Nicko McBrain

Dodano: 06.11.2018
Autor: Maciej Nowak

Iron Maiden zupełnie naturalnie przestało udzielać wywiadów podczas trasy koncertowej. Robią to wyjątkowo, głównie celem wypełnienia zobowiązań wydawniczych, a i tak Nicko nie jest tym, który jest do tego odsyłany.

Tym bardziej jesteśmy dumni, że zechciał za naszym pośrednictwem poświęcić czas wszystkim polskim fanom zarówno bębnienia, jak i samego zespołu.

Przyjemnie się rozmawia z takimi ludźmi jak Nicko. Człowiek, który osiągnął sukces, zna swoją wartość, wie, jakie są jego słabości, podchodzi do życia z wielkim optymizmem, ale stoi przy tym twardo na ziemi i potrafi doskonale ocenić sytuację, w jakiej się znajduje. Ma duży dystans do wielu rzeczy, jakie są podawane teraz jako ważne, bo ma wyraźnie określoną hierarchię wartości. To wszystko jest niczym innym jak doświadczeniem życiowym, świadomością i nabytą przez lata mądrością. Gra w jednym z najbardziej lubianych zespołów metalowych w historii i stał się przez to nieśmiertelny.

Nicko zawsze sprzedaje mi jakiegoś kuksańca z zaskoczenia, jak się spotykamy, zazwyczaj też musi na mnie nakrzyczeć z tym swoim akcentem, ale w Tauron Arenie to ja przejąłem inicjatywę. Gdy wszedł do swojej salki rozgrzewkowej przed drugim z krakowskich koncertów, ja już czekałem, siedząc za jego zestawem Sonora Vintage. Podniosłem do góry ręce, dzierżąc jego sygnatury pałek Vic Firth i krzyknąłem: „Od dziś ja gram w Iron Maiden!”. Skwitował to śmiejąc się krótkim i bardzo angielskim: „Spadaj! Wyłaź zza moich bębnów!”.

Maciej Nowak: Nicko, twój sklep. Sporo Polaków jest w Anglii, powiedz nam coś o tym miejscu.

Nicko McBrain: O tak, Drum One, mój sklep! (śmiech) Oficjalnie sklep jest otwarty od stycznia, działaliśmy już w zeszłym roku, ale to była kwestia spraw związanych z przejęciem od poprzedniego właściciela. Z racji tego, że jestem z Paiste w sumie… od zawsze. Mam ponad 60 lat i gram na tych talerzach już tyle lat, mam u nich wysoką rangę jako artysta. Dzięki temu mamy w sklepie miejsce, które nazywa się Planet Paiste, gdzie jest olbrzymia ilość Paiste, chyba największy skład tych blach w całej Anglii. W związku z tym nie musisz się posiłkować próbkami online, jeżeli jesteś w okolicy możesz przyjechać i przetestować blachy u siebie.

Możemy kupować u ciebie online?

Tak, mamy tę opcję oczywiście. Wychodzimy też z założenia, że jeżeli coś jest prezentowane u nas na stronie, to faktycznie to dostaniesz i jest u nas na magazynie. W sumie dość oczywista sprawa…

Oczywista, nie oczywista, znam polskie sklepy specjalistyczne, które oferują sprzęt, a później nagle go panicznie kołują, bo go fizycznie nie mają.

No to nie, u nas jest tak, że oferujemy to, co mamy fizycznie dostępne. Masz pieniądze w kieszeni, kupujesz i lada moment to do ciebie przychodzi. Gwarantujemy to. Mamy też specjalny dział o nazwie Sonorsphere, czyli miejsce dedykowane marce bębnów, na jakiej gram. Kiedy miałem 15 lat kupiłem swój pierwszy zestaw i to był właśnie Sonor.

Długo byłeś patriotą sprzętowym.

Tak, przez 22 lata grałem na Premierze, zrobili mi przez ten okres wiele pięknych instrumentów. Nie chciałbym się zagłębiać zbyt mocno w problemy Premiera, który pozwalniał swoich majstrów. Keith Keough, mój dobry przyjaciel, był jednym z nich. Ostatecznie powstała firma British Drum Co. Zawsze blisko współpracowaliśmy. Wiele rzeczy, jakie były opracowywane dla Premiera, zostały opracowane finalnie dla British. Pojawiła się myśl, by dołączyć do firmy, ale po prostu na tę chwilę nie byli w stanie przygotować zestawu, który byłby zdolny pojechać ze mną w światową trasę. Zacząłem się więc zastanawiać, co ze sobą zrobić i naturalnie od razu pomyślałem o Sonorze. O ile byliby mnie w stanie znowu przyjąć do siebie. Jak pamiętasz na trasę The Book Of Souls przygotowali mi cudowny zestaw SQ2.

