Endorsement: prawdy i mity o darmowym sprzęcie od producentów

Dodano: 17.04.2019
Autor: Maciej Nowak

Kto by nie chciał korzystać ze sprzętu swojej ulubionej firmy na bardzo korzystnych warunkach?

W Polsce utarło się już na dobre hasło endorsementu czy nawet endorseringu (a raczej endorsingu), a muzycy, mający kontrakty z firmami, nazwani są endorserami, co w zasadzie pod kątem poprawności znaczenia nie jest sensowne, ale cóż, tego typu zapożyczenia w słowniku perkusyjnym nie są jakoś strasznie rażące. W każdym razie, wiemy, o co chodzi i czy jest jakaś metoda na to, by mieć taki piękny kontrakt?

Niniejszy artykuł ma formę przewodnika i skierowany jest przede wszystkim do muzyków, wszystkich, zarówno absolutnych amatorów, jak i doświadczonych zawodowców. Opis i analiza została stworzona na potrzeby osoby, która poszukuje praktycznych informacji na temat zasad funkcjonowania endorsementu. Tym samym ujęcie tematu z perspektyw producenta lub dystrybutora został ograniczony jedynie do tych wiadomości, jakie są niezbędne dla muzyków.

ROZDZIAŁ I: OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA

BAJKI I LEGENDY

Często słychać różne historie na temat kontraktów perkusistów. Jak to bębniarze opływają w luksusach, wybierając sobie za darmo kolejne zestawy i talerze, a jeszcze dodatkowo firma potrafi niektórym muzykom płacić konkretne gaże za korzystanie ze sprzętu. Jasne… Nie ma co się czarować – tłuste czasy dawno minęły. Na przestrzeni ostatnich 30-40 lat sytuacja zmieniła się znacząco. Faktycznie w latach 80 sesje nagraniowe trwały czasami tygodniami, a kalendarze były nimi zapełnione ku uciesze bębniarzy.

Producenci sprzętu rozpoczęli na dobre „wyścig zbrojeń”, więc osoba endorsera (posługujmy się na nasze potrzeby tą nazwą) w postaci perkusisty słynnej kapeli miała swoją wymierną wartość. Wielu pałkerów z tamtego okresu na stałe pozostało twarzami danej marki i na zawsze są utożsamiani z jednym czy drugim producentem (Eric Singer to Pearl i Zildjian, Steve Gadd to Yamaha i Zildjian, Nicko McBrain to Paiste itp.), a ewentualna zmiana stajni jest prawdziwym wydarzeniem (np. Vinnie Colaiuta rzucający Zildjian dla Paiste, Virgil Donati z Pearla na DW). Pojawienie się kolejnych marek na rynku początkowo sprzyjało „polowaniu” na godnego reprezentanta, ale w pewnym momencie zwiększona konkurencja zaczęła wymuszać bardziej przemyślane gospodarowanie kapitałem. Ale to jeszcze nie był główny powód tych wszystkich zmian w stronę cięższej drogi endorserskiej. Co nim było? Bardzo prozaiczna sytuacja – ofiara własnego sukcesu – czyli powiększająca się ilość bębniarzy. Racja, najwięksi perkusiści mają w danych firmach duże profity, ale najczęściej nie są one nieograniczone.

JAK JEST TERAZ?

Czy to na rynku wewnętrznym, czy też międzynarodowym, tego typu muzyków można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą jest perkusista wielkiego zespołu, jak np. Lars Ulrich i jego Metallica. Drugą są perkusyjne osobowości, wirtuozi ważni dla firmy, jak np. Thomas Lang. Czasami jest tak, że perkusista łączy oba światy, jak np. Simon Phillips w okresie gry w Toto. Ta grupa bębniarzy ma całkiem wygodnie, ale w żadnym przykładzie nie ma mowy o jakimś przypadku i relacja z firmą została zbudowana na czymś bardzo solidnym. Jednak i tu są pewne ograniczenia oraz niepisane zasady, których kilku polskich perkusistów wciąż nie potrafi zrozumieć.

W wielu przypadkach perkusista dostaje zestawy perkusyjne po prostu w użyczenie, może na nich grać do woli, ale nie ma prawa tych bębnów sprzedać czy też oddać komuś bez zgody firmy. Innym rodzajem jest sprzęt kupiony za jakąś kosmiczną zniżkę, w stylu pokrycia kosztów produkcji bez jakiejkolwiek marży, a czasami nawet kosztów transportu. Trzecią formą, najrzadziej spotykaną, jest oczywiście bęben za darmo, ale dotyczy to jedynie największych nazwisk show-biznesu, gdzie firmie zależy, by tak znany w środowisku muzyk grał na ich instrumencie. W Polsce nie ma takich perkusistów zbyt dużo, tak naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć, ilu ma bezpośredni kontakt z producentem, obejmujący darmowy sprzęt, z którym może robić, co chce. Tak to mniej więcej wygląda w kwestii bębnów.

