Maciek Gołyźniak w studio

Dodano: 22.11.2016

Wiesz, będę nagrywał ciekawą sesję… - powiedział przez telefon Maciek Gołyźniak. I tak od słowa do słowa doszliśmy w redakcji do wniosku, że nie ma mowy, by zostawić ten temat jedynie falom radiowym i koniecznie trzeba się podzielić z czytelnikami całym przedsięwzięciem. Dlaczego? Kończąc niniejszą relację każdy z was będzie znał odpowiedź.

Rozmowa z Maćkiem Gołyźniakiem na temat muzyki to jak próbowanie po kawałeczku wykwintnych potraw. Smakujesz, wybierasz, podkręcasz się i wreszcie chcesz się po prostu nawpieprzać do syta! Maciej tak właśnie opowiada o muzyce, maluje słowami dźwięki, tworzy dramaturgię, a słuchacz pozostaje ze ssącym głodem i potrzebą odsłuchania materiału własnymi uszami lub dręczącą wręcz potrzebą gry. Co ciekawe, nie dotyczy to samej warstwy brzmieniowej, ale także okoliczności i wykorzystanego sprzętu od bębnów po mikrofony.

Niniejszy materiał jest właśnie takim delektowaniem się sesją nagraniową. Sesją trzech świetnych muzyków, którzy w obecnym sztucznym środowisku, lansowanym przez bzdury Internetu, wyglądają, jakby zerwali się z innej planety. Z drugiej strony szczególnie młodzi i niedoświadczeni czytelnicy powinni potraktować opis tej sesji jako materiał szkoleniowy, zaleca się więc zwiększoną uwagę. Przejdźmy do sedna…

Pomysł


"Sesja z Maćkiem i Mariuszem to tak naprawdę naturalna konsekwencja mojej miłości do nagrywania, pracy z dźwiękiem oraz niezrealizowanych pomysłów z kilku ostatnich lat" - mówi w typowym dla siebie tonie pełnym artystycznego patosu. "Od jakiegoś już czasu aranżowałem studio w przestrzeni własnej sali prób z myślą o nagrywaniu bębnów. Zbierałem mikrofony, urządzenia i po prostu zacząłem nagrywać. Rejestrowałem wiele pomysłów, ale nie wszystkie zostały gdzieś użyte." Rzecz normalna dla muzyka tego kalibru, jednak chęć artystycznego "zwymiotowania" wzięła górę. Na szczęście. "Pewnego razu, w rozmowie, Maciek Meller, z którym od wielu lat się przyjaźnię, zaproponował, żebym podesłał mu kilka rzeczy, które nagrałem. Ponieważ miałem kilkanaście właściwie całych, poaranżowanych form, takich z regularnymi zwrotkami, refrenami i codami na bębnach, ale bez choćby zarysu harmonii czy melodii, wysłałem je. Maciej był akurat krótko po decyzji rozstania ze swoim Quidam. Wpakował mnóstwo dobrej energii w pierwsze pomysły i odesłał mi gitary w formie riffów i partii solowych." Brzmi to wszystko niezwykle naturalnie i żeby nie powiedzieć - zwyczajnie. Jakie wrażenia? "Ni stąd, ni zowąd zaczęła się muzyka. Na początku "docieraliśmy" się w kwestii kierunku, w którym miałyby zmierzać kompozycje. Z czasem stało się jasne, że kłaniamy się coraz niżej naszym młodzieńczym fascynacjom."

Brakowało jednak kogoś… "Kiedy zamknęliśmy kilkanaście kompozycji, padło pytanie: kto na bas?. Temat się ślimaczył, każdy z nas miał swoje obowiązki, kończyłem płytę z Sorry Boys, koncertowaliśmy sporo z Moniką (Brodką), wykluwały się nowe rzeczy, sporo nagrywałem sesyjnie, dlatego też ciężar zarządzania spadł na Maćka. To Maciej zaproponował, żebyśmy spróbowali zaprosić Mariusza Dudę. Znali się od lat oraz z solowego projektu Lunatic Soul. Początkowo wyglądało na to, że przy zajętości z Riverside i solowym projekcie, Mariusz zwyczajnie nie będzie miał czasu. Wysłaliśmy gotowe numery i stanęło na gościnnym udziale, na jednym, dwóch numerach. Przystaliśmy na to." - opowiada Maciej, kończąc zdanie lekko podniesionym głosem, co znamionuje, jak sprawy potoczyły się dalej.

"Ponieważ wciąż nie spotkaliśmy się osobiście, a wszystko robione było korespondencyjnie, czas płynął swobodnie i w zasadzie nikt z nas nie miał ciśnienia, toteż decyzja Mariusza, żeby zrobić razem EPkę, a po kilku kolejnych rozmowach i otrzymanych kompozycjach nagrać album, wyszła naturalnie, bez zbędnych ciśnień, szczerze i z potrzeby tworzenia. Wyszła też od niego samego, co cieszyło nas o tyle, że z założenia nie chcieliśmy "ciśnieniować", przymuszać tak siebie samych, jak i Mariusza, czy kogokolwiek do współpracy. W tamtym czasie nie kłanialiśmy się ani zegarom, ani kalendarzom. Chcieliśmy mieć jedynie radość tworzenia. Mogliśmy sobie pozwolić na ten luksus, mając inne rzeczy do robienia. Maciej wziął na siebie ciężar organizacji i stał się naturalnie buforem i katalizatorem dla tego projektu. Taki stan utrzymywał się przez jakieś półtora roku."

Musiał w końcu przyjść ten moment, żeby zebrać wszystkie pomysły do kupy… "Kiedy zaczęła się tlić myśl o nagraniu tego, co powstało w domenie cyfrowej w studio, Maciej zadzwonił z informacją, że naszym graniem interesuje się pewien duży gracz i kultowa postać na rodzimym rynku progresu. Kiedy zaproponował nam wydanie materiału, którego nawet wcześniej nie słyszał, uznaliśmy to za dobry omen." Muzycy takiego formatu nie pozostawiają spraw przypadkowi. W ich arsenale oprócz umiejętności jest także zapobiegliwość. "Pozostało jedynie sprawdzić, czy w ogóle nam "hula" na żywo, wynajęliśmy salę prób, zjechaliśmy tam na dwa dni i zagraliśmy. Muzykowało nam się znakomicie. Delikatna obawa minęła, więc zabookowaliśmy studio i klamka zapadła."

 

Muzyka


Trzech poważnych ludzi w jednym miejscu to także odpowiednia dyscyplina pracy i wizja. "Bardzo chcieliśmy zachować naturalność tak brzmienia, jak i wykonania. Żadnych edycji, poprawek etc. Przyjęliśmy, że nagrywamy tylko po trzy take’i. Zgodnie z zasadą "każdy gra, jak umie". Przygotowaliśmy dokładny plan działania, bo tylko w taki sposób mogliśmy te trzy dni wykorzystać do maksimum" - tłumaczy Maciej, po czym przechodzi do szczegółów. "Mieliśmy kilka kompozycji zaaranżowanych i zamkniętych w formach oraz plan na kilka improwizacji. Fragment groove’u, jakiś temat. Czuliśmy dużą radość na samą myśl o tym, że nie ma odwrotu i że od naszej energii i relacji między nami zależeć będzie finalny efekt. To było dość dyscyplinujące i wyczerpujące doświadczenie. Tworzeniu muzyki sprzyjały doskonałe warunki w Lubrzy, to jest naprawdę jedno z moich najbardziej ulubionych studiów. Trudno jest jednak w dzisiejszych czasach, szybkiej sesyjnej robocie, jechać te 400 km z Wawy do Lubrzy. Ale jeśli tylko czas i okoliczności pozwolą, chciałbym tam częściej wracać."