Upffff…

O tak, tak! Powalający zestaw, przyznasz. Wiesz, nie było mnie w firmie przez prawie ćwierć wieku. Ja oraz Karl-Heinz (Menzel, ówczesny szef Sonora) zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Tak czy siak, wróciłem i firma wszystko ogarnęła od góry do dołu. Thomas Barth zajmuje się mną doskonale. Polityka firmy na tym poziomie działania nie zmieniła się przez te lata. Teraz rozpościera się nad nimi parasol właścicieli, gdzie jest także Mapex, który odpowiedzialny jest za bębny dla początkujących i półprofesjonalnych muzyków. Sonor ze swoimi najtańszymi zestawami AQ1 jest odpowiedzialny za muzyków półprofesjonalnych i zawodowców. Powrót do Sonora był dla mnie czymś cudownym. W zasadzie wolałbym nigdy nie opuszczać tej firmy, ale zmiany, jakie zaszły w tamtym okresie i sprzedaż firmy przez rodzinę Link (założyciel Sonora) spowodował, że zacząłem grać na Premierze.

Tłumaczysz się, jakbyś skakał między markami, a przecież tego nie robisz.

No tak. 22 lata na rodzimym Premierze i powrót do Sonora – tego chyba nie można uznać za kapryszenie. (śmiech)

A wracając do sklepu. Drum One reprezentuje ciebie.

Tak, takie było założenie. To mój sklep i ma reprezentować marki, które mnie wspierają. Nie oznacza to jednak, że dostaniesz tam tylko te instrumenty, nie, nie. Jest to normalny sklep perkusyjny, jest tam Zildjian, Meinl, Sabian, wszystko, co chcesz.

Dlaczego otworzyłeś sklep perkusyjny? Po co ci to? Tyle sklepów się zamyka, a ty sobie otwierasz swój. Po co?

Każdy prawdziwy bębniarz lubi sklepy perkusyjne! Każdy, z kim rozmawiam, pamięta swój pierwszy sklep perkusyjny, jaki odwiedził, pierwszy zestaw, jaki kupił. To coś jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Wciąż mam coś takiego, że jak mogę to odwiedzam sklepy. Szczerze mówiąc, nie miałem nigdy marzenia, by posiadać jakiś taki sklep, nie robiłem nigdy nic w tym kierunku. Pojawiła się jednak taka możliwość i pomyślałem sobie, że przecież wiem, jak się robi bębny, jak się robi talerze, wiem, jak to działa. Craig Buckley, mój partner biznesowy wie, co i jak wszystko poskładać po pojawieniu się takiej opcji, nie mogłem się jej za bardzo oprzeć. Wiedziałem, że chcę dużą ekspozycję Sonora, Paiste. Nie chcę bawić się w dystrybucję, bo to zupełnie inna sprawa. Chciałem mieć je za to bardzo mocno reprezentowane, bo je zwyczajnie uwielbiam. I jeżeli tego nie będzie, no to kupa (śmiech). Gretsch i DW będą mocno prezentowane w sklepie i staniemy się jednym z głównych dilerów tych marek. Także British Drum Co. będzie miało dużą ekspozycję.

Możemy cię spotkać w sklepie raz na jakiś czas? Mieszkasz przecież na Florydzie.

Mój syn Justin tam będzie częściej, a ja pojawię się pewnie, jak będziemy grać w Manchesterze. Zazwyczaj mamy zamknięte w poniedziałek, akurat wtedy będziemy, ale tym razem otworzymy, żeby fani mogli przyjść i nas odwiedzić. Zaprosiłem chłopaków z kapeli, ale nie dostałem żadnego odzewu, no kurde, żadnego! (śmiech)

Są zazdrośni…

No oczywiście! (śmiech) To są przecież tylko cholerni gitarzyści! (śmiech) Nie ma tam żadnego banjo na ścianie. Może powieszę kilka gitar dla dekoracji. A tak poważnie, to jest to ciężki biznes, dlatego staramy się mieć wszystko aktualne. Fajnie jest wejść do takiego sklepu i widzieć tyle zestawów i talerzy, a mamy mnóstwo towaru.

