Adam Czerwiński

Dodano: 19.07.2018

Jest grupa perkusistów na naszej scenie muzycznej, która z powodzeniem prowadzi swoje kariery bez ograniczeń terytorialnych. Składa się na to kilka czynników takich, jak pracowitość, konsekwencja, pokora i wiele innych, których nie trzeba tu już nawet dodawać, bo z tymi trzema wiele osób ma problem. Nie ma z tym jednak problemu nasz gość.

Jest muzykiem, który wie doskonale, gdzie jest jego miejsce w momencie, gdy gra np. u Nigela Kennedy, ale też wie, jak zabrać się za stworzenie od początku do końca własnego albumu. Właśnie przy tej okazji spotkaliśmy się, by nieco porozmawiać. Mieliśmy opisać najnowszą płytę Adama pt. Kiedy Byłem, ale trzeba byłoby być głupcem, żeby nie skorzystać z okazji i mówiąc kolokwialnie pociągnąć nieco mocniej artystę za język. Bagaż doświadczenia, jaki posiada, może być bardzo pomocny dla wszystkich bębniarzy, którzy wiążą swoją przyszłość z zawodowym graniem na bębnach, czy to u kogoś w zespole, czy tworząc własne projekty.

Perkusista: Czy jest to płyta perkusyjna?

Adam Czerwiński: Na pewno nie jest to płyta perkusyjna. To moja szósta płyta autorska – tak mi się wydaje. Żadna z nich nie jest płytą perkusyjną, bo ja generalnie nie dzielę muzyki na perkusyjną, klarnetową czy gitarową. Są dwa rodzaje muzyki – dobra albo zła. Ja staram się robić tę dobrą, mam takie specyficzne podejście, chyba jest zdrowe. Perkusja nie jest instrumentem solowym, ona służy do tego, żeby napędzać cały zespół, robić dobre brzmienie i dobry background do prawdziwej, fajnej muzyki. Moje płyty właśnie tak wyglądają, tutaj praktycznie nie ma solówek. Na tej płycie może jest jedno krótkie solo i to nie takie stricte, jak sobie perkusiści wyobrażają… Posłuchacie to zobaczycie. Akurat na tym albumie nie ma moich kompozycji, ponieważ jest to płyta z polskimi przebojami, takimi, które uważałem za bardzo ważne w moim życiu i w życiu moich kolegów. Wszystko jest z zeszłego stulecia, trochę Skaldów, trochę Breakoutu, Andrzeja Zauchy, Czesława Niemena, tak więc jest to taki specyficzny projekt, w którym starałem się wziąć wszystko na warsztat, jednocześnie nie psuć emocji i przekazu tych piosenek, które same w sobie były piękne.

Chciałem też dodać troszeczkę takiego naszego przelotu i spojrzenia na to wszystko. Jest tam trochę jazzu, rock’n’rolla – takiego grubego, trochę wokalnych numerów, przynajmniej ze dwa potencjalne hity – mam nadzieję. Na razie staram się to wrzucić do kilku rozgłośni radiowych, wypromować, bo śpiewa Grzesiu Skawiński i ten numer jest naprawdę świetnie zrobiony. Uważam, że to może być hit. Wracając do perkusyjnych płyt, to moje poprzednie płyty również wyglądają w ten sposób, że jest część moich kompozycji, a część kompozycji moich kolegów i zawsze staram się zamieszczać jeden standard jako hołd dla tradycji, którą uwielbiam i na której bazuję. Ważne jest dla mnie, żeby te płyty jako całość miały sens i wymiar muzyczny, perkusja jest jakby częścią tego przedsięwzięcia i tych działań.

Czy to nie jest niebezpieczne? Taki ruch, żeby perkusista wydawał w tych czasach własną płytę, która zresztą nie do końca jest tak naprawdę skierowana na perkusję?

Tak, jak powiedziałem przed chwilą, to nie jest płyta perkusyjna, jestem perkusistą i ja to wydałem, ale tak, jak mówię, to nigdy nie był mój target. Nigdy się nie ścigałem, jest sto milionów perkusistów, którzy są technicznie bardziej zaawansowani niż ja. Jestem muzykiem i chcę pozostać muzykiem, to jest dla mnie najważniejsze.

Jak wygląda proces tworzenia takiej płyty od strony perkusyjnej? Wiele osób nas o to pyta, chcą coś nagrać, coś zrobić… Ale nie potrafią się za to zabrać.

Przede wszystkim trzeba mieć koncepcję, wiedzieć, co chcesz nagrać. Akurat, jeżeli chodzi o mój nowy album, to myślałem już od jakiegoś czasu, żeby zrobić taki projekt z polskimi piosenkami, które uwielbiam i uważam, że powinny żyć swoim życiem i mieć nowe odsłony. Od strony muzycznej przede wszystkim trzeba się zastanowić, jak to ugryźć. Po drugie musisz mieć dobrych muzyków, partnerów, z którymi chcesz to robić, tu akurat mam świetnych kolegów, Piotra Lemańczyka, Marcina Wądołowskiego oraz Grzesia Skawińskiego gościnnie. Nagrywaliśmy akurat w jego nowym studio w Gdańsku. Wpadł mi wtedy do głowy taki szatański pomysł, żeby go zaprosić. Zapytałem, czy zaśpiewałby „Byłaś serca biciem”, powiedział, że naturalnie, ale musi się przygotować. Za dwa dni zszedł na dół do nas i powiedział, że możemy to nagrać. Zrobił rewelacyjne wokale, świetne chórki, później graliśmy jego solo, naprawdę duży szacunek. Jestem mu bardzo wdzięczny za udział – tak, jak zresztą wszystkim.

Wracając do tematu nagrywania, ja nie jestem tylko pomysłodawcą, ale również producentem od początku do końca, zajmuję się organizacją, muzyką, rezerwacją studia… Musisz wiedzieć, z kim chcesz nagrywać. Jak chcesz to nagrywać – technologicznie. Na tej płycie na przykład gramy trzy numery, gdzie chciałem uzyskać takie potężne brzmienie stopy, typu John Bonham, lata 70. Szukałem 24” stopy, a ja mam największą 22” – mój bęben DW. Pożyczyłem więc z Drum Store stopę 24”. Tak więc w tych trzech numerach to słychać, jest tam też gitara basowa z dużym ampegiem, to wszystko ma znaczenie. Później samo nagranie, wiadomo – pilnowanie, żeby robili to, co ty chcesz, ktoś musi tym zarządzać, podawać formę, ogarniać brzmienie. Potem jest postprodukcja, czyli siedzenie godzinami w studio, miksowanie, w tym przypadku jeszcze robienie wokali. W przypadku jazzowej płyty zespół nagrywam dwa dni, po czym miksuję, powiedzmy, jeden dzień, dwa zajmuje mi mastering i do widzenia, a tutaj nad samymi wokalami siedziałem chyba cztery dni w studio – czyszczenie, cięcie – żmudna praca, a później miksowanie. Jestem szczególarzem i staram się, żeby to brzmienie było naprawdę na najwyższym poziomie. Uważam, że to mi się tutaj udało. Później kończę mastering, który robiłem w Custom 34 z Piotrem Łukaszewskim, który naprawdę świetnie to zrobił. Na końcu walka z okładką, bo oczywiście trzeba pilnować, żeby to wszystko w najdrobniejszych szczegółach działało, miało ręce i nogi. Potem zostaje już samo wydanie.

Jaki jest cel wydawania płyty? Jaki był twój cel?

To jest dobre pytanie. Od kilku lat nosiłem się z zamiarem nagrania czegoś takiego. Lubię zostawiać po sobie coś swojego, nie tylko koncerty, bo to jest ulotne, a płyta to jest coś, co zostaje i tak, jak mówię, to jest moja szósta czy siódma płyta. Grałem z Kennedym ostatnie cztery lata i nie miałem czasu na swoje działania, nawet na swoje koncerty, bo byłem bardzo zajęty, jeździliśmy po całym świecie. W pewnym momencie zapragnąłem coś zrobić, bo troszeczkę tak przyklapłem – wiesz, te luksusowe hotele i tym podobne rzeczy, to trochę wali w łeb, ale nie w sensie wody sodowej, bo za dużo przeżyłem, żeby mi tak odwaliło. Zatraca się w czymś takim duch, brak ciśnienia, żeby iść do przodu. Jak mi się trochę poluzowało, bo Nigel ma teraz inny projekt, bez bębnów, to stwierdziłem, że nadszedł moment, żeby to zrobić. Poza tym nie było mnie na rynku prawie cztery lata, kiedy grałem z Nigelem, a nie jest łatwo wrócić do gry bębniarzowi w moim wieku. Już niewiele ludzi do mnie dzwoni, bo mają swoje zespoły, każdy zatrudnia młodszych muzyków – może lepszych, może tańszych – nie wiem, pewnie są różne powody. To nie jest tak, że dostaję dziesięć telefonów dziennie z propozycją grania, może kiedyś tak było, jak grałem z Jarkiem Śmietaną. Wejść na rynek ze swoim nowym produktem to nie jest taka prosta sprawa. Uważam, że akurat to jest strzał w dziesiątkę, bo sporo gramy, od kiedy zrobiło się dość głośno, przynajmniej na razie w sieci, a teraz mam nadzieję gdzieś w mediach typu Trójka i tym podobne. Taki rodzaj promocji, przypomnienie się po latach, a poza tym ja lubię dobre brzmienie. Tak z ciekawostek, poprzednią płytę zrobiłem też na winylu – sam słucham winyli i jestem totalnym fanem. Za trzy tygodnie jedziemy z kolegami do Londynu, do Abbey Road Studio na mastering i będzie wersja winylowa tego albumu – 180 gram, hi-end…