W przypadku talerzy sprawa jest nieco inna, ale w sumie bardzo prosta, perkusista otrzymuje konkretną ilość talerzy np. podwójny set 5 elementów (hi-hat, 2 crashe, ride, china), który sobie podmienia w momencie np. pęknięcia. Raz na jakiś czas wymienia też cały zestaw lub pojedyncze sztuki, by odświeżyć swoje brzmienie lub dostosować na potrzeby danego projektu. Tak jest najczęściej. Niestety, zdarzały się w tej kwestii u nas spore nadużycia i bywały przypadki, że perkusista mający kontrakt handlował na boku takimi instrumentami! Dla kontrastu dajmy przykład Iana Paice z Deep Purple, który gra niemal od zawsze na Paiste, a nie ma z firmą żadnego podpisanego formalnego dokumentu! Wszystko opiera się na dżentelmeńskiej umowie, którą obie strony przestrzegają.

Jeff Porcaro reklamujący na początku lat 80 nowość w postaci perkusyjnych ram Pearl.

Każda umowa „endorserska” to zestaw działań z jednej i drugiej strony, często w postaci obowiązków, a wszystko zależy od rodzaju powstałej zażyłości i skupia się na celu, jakim jest wzajemne wsparcie.

ROZDZIAŁ II: ZDOBYWANIE i UTRZYMYWANIE WSPARCIA

WSPARCIE Z DWÓCH MIEJSC?

Nie ma jednego modelu źródła endorsementu.

Zanim przejdziemy do konkretnego działania w stronę uzyskania wsparcia musimy sobie uświadomić, że nie ma jednej drogi do uzyskania wsparcia ze strony marki.

1. Pierwszym, tym najbardziej wartościowym, jest oczywiście bezpośrednia współpraca z fabryką. Takie relacje mają np. perkusiści Meinl z racji bliskości fabryki i praktycznie bezpośredniej działalności na naszym rynku poprzez firmę Meinl Distribution. Takie relacje mają też w większości perkusiści Istanbul Agop z racji wyrobionego mechanizmu współpracy dystrybutora Silesia Music Center z turecką fabryką. Co ciekawe, obaj dystrybutorzy oferują w przypadku innych swoich marek także drugi model działania.

2. Drugie źródło to uzyskanie wsparcia poprzez dystrybutora sprzętu w Polsce. Jest to częstszy model działania w naszym kraju i obejmuje przeważnie perkusistów aspirujących, chociaż nie jest to regułą! Dystrybutor inwestuje w wybraną grupę perkusistów i tu także można dokonać podziału na dwie kategorie, które występują łącznie lub oddzielnie:

a) indywidualne działanie dystrybutora z własnej puli instrumentów bez większego wpływu producenta. Tutaj często się spotyka spore nadużycia w określaniu się „członkiem rodziny” danej marki. Bywa tak, że producent nawet nie wie o naszym istnieniu lub po prostu w to nie wnika, chociaż nie oznacza to, że jest mu to zupełnie obojętne. Wszystko zależy od zaangażowania dystrybutora.

b) działanie dystrybutora w porozumieniu z producentem, który zdaje się na opinię dystrybutora i przeznacza na jego działania określony zakres środków. W tym przypadku poczucie obecności w „rodzinie” zależy w dużej mierze od aktywności dystrybutora w naszym imieniu, dostarczenia informacji na nasz temat producentowi, by ten umieścił je w odpowiednich miejscach lub pracownik odpowiedzialny za artystów (Artist Relation – AR) nawiązał z nami kontakt i współpracował dalej w jakimś stopniu, mniejszym lub większym.

Reasumując: Nie ma jednej linii działania w przypadku uzyskiwania wsparcia sprzętowego i promocyjnego. Opisywane powyżej modele są najogólniejszymi i w każdym przypadku zależą od zasad, jakie są:
– u producenta,
– u dystrybutora,
– wypracowane na linii dystrybutor-producent.

Pamiętajmy, że czasami dystrybutorem sprzętu jest jednocześnie sklep.

Nie musiała, a zrobiła. Rewelacyjne video Beaty Polak promujące talerze Paiste (tytuł: Paiste – Beata Polak Plays „Color Sound 900”)

WYBÓR SPRZĘTU

Czasami miłość do marki nie jest miłością od pierwszego wejrzenia.