Przejdźmy może do trasy koncertowej i waszej wizyty w Polsce. Czy ta trasa nie jest swoistym podsumowaniem waszej kariery?

Nie, absolutnie nie. Robiliśmy już takie historyczne trasy, chociażby wtedy, jak Bruce wrócił do zespołu i zagraliśmy trasę The Ed Hunter. Teraz mieliśmy świetną trasę The Book Of Souls po nagraniu potężnej płyty. Co zatem mogliśmy zrobić dalej? Mamy grę Legacy of the Beast, która została bardzo pozytywnie przyjęta przez fanów, do tego doszedł jeszcze komiks o tej samej nazwie. Wszystko wygląda fantastycznie i grafika jest oszałamiająca. Sam zacząłem grać w tę grę i dopiero się uczę, jak to się robi, jestem na pierwszym poziomie. (śmiech) Tak patrzymy na to wszystko i pomyśleliśmy sobie, że może by tak tym razem złożyć hołd Eddiemu? Żeby odkurzyć kilka jego wcieleń i odkurzyć też kilka piosenek. Takiego Flight Of Icarus nie graliśmy na żywo od pieprzonego 1986 roku! Wyciągnęliśmy też Sign Of The Cross czy The Clansman (oba oryginalnie z Blazem Bayley’em, wokalistą Iron Maiden w latach 1994-1999 – przyp. red.) oraz kilka młodszych epickich utworów.

Stało się to dla nas swoistym wehikułem czasu. Złóżmy to wszystko razem do kupy i zróbmy wielkie show. Bruce, Steve i Rod (Smallwood – manager – przyp. red.) myśleli o tym od dwóch lat. Wszystkie nasze trasy miały duże oprawy, ale teraz powiedzieliśmy sobie, że zrobimy to bardziej teatralnie, bardziej pójdziemy w scenografię i rekwizyty. Ile razy Bruce zmienia kostium? Więcej niż kiedykolwiek! Ech, to wciąż mój bohater, uwielbiam go… Pojawiają się różne odsłony Eddiego z różnych światów, jest przy tym dużo zabawy.

Widać to też na twoich obecnych bębnach.

Tak, przekłada się to na mój zestaw. Oryginalny pomysł był bardzo specyficzny, bo chodziło o to, by ubierać zestaw w okleinę – w zależności od tematu, jaki jest grany. Frontowy naciąg centrali miał być też wymienialny, ale jakoś tak nie bardzo Remo udało się to zrobić. Ostatecznie po sprawdzeniu wielu pomysłów wyszło na to, że powinienem mieć trzy różne zestawy perkusyjne na jednym koncercie. Wiązało się to z tym, że musiał być specjalny podnośnik hydrauliczny, przestawiający odpowiednio te zestawy.

Oj, grubo…

Oj, tak! Pojawiły się jednak dwa problemy z tym związane. Przede wszystkim festiwale, gdzie scena już jest zbudowana przez organizatora, więc otoczenie perkusji w takim przypadku musiałoby być instalowane przez nas, co w sumie od biedy moglibyśmy wykonać. Transportować i instalować, nazwijmy to, moduł perkusyjny z wciągnikiem na trzy zestawy. Inaczej jest, gdy mamy własne koncerty i całą scenę dostosowaną do tego. Pomijam już, że cała fabryka Sonora mało nie zemdlała (śmiech). Jak rozmawiałem o tym z Karlem Heinzem przez telefon, to widziałem oczami wyobraźni strużkę potu ściekającą po skroni i pulsujące żyły (śmiech). Trzy zestawy?! Szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, bo przy własnej konstrukcji jeszcze by to było wykonalne, a tak nie było sensu się w to pchać. Musiałem więc pomyśleć nad odpowiednią odsłoną tych trzech aktów. Pierwsza wojskowa część została rozwiązana dzięki siatce maskującej, dlatego właśnie jest ta siatka.

Mój fotograf wczoraj narzekał, że nie dość, że prawie wcale cię nie widać za bębnami to jeszcze teraz siatkę dowaliliście (śmiech).

