Piotr „Jackson” Wolski

Dodano: 25.03.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

„Marakasy to tylko pozornie niewinne instrumenty. Potrafią bardzo skutecznie napędzać zespół, ale i go wykoleić. Z perkusjonistą powinni grać perkusiści, którzy mają świadomość groove’u, a nie jedynie standardowe przebiegi”. O tym, co ważne i najważniejsze w świecie rytmu, a także o bogatej przeszłości i teraźniejszości muzycznej rozmawiamy z Piotrem Jacksonem Wolskim, jednym z najważniejszych polskich perkusjonistów z trzydziestoletnim stażem artystycznym.

Wojtek Andrzejewski: Nurtuje mnie, skąd się wziął twój pseudonim „Jackson”? Zawsze głupio mi było o to zapytać...

Piotr „Jackson” Wolski: W świecie muzycznym ktoś zauważył, że gram bardzo podobnie do Ronalda Shannona Jacksona, amerykańskiego bębniarza jazzowego. Kręci mnie melodyczne granie na bębnach, a on jest wyjątkowym perkusistą melodycznym.

Jak wchodziłeś do świata muzyki?

To stało się samo. Zaczęło się od fascynacji muzyką. Nagrywania na kasety magnetofonowe Listy Przebojów “Trójki”. W szarych czasach muzyka była światem wymarzonym, bardzo niedostępnym. Nie miałem żadnej świadomości muzycznej, ale kolega z podstawówki docierał do środowiska muzycznego. Nie było klubów tak, jak dziś, żeby mieć artystów na wyciągnięcie ręki. T. K. miał piwnicę, w której słuchaliśmy muzyki – Santany, Hendrixa, The Doors. W kultowym klubie w Częstochowie Wakans grał próby Tie Break. Tomek zaprowadził mnie na próbę tego zespołu. A tam poznałem faceta, siedzącego za jakimiś beczkami. Był to Zbigniew Uhuru Brysiak, wspaniały perkusjonista z Wrocławia, jeden z tych, którzy wtedy przecierali szlaki brzmień percussion-istów w Polsce... Porwał mnie totalnie tym, co robił na tej próbie. Pokochałem bębny.

Czy to były bębny conga’s? Jak takie instrumenty dostały się w twoje ręce?

Nie. To były beczki – dosłownie. Wytwarzaliśmy je sami! Po kapuście, z drewnianych klepek, dostaliśmy je od ojca Ziuta z Tie Break (Antoniego Gralaka). Natomiast Zibi Uhuru Brysiak mi je podarował, kiedy w czasach głębokiej komuny zdobycie takich instrumentów było wręcz niemożliwe. Sami zrobiliśmy je w pokoju raszplą przez pół roku! Wymagało to naprawdę wielu starań i bardzo precyzyjnej roboty! Do dziś pamiętam każdą najmniejszą czynność – szlifowanie drewna, składanie klepek, produkcję obręczy, niklowanie maszynek i haków, naciąganie skóry. Kompletny odjazd! W tamtych czasach prawie niemożliwe!

Wszystko zawdzięczasz swojej pracy, a także pomocy wielu przyjaciół. Gdzie się uczyłeś grać? Gdzie grałeś?

Robiliśmy congi niemalże zawodowo! Jak się później dowiedzieliśmy z jedynego źródła informacji na ten temat – podręcznika Jerzego Bartza, wobec tych w oryginalnym rozmiarze, pomyliliśmy się jedynie o 2 cm! Oprócz Zibiego Brysiaka, moim pierwszym muzycznym przewodnikiem był Raul Rekow, niestety nieżyjący już nadworny congista Carlosa Santany. Zachwycała i do dziś zachwyca mnie jego dynamika i technika wybrzmiewania. Próbowałem (i do dzisiaj się staram!) przenosić to, co grał na swoje conga’s. W tamtych czasach nie było szkół perkusyjnych, Internetu. Wszyscy tak naprawdę uczyliśmy się „na ucho”. Czuliśmy muzykę, uczyliśmy się jej słuchać. Czasem sobie myślę, że tamte siermiężne warunki dały mi najlepszą szkołę. Uczyły pracy i szacunku do tego instrumentu. Prowokowały mnie do poszukiwania swojej drogi w świecie percussion.

Jak wyglądało to poszukiwanie? Gdzie poszukiwałeś inspiracji, jakie wyrzeczenia stały przed tobą?

