Eric Singer

Dodano: 24.04.2019

Nasze wywiady charakteryzują się tym, że często poruszamy w nich tematy daleko odchodzące od perkusji sensu stricto. Czasami jednak chcielibyśmy poznać odpowiedzi na to teoretycznie najbanalniejsze pytanie.

Gościł u nas już wielokrotnie. Perkusista charakteryzujący się niezwykłą dynamiką gry, precyzją i muzycznym wyczuciem. Znany głównie z KISS oraz zespołu Alice’a Coopera. Bębnił także oficjalnie w Black Sabbath, w zespole Briana Maya i Lity Ford. Jego niesamowicie pompujące partie słychać także na płytach rock-operowej Avantasii. Ten facet to firma, instytucja, profesjonalista pełną gębą, któremu Pearl robi sygnowane werble, a Zildjian dostarcza sygnowane pałki z grafiką na każdą okazję.

Wystąpił w Polsce dwukrotnie. Raz przyjechał do warszawskiej Stodoły z ekipą Briana Maya w 1998 roku, później akustycznie we Wrocławiu w 2011 ze swoimi kolegami z projektu ESP. Teraz ma zawitać do Polski w czerwcu – z KISS. Pierwszy raz w historii, na zakończenie kariery zespołu.

Większość fanów zna historię jego makijażu w KISS, jest to oryginalnie postać Petera Crissa, jednego z oryginalnych członków kapeli. Eric od kilkunastu lat zasuwa w jego makijażu i raczej wszyscy się już z tym pogodzili. Jego pierwsza wizyta w zespole miała miejsce w okresie bezmaskowym, gdzie zastąpił umierającego na raka Erica Carra. O tym wszystkim opowiadał wielokrotnie, często opisywał swój status i życie we współczesnym KISS. A jak wygląda to od tej bardzo prozaicznej strony?

Perkusista: Jaki był twój pierwszy zestaw perkusyjny?

Eric Singer: Moim pierwszym zestawem były bębny Dixie – jeden z tych szablonowych modeli. Fabryki Tama i Pearl produkowały bębny dla innych firm, takich, jak Sears, a potem krążyły po świecie pod różnymi nazwami – Dixie, Whitehall, Majestic. Tak czy inaczej, mój zestaw miał błyszczące, niebieskie wykończenie. Miałem zaledwie centralkę i werbel. Rok później mama kupiła mi dodatkowy rack tom. Zanieśliśmy centralę do sklepu muzycznego, żeby nawiercili dziury pod mocowanie tomu, co kosztowało nas 35 funtów.

Kto był twoim pierwszym perkusyjnym idolem?

Prawdopodobnie był to Buddy Rich. Gdy byłem jeszcze młody, tata zabrał mnie, żebym go zobaczył. Jeżeli ktokolwiek miał szansę doświadczyć jego grę na żywo, ten zrozumie, o czym mówię. Nie było takiej możliwości, żeby go zobaczyć i nie wyjść zbierając po drodze swoją szczękę z podłogi. Nie chodziło tylko o inspirację, to było także na swój sposób przerażające, że ktoś może być tak niesamowicie dobry. Myślę, że nigdy wcześniej i później nie było kogoś takiego, jak Buddy Rich.

Brałeś lekcje nauki gry czy uczyłeś się sam?

Mój pierwszy nauczyciel gry na perkusji był bardziej typem dyscyplinarnym, co może być onieśmielające, gdy jest się wrażliwym i delikatnym dzieckiem, a ja właśnie taki byłem. Mój drugi nauczyciel Buddy Kummel był bardziej rozrywkowy i miał zdecydowanie mniej onieśmielającą osobowość, sprawiał, że nauka była też zabawą. Uczył mnie kilka lat, aż w końcu, mój tata zdecydował, że powinienem dołączyć do jego zespołu, na co nauczyciel zareagował krótko: „Pewnie, chłopak jest gotowy.”

Bez jakiego elementu zestawu nie wyobrażasz sobie funkcjonować?

Zildjian Stick Wax. Jestem tak przyzwyczajony do używania tego wosku do pałek, że nie wiem, co bym zrobił bez niego. Dzięki niemu czuję komfort w czasie gry – mam pewniejszy uchwyt i nie muszę aż tak mocno ściskać podczas gry. Używanie wosku wpłynęło na sposób, w jaki gram – nie muszę chwytać pałek coraz mocniej z powodu pocących się dłoni – gram lepiej technicznie i jestem przy tym bardziej odprężony. Taka maleńka rzecz, a tak wiele zmienia – tak to jest w życiu.

Kolekcjonujesz sprzęty?