Teraz już wiesz, dlaczego. Wystarczy spojrzeć na ten zestaw i wszystko jest jasne, że nie pasował. Podczas preprodukcji nie było siatki i zapytałem, co to do cholery jest? Tutaj wojsko i samoloty, klimat wojenny, a na środku świecący się piękny zestaw. Mimo, że hardware to „smoked chrome”, a nie typowy świecący. Nie jest to kompletnie czarny kolor, tylko taki przydymiony. Czarny nikiel nie pasował do zestawu i gubił jego obraz, jak się na niego patrzyło. Tak czy inaczej nie pasowało to do sceny. Podobne przygody mieliśmy z gongiem, który też zmienialiśmy i jeden ręcznie malowany gong byłby na 6 piosenek, bo trzeba by było to zmieniać. Jak wiesz, moje zestawy zawsze stanowiły część sceny. Wszystko, co się dzieje z tymi bębnami, wychodzi ode mnie i manager tu nie ma nic do gadania. Jeżeli chodzi o ten zestaw, co jest na scenie, to mamy tu klasyczne korpusy w moim stylu o tych samych rozmiarach co zawsze i tej samej grubości, co na ostatniej trasie, czyli 9 warstw buku w wersji medium. Okleina została wysłana do artysty w Leicester. Co ciekawe, Sonor używa milimetrów, a nie cali, więc korpusy nie są idealnie 12”, 13”, są minimalnie mniejsze. Gdy damy okleinę w calach na tom 14” to będzie ona za długa, dlatego trzeba uważać.

Pięknie się rozmawia o bębnach, dokładnie tak, jak mówiłeś z tymi sklepami perkusyjnymi (śmiech).

Nieważne, ile masz lat, prawdziwy bębniarz zawsze zacznie gadać o tych gadżetach.

Chciałbym jednak pójść za ciosem mojego wcześniejszego pytania o podsumowanie kariery i zapytam inaczej. Czy my aby nie zbliżamy się do końca ery muzyki rockowej i metalowej?

Absolutnie nie! 10, 15 lat temu mogłeś zadać te samo pytanie. Moja filozofia, jeżeli chcesz, to nazwijmy to filozofią…

Jasne.

Zatem moja filozofia jest taka, że to, o czym mówimy, opiera się o cykle. Jest to moim zdaniem moda. Coś nagle wypada na dziesięć lat z mody i później wraca. Tak jest praktycznie ze wszystkim. W modzie odzieżowej, w muzyce, w graniu na perkusji wszystko się odbywa w cyklach. Coś wypada i za jakiś czas wraca odświeżone. Hard rock nie żyje, heavy metal nie żyje i nagle pojawia się jakiś „tribute band” i przywraca coś do życia. Albo zespoły, które się rozpadają i zbierają ponownie. Zobacz, ile razy Bad Company się rozpadało i wracało, albo takie The Who. Ktoś nagle sięga po płytę i mówi, jakie to jest zaje*iste. Nagle muzyka się odradza. Powstaje w odświeżony sposób. To się nigdy nie skończy. My już dawno będziemy z chłopakami z zespołu w piachu, a muzyka będzie żyła i porywała kolejne pokolenia. Nagraliśmy kilka świetnych płyt, zagraliśmy wspaniałe trasy. To się będzie odradzać. Także, nie… Nie, nie. Jak w ogóle możesz tak mówić?

Idąc tu mijałem sporo rodzin, sporo nastolatków, młodych gniewnych metalowców w katanach…

Sam widzisz. Nie powinieneś zadawać nawet takiego pytania. Zobacz, jaka publiczność jest na naszych koncertach, koncertach Judas Priest, nawet Deep Purple, a widziałem ich w tym roku. Tak, jest sporo takich dziadków jak ja, ale jest ogromna rzesza młodych. To są kolejne generacje, nie jedna, a kilka. Po to są przecież reedycje albumów. Myślisz, że na tym się zarabia grubą kasę i tym samym naciągamy fanów? Nie! To jest dla tych młodych, co chcą kupić płytę, mieć ją i jej słuchać. To jest coś w stylu, gdy ojciec pyta: „Gdzie jest mój Burn Deep Purple?”. „Eee, w moim odtwarzaczu” – odpowiada syn. „Do diabła, idź i sobie kup swoją płytę! Dostajesz przecież cholerną kasę co miesiąc!” (śmiech). To jest wspaniałe. Piękna muzyka pięknie wykonana nigdy nie zginie.