Rzuciłem szkołę! Za co zostałem wydziedziczony (dosłownie!) i zamieszkałem w piwnicy... Byłem tak zdeterminowany, by grać i istnieć w tym wspaniałym świecie muzyki, że grałem po sześć – osiem godzin dziennie. Przychodził do mnie dzielnicowy i mówił: „Co ty, gnoju, tu robisz?!”. Nie miałem prawa powiedzieć nic w tamtych czasach (śmiech)! Pamiętam też, jak rozbijałem ręce na dzbankach! Patrzyli na mnie, jak na jakiegoś wariata... Albo jak całe wakacje chodziłem do Yaniny, który pokazał mi taką różnorodność muzyki (m.in. Franka Zappę)… Byłem zachwycony! Wiecznie łaziłem za Tie Break, który w końcu przyjął mnie do swojego grona. Czasami pozwolili mi być na próbie. W końcu staliśmy się braćmi. Tamten czas był zupełnie inny, wtedy ludzie mieli dla siebie uwagę i czas, tworzyli muzyczne rodziny, coś pięknego! Nie byli zainteresowani kasą z „dżobów”, spotykali się ze sobą w domach, na strychach i grali razem. Dla zwykłej, takiej ludzkiej radości. Któregoś dnia dowiedziałem się, że Kinior (Włodzimierz Kiniorski) tworzy swój zespół PAW. Pojechałem z Tie Break na Jazz Jamboree i pogadałem z Kiniorem, spotkaliśmy się wtedy w warszawskiej Rivierze. Ja jestem niski i drobny, a ten wielki – stanął przede mną i do dziś pamiętam, jak ryknął: „Jesteś na tyle dobry, żeby grać ze mną?!”. Z wrodzonej bezczelności odpowiedziałem: „No jasne...” (śmiech).

I się zaczęło...

Zaczęło się. Dostałem od Kiniora zaproszenie. W jego składzie był wtedy Leszek Biolik, Kuba Majerczyk (grający wtedy z Grześkiem Ciechowskim). To byli dla mnie ludzie z innego świata. Totalni profesjonaliści. Dzięki nim bardzo szybko zorientowałem się, że nie umiem nic. Kompletnie nic! Pierwsze nasze spotkanie było trudne... Chłopaki oczekiwali ode mnie więcej. Nie potrafiłem grać w zespole. To coś innego niż klepanie samemu ze sobą. Włodek we mnie bardzo wierzył, postawił na mnie. Do dziś wspominamy, że nie miał lekko (śmiech). W ciągu dwóch lat dał mi z kolegami niesamowitą szkołę muzycznego życia. Wszystko odbywało się w Domu Kultury w najmniejszym mieście w Polsce – w Wyśmierzycach pod Radomiem. To było niesamowite miejsce i piękny czas dla mnie. Wydaje mi się, że dzięki Włodkowi odrobiłem „liceum muzyczne”, które dało mi ogólne wykształcenie i świadomość muzyki.

Z „maturą” od Kiniora dostałeś zaproszenie od Young Power, czyli polskiej kapeli grającej free jazz z elementami rocka.

To był odjazd! To był dla mnie totalny odjazd! Nagle znalazłem się na scenie z Ketą w sekcji! Błyskawicznie przekonałem się, co to znaczy grać z Jerzym Piotrowskim. Ja, dość dziki, młody człowiek z egzotycznym instrumentem wtedy w Polsce, znalazłem się wśród ludzi po Akademii Muzycznej w Katowicach. To byli wybitni specjaliści! Antoni “Ziut” Gralak, Piotr Wojtasik, Krzysztof Popek, Marcin Pospieszalski... Elita nowej fali polskiego jazzu, której siła była ogromna. Stare Akwarium było absolutnym tyglem kulturowym. Granie z nimi było dla mnie wielkim przeżyciem!

Było pod górkę?

Do dziś śmieję się z kolegami, gdy wspominam, jak gdzieś miałem zagrać dzwonek na 4i, co było dla mnie wówczas ogromnym wyzwaniem, a dla nich studium cierpliwości. Nie zapomnę tych kilkunastu par oczu, które z politowaniem wpatrywały się we mnie, kiedy pudłowałem... (śmiech). Często chciałem mieć wtedy taką dźwignię z zapadnią – “mnie tu nie było” (śmiech). Praca z tymi znakomitymi ludźmi dała mi kolejną szkołę życia. Pamiętam prawie wszystko z tamtych czasów – np. granie supportu przed Milesem Davisem w Sali Kongresowej. Ponieważ często graliśmy z muzykami z innych stron świata i w różnych stronach świata, nauczyłem się, że muzyka to język. Tak bardzo zbliżający ludzi, że mowa staje się kompletnie zbędna. Wystarczy chcieć ze sobą grać i być. To zapominana wartość, o której przekonuję się coraz częściej...

Podobno zwiałeś kiedyś ze sceny?

