Paweł Herbasch (Illusion)

Dodano: 22.05.2018
Autor: Przemek Łucyan

Pomimo mało optymistycznego tytułu nowej płyty, Paweł to niezmiennie ciągle uśmiechnięty, pełny energii i sypiący z rękawa dowcipami facet. O powrocie Illusion, nieudanym DVD, eksperymentalnych opowieściach, kopiącej jaja Anhedonii, niesłabnącej radości grania i oczywiście nowych bębnach, porozmawialiśmy podczas trasy na 25-lecie zespołu.

Przemek Łucyan: Gdy wydaliście The Best Of i zagraliście trzy areny, nie było jeszcze przesądzone, czy wrócicie na dobre. Był jakiś punkt, w którym poczuliście, że wszystkim jest na tyle dobrze, że klamka zapadła?

Paweł Herbasch: Spodek, Torwar i Ergo Arena. Te koncerty były w 2011, a w 2012 już graliśmy różne festiwale. Więc szybko poszło, chociaż to raczej był proces. Zagraliśmy te trzy duże koncerty i poczuliśmy, że jest nam ze sobą fajnie i chcemy więcej. Wtedy jeszcze nie było mowy o nowej płycie, ale poszło za ciosem, bo w 2013 było chyba jeszcze więcej koncertów, a potem zabraliśmy się za tworzenie Opowieści.

Nie myśleliście, aby powrót Illusion oprzeć na bardziej ekskluzywnych założeniach, czyli nie wracać do klubów, tylko grać dużo mniej, ale takie właśnie specjalne, duże eventy?

Aż tak to nie, bo czuliśmy, że to ma małe szanse powodzenia w polskich warunkach. Powrót był wydarzeniem, które mogło pociągnąć takie duże sale, bo ludzie długo czekali, ale na stałe nie sądzę. Na pewno jednak zakładaliśmy, aby nie napierdzielać nie wiadomo ile koncertów i nie grać, gdzie się tylko da. Nie chcieliśmy przesadzać z ilością, aby nie robić przesytu i dbać o ich jakość. Natomiast w tym kraju nie jest trudno, aby nie grać dużo (śmiech).

Czy w nowym Illusion zmienił się wasz tryb pracy względem tego, jak to było kilkanaście lat temu?

Na pewno jest teraz inaczej. Głównym powodem jest to, że Tomek ma również Lipali. Często jest tak, że spotykamy się we trzech i gramy próby. Tomek dołącza do nas, jak ma czas. Przed nagraniem najnowszej płyty był taki okres, kiedy Tomek promował ostatnią płytę Lipali i wtedy spotykaliśmy się bez niego. Ale też mieliśmy ustalone, że od takiej i takiej daty spotykamy się we czwórkę i wtedy zaczynamy już wspólnie pracować nad płytą. Mieliśmy już trochę pomysłów, nie gotowych utworów, ale takich szkieletów, Tomek przyniósł swoje pomysły i zaczęliśmy ogrywać, które nam najbardziej odpowiadają. Kilka rzeczy odpadło, a resztę usłyszycie na płycie.

 

Gdy nie było Illusion, nikt z was – oprócz Tomka – nie utrzymywał się z grania. Macie rodziny, pracę. Łatwo było z powrotem wygospodarować czas i energię, jakiej wymaga zespół działający na pełnych obrotach?

Nie miałem z tym żadnego problemu. Bardzo szybko wróciłem do grafiku grania regularnych prób, koncertów. Musiałem tylko poświęcić trochę czasu sam ze sobą, żeby poćwiczyć i odzyskać kondycję.

Cały czas masz jeszcze japońską Tamę Grand Star, z początków zespołu, ale lecą już do ciebie nowe bębny. Powiedz o nich coś więcej.

Jadą do mnie angielskie bębny Natal. Mamy małe opóźnienie, ponieważ zażyczyłem sobie nietypowy kolor, ale już niebawem powinny do mnie dotrzeć. Bębny będą wykonane z tulip wood, czyli australijskiego drewna, dużo bardziej mi się ich brzmienie podobało od klonowych zestawów. Mają takie ciemniejsze, głębsze brzmienie niż klon.

Zmieniłeś ustawienie i rozmiary?

Odrobinę. Obecnie gram na 22’/16’ i tomy 12’, 13’ i 16’. Teraz zmieniłem centralę na 22’/18’ i tomy 12’, 14’ i 16’. Nie zmieniam za bardzo rozmiarów, bo do takich jestem przyzwyczajony i nie wiem, czy nie musiałbym się od nowa uczyć, aby dobrze grać na znacząco mniejszych lub większych tomach.

Dlaczego akurat Natal? Nie jest to w Polsce znana marka.

Dostałem propozycję i postanowiłem sprawdzić, co to za bębny. Zgłosił się do mnie Drumstore. Tomek Stukan zaproponował mi dobry układ. Pojechaliśmy do nich do Gdyni z Łukaszem z Lipali, ponieważ miał na stanie modele, które nas interesowały i mogliśmy je sobie ograć. Okazało się, że nie musiałem wcale długo stukać, żeby się do nich przekonać. Szczególnie centrala z tulip wood bardzo mi się spodobała.

Czyli Tama idzie na zasłużoną emeryturę.

Bardzo dobrze mi się na tej Tamie grało przez te wszystkie lata, ale też akustycy, czy realizatorzy, czy koledzy z zespołu, czasem marudzili, że stopa to mogłaby brzmieć lepiej itd. itp. Chociaż najnowszą płytę Illusion również nagrałem na niej. Rozmawiałem o tym z Szymonem Sieńko, czy może przywieźć do studia inne bębny, coś pokombinować, ale Szymon powiedział – Paweł, żadnych innych bębnów, bierz swoją Tamę, to jest twoje specyficzne brzmienie, stroisz te bębny po swojemu i niech tak zostanie. Przyjechałem pierwszego dnia, ustawiliśmy gary, omikrofonowaliśmy i Szymon był od razu bardzo zadowolony. Natomiast fajnie będzie mieć nowy zestaw po tylu latach, coś innego, świeżego.

Podczas tych trzech halowych koncertów zarejestrowaliście wasze pierwsze i jedyne jak do tej pory DVD. Jak wspominasz te występy i to wydawnictwo z perspektywy czasu? Ze swojej strony powiem, że bardzo na to DVD czekałem i niestety trochę się na nim zawiodłem, bo nie oddaje żywiołu i energii, jaką macie na scenie.

Słuchaj – nigdy nie obejrzałem tego DVD w całości. Ani razu. Zobaczyłem parę fragmentów i powiedziałem – nie, nie chcę tego oglądać. Zostało to tak nakręcone, że nie ma tam w ogóle dynamiki. Typ usiadł z kamerą przy moich bębnach i siedział tak cały koncert. Siedział i robił jedno ujęcie. Można było statyw postawić. Montaż też tragedia i dlatego nawet nie chcę tego oglądać. Same koncerty wspominam bardzo dobrze, ale mam poczucie, że i my jako zespół, i ja sam, dziś zagralibyśmy te koncerty o wiele lepiej. Nie pamiętam dokładnie, ile czasu się wtedy do nich przygotowywaliśmy, ale wydaje mi się, że było jeszcze trochę za wcześnie. Nie byliśmy jeszcze po reaktywacji wystarczająco zgrani, scementowani. Nie ma co ukrywać, miałem dużą tremę przed każdym z tych koncertów. Ale jakoś poszło (śmiech).

Może warto wrócić do tematu DVD. Chyba nie tylko ja uważam, że koncerty zawsze były główną siłą Illusion i warto byłoby zrobić z tego porządny materiał. Bolilol to jedna z najlepszych płyt koncertowych, szkoda, że nie ma obrazu. Poza tym świat muzyki też nam się jutubizuje i ludzie coraz bardziej słuchają również oczami.

Masz rację. Jeżeli temat się pojawi, to ja absolutnie nie mam nic przeciwko, a wręcz jestem za. Sam chciałbym nas zobaczyć na takim DVD, tylko pod warunkiem, że będzie to zrealizowane od początku do końca przez profesjonalną ekipę. Żeby zarówno dźwięk, jak i ujęcia i montaż były na światowym poziomie, a nie jak wtedy skręcone przez kolesi, którzy stali jak kłody na scenie i żebyś nie wiadomo, jak szalał i skakał, to wyszło i tak całkowicie bez życia.

Płyta Opowieści jest najbardziej inną i eksperymentalną w waszej dyskografii. Sam proces jej powstawania i nagrywania również był dla was nietypowy. Jak to wspominasz?