Jestem w stanie przyjąć do wiadomości twoją filozofię, ale spójrzmy na akordy, riffy, układy kompozycji. Zaczynamy ganiać wkoło!

No nie do końca jest to prawda. Zawsze pojawiają się jakieś mieszanki, mariaże, jak słynne Aerosmith i Run-D.M.C. Pojawiło się to wtedy jako zjawisko, a później po latach tego typu granie nabrało własnego kształtu. Inspiracje i wpływy pojawiają się z różnych miejsc i sytuacji. Operowanie dźwiękiem też ma różne wpływy. Za to rytm pozostanie zawsze ten sam. Widziałem ostatnio jakiegoś młodego chłopaka na YouTube, grał niesamowicie szybko i dokładnie, sposób, w jaki to robił, po prostu mnie powalił. Nowy poziom grania. Pamiętam, jak Cobham się pojawił, to każdy mówił, co on do diabła wyprawia?! Później Vinnie Colaiuta i Dave Weckl. Każdy łapał się za głowy na to, co oni wyprawiali! Lombardo i jego gra na centralkach, pamiętam, jak to wszystkich szokowało…

Ale ludzie pytają o ciebie, nie pytają o zwycięzców olimpiady matematycznej.

Zagrałem sporo sesji, grałem dużo z klikiem i było to cholernie nudne… Iron Maiden to zespół, który dostarcza rozrywki. Czasami coś gramy i myślę: „O matko, ale wolno”, a czasami jest tak, że: „O w mordę, ale to idzie szybko”, wszystko w zależności, jak się czujemy. Ja i tak co wieczór dostaję burę od chłopaków: „Ej, to jest za szybko”. „Tak ma być do cholery, w takim tempie to nagraliśmy!” (śmiech). Zawsze musi być życie w muzyce. Jak grasz disco to musisz trzymać się określonego tempa. U nas nieraz trzeba przyspieszyć lub zwolnić w zależności od napięcia utworu, ale nawet w takim graniu są rzeczy wymagające precyzyjnego grania do siatki. W Iron Maiden są tylko dwie piosenki, które zostały nagrane do metronomu, to są piosenki z ostatniego albumu. Metronom tam był nie bez przyczyny. W jednej piosence Bruce ma pianino i trzeba było je zagrać równo, żebyśmy wszyscy siedzieli w tej partii. Druga piosenka to kompozycja Dave’ego The Man Of Sorrows, gdzie po prostu użyliśmy jego wersji demo. W partii gitary było tyle emocji, że Dave powiedział: „Nie ma mowy, żebym to zagrał tak jeszcze raz.” Nie dało się tego zrobić od nowa. Zdecydowaliśmy się edytować oryginalną wersję i zagrać do tego, co było zrobione do klika. Nie było szans, żebyśmy zagrali teraz to razem w studio, więc musiałem nagrać to samemu pod klik. Nie jest to jednak ta naturalna strona Iron Maiden. Mamy ten ruch u siebie i powiem ci szczerze, że to lubię.

I my też to lubimy! Przestrzeń, oddech, ruch, życie. To dlatego ludzie mówili mi: „Ej, zrób wreszcie okładkę z Nicko!”. A ja im na to, że dlaczego? Przecież to staruszek!

Ha ha ha, ale tak jest, mam swoje lata. Przez lata w zespole nauczyłem się tego, że ja i Steve prowadzimy całą kapelę na scenie. Ja jestem kierowcą, on jest pilotem. Czasami zmieniamy się rolami, ale generalnie nauczyliśmy się kontrolować dynamikę gry. Mam tak, że metronomem nabijam sobie tempo piosenki, a nie trzymam się go przez całe granie.

Pamiętam, mówiłeś mi o tym kiedyś. Taki punkt odniesienia.

