Jonasz Przybył

Dodano: 28.02.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

Spacerując nad ranem ulicami Łodzi, spotkałem młodego człowieka, grającego na... Hangu? Okazało się, że się myliłem, bowiem był to Spacedrum, czyli handpan francuskiej firmy Metal Sounds.

Ów młody muzyk – jak się okazało – z wykształcenia perkusista, z zamiłowania perkusjonista, a oddany całkowicie swojemu handpanowi, to 22-letni Jonasz Przybył. Opowiedział mi o tym, jak go zdobył, jak się z nim rozwija, czym jest street i co komponuje.

Wojtek Andrzejewski: Jesteś jedną z niewielu osób w Polsce, która ma handpana. To droga zabawka. Nie lepiej było sobie kupić jakiś używany samochód?

Jonasz Przybył: Brzmieniem Hanga zainteresowałem się około dekadę temu. Byłem wtedy w szkole muzycznej, na początku jej drugiego stopnia. Zaciekawiony odgłosami instrumentu, którego nie znałem, pomaszerowałem do profesora, żeby mnie wtajemniczył. Poszukiwałem coraz więcej informacji na temat tego handpana. W końcu, zakochany po uszy w brzmieniu, postanowiłem go zdobyć. Jednakże, gdy dowiedziałem się o listach motywacyjnych, które trzeba było pisać do twórców o swoim życiorysie, który należało im wysłać i… nie oszukujmy się, o kosztach – to było wtedy nieco za dużo dla gimnazjalisty, ponieważ byłem zbyt młodym i niedoświadczonym prawie-muzykiem, bałem się, że wytwórcy Hanga nie potraktują mnie poważnie.

I dałeś sobie spokój...

W życiu! (śmiech). Temat przysnął we mnie trochę, fakt. W tym czasie rozwijałem się jako perkusista i perkusjonista w różnych zespołach i projektach muzycznych, ale... Cały czas z tyłu głowy miałem te melodyjne brzmienia Hanga. Z przeszkadzajkami, cajonami i djembe, zacząłem swoją przygodę ze streetem i w którymś momencie swojego życia pojechałem z tymi wszystkimi „zabawkami” pograć trochę ze znajomymi na ulicach Europy. Ale Hang, rozumiesz... Cały czas jeździł za mną...

I w końcu ci przeszło i dałeś sobie spokój...

Nie... (śmiech). Na jednym z forów perkusyjnych poznałem człowieka, który znał ludzi z małej wówczas firmy Metal Sounds pod Marsylią, gdzie robili klony Hanga, bardziej dostępne i osiągalne od pierwowzoru. Ich instrument nazywa się Spacedrum i jest łudząco podobny do Hanga – zarówno w wyglądzie, jak i brzmieniu.

No, to teraz się zacznie...

Nie było łatwo do nich dotrzeć, bo ta firma – jak wspomniałem, dopiero raczkowała. Zacząłem grzebać w Internecie, doszukiwać się próbek brzmienia ośmiu dźwięków, jakie oferuje ten handpan i... Trochę średnio brzmiał na łączach internetowych w porównaniu do PANArtowskiego Hanga. Tak trochę beczkowato i bez magii. Byłem trochę rozczarowany...

I odpuściłeś. Wreszcie mogłeś zająć się graniem na znanych ci na wylot perkaszynach...

Nie!!!! (śmiech) Napisałem do Metal Sounds i po dwóch tygodniach odpisał do mnie ich człowiek. Przysłał mi ofertę, która ugięła mnie w kolanach, bo ten instrument był tylko ciut tańszy od Hanga. Co więcej, kolana mi się ugięły, ponieważ firma przysłała mi brzmienie Spacedruma nowej – piątej generacji, który... Brzmiał jak Hang, a nawet – jak dla mnie – ciekawiej. Spacedrum brzmi niżej niż Hang. Oczywiście, znajdą się ludzie, którzy powiedzą: „No dobra, ale Hang to jest Hang”. OK! Ale brzmienie, które usłyszałem, naprawdę mnie ujęło. Stwierdziłem, że jeśli nie mam szans na oryginalnego Hanga, to ten instrument też jest świetny. Tylko pojawił się problem kasy... Musiałem na szybko zorganizować pieniądze w kwocie 2 tys. euro...

I to cię przerosło...

Było blisko! Zaraz po maturze, ruszałem na studia, ale w priorytecie było zorganizowanie pieniędzy na mój wymarzony instrument. Pobiegałem trochę po rodzinie i znajomych, coś się zagrało, jakiś dżobik, jakaś praca, trochę wyrzeczeń i udało mi się zebrać forsę. Po wysłaniu ich do wykonawcy, na swój handpan czekałem trzy miesiące. Potrafisz sobie wyobrazić, jaka była moja reakcja, kiedy w drzwiach stanął kurier z gigantycznym kartonem?