Świetnie, czyli będzie winyl.

Tak, w Abbey Road, ponieważ poprzednią płytę też tam robiłem, tę z muzyką Jarka Śmietany, po jego śmierci, taki rodzaj hołdu, a on był zawsze fanem Beatlesów i zawsze chciał nagrywać w Abbey Road. Uznałem więc, że ten mastering muszę tam zrobić. Moją pierwszą płytę, jaką nagrałem, dla serii Polish Jazz, to była ostatnia wydawana płyta winylowa, to był chyba rok 91 – z Lorą Szafran i Wojtkiem Niedzielą. Płyta nazywała się Lonesome Dancer i to była ostatnia winylowa płyta serii Polish Jazz – wtedy zaczęły wchodzić płyty CD. Nie miałem wtedy gramofonu, więc zacząłem kolekcjonować CD, mam ich dosyć sporo, ale przez lata jakoś zauważyłem, że mi się znudziło po prostu słuchanie muzyki, że zaczyna mnie to drażnić. Tak w ogóle to nie lubię słuchać muzyki w samochodzie. Lubię po prostu usiąść w dobrym pomieszczeniu i sobie słuchać, musi być cisza, spokój i warunki. Teraz przestałem słuchać tych CD, mp3 w ogóle nie słucham, bo mnie to drażni. Ktoś mnie namówił, powiedział, że sprawi mi gramofon, znajdzie fajny, sprawny i kupiłem sobie gramofon, kilka płyt i jak je włączyłem to po prostu odpadłem. Odkryłem muzykę na nowo. Kupuję teraz te same płyty na winylach, które mam na CD, także pełne szaleństwo. Wszystkim polecam, bo to jest inny świat. Pomijając tę całą otoczkę, że musisz tę płytę wyjąć, położyć, wyczyścić, ona trwa tylko 20 minut z jednej strony – nie ma czegoś takiego, że coś ci się nie podoba i przeskakujesz, przez co wielokrotnie nie przesłuchałem całej płyty CD, bo coś mi w niej nie pasowało. Teraz siadam i te 20 minut słucham, czasem po drugim utworze okazuje się, że to jest świetne, słucham do końca, przerzucam na drugą stronę – inne myślenie i trochę inaczej to od strony fizjologicznej wygląda.

Bywa tak, że pierwszy raz słuchając jakiejś płyty wydaje nam się, że jest słaba, ale po prostu trzeba dać szanse muzyce.

Zauważ, że ludzkie ucho i ludzka percepcja jest ograniczona w jakimś stopniu, również czasowym. Winyl 40 minut i to wszystko, a CD 58 minut… Kto jest w stanie wytrzymać 58 minut muzyki? Nawet najlepszej, a zazwyczaj taka przecież nie jest, bo wiesz, jak są płyty zrobione – są dwa utwory dobre, a reszta to są takie wypełniacze. Moja nowa płyta trwa 40 minut, specjalnie zrobiłem ją taką krótką, bo później ludzie dzwonią i mówią: „Ale pięknie, mam niedosyt”. Właśnie o to chodziło i jest idealnie pod winyl. Teraz będę to w Anglii tłoczył. Pierwszą płytę winylową trochę schrzaniłem, bo nie miałem o tym zbyt wiele pojęcia, zrobiłem świetny mastering w Abbey Roads, potem znalazłem przez kogoś z Polski jakąś tłocznię w Niemczech. Nie zrobiłem próbnego wydruku, facet mi to spieprzył pod względem technologicznym, nie do końca byłem zadowolony, więc teraz muszę tego bardziej przypilnować. Zgłębiłem trochę temat – po masteringu są dwa rodzaje robienia matrycy – jedna to jest lakier, a druga to taka specjalna maszyna, gdzie z taśmy od razu idzie na miedź. Okazało się, że na świecie zostało tylko sześć takich maszyn, wszystkie są w Anglii, jedna jest w Abbey Road, druga w tej tłoczni, w której ja będę robił, użyję tej metody. Mam znajomego, który ma wielką firmę i tłoczą setki tysięcy winyli, więc u niego będę to robił. Mam nowe zadanie i walczę z następnym materiałem, który mnie napędza do kolejnych działań i tak to się kręci.



