Perkusiści, którzy odeszli zanim zespół osiągnął sukces

Dodano: 27.10.2021
Autor: Magazyn Perkusista

Chyba każdy perkusista wie, jak ważne jest czucie czasu w grze. Okazuje się, że nierzadko równie ważne jest wyczucie czasu w kwestii dokonywania odpowiednich wyborów. Oto kilka przykładów rozjechania się z metronomem popularności. 

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Jeśli lubisz nasze treści, rozważ zakup pełnego dostępu cyfrowego do całej zawartości naszego serwisu.

Znacie takich perkusistów jak: Greg D'Angelo, Pete Best, John Rutsey, Kate Schellenbach, Scott Raynor, Lucas Fox, Jack Irons, Tony Kenning, Doug Sandom, Chad Channing, Carlo Little, John Kiffmeyer? W przypadku jednego czy dwóch nazwisk coś może świtać, ale reszta? No właśnie…

Oczywiście, nigdy nie wiadomo co by było, gdyby dany artysta został w zespole. Zapewne losy kapel potoczyłyby się inaczej i wcale nie jest powiedziane, że odniosłyby taki sukces. Podobnie z samymi perkusistami. Patrząc na mocno rock and rollowy styl niektórych kapel możliwe, że odejście od zespołu w tym momencie uratowało muzykowi życie. Kto wie? Tak czy inaczej, pierwsze uczucie wiąże się zazwyczaj ze współczuciem i politowaniem dla konkretnych pechowców, mimo że przeważnie w ich miejsce pojawiły się późniejsze legendy, które dziś podziwiamy. No, ale często podziwiamy je właśnie dlatego, że zasiadły w tym miejscu. Dostały szansę, którą wykorzystały.

Anthrax przed Charliem Benante

Pierwsze wejście Anthrax na nowostworzoną wówczas thrash metalową scenę odbyło się bez Charliego Benante, który jest bezwzględnie jednym z najlepiej dynamicznie grających perkusistów w historii ostrego metalu. Zanim został zaproszony do Anthrax przez Scotta Iana, rolę perkusisty w zespole pełnił Greg D'Angelo. Bardzo sprawny perkusista, który stworzył mocny fundament w Anthrax i wspólnie z kolegami otwierał pierwsze występy Metalliki na wschodnim wybrzeżu USA. Zostawił kapelę dla innego zespołu (Cities), gdzie ze względu na bardzo sprawnego gitarzystę szczerze uważał, że szybciej się rozwinie jako muzyk.

W jego rozstaniu z Anthrax nie ma większego dramatu. Tym bardziej, że muzyk nie przepadł w zapomnieniu. Wręcz przeciwnie, Greg osiągnął wymierny sukces z zespołem pudel-metalowym White Lion, a w okresie płyty „Big Game” oba zespoły były na podobnym poziomie popularności. Na początku lat 90 współtworzył z Zackiem Wyldem zespół Pride&Glory, z którego… odszedł zaraz przed nagraniem płyty. Warto jednak odsłuchać jedno z dwóch nagrań jakie poczynił z Zackiem „Farm Fiddlin'” – świetna zabawa! Bębniarz nie żałuje wyboru jakiego dokonał, a ostatnio wypowiadał się na temat ewentualnego powrotu na scenę White Lion. Nie ma jednak wątpliwości, że pozycja Charliego i Grega to zupełnie inne poziomy.


The Beatles przed Ringo Starrem

Historia, która znana jest nie tylko w świecie bębnów. Nic dziwnego, Pete Best stracił szansę na zostanie perkusistą w jednym z najważniejszych zespołów w historii muzyki.

W 1962 roku The Beatles podpisali wreszcie kontrakt nagraniowy, mimo że z jednej wytwórni usłyszeli, że zespoły gitarowe są bez przyszłości. Chłopcy przystąpili do rejestracji, gdzie okazało się, że pan Best stanowczo nie jest „the best”. Wtedy pojawił się Ringo, ale i on nie do końca spodobał się producentowi w studio, dlatego też można stwierdzić, że kiepska gra Besta była jednym z pretekstów do pozbycia się perkusisty, z którym po prostu nie było wzajemnej chemii. 

Natomiast wątpliwości co do pierwszych prób Ringo w studio spowodowały, że istnieje wersja „Love Me Do”, na której gra bębniarz sesyjny Andy White. Ringo zadebiutował z kapelą na scenie 18 sierpnia 1962 roku w Hulme Hall w Birkenhead, dokładnie dwa dni po wywaleniu Besta.

W 1964 roku, gdy Ringo zachorował beatlesi nie poprosili go o zastępstwo (zrobił to nikomu znany Jimmie Nicol), ponieważ nie chcieli dawać sygnałów, które mogłyby być odebrane jako powrót do współpracy. Pete’owi Bestowi przez całe życie towarzyszyła beatlesowska przeszłość, próbował w różny sposób to wykorzystać, głównie z miernym skutkiem, szczególnie zaraz po rozstaniu z zespołem. Mimo wszystko stanowi absolutnie niepomijalną i nierozerwalną część historii The Beatles i pół żartem pól serio można określić go mianem jednego z najbardziej znanych-nieznanych.   


Rush przed Neilem Peartem

Legenda Neila Pearta jest tak wielka, że niektórzy są zaskoczeni faktem, że na debiucie płytowym Kanadyjczyków gra inny perkusista. Mimo że jest to pełnoprawne wydawnictwo w dyskografii z bardzo rzeczowym, dobrze zagranym i w wersji ostatecznej nieźle brzmiącym hard rockiem, w praktyce posłużyło niczym demo do wkroczenia na piekielnie ważny amerykański rynek. Perkusista John Rutsey gra solidnie i z charakterem. Problemy pojawiły się jednak w kwestii kierunku muzycznego jaki ma obrać zespół. W chwili, gdy okazało się, że w perspektywie pierwszej amerykańskiej trasy John ma dodatkowo problemy zdrowotne związane z cukrzycą, pojawił się konkretny pretekst do tego by się rozstać, poparty argumentem dbania o zdrowie perkusisty. Rush było już wtedy jednym krokiem na ścieżce zmierzającej do zrobienia kariery. Debiutancki koncert na wielkiej scenie miał miejsce w Pittsburghu jako support dla Manfred Mann i Uriah Heep, za bębnami zasiadł niezwykle obiecujący Neil Peart. Neil miał dwa tygodnie na opanowanie materiału, by zagrać go naprzeciw 11000 ludzi w Civic Arena. Dalej pojawiły się momentalnie kolejne trasy po USA z zespołami, które lubiły poimprezować podczas gdy chłopaki z Rush byli typem kujonów, którzy grzecznie szli spać po koncercie.

Rutsey nigdy nie zrobił profesjonalnej kariery muzycznej, zmarł w 2008 roku.   


Blink 182 przed Travisem Barkerem

Scott Raynor to perkusista, który pożegnał się z zespołem w chwili, gdy kapela właściwie już weszła na ścieżkę kariery. Płyta „Dude Ranch” odniosła spory sukces i obrany kierunek prowadził ich szybko w stronę większych scen i coraz większej czcionki na koncertowych afiszach. Młody zespół miał problemy by udźwignąć presję, szczególnie Scott, który był najmłodszy w trio. Jego proces odejścia z kapeli rozciągnął się nieco w czasie, ale momentem przełomowym był koncert, gdzie trzeba było szybko znaleźć perkusistę na zastępstwo. Zadania podjął się bębniarz kapeli supportującej - The Aquabats. Tym pałkerem był energiczny i charyzmatyczny Travis Barker. Chłopak wyczuł, że jest to miejsce dla niego i mocno zaangażował się w tworzenie kolejnej płyty zespołu „Enema of the State”, po której popularność zespołu wprost eksplodowała, a sam Travis został na stałe utożsamiany z Blink 182.

Odejście Scotta Raynora zostało podciągnięte pod jego alkoholową nieodpowiedzialność, chociaż sprawa nie była aż tak oczywista i obejmowała szereg nieporozumień na innych płaszczyznach. Po odejściu z kapeli zajął się kolejnymi projektami muzycznymi, ale żaden z nich nie zbliżył się do tego co Scott osiągnął jeszcze w Blink, o późniejszej karierze zespołu nawet nie wspominając.   


Motorhead przed Animalem

Zespół na zawsze będzie kojarzony z dwoma bębniarzami – Philem "Philthy Animal" Taylorem i Mikkeyem Dee. Mimo wielkiej sympatii fanów do Phila, który zarejestrował legendarne utwory kapeli, Mikkey potrafił sobie zaskarbić wielki szacunek i sympatię fanów z racji fenomenalnej gry i rockowego ducha, szczególnie że pojawił się w chwili, gdy Animalowi zostało już tylko to drugie. Jednak zanim Animal stworzył klasyczny skład Motorhead, za bębnami w pełni oficjalnie siedział Lucas Fox, będący jednym ze współzałożycieli zespołu z racji relacji z Lemmym. Na samym końcu sesji do pierwszej płyty (która nie została wydana i pojawiła się tak naprawdę później jako czwarta w kolejności) został zastąpiony przez Phila, który nagrał niemal cały materiał od nowa (z wyjątkiem „Lost Johnny” – nie pomylić z wersją z albumu „Motorhead”).

Lucas Fox przyznaje delikatnie, że praca na takiej dawce amfetaminy nie służyła mu zbyt dobrze i właśnie w tym leży przyczyna rozstania. Przyznaje też, że skład z Animalem i Fast Eddiem był najlepszą kombinacją muzyczną dla Motorhead. On sam po odejściu z zespołu zajął się wieloma projektami muzycznymi, produkcją i z tego co mówi czuje się zadowolony z osiągnięć, chociaż wciąż rozmyśla „co by było, gdyby”.    


Red Hot Chili Peppers przed Chadem Smithem

Wspólna gra Flea i Chada Smitha wydaje się być wzorem sekcji rytmicznej. Taka konfiguracja miała miejsce w zespole pierwszy raz dopiero przy okazji… czwartej płyty. Pierwsze trzy albumy nagrywali kolejno Cliff Martinez (pierwsze dwie) Jack Irons (trzecia), chociaż to właśnie Irons należy do członków założycieli Papryczek. Martinez stracił zainteresowanie zespołem po drugiej płycie i tym samym powstał wakat, który zajął z powrotem Irons. Zespół powoli piął się w górę jako bardzo obiecujący przedstawiciel funk rocka. Problem w tym, że był to okres kolosalnej popularności hair-rocka/metalu, więc istniały pewne bariery związane z chęcią promocji muzyki granej przez Peppers. Wielki potencjał zespołu hamowany był dodatkowo mocno przez problemy narkotykowe, które ostatecznie doprowadziły do śmierci gitarzysty Hillera Slovaka. Irons przybity sytuacją odpuścił pracę w zespole, wtedy też dało się mocniej odczuć jego problemy z samym sobą. W zespole pojawił się Chad Smith, z którym najpierw zarejestrowano „Mother’s Milk”, które z bardziej przejrzystym brzmieniem osiągnęło stosunkowo duży sukces komercyjny, ale było dopiero preludium do tego co miało się wydarzyć za 2 lata, gdy młodzież miała już dość cukierkowego grania o laskach i imprezach. W 1991 roku pojawiło się „Blood Sugar Sex Magic”, które rozbiło bank.

A Irons? Odmówił pewnym chłopakom z Seattle dołączenia do zespołu, ale pomógł im znaleźć wokalistę – Eddiego Veddera, który przystał na propozycję i tak powstało Pearl Jam. Po kilku latach wskoczył jednak do tej kapeli, gdzie udanie grał i nagrywał, jednak znowu pojawiły się problemy natury psychicznej i w 1998 roku postanowił odjeść, a jego miejsce zajął Matt Cameron.

Cliff Martinez zdecydował się na rozwinięcie spectrum wypowiedzi i zajął się z powodzeniem komponowaniem muzyki filmowej i telewizyjnej. 


Def Leppard przed Rickem Allenem

Nawet jeżeli bębniarze nie słuchają Def Leppard, kojarzą kapelę z tego, że występuje tam jednoręki bębniarz Rick Allen. Z resztą nie tylko perkusiści kojarzą ten dość tragiczny fakt, chociaż sam Rick radzi sobie absolutnie genialnie na swoim specjalnym zestawie perkusyjnym. Zanim Rick dołączył do Leppards rolę perkusisty pełnił współzałożyciel kapeli Tony Kenning. Tony był pomysłodawcą ostatecznego kształtu nazwy zespołu, który w latach 80 osiągnął kolosalny sukces. Jednak zanim do tego doszło Tony szykował się do nagrań pierwszej EP z Def Leppard. Tydzień przed sesją został wywalony z kapeli przez Joe Elliotta. Problemem było zbyt małe zaangażowanie Kenninga podczas gdy reszta była mocno zdeterminowana i stawiała wszystko na zespół. Do sesji szybko ściągnięto sesyjniaka Franka Noona, a chwilę potem pojawił się piętnastoletni Rick Allen, który szturmem zdobył posadę bębniarza, rezygnując przy tym ze szkoły.

Tony Kenning stwierdził, że: „I tak miałem odejść, ale jeszcze się zastanawiałem”, wszystko fajnie, tylko że w jego wypowiedziach wyraźnie czuć gorycz związaną z tym, że kapela zrobiła bez niego wielką karierę i gra do dziś, a jemu z tego tytułu nic nie przysługuje. Po niepowodzeniach z innymi muzycznymi projektami próbuje zarobić coś na wspólnej historii z Def Leppard, ale wychodzi to dość żałośnie, łącznie z napisaną specjalnie książką (!) na temat swoich miesięcy w powstającym dopiero zespole. Liczył na duże oddanie lub wręcz naiwność fanów, gdy w 2013 roku wystawił na sprzedaż „legendarny” zestaw Pearl, na którym grał w okresie bytności w zespole, za - bagatela – 10000 funtów. Jakoś nie było chętnych. Teraz tworzy zespół Shef Leppard, tribute band początków Def Leppard.

The Who przed Keithem Moonem

Zanim Keith Moon wpadł na doskonały pomysł, by wysadzić w powietrze swoją centralkę podczas telewizyjnego występu i tym samym ogłuszyć gitarzystę, na miejscu perkusisty The Who siedział znacznie poważniejszy człowiek. Dokładnie działo się to w okresie, gdy The Detours zmieniało nazwę na The Who. Perkusista nazywał się Doug Sandom i spędził w zespole dwa lata. Był to czas podpisywania pierwszych umów menadżerskich i prób zdobycia kontraktu płytowego przy jednoczesnym intensywnym koncertowaniu np. jak support dla The Rolling Stones czy Yardbirds z Ericem Claptonem. To właśnie moment przesłuchania przed wytwórnią płytową był decydujący w kwestii pożegnania z Sandomem.

Przedstawiciel firmy dał jasno do zrozumienia, że Doug jest słabym punktem. Prący na sukces gitarzysta Pete Townsend nie mógł tego zostawić i doszło do mocnego spięcia między muzykami. Urażona duma zrobiła swoje i Doug wyszedł. Wydawałoby się to wszystko dość banalne, gdyby nie jeden ważny element. Sandom był 14-15 lat starszy od reszty kolegów! Był po trzydziestce, miał żonę i tzw. dorosłe zobowiązania, podczas gdy pozostała trójka nie skończyła jeszcze 20 lat i żyła innymi wartościami. Po feralnym przesłuchaniu swoje zrobiła jeszcze żona perkusisty, która nie była zadowolona, że wokół kapeli kręcą się młode dziewczyny. Oboje później żałowali tej decyzji. Sam Doug uznał to za najgorszy błąd jaki kiedykolwiek popełnił. Mimo wszystko zespół o nim nie zapomniał i po latach zapraszał na różne spotkania z fanami i regularnie zaopatrywał w vipowskie bilety. To wszystko jednak na otarcie łez.

Nirvana przed Davem Grohlem

„Nevermind” to nie jest płyta, która odniosła jakiś tam sukces. Spokojnie można ją zaliczyć do grona albumów, które zmieniły oblicze muzyki rockowej. Sukces komercyjny, ale przede wszystkim sukces kulturowy, który w obecnych czasach raczej nie ma już szans się powtórzyć w przypadku jakiejkolwiek płyty. Osoby tworzące takie albumy dumnie przechodzą do historii. Wiadomo, że ścieżki bębnów to robota przede wszystkim Dave’a Grohla, ale zanim go ściągnięto obsada perkusisty w zespole była płynna. O ile Dale Crover pełnił rolę przyjaciela zespołu, gotowego pomóc w każdej chwili, to najwięcej żalu może mieć chyba Chad Channing, który jest głównym perkusistą na debiucie Nirvany „Bleach”. Zespół po wydaniu tej płyty szedł mocno w górę, co Chad zauważył po koncertach i szaleństwie jakie się rodzi. Wielkim rozczarowaniem dla niego było to, że mimo zachęty ze strony Cobaina do tworzenia materiału, w praktyce nie miał wpływu na powstawanie nowych piosenek. Zdążył jeszcze wziąć udział w pierwszych próbach do nowej płyty. Sam Chad podkreśla, że ich rozstanie miało charakter czysto artystyczny. Osierocony perkusyjnie zespół chcąc ratować sytuację pomyślał, że „Nevermind” nagra Crover, ale ten nie chciał odejść od The Melvins i nie widział pracy na dwa fronty, a tu nagle weszła dodatkowo trasa Nirvany z Sonic Youth. Drover wspomina, że z obecnej perspektywy nie ma pojęcia, dlaczego praca w dwóch kapelach stanowiła wtedy dla niego problem. Dlatego też pojawił się Dan Peters, ale Cobain z Novoselicem uważnie przyglądali się w między czasie bębniarzowi zespołu Scream – Dave’owi Grohlowi, więc opcja Petersa właściwie od samego początku była skazana na rolę tymczasowej, chociaż może się pochwalić oficjalnym nagraniem z kapelą. W chwili, gdy Grohl siadł za bębnami wszystko zażarło tak, że jeszcze podczas sesji nagraniowej wiele osób wokół było przekonanych, że mają do czynienia z czymś wielkim.

Dan Peters z powodzeniem rozwinął się później z Mudhoney, Dale Crover jeszcze mocniej spełnia się w The Melvins i innych projektach. Obaj stanowczo nie przepadli i mogą być w pewnym stopniu zadowoleni, chociaż lekki niedosyt na pewno odczuwają, szczególnie Crover. Najsłabiej poszło temu, który był najbliżej i w zasadzie miał przed sobą autostradę do „Nevermind”. Chad Channing próbował i wciąż próbuje, ale kariery nawet średniej nie zrobił, chociaż nagranie „Bleach” przyniosło mu duże uszanowanie u fanów, co odczuwa do dziś i stara się wykorzystać, ma jak najbardziej do tego prawo.


AC/DC przed Philem Ruddem

W przypadku australijskiej legendy rocka, wśród wielu perkusistów z początkowego okresu, jest dwóch bębniarzy, którzy mogą rozmyślać nad swoja alternatywną historią z AC/DC. Colin Burgess najpewniej zostałby członkiem zespołu, gdyby nie feralny koncert, gdzie ścięło go z nóg pod wpływem jakieś używki. Jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach wersje są różne, on sam twierdzi, że ktoś mu coś dosypał do drinka. Był to ograny bębniarz, który lubił klimat rock and rolla. Ponoć zwykł pojawiać się w klubie w towarzystwie kilku „koleżanek” uwieszonych po bokach, co nie za bardzo podobało się znów Malcolmowi Youngowi. Kapela grała wtedy jeszcze z Davem Evansem na wokalu i była w mocnym okresie kształtowania, dlatego Burgess nie odczuwa tak mocno utraconej szansy, chociaż przyznaje, że sława i pieniądze AC/DC są imponujące. Skupił się mocniej na dorobku i spuściźnie jego wcześniejszego zespołu The Masters Apprentices, który cieszył się w Australii dużą popularnością.   

Ciekawsza jest historia innego bębniarza. Mocno tematu nie wyczuł Tony Currenti, który zapisał się w historii zespołu sesją nagraniową do australijskiej wersji płyty „High Voltage”. Nagrane utwory znalazły się również na kolejnej płycie „T.N.T.”, a także pojawiły się na międzynarodowej wersji „High Voltage”. W tym okresie za garami siedział Peter Clack, ale ewidentnie facet nie spełniał oczekiwań chłopaków z zespołu. George Young wynajął dla swoich braci - Angusa i Malcolma pochodzącego z Włoch bębniarza, który całość ogarnął w 4 dni, po czym dostał propozycję dołączenia do zespołu. Bębniarz posiadał wciąż włoski paszport (do Australii przyjechał w wieku 16 lat, czyli jakieś 7 lat przed sesją), który mocno ograniczał go w swobodnym podróżowaniu, dodatkowo był lojalny w stosunku do swojej macierzystej formacji Jackie Christian & Flight, więc nie przeczuwając tego co się stanie wkrótce z AC/DC, nie walczył zażarcie o miejsce w zespole.  

Currenti odszedł kompletnie z muzyki w 1979 roku, gdy zespoły z którymi pracował porozpadały się i przez ponad 30 lat nie zajmował się zupełnie graniem. Obecnie prowadzi pizzerię w Sydney, ale na fali popularności wśród fanów AC/DC wrócił do gry na bębnach w różnych wesołych, zespołach-trybutach i zagrał kilka klubowych tras, nie tylko w Australii, ale i w Europie. W wypowiedziach wciąż bardzo mocno słychać jego włoski akcent.   


The Rolling Stones przed Charliem Wattsem

Kolejna formacja, która jest czymś więcej niż tylko zespołem muzycznym. Wszyscy utożsamiają Stonesów z Charliem Wattsem, co jest oczywiste, zrozumiałe i jasne, bo to on stworzył niemal wszystko co perkusyjne w tym zespole. Zanim Charlie, 12 stycznia 1963 roku, zagrał swój pierwszy koncert z kapelą i niecały miesiąc później zostać ich oficjalnym bębniarzem, do zespołu nie przekonało się dwóch perkusistów. Najwięcej wspomina się o Tonym Chapmanie, który zasłynął najbardziej tym, że ściągnął do zespołu Billego Wymana. Pracował wciąż jako handlowiec i opuszczał sporo prób, dlatego zespół uznał, że nie takiego perkusisty potrzebują. Kolejne dwie osoby także były rozwiązaniem tymczasowym, aż do pojawienia się człowieka, o którym często biografie milczą, a był naprawdę bardzo bliski kariery w Stonesach. 

Carlo Little został zaproszony do wspólnego grania i dołączenia na stałe w szeregi kapeli. Zagrał kilka koncertów, ale nie bardzo chciał się wiązać z „półprofesjonalnym” zespołem, w momencie, gdy miał już pewien dorobek sceniczny. Powiedział więc „spróbujcie z Charliem”, który kręcił się w okolicy, a panowie go kojarzyli. Tak też się stało. Oczywiście teraz można już jedynie spekulować, ale zważywszy na charakter i sposób gry Carlo, miał bardzo duże szanse na to, żeby zostać perkusyjną legendą rocka – odważnie mówiąc - większą od tego kim stał się Charlie Watts. Zamiast tego smażył hamburgery w food trucku nieopodal stadionu Wembley.   

Tony Chapman w zespole The Preachers.

Green Day przed Tre Coolem

Tre Cool to mocny fundament rytmiczny, na stałe kojarzony z Green Day. Zanim płyta „Dookie” otworzyła bramy do światowej kariery, formacja nagrała dwie płyty, na pierwszej grał John Kiffmeyer, wówczas mocno zorientowany w środowisku. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że Kiffmeyer specjalnie wybitnym perkusistą nie był, co słychać na płycie, ale miał charakter i nie można mu odmówić energii i punkowej surowości, która była tu kluczowa. Chłop nie czuł do końca ducha pełnoetatowego perkusisty w kapeli, dlatego ustąpienie miejsca Tre Coolowi odbyło się płynnie i bez dramatów. John zaangażował się nawet jako producent wykonawczy w tworzenie kolejnej płyty zespołu pt. „Kerplunk”, której powodzenie było drzwiami do podpisania kontraktu i finalnie stworzenia wspomnianej „Dookie”. Stopniowo odsuwał się od świata muzycznego i przestał się angażować w działalność sceniczną i studyjną, chociaż zdarzyło mu się dołączyć do Green Day gościnnie na scenie, chociażby podczas włączenia zespołu do Rock And Roll Hall Of Fame.  


Beastie Boys przed erą rapu

Mówiło się o nich, że są jednym z pierwszych białym rapującym zespołów, ale tak naprawdę ich zasługi są nieporównywalnie ważniejsze i niejeden czarnoskóry muzyk mówi o ich ogromnym wpływie na całe środowisko. Krewkości, bezkompromisowości przy jednoczesnym mocnym przekazie może pozazdrościć większość współczesnych raperów. Wpływ na to miały korzenie zespołu osadzone w klimatach hardcore-punk. W okresie szukania swojej muzycznej tożsamości, za bębnami siedziała młodziutka perkusistka Kate Schellenbach, która została zaproszona do wspólnego grania bezpośrednio przez Johna Berry’ego i Mike’a Diamonda. Im bardziej Boys wchodzili w klimat rap, tym mocniej odizolowana czuła się Katie. Ponadto sami koledzy coraz mniej widzieli ją w spójności z koncepcją, więc w pewnej chwili podziękowano perkusistce, na co duży wpływ miał producent Rick Rubin, który żądał bezwzględnej transformacji w zespół rap z natychmiastowym odcięciem od hałaśliwych korzeni. Niedługo potem wydali pierwszy album, który momentalnie stał się wielkim hitem i kariera Beastie Boys ruszyła z kopyta, mimo że sama Kate uznaje ich debiut płytowy za album wręcz komediowy, nieprzedstawiający jeszcze prawdziwego oblicza chłopaków. Po latach, członkowie zespołu uczciwie zaznaczają, że Kate wyleciała z zespołu dlatego, że nie widzieli jej w konwencji jaką chcieli prezentować, opartej na bezczelności i dużej dawce prostego, a czasami wręcz prostackiego szaleństwa, przyznając się tym samym do zwykłej młodzieńczej głupoty.

Kate na jakiś czas zerwała z muzyką, skończyła szkołę, by wreszcie wrócić na scenę na początku lat 90 z zespołem… rapowym Luscious Jackson. Po jakimś czasie zmniejszyła swoją aktywność perkusyjną i skupiła się na produkcji programów telewizyjnych. Swoją współpracę z Beastie Boys wspomina bardziej w formie młodzieńczej przygody. 


A w Polsce?

A jakie przykłady możemy przytoczyć z polskiego podwórka? Patrzymy tu przez inna skalę. Powyższe zespoły osiągały sukces w formacie światowym, więc musimy dostosować naszą optykę do odpowiedniego statusu na gruncie krajowym, miara kariery i sukcesu nie jest tak wyraźna. Weźmy chociażby Piotra Wysockiego i nagrany przez niego debiutancki album T.Love. Czy faktycznie muzyk może mówić tu o straconej życiowej szansie?   

Zbigniew Zieliński w Budce Suflera zdążył zarejestrować chociażby „Sen o dolinie” czy „Memu miastu na do widzenia” zanim na dobre stery przejął Tomasz Zeliszewski, który przeżył wszystkie największe sukcesy, ale też i ciężkie chwile z zespołem. Wojciech Morawski w Perfect, mimo że był współzałożycielem kultowej formacji, nie nagrywał już pierwszej płyty zespołu, która zawierała wielkie hymny pokolenia.

Leszek Faliński osiągał już pierwsze sukcesy z zespołem Dżem, ale gdy przyszło do nagrań pierwszej płyty za bębnami zasiadł Michał Giercuszkiewicz. Obaj panowie niestety niedawno zmarli.

Skaldowie kojarzą się głównie z Janem Budziaszkiem, ale zanim pan Jan pojawił się w zespole na bębnach grał Jerzy Fasiński, który m.in. wystąpił z kolegami w popularnej komedii muzycznej „Mocne Uderzenie”. Nie partycypował w późniejszym sukcesie zespołu i pogrywał w różnych krakowskich zespołach.  

A skoro mowa o mocnym uderzeniu, to spójrzmy na prawdziwie mocne uderzenie i zespół Behemoth, gdzie zniszczenie na światowych scenach sieje Inferno. Zespół pamięta o Adamie „Baalu” Muraszce, który wystąpił na pierwszych płytach i przy okazji różnych jubileuszy jest zapraszany na scenę.

 

Jest to oczywiście otwarta lista, gdzie skupiliśmy się na muzykach, którzy nie są tylko mglistym wspomnieniem kolegi, który powiedział, że może pograć, ale na tych co w szeregach kapeli coś faktycznie robili. Nie ma też muzyków, którzy odeszli w chwili, gdy zespół osiągnął pewien wymierny sukces (np. Clive Burr z Iron Maiden) lub byli jednymi z kilku w kolejce albo wymieniali się kolejno.   

QUIZ - Perkusyjny omnibus
1 / 18
Na okładce Perkusisty wystąpiła kiedyś razem trójka wspaniałych polskich perkusistów, byli nimi…
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"