Miejsce


"Recpublica Studio w Lubrzy znane było i mnie ("Granda" - Brodka) jak i Maćkowi ("Saiko" - Quidam). Pomijając oczywiste rzeczy jak znakomity outboard, stół SSL i świetnych ludzi, związanych z tym miejscem, idealnie odpowiadało nam ono do koncepcji, jaką przyjęliśmy" - opowiada Maciej na temat wyboru miejsca nagrań. Jak wyglądała dokładnie ta koncepcja? "Interesowała nas prawda z całym ryzykiem takiego podejścia, ale i dobrodziejstwem interakcji, tworzenia i improwizacji." Niektórzy będą musieli chyba kilka razy przeczytać tę wypowiedź, ponieważ nie idzie to w żaden sposób w parze z tzw. mainstreamem. "Dodatkowo chcieliśmy wyjechać z wielkiego miasta i zaszyć się gdzieś z dala od zgiełku i codziennych obowiązków. Lubrza spełniała wszystkie te oczekiwania z nawiązką. Naprawdę mieliśmy tam świetny czas." Wszystko wyglądało zatem doskonale, nic tylko zabrać się do sesji. Teraz powinno być chyba z górki… Chyba… "Czekało nas trudne zadanie, nie graliśmy przecież ze sobą nigdy wcześniej i byliśmy zaledwie po dwóch próbach…" - mówi Maciek z wielkim dystansem i przezornością, po chwili zmieniając jednak ton na nieco lżejszy i pełniejszy nadziei.

"Odnaleźliśmy się chyba dość szybko w tej sytuacji, ustaliliśmy plan, siedząc z kartką już na próbie. Zrealizowaliśmy go więc, konsekwentnie i z nawiązką. Jeszcze pierwszego dnia po przyjeździe, wieczorem, nagraliśmy pierwszy utwór. Ułożyliśmy relację między nami natychmiast i maszyna ruszyła. Wiedzieliśmy już, że znakomicie do naszego teamu pasuje Michał Wasyl, inżynier dźwięku, który właściwie stał się na czas nagrań pełnoprawnym członkiem tej ekipy. Z prawem do opinii, wniosków, pomysłów i przede wszystkim patrzenia z dystansem na nasze ruchy." Jaki wpływ wywarł inżynier na pracę? Okazuje się, że bardzo dużą. "Bardzo nam się dobrze pracowało, nie mam wątpliwości, że dobre rzeczy są przed Michałem, to bardzo zdolny i otwarty człowiek. Kogoś takiego trzeba nam było, bo koncepcja gry w jednym pomieszczeniu i nagrywania na sto procent wymaga kogoś, kto jednocześnie ten koncept rozumie, ale w czasie, kiedy ty grasz, może mieć krytyczny stosunek do twojej pracy."

 

Sesja


Czas na robotę. Przyszło do odpowiedniego rozkładu obowiązków. "Cała sesja przebiegła bardzo sprawnie. Wszelkie sprawy organizacyjne wziął na siebie Maciek, natomiast mnie koledzy pozostawili wszelkie kwestie techniczne i założenia brzmieniowe. Omówiłem dość szczegółowo z realizatorem nasze oczekiwania, charakter materiału, oraz to, jaką metodą będziemy pracować." W tym momencie Maciej dokładnie rozwija, jak wyglądało przygotowanie do rejestracji. Warto z tego wyciągnąć odpowiednie wnioski.

"Michał (Wasyl - przyp. red.) dostał ode mnie wykaz sprzętu, jakiego użyjemy, dość dokładną specyfikację mikrofonów i outboardu, który chcielibyśmy użyć, był więc gotowy z logistyką i planem działania. Bardzo sprawnie się to wszystko odbyło. Jakąś chwilę szukaliśmy miejsca dla bębna, żeby brzmiał naturalnie i potężnie. Ponieważ chciałem mieć za plecami bliski room z mikrofonów wstęgowych, musieliśmy znaleźć miejsce, które pozwoli spotkać wszystkie nasze oczekiwania z możliwościami i bez uszczerbku na brzmieniu, przecież na nim zależało nam najbardziej. Wysłaliśmy też demówki z próby, żeby nakreślić charakter muzyki, którą Michał miał nagrywać. Bardzo ujęło mnie jego zaangażowanie i przygotowanie do sesji oraz cała graciarka, jaką zgromadził. Naprawdę bardzo się przysłużył naszej pracy." Chyba nie trzeba nic dodawać w tym temacie. Chociaż w przypadku "Gołego", nie wydaje się to jakoś mocno zaskakujące, że wszystko ma swoje miejsce, czas i zgoda na coś takiego, jak przypadek… nie jest przypadkowa.

Arsenał


Trzeba przyznać, że w kwestii sprzętu nie spotkamy się z typową prezentacją gratów. Także tu muzyk posługuje się porównaniami i przenośniami, które trzeba przyznać, powodują, że zaczyna się słyszeć ich brzmienie. Narzędzie do wyrażania samego siebie. "Miałem w głowie dokładny obraz tego, jak chciałbym, żeby brzmiały te nagrania. Zależało mi, żeby bębny miały ten charakter, który lubię i cenię od lat, bez zbędnej inżynierii, equalizacji i przetworzenia. Przygotowałem instrument kilka tygodni wcześniej, użyłem rozegranych naciągów Remo Vintage A na tomach. Chciałem, żeby właściwie jeden do jednego odzwierciedlić brzmienie bębnów. Jak wspominałem wcześniej, interesowała nas "prawda" i dopiero przy ewentualnym miksie, planowaliśmy wykonywać jakieś ruchy w zakresie brzmienia. Michał doskonale odnalazł się w tej estetyce, toteż bez zgrzytów rejestrował dostarczany sygnał, który w dużym skrócie można by nazwać "vintydżowym" albo naturalnym. Stroiłem bardzo nisko, unikając transjentów i szukając raczej miękkiego brzmienia, z dużą ilością dołu, nie będąc przy tym szczególnym ortodoksem w kwestii interwału."

Jak wyglądało to w praktyce? "Użyłem jednego tomu 12/8 i jednego floora 16/16, więc ułatwiło mi to nieco zadanie. Cały kolor nagrań przerzuciłem na werble i blachy oraz dwa różne bębny basowe. Jeden w klasycznym rozmiarze 22/14 i drugi, który sobie zaprojektowałem z myślą o akustycznym graniu, mianowicie 18/10." Okazuje się, że eksperyment się powiódł. "Ten drugi okazał się poważnym graczem, z zamkniętą membraną rezonansową generował piękny i szybki dół, i grany bardzo lekko znakomicie się sprawdzał nawet w dość skomplikowanych figurach."


Serce zestawu, aż boimy się zapytać, co perkusista wymyślił w tej kwestii… "Do nagrań użyłem trzech werbli. 14/8, 13/5 z drewna jesionowego i 14/6,5 z miedzi. Od kilku lat całkowicie zaspokajają moje wszelkie potrzeby, dlatego dobrałem je do poszczególnych utworów już na etapie pracy w sali prób. O ile pamiętam, nie zmieniałem planów, dotyczących użycia poszczególnych instrumentów w kolejnych utworach. Wszystko zaplanowałem wcześniej." Na tym jednak nie koniec z eksperymentowaniem. "Od pewnego czasu miałem też potrzebę wprowadzenia do zestawu jakiegoś mniej oczywistego "koloru". Myślałem o timbalesie, ale w kompletnie innym zastosowaniu niż jego pierwotne, latynoskie. Ten, którego ostatecznie użyłem w nagraniu to 10" Latin Percussion. Żeby nieco pozbawić go tego latynoskiego zacięcia, wymieniłem naciąg na klasyczny Remo Ambassador. Ten instrument stał się podstawą jednego z utworów-improwizacji. Zrealizowałem na nim partię "ride". Znakomicie kleił się w typowym zestawie, szczególnie, kiedy groove opierał się o werbel z odpiętą sprężyną i mały BD zamknięty i bez żadnego tłumienia."

Sam sprzęt nie zagra, choćby nie wiadomo, jak był dopasowany i rozstawiony. "Całość zestawu brzmiała spójnie i znakomicie, ale wymagała ode mnie dużej pracy artykulacyjnej i operowania dynamiką. Nagrywaliśmy bowiem bęben w ujęciu dwa ślady mono. Overhead i Wstęga przed zestawem. Nie było więc mowy opostprodukcji czy pracy proporcjami przy miksie."

Całe zaplecze wyglądało również bardzo imponująco. "Wspomagałem się w studio osobistym odsłuchem LimeEars i Shakerem Porter and Davies. Cały odsłuch dystrybuowany był przez osobiste miksery wielokanałowe Behringer dla każdego z muzyków. Bardzo dobra jakość i wygoda pracy. Gram na codzień pałkami Buddy Rich Vic Firth’a oraz użyłem membran Remo Ambassador, Vintage A i Fiberskyn. Użyliśmy starego mikrofonu AKG - D20 do bliskich ujęć stopy, Wstęgowego AEA jako dodatkowego śladu stopy, Shura SM57 na górze werbla, AKG 414 na spodzie, dwóch "ryb" SENHEISER 421 na tomy oraz dwóch Colesów jako OverHead, dwóch Colesów jako stereo Roomu za moimi plecami oraz dwóch kopii AKG C12 jako dalekiego planu. Michał zaproponował również monoślad oparty na U87 i bardzo dużej kompresji. A na hi-hat postawiliśmy świetną wstęgę Bayer Dynamic. Nie da się ukryć, że mam na brzmienie wstęg ogromną "klepę". Swego czasu woziłem nawet swoje prywatne mikrofony wstęgowe na koncerty, jednak było z tego więcej szkód po stronie mojego portfela niż korzyści na FOH."

Nie zapominajmy o talerzach, które Maciek w opisie zostawia nam na deser. Patrząc na powstałą konfigurację można zrozumieć, dlaczego ten rodzynek jest na końcu. "Miałem w studio prawdziwe bogactwo urodzaju. Mając do dyspozycji cały wachlarz znakomitych talerzy Istanbul Agop, dopasowywałem je dość dokładnie do poszczególnych nagrań. Pamiętałem jednak, żeby nie zaszkodzić naturalności i summa summarum wykrystalizował się podręczny set tj. 16" hi-hat 30th Anniversary, 15" Agop Signature, 24" ride Agop Signature na zmianę z 26" 30th Anniversary Ride oraz 21" ride Turk w roli talerza crash i 20" crasha Agop Signature. Całość uzupełniała china 20" Traditional i dwa splashe 8" Traditional i Turk. Miałem jeszcze kilka innych talerzy, ale w sumie te odegrały kluczową rolę."

 

Co dalej?


Jaka przyszłość czeka poczynionych w Lubrzy nagrań. Tu także wszystko jest poukładane jak należy. "Album wydajemy na przełomie jesieni i zimy tego roku" - zapewnia Maciek. "Materiał miksuje nasz zaufany kolega Robert Szydło, człowiek niezwykłej pokory i radości. Pracujemy w domenie analogowej, jeśli chodzi o outboard, ale korzystamy oczywiście z DAW. jesteśmy po pierwszych miksach, przy których bierzemy oczywiście udział i brzmi to obiecująco, żeby nie powiedzieć znakomicie. Ponieważ wydajemy na analogu i CD, tak w kwestii brzmienia, jak i oprawy graficznej, kierujemy ciążenie na ten pierwszy format. Mam nadzieję, że czytelnicy sięgną po płytę, kiedy się już ukaże." Czekamy!

Zapis nagrania wprost ze studia można obejrzeć na fanpage’u Maćka na FB

W rolach głównych:
Maciek Meller - gitary elektryczne i akustyczne
Mariusz Duda - gitara basowa i śpiew
Maciek Gołyźniak - perkusja
Michał Wasyl - realizacja dźwięku
Robert Szydło - mix

Opracował: Maciej Nowak i Artur Baran
Foto: Radek Zawadzki
www.radekzawadzki.com

Artykuł ukazał się w numerze czerwiec 2015