To jest temat, który przez wielu producentów jest stawiany na pierwszym miejscu. „Nasi perkusiści to ci, którzy naprawdę chcą grać na naszych instrumentach”, takie zdanie przewija się od lat. Jest jednak zdaniem mocno wypłowiałym, które często rozmija się z rzeczywistością, a to wymaga krótkiego wyjaśnienia.

Uwielbienie do marki rodzi się głównie poprzez jakiś impuls lub impulsy z przeszłości. Idol grający na danym instrumencie, pierwszy kontakt z zawodowym instrumentem czy otoczka np. ekskluzywności wokół danego producenta, cokolwiek to jest. Starzy zawodowi wyjadacze, z którymi często ten temat poruszamy, potwierdzają bez mrugnięcia okiem, że obecnie nie ma producenta, który by tworzył instrumenty tak wybitne w swoim brzmieniu, że zostawiałby za sobą całą resztę.

Nie oszukujmy się. Tych 8 największych i kilka mniejszych firm robi bębny, które w tej samej grupie stylistycznej, zestawione ze sobą w ślepym teście, ciężko byłoby przypisać do konkretnej marki. Wystarczy spojrzeć na to czysto pod kątem konstrukcyjnym. Nasze zapędzanie się w ocenie wyjątkowości danych bębnów spowodowane jest potopem informacji, jaki nas zalewa przy każdej nowości rynkowej. Nagle otrząsamy się i okazuje się, że chcemy brzmieć np. jak Jeff Porcaro i jego Pearl z… 1982 roku! A przecież przez te 35 lat producenci wciskali nam kolejne rozwiązania, które odskakują na lata świetlne od reszty stawki.

Lubimy sobie gadać o wyższości brzmienia, dajmy na to Sonora nad Tamą czy Soultone’a nad Amedią (lub odwrotnie), podczas, gdy czynnikami, które naprawdę robią różnicę, są: cena, dostępność czy serwis. Podkreślam, mówimy o porównaniu tych samych stylistycznie instrumentów, a nie np. Gretsch Broadkaster z Mapexem Black Panther.

Kolejna sprawa to sami producenci i dystrybutorzy, którzy często mocno naciągają maksymę o muzykach, którzy grają na tej marce, bo ją szczerze kochają. To romantyczne hasło dostaje kopniaka w pysk od prozy rynkowej codzienności, szczególnie dotyczy to wkraczających na rynek.

Wróćmy zatem do wyboru marki perkusyjnej, z którą chcielibyśmy nawiązać współpracę. Wybór może być dokonany na bazie dwóch czynników.

1. Szczera sympatia, marzenie. Od zawsze chcieliśmy grać np. na Yamaha Recording, bo mój idol Steve Gadd na nim gra i kocham to brzmienie. Zawsze chciałem mieć Tamę, bo logo Tamy na bębnach Larsa to całe moje dzieciństwo itd. itp. Sprawdzamy wtedy, jak wygląda droga do nawiązania współpracy, kto jest dystrybutorem, kto jest odpowiedzialny za markę. Później, jak zbierzemy troszkę konkretów do naszego portfolio (zbędne zawracanie głowy z niczym działa odstraszająco!) „pomachać” do firmy.

Co to znaczy? O tym poniżej w podsumowaniu działu „Pierwsze Kroki”. Nie zawsze uda się dotrzeć tam, gdzie chcemy za pierwszym podejściem i trzeba rozegrać sprawę bardziej pragmatycznie, co nie zwalnia nas z obowiązku wdzięczności i lojalności w stosunku do firmy, z którą się związaliśmy, a która jest jedynie drogą do osiągnięcia naszego wymarzonego celu endorserskiego.

2. Pragmatyzm. Dotyczy to tych perkusistów, którzy zdają sobie sprawę z ogólnej równości jakości, jaka panuje wśród flagowych modeli czołowych firm i większą moc nabierają wtedy dodatkowe aspekty, jak: dostępność, szybkość i jakość serwisu, promocja poprzez markę. Przykładem jest chociażby Inferno, na którego wybór składa się nie tylko brzmienie instrumentu, ale też wytrzymałość i praktyczność hardware, ogólnoświatowa dostępność, serwis oraz możliwość rozwoju i wsparcie medialne. Czy DW Collectors Oak Maple lub Ludwig Maple zabrzmią mu gorzej? On się nawet nie musi nad tym zastanawiać, bo znalazł producenta, który spełnia jego oczekiwania w każdym zakresie, a on odpłaca się mu najlepiej jak potrafi.

Pojawia się tu ciekawe zagadnienie, z którym muzycy mocno koncertujący, szczególnie za granicą, mogą się zderzyć, ponieważ producenci nie do końca to rozumieją. Doświadczył tego Michał Łysejko w Decapitated. Wśród przedstawicieli firm zaczęła pojawiać się opinia o dużej interesowności Michała. Tymczasem muzyk po prostu potrzebował sprzętu o określonych parametrach brzmieniowych, które spełniało wiele firm (chodzi o bębny i talerze), ale przy tym potrzebował marki, z którą nie będzie miał problemów logistycznych, grając w Ameryce Południowej, Azji czy Australii! Dokładnie to, co Inferno osiągnął z Pearl i Paiste. O takim problemie może opowiedzieć też Paweł „Pavulon” Jaroszewicz, który zmagał się z Drumcraftem, mimo, że do tej pory podkreśla wysoką jakość bubingowego zestawu. Życie perkusisty w trasie przygniotło piękną ideę miłości do marki.

3. Wygoda. Jest to nieco inny typ w porównaniu z powyższym punktem 2. Dotyczy bardziej rynku krajowego, ewentualnie ze sporadycznymi wyskokami za granicę. Jest to przesłanka charakteryzująca perkusistów grających dużo, ale nie aspirujących mocno do roli perkusyjnych osobowości. Dotyczy to głównie blach, pałek i naciągów, czyli rzeczy najbardziej zużywalnych w naszym zestawie. Bywa, że perkusista ma swój prywatny zestaw, kupiony bez żadnych zobowiązań i do szczęścia przydałaby się jakaś dobra cena na blachy, bo przecież pękają. Oczywiście taki muzyk, o ile jest poważnym artystą, nie złapie się byle czego i jakąś wizję brzmienia ma, ale wachlarz brzmieniowy talerzy nie jest znów tak szeroki, by trzymać się kurczowo jednej marki. Czy Marcin Ułanowski zawsze marzył o współpracy z Impression Cymbals? Szczerzę wątpię, ale brzmieniowo blachy mu odpowiadają (tak, jak pewnie odpowiadałyby mu Istanbul Agop czy Anatolian – taką tezę jestem w stanie zaryzykować), a przedstawiciel dba o to, by czuł się wygodnie. Uczciwie z każdej strony.

Reasumując: Przy wyborze naszej drogi możemy (w sumie tak by było najlepiej) podążać głosem serca, albo zebrać w sobie pokłady pragmatycznego myślenia i kierować się w stronę, gdzie naszym zdaniem współpraca układać się będzie najlepiej lub będzie to ważny punkt w naszym rozwoju i ważna pomoc w osiągnięciu celu. Wtedy musimy robić to konsekwentnie, z pełnym zaangażowaniem i szacunkiem, bez łaski, doceniając każde wsparcie. Bywa, że głos serca łączy się z ideałem do współpracy, ale bywa też, że myliliśmy się co do naszych oczekiwań, dlatego warto zastanowić się dłużej i wybiec myślami znacznie do przodu, a wszystko w zależności od tego, co będziemy robić.

Zapytajcie Daraya, czy jego miłość do Meinla była właśnie taką miłością od pierwszego wejrzenia? Kontrakt, który trafił mu się w zasadzie w spadku po uprzednim perkusiście Dimmu Borgir, nie był szczytem jego marzeń, ale po latach zobaczył, jaką wartość prezentują instrumenty i jak układa się współpraca z firmą, dlatego odpłaca się im najlepiej, jak potrafi.

Daray wziął udział w koncercie z okazji 40 urodzin firmy Tama, gdzie dzielił scenę m.in. z Simonem Phillipsem

NASZA POZYCJA NA STARCIE

Siła nie tkwi wyłącznie w jakości gry.

Obecnie kariera perkusisty nie wiąże się wyłącznie z byciem sesyjniakiem lub grą w jakimś uznanym zespole. Mówimy o tym w innym rozdziale, dotyczącym prowadzenia kariery. Tak czy inaczej w przypadku zdobywania wsparcia, czyli naszego endorsementu trzeba mieć w ręku jakieś karty. Wielu aspirujących o super kontrakt bębniarzy odbija się od producentów lub wpada pod zimny prysznic, bo okazuje się, że nie jest aż tak rewelacyjnie.

Przykład 1 – zespół: Jako pierwszy weźmy łatwiejszy – gra w znanym zespole, niezależnie czy do niego dołączymy, czy też go zakładaliśmy. Chodzi tu oczywiście o takie zespoły, jak np. Lao Che czy Behemoth, a nie solistę, u którego gra się w składzie – to jest zasadnicza różnica! Dla większości solistów zespół jest tłem, narzędziem prezentacji siebie, dlatego na plenerowym koncercie gwiazdki pop ludzie mają gdzieś, kto tam z tyłu łupie w bębny, ten czy inny, co to ma za znaczenie? Poza tym domyślnie traktuje się perkusistę zespołu jako kogoś stałego w składzie, podczas, gdy perkusista „grający u…” nie ma tak mocnej pozycji, chociaż i od tego są wyjątki, podobnie, jak są wyjątki od stabilności perkusistów w składach zespołów. Przypadek perkusistów u solistów omówimy później, bo mimo wszystko jest ważny, ale akurat nie ma zastosowania w tym przypadku.

Mamy więc solidną markę w postaci zespołu. Nazwa kapeli jest kluczem, który otwiera wiele furtek (ale nie wszystkie!). Weźmy przykład Artura Żurka, który gra w rozchwytywanym teraz Nocnym Kochanku. Tutaj siła zespołu zrobiła swoje i Meinl, który lubi inwestować w perkusistów, dał wsparcie nie tyle Arturowi Żurkowi, co perkusiście Nocnego Kochanka, a to, że Artur jest bardzo dobrym perkusistą, to pasuje do całości jeszcze lepiej.

Kontakt z firmą ze strony perkusisty to już kwestia odpowiedniego wyczucia. Czasami muzyk się zgłasza do firmy przedstawiając swoje osiągnięcia, czasami zaprosi przedstawiciela firmy na koncert, by pokazać swoją potęgę. Wszystko zależy od wewnętrznych zasad producenta, bo np. w Zildjian niezależnie od wszystkiego i tak trzeba wypełnić formularz aplikacji, ale za to bardziej kameralny, ale bardzo szanowany Istanbul Agop już nie bawi się w taką biurokrację.

Wszystko teraz leży w sile rażenia, jaką tworzy zespół w odczuciu AR. Jaka publiczność? Ile? Jaka rola perkusji na scenie? Jaka prezencja? Tego typu czynniki wpływają na to, jak i czy w ogóle mamy szansę uzyskać jakieś wsparcie. Pamiętajmy zawsze – nie od razu Kraków zbudowano! Poza tym, żyjąc swoim życiem, tracimy obiektywizm postrzegania naszych działań i coś, co nam wydaje się niesamowite, gdy jest obserwowane z boku takim niesamowitym nie jest.

Przykład 2 – sideman: Tutaj posłużymy się perkusistami, grającymi w składach gwiazd. Mamy do czynienia zazwyczaj z fachowcami, którzy o ile nie potrafią czytać nut, to mają taki arsenał stylistyczny, że radzą sobie w każdej sytuacji. Nie trzeba chyba wspominać, że skala popularności artysty ma tu niebagatelne znaczenie, jednak mimo wszystko trzeba zapamiętać, że nazwisko szefa lub szefowej nie załatwia samo sprawy. Mamy teraz media społecznościowe, które dają nam możliwość prezentacji i wrzucania różnych materiałów foto i video. Konsekwencja i regularność pozwolą zebrać „teczkę”, która będzie miała szansę zadziałać w naszym imieniu. Trzeba wykazać się cierpliwością i podobnie jak we wcześniejszym przykładzie, nie wszystko z zewnątrz wygląda tak, jak nam się wydaje.

Letnia trasa z gwiazdką jakiegoś talent show to dobry argument, ale nie bądźmy zdziwieni, jak dostaniemy jedynie jakąś zniżkę na zakup sprzętu. Tak czy siak to dobry początek i warto dokumentować swoją pracę nawet, gdy przyjdzie nam zagrać 3 koncerty na zastępstwie. Możliwe, że zwróci na nas uwagę dystrybutor, który da nam szansę i pozwoli korzystać w niższych cenach ze swoich instrumentów.

Przykład 3 – wolni strzelcy: Mamy tu na myśli perkusistów aspirujących do miana osobowości, którzy nie pojawiają się często jako perkusiści sesyjni lub koncertowi i ich działalność obejmuje inne pola działania. Na polskim poletku jest tylko jedna osoba, której udało się zbudować solidną bazę odbiorców na miarę międzynarodową. Chodzi tu o Wojtka Deręgowskiego i jego Instagram. Dzięki temu Wojtek staje się atrakcyjnym nośnikiem marki. Tutaj sprawa jest dość jasna. Doskonałym przykładem takiej działalności za granicą są np. Anika Nilles czy Benny Greb, którzy próbują swoich sił z zespołami i graniem własnej muzyki, ale nie ma co się oszukiwać, najczęściej można spotkać ich na różnych pokazach i warsztatach.