(śmiech) Tak się zdarzyło w czasach, kiedy byłem jeszcze mało opierzonym muzykiem. Zostałem zaproszony przez Yaninę i Staszka Soykę do nagrania płyty Neopositive. Na pierwszym koncercie z nimi w poznańskiej operetce, zobaczyłem przed sobą ścianę ludzi. Zwątpiłem w swoje umiejętności. Nie wyszedłem na scenę. Yanina zagrał piękne długie sola, a Staszek zszedł do mnie do garderoby i powiedział, że marzenia się nie spełniają, tylko należy je spełniać! Zwarłem poślady i poszedłem za nim grać. Poszły konie po betonie... (śmiech).

Lubisz grać z perkusistami? Znam takich, którzy nie lubią grać z perkusjonistą. Jak to jest między wami na scenie?

Najpierw przejdę do: „nie lubią”. Percussion w Polsce to „przeszkadzajki”. Nie ma co ściemniać. Kulturowo, pod względem rytmu i rytmiki, jesteśmy bardzo słabo rozwinięci. Muzyka perkusyjna w Europie zaczyna się od Budapesztu w dół... Strach przed graniem z perkaszynistami bierze się z nieświadomości i braku umiejętności. Dobre percussion gra w kontrze, więc robi się niebezpiecznie, bo bez świadomego perkusisty, perkusjonista może z zimną krwią wsypać perkusistę groovem marakasów i tamburynu. Można to zrobić na wiele sposobów. Kilka razy spotkałem się przed koncertami z prośbą od perkusisty, żebym tego i tamtego nie grał... (oczywiście grałem!). Marakasy to tylko pozornie niewinne instrumenty. Potrafią bardzo skutecznie napędzać zespół, ale i go wykoleić. Z perkusjonistą powinni grać perkusiści, którzy mają świadomość groove’u, a nie jedynie standardowych przebiegów.

A co to znaczy mieć świadomość groove’u?

Żyjemy w kulturze, która ma bardzo ograniczony język rytmu. Terminologia perkusyjna, która u nas istnieje, została zaimportowana z muzyki poważnej, języka angielskiego i to bardzo nieściśle. U nas termin “instrumenty perkusyjne” rozumie się jako perkusja, a nie percussion. Kiedy robię reklamę swoich warsztatów „TAM TAM Academy” 90 proc. ludzi jest przekonana, że chodzi o warsztaty na perkusję. Świadomość groove’u, to stan, w którym robisz coś świadomie. Znasz też maksymalnie zakres tego, co robisz. To rozmowa o podstawie – pulsacji. Jest kilka rodzajów pulsacji. Ta najbliżej środkowego punktu metronomu jest graniem w pulsacji do przodu i do tyłu. To znaczy, że perkusista świadomy groove’u, jest przygotowany na to, że perkusjonista może szarpnąć cały zespół, grając pulsację do przodu lub do tyłu. Instrumenty percussion bardzo napędzają wydarzenia muzyczne. Mechanizmy te można wykorzystywać w dwie strony, jeśli oczywiście ma się ich świadomość...

A granie do tyłu? Możesz wskazać jakiś przykład?

Santana! W jego zespole doświadczamy tzw. trioli granej do tyłu, a najpiękniej oczywiście brzmi triolka szarpana do tyłu.

W jaki sposób można – twoim zdaniem – usprawnić relacje perkusistów z perkusjonistami, żeby się nawzajem siebie nie bali ani nie zwalczali na scenie?

Po pierwsze nie uznaję takiego podziału ani wartościowania! Gra się razem! Każdy perkusista powinien się zająć choć przez chwilę graniem rękami na bębnach i w minimalnym stopniu poznać możliwości shakera, oczywiście granego dobrze, w różnych technikach. Tak samo poznać tamburyn. To niezwykle rozwojowe doświadczenie, poszerzające świadomość. Zaczynasz inaczej słyszeć muzykę – barwowo, a nie tylko punktowo. Dotyk instrumentu, kontakt dłoni z membraną, jest totalnie inny niż w przypadku perkusisty. Ja bardzo żałuję, że młodzi perkusiści nie postępują w ten sposób. Przez to grają szablonowo, patentami, nie mają swojego brzmienia i są nierozpoznawalni. Bo nie chcą w pełni poznać tego wachlarza barw brzmień. Są edukowani poniekąd szablonowo (jak wspomniałem), ograniczają swoje możliwości. Mamy armię wspaniałych perkusistów, ale odbitych od sztancy.

Czyżbyś czepiał się metod kształcenia nowych kadr?

Właśnie kadr, a nie muzyków, artystów. Aby tworzyć – trzeba poszukiwać! I to dotyczy każdego artysty! Nie ma za co obwiniać szkół, te dają pewną podstawę, ogólną świadomość. Ale reszta należy do ciebie! Ja mówię o poszukiwaniu. Poświęcaniu temu czasu, energii, serca i duszy! Nie ma innej drogi, żeby w muzyce naprawdę odnaleźć siebie i tworzyć coś, co będzie nieszablonowe, oryginalne i wyjątkowe. Bo przecież wybitnych muzyków cenimy za wyjątkowość właśnie! A mam wrażenie, że młodzi ludzie kompletnie nad tym nie pracują. Pracują wyłącznie nad doskonałą techniką. Ale to pusty kościół.