Tak, mam wiele vintage’owych zestawów. Powtarzam sobie, że zdaję sobie sprawę, że nie potrzebuję takich rzeczy. Większości i tak nigdy nie użyję, ponieważ jestem endorserem Pearla i mam wiele fajnych vintage’owych zestawów tej marki. Mam jednak dużo sprzętów innych firm, które kolekcjonuję. Potrafię zrobić z nich dobry użytek. Rozdałem wiele zestawów osobom, które nie mogą pozwolić sobie na taki zakup, a także kilku młodym, dobrze zapowiadającym się perkusistom. Czerpię wiele satysfakcji i radości z tego wszystkiego. Wszyscy moi znajomi doskonale wiedzą, że w każdej chwili mogą do mnie przyjść i pożyczyć sobie, co tylko chcą.

Jaki najgorszy koszmar przydarzył ci się na scenie?

Kilka razy się zraniłem. Pamiętam, jak przeciąłem sobie palec na krawędzi cowbella – na samym początku występu z Alicem Cooperem. To było w Richfield Coliseum w Cleveland, 1991. Naprawdę mocno rozciąłem ten palec, prawie do kości – krew była wszędzie, cały zestaw był zalany. Kiedy zeszliśmy ze sceny przed bisem, ktoś podszedł do Alice’a i powiedział: „Eric poważnie skaleczył dłoń”, na co Alice zareagował krótko: „Prawdziwa krew, super!”. Jak tylko skończyliśmy występ, zabrali mnie do szpitala. Założyli mi pięć szwów na palec, dalej mam tę bliznę.

Od kogo najbardziej chciałbyś dostać lekcję gry na perkusji?

Od Buddy Richa. Nie wiem, jakim nauczycielem czy kompanem do rozmów byłby Buddy, jeżeli chodzi o siedzenie z nim sam na sam. Ale marzyłbym o tym, by móc usiąść i patrzeć, kiedy on grałby na wprost mnie, a ja mógłbym powiedzieć: „Pokaż mi proszę, mechanikę tego, co tu robisz lewą ręką”.

Jaka jest twoja największa zaleta jako perkusisty?

Bycie dobrym słuchaczem, a poza tym jestem bardzo pomocnym perkusistą i członkiem zespołu. Innymi słowy jestem graczem zespołowym. Zawsze gram dla zespołu, dla kawałka, dla danej sytuacji. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, jaka jest twoja rola w konkretnej sytuacji – nie tylko muzycznie, ale również personalnie. Ważna jest dynamika zespołu, z którym współpracujesz lub artysty, dla którego pracujesz. Musisz być dobrym kumplem, z którym można przyjemnie i spokojnie spędzić czas, ważne by być jak kameleon i dostosowywać się do środowiska.

A największa słabość?

Chyba to, że nigdy nie nauczyłem się pisać tekstów piosenek. Jestem bardzo dobry w aranżowaniu pomysłów i wcielaniu ich w proces pisania. Jednak nie ma takich sytuacji, że przychodzę z pomysłem i mówię: „Oto nowa piosenka”. Uważam, że jest to coś, co powinienem był rozwinąć. To tylko i wyłącznie moja wina, powinienem nauczyć się grać na jakimś innym instrumencie tak, abym mógł wyrażać samego siebie w większym stopniu.

Z jakiego momentu w życiu jesteś najbardziej dumny?

Powiedziałbym, że gra z Brianem Mayem, ponieważ poza Jimim Hendrixem, Brian May jest moim ulubionym gitarzystą, a Queen to mój ulubiony zespół. Byli jak The Beatles na sterydach. Wszyscy pisali, wszyscy śpiewali, wszyscy byli wspaniałymi muzykami i mają jedyne w swoim rodzaju brzmienie. Gra Briana jest bardzo indywidualna, on ma swoje unikatowe brzmienie, co jest niesamowicie trudne do osiągnięcia. Byli niewiarygodnie utalentowaną grupą i mieli między sobą niesamowitą chemię, więc granie z Brianem kawałków Queen jest dla mnie czymś wyjątkowym.

Pamiętasz pierwszą piosenkę, jakiej nauczyłeś się grać?

Naturalnie, to było w szóstej klasie i o ile mnie pamięć nie myli, miałem jakieś 12 lat, a kawałek, który zagrałem to „Fire” Jimiego Hendrixa.

Co będzie po trasie End Of The Road?

Swoją przygodę z perkusją zacząłem grając amerykańskie standardy w zespole mojego ojca, graliśmy w wielu country klubach i dla bogatych ludzi. Zawsze były to klasyki piosenki amerykańskiej – Cole Porter, Gershwin – wychowałem się na tej muzyce. Wiesz, nie zdziwiłbym się, gdyby moje życie zatoczyło koło i wróciłbym do swoich korzeni. Szczerze mówiąc, z chęcią wróciłbym do cztero-częściowego zestawu, na jakim grałem w przeszłości, żeby grać po prostu dla muzyki i kawałków, na których się wychowałem.

Materiał przygotowali: Salemia, Artur Baran i David West