Weźmy Thomasa Langa, perkusistę, który powoduje opad szczęki za każdym razem, gdy odpala swoje turbo, ale uczciwie z ręką na sercu, podajmy tytuł jednej płyty, jaką nagrał z innym artystą? Tu i teraz! No właśnie. Mimo to Thomas jest wspaniałym nośnikiem dla DW Drums i Meinl. Dlaczego w Polsce nie ma takich muzyków, to już temat innego rozdziału.

Poruszmy tu jednak inny ważny i niebezpieczny aspekt. Niektórzy – szczególnie mniej doświadczeni – bębniarze liczą, że uda im się wyciągnąć od firmy jakiś sprzęt celem prezentacji np. na YouTube. O ile nie ma przyzwoitej bazy subskrybentów – taki „skok na bank” będzie praktycznie niemożliwy. Przy jakiejś w miarę znośnej ilości widzów (pamiętajmy, że mówimy wciąż o realiach polskich!), można wybłagać jakąś zniżkę, ale to jest wyjątkowo krótka droga, szczególnie, jak nie będziemy powiększać grona swoich fanów.

Przykład 4 – nauczyciele: Jest to nie wiedzieć czemu mocno pomijany aspekt, a przecież mamy tyle szkół i nauczycieli, chociaż z drugiej strony z tą jakością różnie bywa. Mówmy więc o tych wszystkich edukatorach, którzy mają serce do tego, co robią. Dobrze prowadzona szkoła (większa placówka, czy też samodzielne nauczanie) daje spore możliwości. Oczywiście pojawiają się znów warunki do spełnienia z pierwszego i drugiego przykładu. Dbanie o wizerunek, czyli jakieś formalne ramy działania, które są transparentne. Publikowanie osiągnięć i efektów. W chwili, gdy poczujemy się mocniej na siłach, możemy zgłosić się do któregoś z dystrybutorów z propozycją współpracy. Atrakcyjne przedstawienie swoich działań może zaowocować umową, która najpewniej będzie dotyczyć zniżki na sprzęt lub darmowych instrumentów z tej nieco niższej półki, co jest logiczne z racji profilu działalności. Absolutnie do nauki wystarczy np. Pearl Export czy PDP Concept, instrumenty tańsze, ale świetnie brzmiące. Szkoły to wciąż niedoceniane źródło reklamowania marki.

Reasumując: Powyższe rozróżnienie jest jedynie celem przejrzystszego ułożenia całego zagadnienia. Poszczególne działania często się przenikają, ale każdy wie najlepiej, który obszar jest u niego dominujący. Trzeba pamiętać, że nic się samo nie zrobi, a oferta, jaką otrzymamy, może nie spełniać naszych oczekiwań w stu procentach. Jeżeli będziemy mieć świadomość, że jest to proces nieco bardziej złożony i podejdziemy do siebie z większymi wymaganiami to powoli dotrzemy do satysfakcjonujących efektów.

Najlepsza rada? Pokazać się, że jestem, gram tu to, a tam to, rozwijam się. Weźmy tu za przykład Kaza Rodrigueza z Anglii, muzyka, który sam wykazywał inicjatywę w promocji marki Tama, bez tak naprawdę żadnego zobowiązania w stosunku do dystrybutora i bez gwarancji podjęcia współpracy! Zainwestował finanse w pierwsze działania na rzecz firmy i jednocześnie rozwijał swój pomysł na bycie perkusistą. Zaznaczył teren wysoką jakością, pokazał, że jest taki ktoś jak on i się rozwija. Dalsze działania potoczyły się praktycznie naturalnie, krok po kroku i teraz jest wspierany przez Tamę bardzo mocno. Jeden z czołowych producentów talerzy powiedział mi kiedyś, że wystarczy, jak zostawi mu się informację z załączonymi materiałami ze swojego portfolio np. w postaci filmów i opatrzy się to komentarzem: „To jestem ja, zwróćcie na mnie uwagę, bo mam w planach kolejne działania.” Tyle. Wystarczy.

Michał Dąbrówka podczas sesji promocyjnej dla DW Drums Polska

ENDORSEMENT WCHODZI W ŻYCIE

Wspólnym mianownikiem wszystkich działań jest pokora i wyobraźnia.

Wiemy, jakie mamy źródła pozyskania umowy endorserskiej. Wiemy też, na jakim etapie kariery jesteśmy. Czas więc prześledzić poligon działań i próbować unikać błędów.

Przepływ informacji: Pamiętajmy o bardzo prostym mechanizmie, jaki funkcjonuje na tak naprawdę małym skrawku rynku muzycznego, jakim jest świat bębnów – wiadomości szybko się rozchodzą! Dotyczy to nawet najbardziej konkurencyjnych firm, a przepływ informacji bywa niekiedy efektem przypadku. Weźmy taki przykład – kilka lat temu jeden producent zapytał naszą redakcję, co sądzimy o pewnym grajku, od którego dostali zgłoszenie w kwestii współpracy. Po prostu firma przeprowadzała wywiad i zgłosiła się do Perkusisty, zdarza się to dość często. Ów grajek napisał, jak bardzo kocha instrumenty tej firmy i jak zawsze bardzo chciał grać właśnie na tej marce.

Dosłownie tydzień później dostaliśmy od zupełnie innej firmy identyczne zapytanie z… identyczną aplikacją tego samego gamonia, który pokusił się jedynie o zmianę nazwy marki, bo cała treść o bezgranicznej miłości do instrumentów tego producenta była taka sama, co do przecinka! Chyba nie muszę wspominać, że wszelkie rozmowy zakończyły się fiaskiem, żadnego poważnego kontraktu nie podpisał do tej pory, chociaż w tamtym okresie miał szansę na stopniowy rozwój. Firmy i ich AR obserwują muzyków i szczególnie w tych czasach nie rwą się do nikogo, kto ma bagaż podejrzanych ruchów. W dobie Internetu sprawdzenie muzyka nie sprawia żadnego trudu. Informacja, że ktoś puszcza bokiem sprzęty z przydziału trafia do firmy szybciej niż finalizacja takiej transakcji. No, prawie.

Lojalność: Jeden z najważniejszych elementów całego zagadnienia. Temat dość oczywisty, ale jak się okazuje – nie dla wszystkich. Trzeba wiedzieć, gdzie jest symboliczna barykada i kiedy można publicznie pokazać się ze sprzętem innym niż ten, który reprezentujemy. Weźmy jako przykład Bonzo Bash, czyli słynny koncert trybut dla Led Zeppelin, każdy z ok. 30 perkusistów gra inny utwór Led Zeppelin, korzystają z tego samego zestawu Ludwiga z Paiste (zestaw Johna Bonhama). Sęk w tym, że Ray Luzier, Glen Sobel, Chad Smith, Mike Portnoy to bębniarze, którzy korzystają z innych marek. Ten incydentalny występ nie jest czymś strasznym i firmy znają jego konwencję, jednak panowie nie afiszują się za bardzo materiałami z tego występu. Jeżeli nagrywamy w studio na jakimś sprzęcie, który bardziej nam przypasował lub po prostu w wyniku jakiegoś zbiegu zdarzeń tak zwyczajnie wyszło, to wiadomo, że do zdjęć albo zapozujemy ze swoimi gratami albo z żadnymi.

To żadna tajemnica, że to, co słyszymy na nagraniu, to nie zawsze oficjalny sprzęt artysty. To są przypadki, które większość doskonale rozumie. Podczas koncertu, jak przyjdzie nam zagrać na „obcym” sprzęcie postarajmy się nie publikować zdjęć. Afiszowanie się ze sprzętem innych firm przy układzie zapewniającym chociażby tylko zniżkę jest niedopuszczalne. Ostatnio jeden z młodych artystów tłumaczył takie właśnie publikowane przez siebie materiały brakiem dostępności sprzętu marki, z którą ma wypracowany układ. To tłumaczenie rodem z piaskownicy, nawet jak dystrybutor czy producent zawalają, należy trzymać fason do samego końca, żeby nikt nigdy nie miał prawa nas o cokolwiek oskarżyć. Jeżeli w takiej sytuacji musimy koniecznie coś publikować to pomyślmy o odpowiednim kadrowaniu. Przy obecnych możliwościach to nie jest wielki kłopot.

Aktywność: Drugi z najważniejszych elementów współpracy z firmą. Każda forma działalności może być odpowiednio dokumentowana, niezależnie, czy jesteśmy w wielkim zespole, gramy sesje, nauczamy czy też staramy się prezentować wykonania na YouTube (to już z samej natury załatwia lwią część roboty, tak właśnie „ustawiła się” Meytal Cohen). Zwróćcie uwagę, że nawet najwięksi perkusiści na świecie biorą bardzo duży udział w promocji swoich marek. Nicko McBrain wręcz do znudzenia nawija o Paiste i Sonor. Nawet tak mocno oderwany od perkusyjnej rzeczywistości Lars Ulrich mocno sklejony jest z Tamą i Zildjianem. Facet, który ma jedne z najwspanialszych nadgarstków w historii rocka, wspominany już Ian Paice, często paraduje w koszulce Pearl, mimo, że kompletnie już nic nie musi! Trzeba poprosić osoby odpowiedzialne o firmowe koszulki i gadżety marki, co niekiedy kończy się brakiem odzewu. W takiej sytuacji nie zaszkodzi skołować sobie na własną rękę jakiegoś „merchu”.