Było nietypowo, ponieważ ten materiał zaczął powstawać jako muzyka do sztuki teatralnej. Okazało się, że nic z tego nie wyszło, ale podobało nam się to, co stworzyliśmy, dobrze nam się komponowało, więc doszliśmy do wniosku, żeby zrobić z tego płytę. Wtedy doszło jeszcze trochę takich mocniejszych momentów. Jest to nietypowa płyta, która faktycznie jest trochę ukłonem w stronę klasyków gatunku. Była też nagrana w staromodny sposób. Adaś Toczko przyjechał do nas na próbę, posłuchał tego materiału i powiedział, że chce z nami zrobić tę płytę, ale nagramy ją na setkę.

Odpuściłeś również metronom. Jak się w tym odnalazłeś?

Tak, nie było żadnych metronomów, jak było lekkie przyspieszenie to znaczyło, że naturalnie tak gramy i tak ma być. Dla mnie takie podejście było super. Bardzo dobrze wspominam to nagrywanie. Dla mnie granie z metronomem to jest nadal stres. Zawsze, jak gramy próby bez metronomu, to zagram więcej niż jak mam ten klik w uchu. A jak wchodzimy do studia, to też niby chłopaki mi na żywo grają piloty, Tomek śpiewa, ale ja mam w głowie, że te bębny muszą być z tym metronomem idealnie nagrane i potem nigdy nie jestem zadowolony. Jakoś mnie to spina i czasem tu coś ominę, tu zapomnę, że na próbie wymyśliłem jakieś fajne przejście, a w studiu się zagmatwałem i zagrałem je inaczej. Jak amator (śmiech). Czyli tak, jak właśnie przy najnowszej płycie, którą już całą nagrywałem z metronomem. Przy Opowieściach było naparzanie bez metronomu, poza tym robiliśmy sobie przerwy, a że nagrywaliśmy w Wiśle, to wychodziliśmy sobie na dwór, piękne widoki, cisza, spokój. Takie nagrywanie to mi pasuje.

Nowy materiał jest dużo bardziej prosto w twarz, zwarty, dynamiczny i chyba również bardziej przebojowy. Czuliście, że eksperymenty z Opowieści nie do końca sprawdziły się na koncertach i stąd potrzeba powrotu do bardziej żywiołowych form?

To nie był plan, ale taki był nastrój w zespole, jak zaczęliśmy tworzyć ten materiał. Takie pomysły zaczęły powstawać i mamy dziesięć dość krótkich, mocnych numerów. Co do Opowieści, to faktycznie stopniowo zmniejszaliśmy ilość numerów w setliście koncertowej, ale patrząc na proporcje z poszczególnych płyt – nadal ma dobrą reprezentację. Teraz gramy O przyszłości, O iluzjach i O historii. Przyznam, że musiałbym wziąć płytę do ręki i popatrzeć na tytuły, bo nawet nie do końca wszystkie pamiętam. Natomiast nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, co ludzie mogą pomyśleć. Przy żadnej płycie. Zawsze robiliśmy to, co czuliśmy, tak, jak czuliśmy. Faktycznie Opowieści były inne, a nowa płyta jest niejako powrotem do klimatu wcześniejszego Illusion, ale to nie było wymyślone, ani postanowione, że teraz siadamy i wymyślamy takie i takie numery. To się dzieje naturalnie. Nie przejmujemy się tym, co ludzie powiedzą, ani nie zastanawiamy się, czy to jest w naszym stylu czy nie. Być może miało też na finalny kształt płyty wpływ to, że dzielimy się tym, czego każdy z nas lubi słuchać w danym momencie. Podsyłamy sobie linki do YouTube, albo podrzucamy płyty i mówimy – posłuchajcie sobie tego, fajnie grają. Może dzięki temu, pomimo, że każdy z nas ma inne gusta, to mieliśmy też trochę wspólnych inspiracji, czy może raczej taki wspólny nastrój, klimat przy tworzeniu tego albumu.

 

Coś z tych wspólnych inspiracji miało wpływ na twoją grę?

Nie. Ja gram tak, jak gram. Nie będę nagle grał jak, przykładowo, koleś z Mastodon, który jest niezłym magikiem i robi tam cuda, gra bardzo gęsto. On tam co pięć sekund przejścia robi (śmiech). Ja gram prosto, ale wydaje mi się, że to dobrze pasuje do Illusion i podkreśla nasz styl.

Dużo zmienialiście w studiu? Musieliście się teraz od nowa uczyć grać te numery na żywo?