Dokładnie, jest to punkt odniesienia, taka dobra podpowiedź, gdzie zaczynamy piosenkę od tego właściwego tempa, dobrego dla wszystkich. Weźmy jednak takie Where Eagles Dare, nie lubię tego robić, ale grane jest w tempie uzależnionym od tego, jak się czuję wieczorem. Na albumie tempo jest dość szybkie, jak na tę piosenkę, bo około 155 bpm, u siebie na metronomie mam ustawione 149 bpm. W praktyce wygląda to tak, leci intro do piosenki, czekam i sobie myślę… „Cholera, za wolno, a je*ać to, jedziemy szybciej!” (śmiech). Ale poważnie, przez lata nauczyłem się nieco panować nad tą adrenaliną i nie tracić kontroli, głównie z szacunku do zespołu, bo przecież nie jesteśmy młodzikami. Pewne piosenki, które graliśmy szybko w latach 80 nie są grane już w takim tempie. Posłuchaj Iron Maiden, w latach 80 graliśmy to bardzo szybko, to dość punkowe granie, teraz znacznie zwolniliśmy. Ludzie doskonale wiedzą, że jak wychodzimy na scenę to jest zawsze pełen ogień, nie ma zmiłuj, zawsze ten zespół dawał z siebie wszystko.

Widać to, jak się szczerzysz za bębnami. Dla Polaków to dodatkowy impuls, bo my z natury jesteśmy smutni.

Spokojnie, to uśmiech poprzez ból (śmiech). O mój Boże, moje plecy i uśmiech! Inaczej byś to odbierał, gdybyś był co wieczór na moim miejscu. Siła Iron Maiden to siła muzyki, to moc, którą kochamy. Mogę usiąść tak i grać tak (w tym momencie Nicko skulony bez emocji zagrał intro do Where Eagles… – przyp. red.), ale nie ma to w sobie energii, potrzebnej do uzyskania odpowiedniego groove’u. Są bębniarze, zespoły… które stały się parodią samych siebie, ponieważ nie mają już energii do grania własnych piosenek. Nie porównuję się tu z tym, jak graliśmy 10 lat temu, bo to piosenki wymagają określonej dawki energii. Jak nie jesteś w stanie, zaczynasz parodiować samego siebie. Wciąż uwielbiam grać nasze piosenki, wychodzę i gram najlepiej jak mogę, ale wiem też, że nie mam już tyle siły, co kiedyś i że jak wyrzucę z siebie wszystko to nie dociągnę do końca koncertu. Na tym polega doświadczenie i świadomość. Jak miało się te 20-30 lat lat można było walnąć kilka piw i wyjść zagrać koncert, przynajmniej tak nam się wydawało… Grasz cztery piosenki pod rząd bez żadnej przerwy, jedna za drugą lecisz! Teraz musisz to już ułożyć tak, by były momenty na złapanie oddechu. Teraz okres regeneracji jest znacznie dłuższy. Wychodzisz na scenę, ustalasz pewne rzeczy i nagle energia cię zaczyna ponosić, musisz to kontrolować, bo będziesz później zdychał. Jak jesteś chory to okres dochodzenia do siebie trwa dłużej. Musisz mieć tego świadomość.

Widzę to po sobie, już nie zrywam się tak rano po zakrapianej nocy.

Ja przestałem zupełnie pić 3 lata temu. Stało się to głównie z powodu Bruce’a (Bruce miał poważne problemy nowotworowe – przyp. red.). 25 maja 2015 roku, wtedy przestałem. Kurde, mało mi nie umarł wokalista. Patrzysz na swoje życie i myślisz sobie: „Cholera, o mały włos straciłbym brata”. Przyłapałem się na tym, że zdarzało mi się nie pamiętać całej imprezy, tego, co się działo na końcu. Siedziałem w samolocie i miałem taką rozmowę z moim przyjacielem, który mi mówił, co się działo wczoraj, że grałem w klubie z kimś i nawet nie pamiętam, że coś takiego miało miejsce, jedynie jakieś przebłyski. Przyszedł mi wtedy do głowy Bruce, który od stycznia walczył, przeszedł przez cholernie ciężkie leczenie, wrócił praktycznie z drugiej strony, przez pięć miesięcy walczył, a ja tu w tym wieku załatwiam się na własne życzenie piciem do spodu.

Mogę to dać do wywiadu?

Oczywiście! To jego choroba uzmysłowiła mi, jakim idiotą byłem. Od razu powiedziałem sobie „Dość!”.

Nawet małe winko?

