Inspiracje: Hubert Gasiul

Dodano: 04.08.2020

Jeden z najbardziej rock and rollowych perkusistów w Polsce unosi wysoko w powietrze piosenki Ani Rusowicz, wprowadzając przy tym świetny nostalgiczny nastrój. Ale jak mówił marszałek Piłsudski: „Kto nie był buntownikiem za młodu ten będzie świnią na starość.”

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Hubert Gasiul

„Killing in the Name”
Rage Against the Machine (1992) – Rage Against the Machine

Perkusista: Brad Wilk

Długo zastanawiałem się nad tym, jaki utwór mógł mnie ukształtować. Wiadomo, że kształtują nas gatunki muzyczne, doświadczenia życiowe. Są momenty, w których odkrywamy, że jesteśmy muzykami i że granie to nasza pasja lub praca na całe życie.

Pamiętam taką sytuację, kiedy grałem koncert w Trójce z Sidneyem Polakiem. Byłem tak popodpinany do bębnów, triggerów, samplera, komputera i metronomu, że jak chciałem iść do kibelka, to musiałem prosić chłopaków, żeby mnie odplątali z tych kabli. Przed koncertem mieliśmy miesiąc prób z całą tą elektroniką. W trakcie grania nagle wszystko się wypierdzieliło... Spojrzałem na chłopaków – leciały im strugi potu po plecach, ale mnie udało się zachować zimną krew. Grałem dalej jedną ręką, a drugą wszystko wyłączyłem, do tego śpiewałem akurat chórek. Kiedy włączyłem wszystko od nowa, odpaliłem metronom i cała elektronika włączyła się dokładnie w tym momencie, co trzeba. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że właśnie w tym momencie przeszedłem na profesjonalizm. To była decydująca chwila w moim życiu i karierze.

Jeżeli chodzi o moje gusta muzyczne, to kształtowane były przez moich rodziców, którzy tak nawiasem mówiąc są psychologami. Nawet kiedyś mieli swój zespół rockowy w Lublinie. Ojciec słuchał Breakout, Led Zeppelin. Nie zapomnę, jak dumnie szedł przez osiedle w Toruniu z płytą Turbo – Kawaleria Szatana. Ludzie byli lekko w szoku, widząc okładkę (śmiech). Właśnie takiej muzyki słuchał, więc ja też zacząłem i strasznie mnie to wciągnęło, nawet udawałem, że gram, machając rękami w powietrzu. Jeździłem na swoim rowerku typu Rodeo i słuchałem The Clash, bo kupiłem sobie kasetę i teraz wyobraźcie sobie 8-latka, słuchającego takiej muzyki...

Muszę też dodać, że mieszkałem w pokoju z bratem starszym o 6 lat, który słuchał dosyć ciężkiej muzyki, jak na 14-latka, czyli: John Scofield, King Crimson, Chick Corea – i właśnie – Gary Novak na bębnach! Brat nagrał mi jego solo z Kongresowej i kazał oglądać, mocno wymiękłem, jak to zobaczyłem. Gary miał duży wpływ na moje gusta muzyczne. Był też taki walnięty zespół jak Pere Ubu, grający muzykę postpunkową. Pamiętam, jak przyszedł do mnie kumpel i lekko zdziwiony zapytał, czego słucham. Powiedziałem, że Pere Ubu, a on na to: „Czego? Przecież wszyscy słuchają Modern Talking...” (śmiech). Jako wisienka na torcie, muszę wspomnieć, jak brat mi puścił album Eskimo, nagrany przez The Residents, które brzmiało jakby podczas nagrania zarzynali delfiny i wieloryby, więc poleciałem do matki przerażony i nawet nie wiedziałem, co jej powiedzieć.

Wracając do tematyki perkusyjnej, przypomniałem sobie, jak kolega mojego ojca, z którym kiedyś grał, przywiózł mi z Florydy czerwone pałeczki i jedną z pierwszych płyt Satrianiego – Surfing With the Alien. Strasznie się tym podjarałem i grałem tymi pałeczkami. W dodatku powiedziałem kolegom, że to perkusista Satrianiego, bo podjechał na osiedle wypasionym autem, sprowadzonym ze Stanów, które w tamtych czasach zrobiło lekkie zamieszanie.

 

Jak już byłem bardziej świadomy, czyli powiedzmy miałem te 13 lat i usłyszałem połączenie punka z rapem i rockiem i funkującym beatem to odleciałem. To właśnie było Rage Against the Machine i „Killing in the Name” z ich pierwszego albumu. Rozwaliło mnie to na łopatki, bo nie miałem pojęcia, co to jest. To było coś zupełnie innego, chociaż słyszałem kiedyś podobny klimat w zespole MC5 (band z lat 60-tych).

Brad Wilk podczas nagrywania tej płyty nie używał w ogóle tomów. Grał na floorze, werblu i dwóch blachach. Jak się tego słucha, to wiadomo, że tam najważniejszy jest beat. Nie ma zbędnych przejść i to mnie rozwaliło. Zawsze kochałem Breakoutów, Zeppelinów czy Beastie Boys, więc jak usłyszałem takie połączenie, to z miejsca się zakochałem. To było właśnie TO! Na koniec dodam, że jako perkusistę ukształtował mnie tak naprawdę Zwierzak z Muppet Show (czyli Ronnie Verrell), pewnie jak większość z nas – perkusistów, przynajmniej na poziomie nieświadomym. Jako dzieciak kochałem ten muzyczny serial, a bitwę Ronnie Verrell vs Buddy Rich określam jako bombę w torcie!”

Fot. Dariusz Ptaszyński

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !