Inspiracje: Michał Bryndal

Dodano: 28.07.2020

Dorobek i doświadczenie Michała sięga oczywiście znacznie dalej niż współpraca z legendarnym Voo Voo, dlatego też jego inspiracji należy doszukiwać się w wielu miejscach i stylach.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Michał Bryndal

„Footprints”
Footprints Live! (2002) – Wayne Shorter

Perkusista: Brian Blade

Dzisiaj zrobiłem sobie taki muzyczny przegląd i słuchałem różnych nagrań, które wałkowałem przez całe moje życie. Na różnych etapach były różne fascynacje – na początku „Smells Like Teen Spirit” Nirvany, potem Led Zeppelin – „When The Levee Breaks”... Wtedy jeszcze nie patrzyłem na to od strony perkusyjnej. Nie zastanawiałem się nad tym, czy ten gość gra podwójne uderzenia stopą, czy to echo grało (śmiech). Wtedy to był po prostu świetny numer z potężną partią perkusji. Super czad…

Potem u mnie pojawił się jazz, ale jednocześnie też pomost łączący te dwa światy, czyli przełom lat 60’ i 70’ – Mahavishnu Orchestra i masa płyt Herbie Hancocka. Ok, idźmy dalej, wiele płyt zainspirowało mnie pod względem muzycznym, ale też stricte perkusyjnym, tu przypomniały mi się pierwsze płyty Avishaia Cohena z udziałem Marka Guiliany. Gdy usłyszałem tego gościa wiedziałem, że to jest poważna sprawa i że będzie on gigantem.

Naprawdę słuchałem dziś wielu różności, ale jak odpaliłem jeden numer pojawiła się u mnie „kurczacza noga” (śmiech) i trwała od początku do końca trwania utworu. Koniec! Chodzi o „Footprints” z płyty Footprints Live! Wayne’a Shortera. Wayne Shorter, tenorzysta, jeden z członków mitycznego kwintetu Milesa Davisa, w którym grał też Herbie na fortepianie, ale przede wszystkim Tony Williams na bębnach, w jesieni swego życia stworzył super kwartet.

Wybuchowa mieszanka osobowości: na fortepianie pochodzący z Panamy – Danilo Perez – niezaprzeczalny wpływ muzyki latynoskiej, bardzo mocny rytmicznie. Na kontrabasie John Patitucci, weteran różnych stylistyk, typ, który towarzyszył Dave’owi Wecklowi na etapie plastikowego fusion, jak i nagrywał szkoły na 6-strunową basówkę (wtedy było to „whaaat?”). Budujący i niszczący struktury rytmiczne, lawirujący między nimi – Brian Blade na bębnach. I pomiędzy tym wszystkim w swych wężowych melizmatach – Wayne, tu głównie na sopranie. Cóż to jest za uczta.

 

Samo „Footprints” to standard jazzowy, znany, lubiany i często wykonywany na jam sessions. Znający ten temat słuchacz od razu dostaje butem po głowie. Ta wersja wykonywana jest w zawrotnym tempie, a z melodii samego tematu zostało tu tylko kilka pierwszych dźwięków. Wydaje się, że ledwo zaczęli, a już wszystko się rozsypało. POMYLILI SIĘ. Standard staje się tylko pretekstem, bazą do zabaw na strukturze jego formy i harmonii. W zespole panuje demokracja: pytania, odpowiedzi, dyskusja, nikt nie przegaduje innych. Wyciągane są wnioski, puenta, pojawia się myśl wiodąca. Wielka kultura rozmowy, ale zdecydowanie nie ma tu nudy. Od początku do końca jest dreszcz.

Utwór ten, jak i cała płyta pokazuje, jak można rozmawiać ze sobą na scenie. Płyta do zabrania na bezludną wyspę. Wszystkim polecam koncerty tego składu, sam byłem na bodajże czterech. To były najlepsze koncerty w moim życiu, za każdym razem coś zupełnie innego. Za każdym razem ciara przez cały koncert.”

Fot. Robert Wilk

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !