osiągniesz.

Na początku myślałem, że to Ringo jest odpowiedzialny za to, że ta muzyka tak pulsuje i ma takiego kopa. Później zrozumiałem, że to nie tak, to był po prostu fenomen tego zespołu. Niemniej okres fascynacji Ringo przeszedłem i nawet w siódmej klasie szkoły podstawowej miałem ksywkę Ringo, bo się tłukłem po ławce w każdej wolnej chwili.

Jednak najgorsze było dopiero przede mną, ponieważ z pocztówki mogłem ich tylko posłuchać, ale nie zobaczyć. Dopiero, jak byłem w kinie i zobaczyłem Ringo w filmie „Noc po ciężkim dniu”, to doszło do mnie, jaki miał wpływ na wizualną stronę zespołu – jak wiele wnosił ruszając się i machając tą swoją grzywką.”

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !