Brann Dailor

Dodano: 25.07.2019

Ciężko nie lubić tego perkusisty. Pracowity, poukładany, świadomy, ale jednocześnie ekspresyjny, oryginalny, pełen energii. To wszystko okraszone świetnym warsztatem perkusyjnym, który niewątpliwie jest wymagany w dość skomplikowanych, aczkolwiek bardzo melodyjnych kompozycjach ciężkiego Mastodon.

Brann niejednokrotnie podrzucał nam swoje pomysły, dotyczące niemal każdego aspektu życia perkusisty, od pracy na scenie po regenerację w trasie koncertowej. Gościł kilkukrotnie w naszym kraju i zjednał sobie sporą grupę fanów, jednak patrząc przez pryzmat tego, co reprezentuje, wciąż można zaliczać go do ekipy bębniarzy niedocenianych. Zna życie, bez wątpienia i to, co osiągnął, nie jest zasługą przypadku. Takich perkusistów lubimy. Perkusistów, którzy mogą mówić o sukcesie na bazie własnych doświadczeń. Rozmawiając z takim muzykiem można dostać sporego kopa motywującego, oczywiście pod warunkiem, że sami nie reagujemy alergicznie na hasło „praca” lub „poświęcenie”. Ale nawet, jeżeli nie podpalamy się do rozwoju swojej kariery, miło się słucha i czyta kogoś, kto ma do powiedzenia coś ciekawego i pouczającego jednocześnie.

Nie da się ukryć, że fani Mastodon oczekują niecierpliwie na kolejne produkcje i wizyty na koncertach, gdzie za zestawem kolorowej Tamy gra i śpiewa nasz gość.

Perkusista: Minęły już dwa lata od momentu wydania Emperor Of Sand. Jest jakaś nowa muzyka zespołu Mastodon na horyzoncie?

Brann Dailor: Tak właściwie to właśnie niedawno coś napisaliśmy i nagraliśmy. Ledwo wyszliśmy ze studia i polecieliśmy na trasę do Wielkiej Brytanii. Skończyliśmy nagrywanie bardzo zadowoleni z miksu i mastera, więc wygląda to obiecująco. Mieliśmy zamiar właśnie to wydać, ale... ta cholerna biurokracja jest wszędzie! Na tym kawałku śpiewa Scott Kelly. Najbardziej się cieszę z tego, że stworzyliśmy coś nowego, co świetnie brzmi i zrobiliśmy to w naszym studio, które niedawno skończyliśmy budować w piwnicy budynku do prób. Kilka lat temu kupiliśmy budynek, wspólnie jako zespół. Pierwszym krokiem było odpicowanie 10 lub 12 salek na głównym piętrze, potem przeszliśmy do piwnicy i tam również zrobiliśmy 10 salek. Następnie stworzyliśmy tam studio. Na koniec chcieliśmy go jakoś ochrzcić, więc poskładaliśmy wspólnie kilka riffów – nagraliśmy całość, żeby zobaczyć, jak to wychodzi. Jak brzmi nasz kącik dla bębnów? Czy to możliwe, żebyśmy mogli nagrać tam coś więcej niż demówkę?

W przeszłości mieliśmy kilka miejsc, gdzie pracowaliśmy nad materiałem, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie jest efekt końcowy, jaki chcemy wypuścić. Nie mógłbym tego postawić obok Crack The Skye i być z tego zadowolonym. Jednak teraz mamy to zmiksowane, po masterze i spokojnie mogę to przedstawić przeciwko jakiemukolwiek albumowi – pod względem dźwięku. Gość, który to miksował, był pod wrażeniem, jak te surowe tony miażdżyły system. Niesamowite, że prawdopodobnie nie będziemy musieli płacić tych horrendalnych kwot za studio i będziemy mogli zrobić to u siebie. To także otwiera przed nami wiele nowych możliwości. Kiedy wpadniemy na próbie na jakiś fajny riff, to możemy polecieć na dół i od razu go nagrać. Coś wspaniałego.

To świetna i rozwojowa szansa dla zespołu. Jest opcja, że zaczniecie w przyszłości wypuszczać pojedyncze kawałki zamiast całego albumu?

Nie mam pojęcia. Może zabrzmię jak umierający dinozaur, ale w sumie przywykliśmy do wypuszczania albumów w całości. Wydaje mi się, że jest sporo zespołów, które wypuszczają jeden kawałek i budują całą trasę wokół tego, ponieważ jedyną możliwością, aby w tym momencie utrzymać się jakoś na powierzchni jest nieustanna praca i pokazywanie się na scenie. To nic złego, wręcz przeciwnie. Lubię grać na żywo, ale to potrafi być fizycznie i emocjonalnie wycieńczające. Jest dużo pracy i jest się ciągle zmęczonym. Uwielbiam te półtorej godziny na scenie, ale w ciągu dnia jest mnóstwo czasu, który też jest wypełniony. Dużo zależy od tego, jaka jest atmosfera na backstage’u – albo jest świetnie, albo powoli wpadasz w depresję. Kiedy koncerty okazują się sukcesem, to zazwyczaj wszystko zmienia. Budzisz się rano, pijesz kawę, robisz swoje. Później jest ten moment przed... Siedzisz za sceną, przychodzi czas rozgrzewki, później występ, wszyscy szaleją. Sądzę, że ten właśnie moment jest tym, co trzyma nas z dala od naszych rodzin.

Wasz budynek ze studiem wydaje się być dosyć spory. Udostępniacie go także lokalnym zespołom?

Już jest zapełniony. Każda salka używana jest przez dwa lub trzy zespoły. Nie zarabiamy na tym żadnych pieniędzy w tym momencie, ale przynajmniej inni mogą znaleźć dla siebie kąt. Nie chcę używać wielkich słów typu „kryzys”, ale w Atlancie dwa główne ośrodki ćwiczeniowe zostały zamknięte w tym samym momencie, wyburzyli je, a na ich miejscu powstały apartamentowce. Nie rozumiem mieszkania w takim miejscu – płacisz jak za zboże, a nawet nie możesz puścić muzy na full.

W Atlancie jest mnóstwo zespołów, które nie mają się gdzie podziać i nie mogą nawet zacząć ćwiczyć, ponieważ brakuje takich miejsc jak nasze. Gdybyśmy nie mieli takiego miejsca do ćwiczeń, to sądzę, że Mastodon by nie istniał. Mieszkaliśmy w budynkach, w których nie dało się ćwiczyć. Słyszałem o zespołach, które ćwiczą w magazynach. Ludzie musieli kombinować, ale takie miejsce z salkami do prób jest po prostu niezbędne. Bynajmniej nasza miejscówka nie jest w stanie zapełnić tej pustki w całości, ale jest to krok w dobrym kierunku. My również potrzebowaliśmy takiego miejsca. Miejsca, które można nazwać domem i móc zostawić tam cały swój sprzęt. Mamy mnóstwo różnych rzeczy. Jesteśmy chomikami... Trzymamy najróżniejsze pamiątki. Każdy z gitarzystów ma mniej więcej 200 gitar...

Ty też musisz mieć mnóstwo zestawów?

Sporo ich jest. Tak w zasadzie to są porozrzucane po całej Atlancie. Mam dwa zestawy w swojej piwnicy, zestaw mojej żony i mój, ustawione na wprost siebie w naszym pokoju perkusyjnym. Mam też chyba ze trzy zestawy upchane w pokoju do gier – mam stare gry z lat 80. Galaga i Ms. Pac-Man. Bill ma małe studio u siebie w piwnicy, więc mam tam jeden z moich zestawów Randy’ego Rhoadsa. Mój pierwszy zestaw Rhoadsa jest w naszej salce, a w studio mam teraz zestaw chromowy. Mam też swój zestaw koncertowy (Don’t Fear The Reaper - ramka poniżej), który jest gotowy do drogi, spakowany w pudełka.

Mamy kontener, w którym wszytko trzymamy. Moje rzeczy są na samym końcu i są kompletnie zablokowane. Gdybym chciał wyciągnąć stamtąd choćby statyw na blaszkę, to musiałbym opróżnić cały kontener. Staram się mieć wszystkie podstawowe rzeczy zawsze pod ręką. Mam w piwnicy 4-częściowy zestaw, spakowany w pokrowce i gotowy do drogi, gdybym musiał zagrać z zespołem mojej żony, gdyby ich perkusista nie był w danym momencie dostępny – znam wszystkie kawałki. Kiedy gram w różnych projektach Brenta, to mam właśnie ten zestaw, któremu niestraszne są żadne warunki klubowe. Moje zestawy są wszędzie. Pod tym względem jestem mocno zabezpieczony.

„DON’T FEAR THE REAPER”

Brann wyjawia, co było inspiracją jego unikatowego zestawu z lat 70.



„Mam trzy zestawy perkusyjne pomalowane przez jednego gościa. Nazywa się Dirty Donny. Byliśmy na trasie z Metalliką i wtedy zobaczyłem basówki Roberta Trujillo. Wiedziałem, że ktokolwiek je malował, musi też malować vany i zbiorniki motocyklowe z lat 70. Robert umówił mnie z Donnym, który okazał się fanem zespołu. Stworzyliśmy zestaw, który wygląda jak jeden wielki podświetlany w ultrafiolecie plakat z lat 70. Jest kobra z wielkim łbem, kraken na chopperze, jest też czarodziej z hydrą. Na tomie mam ponurego żniwiarza, którego nikt nie jest w stanie dostrzec, tylko ja. Chciałem mieć go po prostu na oku. To nie są okleiny, wszystko jest ręcznie malowane. To wszystko reaguje na ultrafiolet, mamy te światła dookoła podestu. Na środku centrali, na naciągu jest wielkie oko, które namalował mój kumpel Skinner. Ono też reaguje na ultrafiolet. Staram się być innowacyjny z moimi zestawami, chcę, by były jedyne w swoim rodzaju".



 

Patrząc wstecz, twoje bębny przechodziły różne metamorfozy, jeżeli chodzi o wykończenie, ale konfiguracja jest w zasadzie taka sama. Eksperymentowanie z aspektem wizualnym jest twoim sposobem na odświeżanie wizerunku?

Tak sądzę. Z jakiegoś powodu nic nie zmieniam w konfiguracji bębnów, tak jest mi wygodnie. Wszystko, co pisałem i nagrywałem, robiłem na takim ustawieniu, więc wiem, gdzie co jest. Można mi zawiązać oczy, a ja i tak trafię, gdzie trzeba. Chyba boję się zmian w tym aspekcie.

Tama jest niesamowitą firmą. Są dla mnie wspaniali i zawsze dopytują, czy nie potrzebuję kolejnego zestawu. Mam mnóstwo pomysłów na linię bębnów dla dzieci. Zawsze jestem podekscytowany, gdy dostaję nowy zestaw, bo mogę znowu wymyślić jakiś zwariowany wzór do malowania. Wygląda, że jestem bardziej artystycznie nastawiony, a już nie tak bardzo perkusyjnie. We wszystkim doszukuję się estetyki i to mnie cieszy.

Masz miejsce do nagrywania bębnów w swoim domu?

W tym momencie nie, ale jestem w połowie drogi. Postanowiłem wydać trochę pieniędzy na auto zamiast na salkę do nagrywania. Mam głupiego, niesamowitego Cadillaca. To Coupe De Ville z lat 70. To samochód na niedzielną zabawę. Zabieram żonę na żeberka i pieczone ziemniaki. To pokazówa. Jest praktycznie pomalowany jak moje bębny i kosztował mnie zdecydowanie za dużo pieniędzy. Można się ze mnie nabijać, ale każdy rocker musi mieć swoje autko-cacuszko, prawda? To taki niepisany wymóg.

Mastodon istnieje już prawie 20 lat i ma na swoim koncie siedem albumów. Uważasz, że twój styl gry ewoluował przez ten czas, coś jest teraz łatwiejsze lub trudniejsze do zagrania?

Myślę, że chyba było łatwiej zrobić te pierwsze rzeczy. Ciężko tak naprawdę powiedzieć. Wydaje mi się, że teraz gram to dobrze. Chyba nauczyłem się lepiej trzymać tempo. Ugruntowałem się, nawet ze starym materiałem. Kiedy występowaliśmy na żywo, grałem bardzo szybko. Kiedy słucham starych nagrań, to włos mi się jeży na głowie... To naprawdę było bardzo szybko grane!

Kiedy coś nagrywamy, decydujemy, jaką szybkość przyjąć, aby otrzymać pożądany efekt. Czasem, gdy grasz coś za szybko, możesz coś stracić. Zawsze chciałem być świadomy tego, co gram, ale dopiero od jakichś pięciu lat jestem tak naprawdę świadomy i jestem w stanie pokazać to na scenie. Grając na żywo ma się to wrażenie, że jest zbyt wolno, mimo, że wcale tak nie jest.

Czy to przez energię, która bije od tłumu widzów – te pozytywne wibracje?

Tak, myślę, że to takie podekscytowanie sytuacją. Mamy tendencję coś ponaglać, kiedy adrenalina pulsuje w żyłach. W głowie siedzi mały głosik, który podpowiada, że grasz zbyt wolno. Przyspieszasz do momentu, aż czujesz, że jest dobrze i komfortowo, ale gdy później tego odsłuchasz, będziesz wiedział, że przegiąłeś!

Na scenie grasz z klikiem, aby ujarzmić tę bestię?

W kilku piosenkach używam klika, ponieważ są w nich wstawki klawiszy, które chcieliśmy zachować również grając na żywo. To jest możliwe tylko z klikiem i wyzwalamy je wtedy, gdy są potrzebne. Nie robimy żadnych ścieżek wokali, gitar czy czegokolwiek innego. To by było dla nas przegięcie. My chcemy, żeby nasz zły wokal był prawdziwy, ha ha! Tak w zasadzie, to uważam, że i tak się poprawiliśmy i mogę spokojnie powiedzieć, że lepiej nigdy nie było.

Czemu to zawdzięczasz?

Ciężkiej pracy i poświęceniu. Cały czas ćwiczę i staram się prowadzić jak najzdrowszy tryb życia, gdy jestem w trasie. Przez ostatnie lata brałem lekcje śpiewu, uczyłem się, jak odpowiednio się rozgrzewać i co robić po zejściu ze sceny. Naprawdę, odpowiednie i uczciwe podejście do tego tematu jest tak samo istotnym instrumentem. Każdy z nas w zespole niechętnie podchodzi do tematu śpiewania i – jak tylko się da – staramy się to zrzucić na kogoś innego. Taka dodatkowa presja na żywo jest niepotrzebna. To dodatkowa rzecz, którą trzeba ogarnąć na scenie, szczególnie kłopotliwe, gdy gra się na bębnach...

Kiedy zaczynaliśmy, mieliśmy wokalistę – gościa, który wydzierał się do mikrofonu i tarzał po ziemi. Dwa tygodnie przed naszą pierwszą trasą odszedł. Brent i Troy wyszli wtedy z założenia, że wystarczy drzeć ryj do mikrofonu i to wszystko, nieważne, co będziesz wrzeszczał. Troszkę to u nas ewoluowało od tamtego momentu. Mój styl gry ewoluował, ale tak samo reszta zespołu. Kiedy kawałki są prostsze, struktury riffów – staram się zaufać instynktowi i gram to, co wydaje mi się najlepsze dla danej piosenki. Jeżeli coś jest bardziej złożone to staram się tego trzymać. Wydaje mi się, że w tej materii wiele się nie zmieniło. Już tak nie pędzę za bębnami, ponieważ muzyka się uspokoiła w pewnym momencie. Jestem tym samym gościem i perkusistą, nauczyłem się po prostu, że dla dobra muzyki musi być przestrzeń i czas na oddech.

Od momentu powstania zespołu zrobiłeś coś konkretnego, aby rozwijać swoje granie – może brałeś jakieś lekcje?

Jestem samoukiem. Nie mam pojęcia, co robię, ale mogę spokojnie iść do piwnicy i nad czymś popracować. Wybieram piosenki, których chcę się nauczyć. Na zasadzie „powinienem wiedzieć, jak zagrać „Stairway To Heaven”...” albo cokolwiek innego. Tak się dzieje w rzadkich momentach, gdy jesteśmy pomiędzy pisaniem albumu a trasą i kiedy nie muszę przygotowywać się do trasy, co obecnie zajmuje mi trochę więcej czasu niż kiedyś. Z przykrością to stwierdzam, staram się nie wylądować na dole – jak ja to nazywam – „perkusyjnej góry”. Nigdy nie chciałbym się tam znaleźć.

Wracam do domu i trzymam się swojej rutyny ćwiczeniowej – przez pięć dni w tygodniu gram od 1,5 do 3 godzin. Czasami biorę sobie dwugodzinną setlistę i gram całość jak leci. W rzadkich przypadkach nie muszę tego robić, wykonuję po prostu niezależne ćwiczenia, gram polirytmię, rytmy Afro-Cuban albo „O, może nauczę się jakiejś zagrywki Elvina Jonesa.”. Teraz, przy pomocy YouTube, można znaleźć tych niesamowitych pałkerów, udzielających lekcji za darmo, online, więc czasem uczę się w ten sposób.

Czyli nigdy nie odczuwałeś potrzeby, żeby znaleźć sobie nauczyciela?

Kiedy byłem mały, miałem jakieś sześć czy siedem lat, to miałem jedną lekcję. Byłem chyba trochę za mały i strasznie się wtedy wynudziłem. Nauczyciel miał pad do ćwiczeń i pulpit z nutami – przez godzinę było tylko „prawa, lewa, prawa, lewa”. Miałem już wtedy swój zestaw i świetnie się bawiłem, waląc niemiłosiernie w zestaw mojego wujka – Rogersa z 68. Był zdezelowany, z dwoma cegłami po obu stronach centralki, werbel nie miał dolnego naciągu, hi-hat bez maszynki... Na nim uczyłem się grać. Za mną stał odtwarzacz, więc włączałem sobie Deep Purple, Rainbow, Nazareth, trochę Judas Priest i inne dobre rzeczy. Byłem wtedy we własnym, maleńkim świecie. Mogłem tak spędzać czas godzinami. Nigdy nie siedziałem długo nad grami video czy czymś takim. Po prostu chciałem grać na swoich bębnach... cały czas! Kiedy wracam do domu po trasie, to mam taką szczerą chęć, aby usiąść znowu za zestawem.

Czyli nadal kręci cię to w takim stopniu jak kiedyś?

Jasne. Kiedy nie gram na bębnach, to o nich myślę – rytmy pętają mi się po głowie. Gdybym odstawił bębny na dłużej, dostałbym depresji. Chyba są mi niezbędne do życia. To jak lek stabilizujący nastrój. Mam z żoną taką miejscówkę na Florydzie, zaraz koło plaży. Jest fajnie, przyjeżdżamy tam na jakieś dwa tygodnie. Brzmi cudownie, ale z tyłu głowy wiem, że to za długo, ponieważ nie wytrzymam dwóch tygodni bez bębnienia. Mam pad do ćwiczeń, ale to ma się nijak do całej perkusji.

Daję radę jakoś przeżyć te dwa tygodnie, ale to sprawia, że spadam na niższy poziom. Nie przeszkadza mi to zbytnio, ale nie chcę się znaleźć na dole „perkusyjnej góry” pod względem wykonawczym. Po dwóch tygodniach bez perkusji, zacznę popełniać jakieś małe, dziwne błędy. Czasami się przepracowuję i czuję się wykończony. Nasz set ma 1:40 i prawie zero mówienia. Praktycznie non-stop bębny. Bardzo ciężko pracuję. Muszę się nauczyć, jak to opanować. Wychodzimy na scenę, zaczynamy i jestem całkowicie tym pochłonięty. Pamiętam, jak mój kumpel Dave Elitch mówił: „Szczerze mówiąc, jesteś niesamowitym perkusistą, ale za ciężko pracujesz”. Nie potrafię odliczać i relaksować się.

Czujesz się nadal fizycznie zdolny do tego, co robisz? Jesteś pewien, że uda ci się utrzymać taką formę jeszcze przez lata?

Pewnie, że tak. Czuję się wypruty po koncercie, ale żyję i dobrze się czuję. Zeszłego lata przeprowadzili mi badania, przyczepili mi do ręki licznik kalorii i sprawdzali, jak to wygląda podczas grania całego setu. Spaliłem jakieś 900 kalorii, jakbym był na jakimś szalonym biegu przez 7-8 mil. Dlatego mogę zjeść pizzę, cheeseburgera, wypić kilka piwek i jest w porządku!

 

Twoja gra jest kluczowym elementem zespołu i jesteś również głównym tekściarzem. Masz wiele na swojej głowie jako kręgosłup zespołu?

Nie wydaje mi się. Ja pomagam. Mam pomysły i się nimi dzielę. Nie identyfikuję się z powiedzeniem: „Co jest ostatnim, co powiedział perkusista, zanim został wyrzucony z zespołu… Mam pomysł na piosenkę.”. Od zawsze, jak byłem nastolatkiem i grałem w zespołach, to przynosiłem własne riffy. Jestem muzykiem... Muzykalny ze mnie gość i mam pomysły.

Zawsze wychodziło ci to naturalnie?

Tak, zawsze. Przedstawiam swoje pomysły, ale nie ma przymusu, żeby je wykorzystać. Im więcej, tym weselej i wydaje mi się, że to dobrze wpływa na współpracę całego zespołu. Każdy może przedstawić swój pomysł. Żeby skończyć album, każdy z nas musi się do tego przyłożyć i dać coś od siebie. Żaden z nas nie chce robić tego sam, gdzie w tym frajda? Razem jako zespół – w dosłownym znaczeniu tego słowa – jest bardziej interesująco, aby pomysły każdego znalazły się w piosence, bo to sprawia, że jest to nasze, wspólne. Ja staram się wychodzić z jak największą liczbą pomysłów, dla dobra ogółu.

Jakie jest twoje podejście do pisania? Zaczynasz na zestawie czy gitara lub klawisze mają pierwszeństwo?

Zazwyczaj gitara. Ja tylko niezdarnie się staram, bo nie jestem dobrym gitarzystą. Za to czuję rytm, więc zajmuję się tą częścią. Inną metodą jest mruczenie do dyktafonu. Na telefonie mam chyba wymruczanych 300 różnych riffów. Biorę taki lepszy riff i dobieram do niego inny, który się wpasowuje. Do takich kawałków, jak „Blood And Thunder”, „Iron Tusk” czy „Ancient Kingdom”, miałem trzy riffy, potem Bill siadał nad nimi i dodawał kolejne od siebie. Kilka dni później mieliśmy gotową piosenkę. Tak samo jest z kawałkiem, który właśnie napisaliśmy. Ustawiliśmy się w studio i przyniosłem dwa riffy, które fajnie ze sobą grały. Miałem jeszcze jeden na zakończenie, więc potrzebowaliśmy czegoś na bridge. Czasem tak się zdarza.

Mastodon ma już mocno ugruntowane brzmienie i styl. Odnosisz wrażenie, że teraz partie bębnów przychodzą ci z większą łatwością?

W sumie tak. Lubię nad tym posiedzieć jakiś czas i sprawdzam, czy wpadnę na coś bardziej interesującego. Później czasami kończę na tym, że to, co wymyśliłem na początku, było najlepszą opcją, najprostsze podejście. To zależy. Bywa tak, że coś przychodzi ci do głowy w mgnieniu oka, a innym razem trzeba troszkę pobłądzić, zanim się wpadnie na coś odpowiedniego. Staram się poświęcać temu wiele czasu. Nie chcę czegoś nagrać jak najszybciej, a później psioczyć na samego siebie, że mogłem jeszcze trochę nad tym posiedzieć.

Rozpoznasz motyw przewodni zaraz po napisaniu, czy potrzeba czasu, aby go odkryć?

W zasadzie wiadomo od razu. Jest taki magiczny moment. Jest coś takiego, kiedy siedzimy w salce, dżemujemy i nagle wszyscy wiedzą, że to jest to, czego potrzebujemy, kiedy wszyscy się zacięliśmy i włosy na karku stają dęba. To jest wyjątkowe doznanie – jak różdżka wodna, pokazująca odpowiedni kierunek do źródła.

Niektóre wasze aranżacje są mocno złożone. Na jakim etapie są utwory, kiedy wchodzicie do studia, zostawiacie miejsce na poprawki?

Zazwyczaj są już prawie gotowe, zostawiamy sporo miejsca na wokale. Ostatnie nagranie było dobrze przemyślane, ale są te dodatkowe miejsca... Takie, które nie są jeszcze całkowicie dookreślone i zastanawiamy się, czy wstawić tam sekcję, czy coś zaśpiewać i kto ma to zrobić... Słuchamy tego i momentami może się wydawać, że jest jakoś pusto, albo, że to może fajnie zabrzmieć bez wokali. Mamy tendencję do śpiewania w każdym momencie, podczas gdy w przeszłości, gdy było dużo więcej krzyków, było też dużo więcej przerw muzycznych. Czasem wracamy do Remission, słuchamy i nagle mnie trafia: „Łał, w tej piosence nie ma wokalu do trzech czwartych długości piosenki, a potem są, ale i tak rzadkie. To takie dziwne.”. W tym momencie czuję się z tym wręcz niekomfortowo.

Myślisz, że element wokalu rozwinął się w waszej muzyce ze względu na nowo odkrytą pewność siebie?

Wydaje mi się, że teraz szukamy melodii wokali, a nasza muzyka odzwierciedla rodzaj muzyki, jakiej tak naprawdę słuchamy – czyste wokale, klasyczny rock i muzyka progresywna.

Śpiewanie i granie na bębnach, to nie lada wyczyn, szczególnie przy twoich zwariowanych aranżacjach. Pisząc partie wokalne musisz się dobrze zastanowić, co w danym momencie będziesz wyprawiał za bębnami?

Pewnie, muszę to dobrze przemyśleć. W chwili, gdy zdecydujemy, że będę w tej części piosenki wokalnie, to muszę trochę wyluzować z bębnami. Zazwyczaj, kiedy śpiewam, to jest to łatwiejszy moment w piosence. Trochę mi się poszczęściło. „Aunt Lisa” [na Once More ’Round The Sun] jest trudna. Są takie momenty, kiedy nie jestem pewien, czy uda mi się to zrobić, nigdy nie graliśmy ich na żywo i to pewnie moja wina.

Gdy już napiszecie partie wokalne, dużo czasu spędzasz pracując nad nimi z bębnami?

Tak, żeby chociaż na próbach jakoś się to wszystko prezentowało. Siedzę nad tym całymi godzinami. Była kiedyś taka dziwaczna piosenka, gdzie musiałem wyjść do chłopaków i powiedzieć, że nie ma szans, żebym to ogarnął i musimy wybrać coś innego, albo będę potrzebował dużo więcej czasu...

Płyty Leviathan, Blood Mountain i Emperor Of Sand mają wyrazistą tematykę. Czym się kierowaliście? Łapiecie temat i kierujecie proces twórczy w konkretną stronę?

Tak to u mnie wygląda. Niemalże widzę riffy jak w kalejdoskopie. Słyszę jakiś riff, a on jakby przywołuje pewien rodzaj wizji w mojej głowie, jakbym oglądał film. To jest punkt wyjścia do całej historii, jakakolwiek by ona nie była. W przypadku ostatniego nagrania była to pustynia. Rozpocząłem jak każdy autor, od zarysu. Potem ustalam, o co chodzi, kto jest bohaterem, co się dzieje w tym świecie i co się wydarzyło. Zaczynam układać moją historię, by była gotowa do podzielenia się z resztą chłopaków i sprawdzam, czy im się to podoba. Tak wygląda to z mojej strony. Następnie wstaję wcześnie rano. Kot, pies i wszyscy w domu wciąż śpią, zaparzam sobie kawę, siadam jeszcze w bieliźnie do roboty. Musisz poświęcić na to trochę czasu.

Uważam, że to super fajna sprawa, jak ludzie się w to później wciągają. Wiem to po sobie na przykładzie Kinga Diamonda. Możesz sobie sam rozwijać historię. Nie jesteśmy dosłowni w naszych opowieściach. Masz nadrzędny temat, a następnie mówię chłopakom, że mogą tworzyć na tej bazie, co chcą. Nie chcę nikogo przykuwać do tematu. Zazwyczaj piszą rzeczy, które mają sens i mieszczą się w tej konstrukcji. Genesis The Lamb Lies Down On Broadway i King Diamond Them to moje dwie ulubione płyty ze względu na koncept. To nie jest tylko zbiór luźnych piosenek, które nie są ze sobą w żaden sposób powiązane.

Poza tymi zespołami, czy jest coś jeszcze, co inspiruje cię do pisania? Czytałeś i pisałeś jakieś opowiadania fantasy w szkole?

Nie bardzo. Czytałem, ale nie uważam się za pisarza w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa. Starałem się jak tylko mogłem, żeby moje teksty nie były żałosne. Staram się czytać je na głos mojej żonie – bez śpiewania. Wtedy się okazuje, czy są one dobre czy nie, albo przynajmniej czy jakoś ujdą w tłumie. Jeżeli jesteś w stanie przeczytać komuś swój tekst z kamienną twarzą... Gdybyśmy przekopali moje teksty, jestem pewny, że znalazłbym coś, gdzie powiedziałbym: „Żałuję, że tego nie wycięliśmy”. Kiedy kończę pracować nad partiami bębnów, zabieram się za pisanie słów, bo przecież same się nie napiszą, a wiem, że raczej nikt inny nie będzie się do tego rwał.

Czyli zazwyczaj teksty powstają już w studio?

Nie wszystkie, ale faktycznie większość. Jest to po prostu coś, co trzeba zrobić. Czasem tego nienawidzę, to najmniej przyjemne zadanie ze wszystkich. Jest świetnie, jak już się to poskłada w całość, ale proces tworzenia tej części jest dla mnie najtrudniejszy. Nie chcę się zbłaźnić, a nie mam dużej pewności siebie, jeżeli chodzi o ten aspekt.

Nadal się tak czujesz, pomimo sukcesu, jaki odnieśliście?

Po prostu jestem tego świadomy.

Masz bogate doświadczenie w nagrywaniu. Co twoim zdaniem składa się na dobrze brzmiące bębny w studio?

Zazwyczaj brzmienie bębnów mam już w głowie, taki punkt odniesienia. Piosenka Heart Barracuda to jest to, co miałem na myśli przy okazji ostatniej płyty. Chyba dobrze jest mieć jakieś wyobrażenie tego, co chciałoby się usłyszeć. Podobnie Genesis z płytą Duke z racji tych krzykliwych tomów. Chciałbym, żeby to brzmiało jak nowoczesna wersja. Zazwyczaj to producent i inżynier się tym zajmują. Staramy się wybierać gości, którzy nie są koniecznie z metalowej półki, a raczej z rockowej, ponieważ wolę takie właśnie brzmienia. Widzę się bardziej w ekipie metalowych bębniarzy od strony hard rockowego Billego Warda, aniżeli stricte metalowego Vinniego Paula. Dwóch wspaniałych muzyków, ale słyszę więcej siebie w tym okresie, gdy metal się dopiero rodził. Dla ludzi, którzy to wtedy grali, metal jako taki przecież jeszcze nie istniał. Znali jazz i starali się rywalizować z tymi nowymi, wielkimi paczkami Marshalli. Tak bym opisał swoją wrażliwość perkusyjną.

Crack The Skye to pierwszy album, który nagrywałeś z klikiem. Trochę się tym martwiłeś, ale szybko się z tym uporałeś. Czy od tego czasu nagrywałeś coś znowu w ten sposób?

W sumie to tak. Lubię to. Stary, niezawodny sposób. Czasami go wyciszam, ale bywa z nami cały czas. Nie byłem pewny, czy to nie pozbawia grania emocji. Tego się właśnie obawiałem na początku. Człowiek w naturalny sposób przyspiesza i zwalnia z różnych powodów, ze względu na czucie piosenki. Teraz wiem, że to wszystko nadal jest obecne i na swoim miejscu, mimo tego, że jest się ograniczonym przez ramy klika.

Poza samą muzyką Mastodon jest znany ze swoich ciekawych teledysków i niezwykłych wizualizacji. Czy wasza wytwórnia płytowa daje wam dużo wolnej ręki w tym temacie?

Wspierają nas i w sumie nie gadają z nami o tym. Opowiadamy im o naszych dziwacznych pomysłach, a oni przytakują i mówią, że to jest fajne. Pozwalają nam robić to, na co mamy ochotę. Myślę, że rozumieją to, że sami kierujemy naszą artystyczną ścieżką, dzięki czemu mają jedną rzecz mniej do zmartwień. Pewnie mają u siebie zespoły, które potrzebują formy i kształtu. My od zawsze mieliśmy mnóstwo wyobraźni i pomysłów, co robić w tym temacie, więc oni po prostu czekają na to, z czym do nich przyjdziemy. Ufają nam, bo to, co robimy, działa – ta mieszanka naprawdę ciężkiej, poważnej materii, zabawy, surowości i jest też ta sarkastyczna strona i one jakoś ze sobą działają.

PRZEJŚCIE NA DZIKĄ STRONĘ MOCY



Fani Gry o Tron – Brann, Brent i Bill zostali zaproszeni do pojawienia się jako Dzicy w piątym i siódmym sezonie serialu. Brann opowiada o swoim przeraźliwym zgonie na ekranie:


„Zakochałem się w tym serialu od pierwszego odcinka, kiedy zobaczyłem Eddiego z Iron Maiden na ekranie (pierwszy Biały Wędrowiec, jaki się ukazał w serialu, przypomina maskotkę Iron Maiden)! Pomyślałem, że ktoś z ekipy pracującej nad tym serialem musi być fanem metalu, ponieważ to przecież był Eddie! Naturalnie poznaliśmy Dana Weissa (twórca GoT) na Sonisphere, skontaktował się z nami. Powiedzieliśmy, że zaczynamy trasę od Belfastu (miejsce kręcenia GoT) i przylecimy specjalnie dzień wcześniej. Wtedy powiedział, że to świetna opcja i że wkręci nas jako Dzikich do epickiej sceny walki. Nieźle mnie poturbowali. Zostałem dźgnięty w brzuch, a moje gardło zostało poderżnięte kilka razy. Pamiętam, jak leżałem tam w błocie, a koło mnie przeszedł Biały Wędrowiec. Spojrzałem na niego i pomyślałem: „Szlag! To jest czad!”. To był super epicki moment, kiedy wskrzesił armię. Jedna z lepszych scen z całej serii, a my tam byliśmy!”

 

Materiał przygotowali: Salemia, Chris Burnes, Artur Baran
Zdjęcia: Joby Sessions