Jeśli chodzi o sekcję rytmiczną, to raczej nie. Może czasem jakieś akcenty się zmieniły. Takie zmiany częściej zdarzają się z gitarami. Nie wiem, z czego to wynika. Czy po osłuchaniu się z demówkami Lipa i Jerry mieli nowe pomysły, czy już w studiu jakieś zagranie im sie bardziej spodobało albo jakieś okrążenie zostało dodane. Więc potem było kilka takich fragmentów, że musieliśmy sobie już po nagraniach usiąść i posłuchać, żeby zapamiętać finalną wersję. Wiadomo, że jak ileś miesięcy gra się próby, to potem jak są w ostatniej chwili zmiany, to czasem trudno je sobie wbić w głowę. Natomiast Tomek zaproponował jeszcze przed płytą, żeby nagrać demo, bo to nam pozwoli wszystko porządnie dopracować i miał rację. Przyjechał do nas Krawat – akustyk Lipali i nagraliśmy wszystkie kawałki na setkę. Bardzo sprawnie nam to poszło, aż Krawat był zaskoczony, że tak szybko się uwinęliśmy. Nie pamiętam tylko, czy nagraliśmy na demo 10 czy 9 numerów, ale nawet jeśli jeden został do studia, to i tak weszliśmy na nagrania płyty bardzo dobrze przygotowani.

Powiedz coś więcej o sesji, bo pomijając początki Illusion, po raz pierwszy zdecydowaliście się nie na renomowane studio, tylko całkiem nowe, założone przez waszego znajomego w Trójmieście.

Prawda jest taka, że obecnie, żeby osiągnąć dobre brzmienie nie trzeba już nie wiadomo jak wypasionego studia, ale też ważne było, że Szymon sprowadził na tę sesję jakiś super wysokiej klasy stół. Nie wiem dokładnie, co to było, ale było gwarantem jakości. Znamy Szymona i jak on nam zagwarantował, że będzie dobrze, to mu zaufaliśmy, pomimo, że byliśmy pierwszym zespołem, jaki w tym studiu w ogóle nagrywał, bo dopiero zostało wybudowane. Być może mieliśmy jakieś lekkie obawy, co zrobimy, jak się okaże, że coś nam nie pasuje, ale jak zaczęliśmy nagrywać ślady, to te obawy bardzo szybko poznikały. Ja nagrałem całe bębny w dwa dni. Cała sesja trwała chyba około dwóch tygodni, także poszło bardzo sprawnie jak widzisz.

Fajnie było nagrywać obok domu, czy wolisz wyjechać gdzieś dalej, jak do Wisły, gdzie jesteście z dala od świata i możecie się skupić tylko na muzyce i nagrywaniu?

Jakbym miał małe dzieci, to może faktycznie wolałbym być dalej, żeby wiesz, nie musieć w połowie nagrania jechać po nie do przedszkola, albo do lekarza, jak zachoruje, czy coś w tym stylu. Ale nie mam takich problemów, więc wskakiwałem sobie rano na rower i jechałem do studia w okolice Suchanina i Cygańskiej Góry. Oczywiście nagrywanie w Wiśle miało dodatkowe atrakcje, bo to piękne tereny i jak była wolna chwila, to można było sobie pojechać na wyciąg, pochodzić po górach. Natomiast teraz bardzo dobrze mi się nagrywało tutaj.

Jak ludzie reagują na nowe numery na koncertach, jeszcze przed premierą płyty?

Oj, wie pan – ja tam niewiele widzę zza tych bębnów (śmiech). Moim zdaniem przyjęcie jest naprawdę dobre. Oczywiście większość ludzi, jak słyszy nowy numer, którego nie zna, to nie chce szaleć, tylko chce go bardziej w skupieniu posłuchać, więc trochę przy tych numerach publiczność jest spokojniejsza. Ale też co niektórzy nie wyrabiają i zaczynają szaleć, jak ich riff poniesie. Tak więc jak do tej pory odbiór bardzo fajny. Mam nadzieję, że po premierze będziemy grać całą płytę na koncertach, tak, jak robiliśmy z wcześniejszymi. Bardzo bym chciał.

Właśnie kończycie trasę na 25-lecie. Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

To, że mam 50 lat i nadal gram w zespole takim jak Illusion (śmiech)! Daje mi to masę szczęścia i bardzo się z tego cieszę!

Materiał przygotował Przemek Łucyan
Foto Romana Makówka (koncert) i Kobaru (sesja)