Potrafię... Odesłałeś kuriera, bo myślałeś, że to sąsiadowi przywieźli kuchenkę gazową...

(śmiech...) Trzeba przyznać, że ten instrument był solidnie zapakowany...

Żeby przeżył wybuch radości...

Dokładnie! Radość była ogromna, z tym, że sporo wody w Wiśle upłynęło, zanim go odpakowałem. Karton w kartonie, przeplatańce pianek, styropianu i kolejne kartony. Uwierz mi, jeśli tak Spacedrumy pakują po dziś dzień, to ktoś, kto to robi ma fantazję... (śmiech).

No dobrze, odpakowałeś, pograłeś sobie przez weekend i dałeś sobie spokój...

Ty naprawdę jesteś dziennikarzem??? (śmiech). Nie! W życiu! To trwa już dwa lata. Zacząłem poznawać ten instrument i uczyć się na nim grać. Bardzo doceniłem podstawy, jakie dała mi szkoła muzyczna. Z pewnością dzięki tym fundamentom było mi łatwiej niż ludziom, którzy odkrywają handpany bez tego zaplecza. Gram od siódmego roku życia. Przeszedłem marimby, wibrafony, werble, zestaw i perkaszyny, teorię muzyki i rytmu i...

...i odpuściłeś?

Wariat... (śmiech). No nie! Raz kolejny zrozumiałem, że to wszystko, co grałem na różnych innych instrumentach, można przełożyć na Spacedruma, mimo tego, że on daje piękną melodię, a nie rasowy groove. Z tym instrumentem trzeba się poznać. Jest szczególny. Miękka stal inaczej zachowuje się, gdy jest zimno, a inaczej w dni gorące. Jest miękka, delikatna. Trzeba się w tym instrumencie zakochać, żeby na nim grać. Efekty mojej wielogodzinnej, codziennej pracy przyniosły kompozycje, które popełniłem. Można je znaleźć na serwisie YouTube pod moim imieniem i nazwiskiem. Udało mi się też zainteresować swoją działalnością kilku znanych artystów, do współpracy z którymi się przymierzam, ale jeszcze w tej chwili nie wolno mi więcej o tym powiedzieć. Niebawem chcę wydać swoją EP-kę i nieprzerwanie gram na ulicy. Uwielbiam streetowe granie i reakcje ludzi, którzy w biegu dnia zatrzymują się, żeby przez chwilę mnie posłuchać.

 

No właśnie... Jak reagują ludzie?

Bardzo dobrze. Ten instrument daje kojące dźwięki. Niektórzy słuchają przez chwilę, niektórzy zostają na cały set, a później znów ruszają do biegu codzienności... Nigdy nie miałem jakiegoś przykrego zdarzenia. Czasami ludzie żartują: – „O! Patrzcie! Pan gra na grillu!”. Czy coś w tym stylu, ale zawsze jest to taki pozytywny żart. To jest fajne, dopóki nie słyszysz tego 150 razy. Ale co zrobić – taka praca... (śmiech).

Pewnie nie da się z tego wyżyć...

Da się, a na pewno da się w sezonie. Może nie zmieniam samochodu, ale żyję z pasji, jaką jest dla mnie granie. Jeden dzień jest lepszy, drugi gorszy. Gram też po pubach. Radzę sobie! Obrotny człowiek jestem. I nie odpuszczam (śmiech).

Którzy artyści grający na handpanach cię inspirują i dlaczego?

Wszystko zaczęło się od muzyka Portico Quartet – Keira Vine’a, którego grającego na handpanach usłyszałem jako pierwszego i myślę, że ten taki surowy, trochę zimny, rytmiczny styl jest nadal bardzo mi bliski, mimo, że jego technika była skrajnie różna – grał zazwyczaj za pomocą kotłowych pałek. Oczywiście nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, gdy przywołam tu najbardziej znanych mistrzów – Daniela Waplesa za tę jego zjawiskową melodyjność i prowadzenie frazy oraz bijących teraz rekordy popularności Dannego Cudda i Markusa Johanssona z duetu Hang Massive. Ich współbrzmienia, zrozumienie samych siebie, wyczucie i pewna… oszczędność w prowadzeniu melodii na rzecz, że tak to ujmę, ukojenia – jest szalenie inspirująca. Z mniej znanych są to z pewnością wszystkie projekty tworzone przez Davida Kuckhermanna i Nadishanę, najczęściej z towarzystwem nieziemskiego basisty Armina Metza – ale tutaj uwielbiam ich za wszystko i nawet ciężko jest opisać tworzoną przez nich muzykę – tego trzeba posłuchać.

 

Rozmawiał i prowokował: Wojtek Andrzejewski