Adam Czerwiński o swoim sprzęcie perkusyjnym:

Gram na Sabianach. DW, jakie mam, to ECO-X, którego w zasadzie używam, jak gram z Kennedym Hendrixa, czyli do takiego grubego grania. Poza tym mam sześć zestawów i wszystkie są stare. Mam Slingerlanda z 66 roku i Gretscha z 60 roku, którego kupiłem od Andrzeja Dąbrowskiego. Jak powiedział, że już nie będzie grać, to zadzwonił do mnie i powiedział, że jestem pierwszą osobą, z którą się kontaktuje w tej sprawie. Tak więc mam historyczne bębny od Andrzeja. Mam też pierwsze bębny Resurrection Drums. Była to taka mała manufaktura w Miami, jak pływałem jeszcze na statkach w 90 latach. Oni coś tam jeszcze działają, sprawdzałem. Malutkie bębny 18”, 10”, 12”, 14” – takie jazzowe bębenki. Mam też świetny zestaw, który Bertrand mi odrestaurował, kupiliśmy go od Petera Weissa, jeszcze z Jarkiem. To były takie stare Sonory, okazuje się, że są z 56 roku. Same korpusy, do renowacji. Leżały w piwnicy u Jarka przez 20 lat i jak zmarł to żona robiła porządki. Dałem to do Bertranda i mają teraz całe nowe żelastwo. Pięknie brzmią, bo to są takie cieniutkie bębny. Teraz je ogrywam, lubię sobie zmieniać zestawy, bo to jest zawsze jakaś nowa inspiracja, każdy bęben ma coś innego w sobie.

Generalnie gram akustyczne rzeczy albo w klubach, albo niezbyt dużych salach, a jak już gram coś grubego to wtedy gram na DW. Mam parę ciekawych werbli, Radio Kinga z 40 roku, z jednego kawałka, mam też 48 z 50 Anniversary DW i Sabian. Jedyny w Polsce.

Teraz jest u mnie w domu. Zresztą na nowej płycie nagrałem na nim kilka numerów. Nie jestem jakimś sprzętowcem, nawet jak mnie ktoś pyta, jakiego crasha używam, to się mocno zastanawiam… Mój pierwszy zestaw bębnów to Polmuz, który gdzieś mi potem zaginął, przy przeprowadzce… Ale to był już straszny rzęch. Drugie takie bardziej zawodowe bębny, które mam do teraz, to Amati. Parę płyt na nich nagrałem. Kupiłem je jakoś w 83 roku w CHPM-ie. Musiałem mieć zaświadczenie ze szkoły muzycznej i czekałem chyba ze dwa miesiące, zanim je sprowadzili. No tak wtedy było, nie mogłeś przyjść z ulicy kupić sobie zestaw. Przecież one tam nie stały. Musiałeś wykazać, że jesteś w szkole muzycznej, że się uczysz i że właśnie ten zestaw jest ci potrzebny. Dla młodych perkusistów może to brzmieć ekstremalnie… Teraz idziesz do sklepu i masz.

 

Chcielibyśmy cię zobaczyć na żywo, są jakieś plany?

Mamy już dosyć napięty terminarz, w Krakowie będziemy grali w lipcu, na Letnim Festiwalu Jazzowym, w takim składzie, jak na płycie. Bez Grzesia oczywiście, bo on ma swoje zobowiązania. Teraz graliśmy pięć koncertów w zeszłym tygodniu, bardzo udane, ludziom się to bardzo podoba, kupują płyty. To jest tak, jak powiedział inżynier Mamoń (postać z filmu Rejs), ludziom podobają się piosenki, które już kiedyś słyszeli, więc to jest trafiony projekt.