Przerażająca wizja, brutalna prawda… Z czego to może wynikać?

Myślę nad tym dosyć często. Wydaje mi się, że (paradoksalnie) dostęp do YouTube, stron internetowych, gotowych szablonów do powielenia i dostępności materiałów nie wnosi nic dobrego. Zabija chęć i umiejętność pracy nad sobą. Człowiek jest z natury leniwy. Być może właśnie to rozleniwia wyobraźnię i zabija własne Ja. O wiele łatwiej jest sklecić coś znanego i rozpoznawalnego na nowo niż zapracować na sukces własnym sobą. Dotykam już daleko empirycznego poznania, ale naprawdę warto to pielęgnować w sztuce. To, co jest podane na tacy, szybko się nudzi i jest nijakie. Każdy koncert jest wyjątkowym świętem, a nie (tak, jak dzisiaj) rutyną, „dżobem”. Nienawidzę tego słowa! Jeżeli ktoś gra od „dżoba” do „dżoba” nie wejdzie na wyższy etap siebie, ekspresji artystycznej. Ty masz odkryć nowy świat muzyki z każdym koncertem! Przestajesz poszukiwać, kombinować – kończy się przyjemność, zabawa. Młodszym kolegom powtarzam z uporem – jesteś do wynajęcia na telefon, to jesteś i do zwolnienia na telefon. Tylko trzeba umieć poświęcić coś dla czegoś. A dzisiaj trudno wejść w ascezę.

Opowiedz mi o swoich aktualnych projektach muzycznych… TAM TAM Project? Coś zaczyna się odbijać echem…

Zaczyna się sporo dziać. Jak wiadomo, lubię ruch i nie mogę długo usiedzieć w miejscu. TAM TAM Project jest moim okrętem flagowym, mam swoją własną przestrzeń muzyczną do eksperymentów, gdzie mam możliwość miksowania dźwięków pozornie niemożliwych (wbrew wszystkim oczywistym kanonom). Tylko trzeba iść naprzód, trzeba się liczyć z każdą możliwą porażką, wybuchem bomby! Chodzi o to, żeby niemożliwe stało się możliwe! Żeby przekroczyć przede wszystkim własne bariery wyrażania siebie. Ja ciągle na nowo poznaję siebie i swoje możliwości. To jest dla mnie absolut. Absolutny sens istnienia. Niektórzy pewnie uznają to za bardzo patetyczne i infantylne. Mamy jeszcze kolejny nowy projekt – Kinior Reggae Sound. Gramy utwory Tadeusza Nalepy i Bogdana Loebla w zupełnie innej odsłonie, bardzo eksperymentujemy, ale (wydaje mi się) nie tracąc prawdziwego charakteru Nalepy. Oczywiście Kinior gitara, saksofony i wokal, Mietek Jurecki i Tomek Zeliszewski z Budki Suflera, Andrzej Urny na gitarze, Sylwia Nadgrodkiewicz (voc) i…. ja (śmiech).

Słyszałem o tobie taką opinię w środowisku, że jesteś gościem, który ciągle poszukuje nowych instrumentów i tworzy je sam. Czy tak jest?

To prawda (śmiech). Ja już mówiłem, że poszukuję! I robię to w każdej materii! Ale to przez Kiniora, który przekonał mnie do zasady, że „wszystko gra”. Jestem jej bardzo wierny. Wszystko jest instrumentem. Nie produkuję ich jakoś namolnie, bo odszedłem od tego, ale lubię sobie poeksperymentować, gdy jest okazja.

W przyszłym roku w maju obchodzisz 30-lecie pracy twórczej i 50 urodziny. Będzie imprezka?

Tak! 11-12 maja w Częstochowie będziemy grać na największym bębnie świata! Taki bęben jest w Polsce i przyjedzie do nas dwoma TIR-ami. Będziemy bić rekord Guinnesa w ilości osób, grających na nim w jednym czasie. Zamierzam zrobić to we współpracy z miastem, które mnie pięknie uhonorowało. Dlatego też chcę dać jak najwięcej od siebie. Będą ogromne dwudniowe targi, przede wszystkim warsztaty muzyczne. I oczywiście koncerty z wybitnymi artystami – moimi przyjaciółmi. Zapraszam!

Czy oprócz poszukiwania oczekujesz od siebie czegoś jeszcze?

Tak. Marzę, by nagrać płytę w ciszy. Kiedy to cisza jest owym sacrum.

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Foto: Klaudia Dzyr