Nic, zero! Po miesiącu budziłem się, jakbym wciąż miał kaca. Nie miałem z tego żadnego pożytku, ale pomyślałem sobie o trasie i przygotowaniach do trasy, jakie miały lada miesiąc nastąpić. Wiedziałem, że jak będę popijał to tego nie przejdę, już nie dam rady, więc przestałem na dobre. Niezależnie od tego, z racji wieku okres regeneracji trwa zdecydowanie dłużej. Dziś czuję się kiepsko po wczorajszym graniu, jakiś kaszel mi się przypałętał i pewnie będę chory…

To ja się odsunę może…

Normalnie trzeba się otrzepać i zagrać koncert, a czasami trafia się pięć z rzędu. Teraz muszę odpoczywać więcej. Śniadanie nagle okazało się bardzo ważne. Sen jest piekielnie istotny. Jeżeli czujesz, że chcesz się zdrzemnąć, zdrzemnij się. To nie jest kwestia starości, tylko organizm ci mówi, że tego potrzebuje, nawet 10 minut zupełnej odcinki. Dziś zagramy koncert, pakujemy się w samolot i do domu, odpoczywać, jutro pójdę jeszcze na mszę, a tak to będę leżał, mimo, że jestem dość aktywną osobą, ale wiem, że teraz to będzie potrzebne do szybszej regeneracji. Ten zespół jest aktywny cały czas, no, może ta przerwa na wyzdrowienie Bruce’a. Nie lubimy siedzieć na tyłku, tylko grać, takie jest nasze życie, tak to wygląda, cała nasza szóstka, jesteśmy rodziną. Wprowadzamy się w ten stan z premedytacją, robimy to dla siebie, a przy tym wciągamy w to te 20, 15, 5 tysięcy ludzi pod sceną. Nie zrozum mnie źle, bo bez publiczności nie bylibyśmy w stanie tego robić. Gramy dla ludzi, ale przede wszystkim nam to sprawia przyjemność.

Dlatego ludzie wam ufają. Jesteście prawdziwkami na scenie. Ludzi nie oszukasz, czują, czy grasz na siłę, czy szczerze.

Tak. Tak, absolutnie! To jest sprzężenie zwrotne, dostajesz od publiczności w odpowiedzi tę samą energię. Spójrz na mnie, co robię, gdy gram, robię głupie miny, bo drę ryja. Dawać! Hej! Ha! Zamiast nabijania w jednym miejscu w Sign Of The Cross zwyczajnie się wydzieram (śmiech). Ludzie czują, że mamy ubaw i przekłada się to na nich.

Siedzimy obok twojego zestawu rozgrzewkowego

A tak, zestaw do rozgrzania się przed koncertem. 10 minut przed wyjściem na scenę trochę sobie pohałasuję. To też jest konieczne z racji starzenia się. Wiesz, na tej trasie siedzę wyżej. W ogóle troszkę mam problem z plecami i zmieniłem też nieco uchwyt z racji problemu z ramieniem. Nie ma idealnego uchwytu, jednemu pasuje tak, innemu inaczej. Zmieniłem ustawienie bębnów z racji mojej pozycji przy zestawie. Zawsze siedziałem zwinięty, taki leniwy bębniarz, coś jak Buddy Rich… Oczywiście nie porównuję się do niego, ale moja pozycja była taka przygarbiona, co – wiadomo – przez lata zrodziło sporo problemów.

Taki żółwik.

Dokładnie. Dlatego wpadłem na pomysł, że tomy, które mam mocno przechylone pod kątem, co wpływa na moją pozycję, dać bardziej poziomo. I teraz nie mogę się już tak garbić, bo nie trafię w bęben, muszę się wyprostować, żeby nie obić obręczy! Niestety, mam problem, żeby uderzyć w tom 6”, więc musiałbym wstać, żeby w niego uderzyć, a to nie jest teraz takie proste.

I pewnie sobie bierzesz kanapki na drogę, jak masz zagrać przejście od 6”.

Ha ha ha, dobre! Skojarzył mi się ten zestaw 5-elementowy Buddy’ego Richa, gdzie ma floory 16” i 18”. Jak się przyjrzysz to 18” używał głównie jako półki na ręcznik. Rzadko kiedy uderzał w ten floor, jak go miał, no, chyba że mówimy o pojedynku ze Zwierzakiem z Muppetów, wtedy był tak ustawiony, że tłukł w 18” jak nigdy wcześniej i później. Ale wracając, pozycja za bębnami jest niezwykle ważna, pozwala na odpowiedni balans, wciąż siedzę nisko, ale teraz muszę być bardziej wyprostowany i nieco lepiej mnie widać.