Czy w tych czasach, w jakich żyjemy, perkusista musi być kimś więcej? Tak, jak ty? Musi być producentem, swoją własną sekretarką, organizatorem…

Moim zdaniem nie ma złotego środka, nie można komuś powiedzieć, że musi się zajmować wszystkim jednocześnie, grać, komponować. Jest wielu wspaniałych perkusistów, którzy nigdy nie napisali żadnego utworu, a grają wspaniale i przyłożyli się do wielu wspaniałych nagrań, pomagali wielu artystom do wykreowania wspólnych płyt. Nie będę wymieniał nazwisk, bo to nie o to chodzi. Są tacy, co tylko grają i jest paru, co komponuje. Są też tacy, którzy nie komponują, ale mają swoje zespoły, robią trasy, nagrywają płyty. Nie ma jednej drogi. Ja akurat tak działam, bo lubię być aktywny i lubię trzymać rękę na pulsie. Tego nauczyłem się od Jarka Śmietany, razem wszystko robiliśmy, nie mieliśmy menedżera, zawsze ogarnialiśmy wszystkie projekty razem, wielokrotnie próbowaliśmy zlecić coś komuś, ale nigdy się to nie udawało. Jak sam czegoś nie przypilnujesz, to nie jest to zrobione tak, jak należy. Trzeba przypilnować najdrobniejszych szczegółów, od głupiego telefonu do bardziej konkretnych rzeczy. Pilnowałem już do samego końca, a i tak zawsze okazywało się, że wyszedł po drodze jakiś chochlik.

Grałeś teraz 4 lata z Nigelem, zjechaliście cały świat.

Dużo graliśmy, naprawdę. Głównie w Australii, trochę też w Polsce, nagraliśmy płytę, sporo pracy. Bardzo fajnie, działo się wiele spektakularnych rzeczy. W zeszłym roku graliśmy taki duży koncert w Royal Albert Hall, taki jakby benefis Nigela. Była tam orkiestra, nasz zespół, graliśmy z Jean-Luc Pontym i Robertem Plantem. No wiesz, grałem „Kashmir” w Royal Albert Hall, to sobie wyobraź. Poważna sprawa. Plant na próbie miał dwóch swoich chłopaków z zespołu, keyboardzistę i gitarzystę z Massive Attack, więc środowisko takie brytyjskie, rock’n’rollowe. Od pierwszego dźwięku nam to zażarło, miałem świetny kontakt z Robertem, do tego jeszcze dobre nagłośnienie, więc czego chcieć więcej…

To jest coś! A jeszcze trafiłeś tu na fana Zeppów.

Jest kilka filmików na YouTube, naprawdę dobrze to brzmi. Świetny z niego gość, poza tym głos – ja się na tym wychowałem. Na dobrą sprawę grasz kawałki z kimś, kogo słuchałeś za młodu, do tego jeszcze w takim miejscu.

Później przyjeżdżasz i stwierdzasz, że nagrasz sobie płytę z polskimi legendarnymi utworami.

Będziesz zaskoczony, bo aranżacje są naprawdę ciekawe, nieprzejazzowane, bo nie chciałem z tego zrobić jakiejś opery – nikt by nie wiedział, o co chodzi.

Ile to już lat na scenie?

Ja?! 35 to na pewno, na takiej profesjonalnej scenie, a tak to zaczynałem jako dziecko, w jakichś zespołach kościelnych, od 7 roku życia w zasadzie. Zaczynałem na różnych przeszkadzajkach, potem na gitarze i basie.

Oswajanie się ze stresem, tremą.

Tak, to było ważne.

Dużo się zmieniło przez te 35 lat?

Oj, bardzo dużo.

Za czym tęsknisz?

Tęsknię za takim towarzyskim spędzaniem czasu, na którym ja się wychowałem, czyli, że każdy koncert i festiwal wiązał się ze spotkaniami z muzykami, rozmowami, szacunkiem do starszych. Pamiętam, jak przyjeżdżał jakiś zespół, na przykład z Jarkiem Śmietaną, grali wtedy w Trójmieście przez tydzień trasę, koncert zaczynał się o 22, a ja musiałem przez piorunochron wychodzić z internatu i tak siedziałem do 5 rano, czekając na swoją kolejkę, żeby móc zagrać choć jeden utwór na wspólnym jamie lub choćby uścisnąć im rękę, zamienić trzy słowa ze starszym kolegą. Teraz nie ma w ogóle nic takiego, młodzi nie mają żadnego szacunku do starszych, przynajmniej w Polsce. W Ameryce wygląda to zupełnie inaczej. Nieważne, jaką muzykę ktoś gra, może to być metal, jazz, obojętne, ale Buddy Rich coś dla nich znaczy i wszystko o nim wiedzą. U nas nawet nie ma takiego szacunku bezpośredniego, że ktoś podchodzi i się wita, zapyta o coś, nie mówiąc już o wypiciu piwa i gadkach o czymkolwiek. Teraz to wygląda tak, że jedziesz na festiwal, młodzież przyjeżdża, szybko gra gig i już leci na drugi koniec Polski grać jakąś chałturę… To jest takie odhumanizowane.

To tak, jak w sporcie teraz, liczy się tylko kontrakt i zatraca się całą zabawę i radochę z gry.

Dlatego ja mam fun, bo robię też festiwal jazzowy – Jazz w Lesie, u siebie w Sulęczynie na Kaszubach, od 24 już lat. Tam mi się udało jakby zachować tego ducha, trochę z powodu tego, że to jest mała wieś. Wszyscy mieszkają w jednym hotelu, tam są też jamy. Trwa to dwa dni, więc jakby nie ma się gdzie rozproszyć. Wiadomo, niektórzy przyjeżdżają i wyjeżdżają, ale generalnie jest taka atmosfera, że idziesz na śniadanie, możesz spotkać kolegę z innego zespołu, zjeść jajeczniczkę, powymieniać poglądy, pogadać o pierdołach i to jest taka więź, którą my jako starsze pokolenie jeszcze mamy. Młodzi trochę inaczej działają, nie wiem, może takie czasy, może trochę zrzędzę, może jestem stary sknerus, może tak powinno być, ale ja będę się trzymał swojego. Z moim zespołem, jak gdzieś jedziemy, to zawsze jest rodzinna atmosfera, robimy wszystko razem, od tego się zaczyna, a muzyka jest dopiero później.

Jakieś trzy lata temu siedziałem z Vinniem Colaiutą na imprezie Paiste i tak gadaliśmy przez dwie godziny, nawet nie poruszając tematu bębnów. Gadaliśmy o „du*ach”, samochodach, fotografii, ale ani słowa o bębnach.

Oczywiście, tak to jest. Kiedyś grałem we Wrocławiu z Darkiem Oleszkiewiczem, lata temu i był tam też Victor Lewis, który grał w następnym zespole i pożyczałem mu bębny. Przyszedł na próbę, usiadł, postukał i powiedział: „Stary, genialny instrument, ustawiony dokładnie tak, jak chciałem”. Potem pogadałem z nim chwilę, a tak się złożyło, że mieszkaliśmy w tym samym hotelu, więc stwierdziliśmy, że posiedzimy, pogadamy. Kupiłem butelkę whiskacza i poszedłem do niego do pokoju, siedzieliśmy całą noc, wypiliśmy całą flaszkę, on miał gitarę, więc coś pograliśmy.

Widzę, że masz ze sobą płyty. Co tam jest?

To jest moja poprzednia płyta, taka, którą postanowiłem nagrać po śmierci Jarka, bo grałem z nim prawie 25 lat i trochę mi się wszystko zawaliło, bo wszystko robiliśmy razem. Nagle zostałem bez przyjaciela, bez roboty i stwierdziłem, że muszę coś takiego zrobić i chcę to zrobić. To jest podwójny album w różnych składach, nagrywany między innymi w Stanach, pojawia się tu nawet kilka całkiem dobrych nazwisk, moje aranżacje.

Kilka całkiem dobrych nazwisk… Na wejściu Scofield…

No wiesz… Jestem z tego bardzo dumny, bo to duża produkcja. Jest też z tego podwójny winyl. Dużo mnie to kosztowało życia i nerwów, ale efekt jest naprawdę wspaniały.

To już wiem, czego będę dzisiaj słuchał.

Tutaj mam jeszcze jedną z poprzednich płyt, gdzie gra wspaniały gitarzysta z Los Angeles i Darek Oleszkiewicz, nasz basista. To bardzo osobista i moim zdaniem bardzo ciekawa płyta. Poprzednich już nie mam.

In the key of 8b?

To jest taki ukryty przekaz do pewnej osoby (śmiech).

Materiał przygotowali: Salemia, Maciej Nowak
Zdjęcia: Archiwum muzyka