No dzięki wielkie w imieniu fotografów!

O, to on, znowu się wychyla, uwaga (śmiech)! Widać mnie, wychylam się, bo lubimy razem ze sobą występować. Ludzie, publiczność, czynią te występy specjalnymi, zawsze. Zwracamy teraz jeszcze większą uwagę na brzmienie miejsca, w którym gramy. Mamy nowego inżyniera dźwięku, ponieważ przez lata nie było z tym najlepiej. Teraz przykładamy do tego większą wagę i miło, jak ktoś to zauważa. Mam wciąż ten sam strój bębnów, ten sam instrument, tę samą energię, tylko zmieniła się para uszu realizatora. Ludzie myślą, że to my coś zmienialiśmy, a to po prostu kwestia gościa, który słyszy. Widziałem film, gdzie podczas miksowania chłop tańczy! Jest w 100% w muzyce. Na scenie słyszymy to, co jest na scenie.

Niektórzy muzycy mówią, że brakuje im tego wspólnego trzymania i spotykania się po koncertach…

U nas to jest naturalne. Po prostu dorastasz i już nie jest to sex, drugs & rock’n’roll. Życie się zmienia. Po koncercie nie wychodzimy już nigdzie, kiedyś chodziliśmy do rockowych klubów, potrafiliśmy napić się piwka z zespołami, które były akurat w mieście. Teraz po koncercie prysznic i odpoczynek. W przypadku młodych muzyków może jest to kwestia braku kontaktu z właściwymi ludźmi. No sam nie wiem… Pamiętasz, co mówiłem o cykliczności? Pamiętaj też, że współczesne pokolenia dorastają totalnie inaczej od tego, w jaki sposób my dorastaliśmy, między nami jest różnica wieku. Masz media społecznościowe, inne źródła pozyskiwania informacji i przede wszystkim zmienił się sposób wychowania. To jest główna przyczyna moim zdaniem, jak dzieci uczone są manier przez rodziców. Jest to myślenie u młodych, że im się należy i że wszystko po kolei podaje się im na tacy. Muzycy młodszego pokolenia w dużej mierze mają takie poczucie, że nie muszą wkładać żadnego wysiłku w to, co robią i że wszystko samo się zrobi i będzie podsunięte pod nos, bo tak.

Tymczasem rusz tyłek, idź do knajpy podżemować, poszukaj innych muzyków itd. Nie mówię, że wszyscy tacy są, ale jest to widoczne. Oczekują efektów w tej chwili, bez poświęcenia czasu i włożenia wysiłku. Masz talent? To jak go chcesz rozwinąć, co chcesz z nim zrobić? Sam się nie rozwinie, a później masz pretensję do świata, że nie przyszło nic samo. A przecież są takie możliwości i środki do tego, by się rozwijać. Masz do dyspozycji sprzęt, jaki tylko chcesz, tańszy, droższy. Trzeba pracować na siebie i trzeba wychodzić z tym do ludzi. Nie wolno się zamykać i chować. Perkusiści tworzą wspaniałą wspólnotę, wystarczy spojrzeć na gitarzystów (śmiech). Jest Internet, z którego należy mądrze korzystać, zamiast poświęcać czas na jakieś głupoty, dzięki Internetowi możesz stworzyć sieć kontaktów, znajomych, zainteresowanych tym samym, co ty. Możesz się umówić na wspólne granie, nauczanie. Wszystko zmieniło się bardzo szybko i problem dotyczy tego, jak młode pokolenie jest wychowywane przez rodziców przy udziale social mediów.

Mamy na to jakiś środek?

Być we właściwym miejscu, we właściwym czasie, z właściwymi ludźmi, to się nie zmieniło do tej pory, inaczej skończysz grając kliniki, co jest ok, jeżeli masz z tego szansę wyżyć. Ja jednak wolę grać z prawdziwym basistą, trzema gitarzystami i sprytnym wokalistą. Taki jestem!

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: John McMurtrie
Serdeczne podziękowania dla Kelly Paiste oraz Thomasa Bartha Wielkie ukłony dla Mary oraz Eda z ekipy zespołu.