Wielce wskazanym jest uczestniczenie w imprezach perkusyjnych. Po prostu pokazanie przywiązania do marki. Zawsze trzeba pamiętać o tym, by wpisywać wszystkich współpracowników we wszelkie podziękowania np. na płycie czy w napisach na filmie. Szczerze mówiąc, nie jest to żadna wiedza tajemna. Aktywność i lojalność połączona albo z rozwojem, albo ze stabilizacją na jakimś miłym dla oka i ucha poziomie.

Pokora: Nie oczekujmy, że zaraz cała linia produkcyjna będzie robić sprzęt wyłącznie dla nas. Ważne, żeby rozwijać współpracę w tempie uzależnionym nie tylko od naszych aspiracji, ale też polityki firmy. Przy obecnym natłoku perkusistów i dokładniejszym gospodarowaniu finansami przez firmy trzeba się czasami liczyć z różnymi zmianami, jakie następują. Dotyczy to szczególnie perkusistów, którzy podpisali kontrakty kilkanaście lat temu. Tutaj pojawia się bardzo ważne zjawisko, na które trzeba mocno uważać, żeby się później nie rozczarować! Niektórzy dystrybutorzy rozwijają swoją współpracę z danym artystą i nierzadko dają mu więcej niż ma zagwarantowane w oficjalnym kontrakcie lub też idą na rękę w kwestii sprawdzenia lub doboru instrumentów. W chwili, gdy dystrybutor się zmienia, zmieniają się też relacje i zazwyczaj wracamy do punktu wyjściowego. Musimy o tym pamiętać i przyjąć taki stan rzeczy.

Pokora to też świadomość tego, gdzie jesteśmy w szeregu. Współpracując z Zildjian przyjmijmy do wiadomości fakt, że są tam perkusiści znacznie wyżej stojący w hierarchii firmy, mimo, że producenci o tym wprost nie mówią, chcąc być poprawni politycznie. Polski rynek i to, co tu się dzieje, nie przyciąga wielkiej uwagi nawet centralnych biur europejskich. Tak jest, nie podoba nam się to, ale tak, niestety, jest. Pamiętajmy, że nie jesteśmy pępkiem świata i siły często jednej osoby AR muszą ogarnąć cały świat, nawet, jak mają swoich przedstawicieli regionalnych. Większym zaangażowaniem wykazuje się jedynie Meinl, który mocno związał się z tą częścią Europy, upatrując duże szanse na zrobienie dobrego biznesu.

W kontakcie bezpośrednim z producentem, ważne jest wyrobienie sobie dobrej relacji z dystrybutorem, który pośredniczy w wymianie sprzętu. Traktowanie dystrybutora na każdym kroku w sposób roszczeniowy jest nie tylko przejawem braków w wychowaniu, ale też nie wróży dobrze na przyszłość, ponieważ dystrybutor jest kluczowym elementem w prowadzeniu biznesu danej firmy (oczywiście pomijając dystrybucję bezpośrednią). Granica, gdzie możemy wywierać większy nacisk na dystrybutora, jest płynna i trzeba umieć się wykazać dobrej jakości asertywnością.

Zmiana firmy: Skakanie „z kwiatka na kwiatek” to niezbyt mile widziana praktyka, ale nie zawsze świadczy o złych intencjach artysty. Wszystko uzależnione jest od okoliczności i tutaj swoją historię mógłby przytoczyć Daray, który w pewnej chwili prawie co rok zmieniał markę dostarczyciela pałek perkusyjnych, co było spowodowane splotem całej serii niefortunnych zdarzeń. Zmiana firmy może być wynikiem zmiany polityki firmy i niewywiązywania się z obietnic, pamiętajmy, że zawierając umowę nie stajemy się niewolnikami danej marki, jest to szereg wzajemnych zobowiązań i nie jest czymś nadzwyczajnym, gdy firma zawala współpracę.

Najgłośniejsze zmiany „barw klubowych” ostatnimi czasy dotyczyły głównie perkusistów, do których przyległa łatka danej marki. Virgil Donati i Tico Torres po latach zmienili Pearl na DW Drums. Podobnie Chad Smith, który to zachował się jak ostatni idiota, kiedy to w sierpniu 2016 roku zniszczył na scenie swój zestaw Pearla, w chwili, gdy od marca tego samego roku stał się oficjalnym przedstawicielem DW Drums. Chad chciał wyjść czadowo, wyszedł żenująco. Aaron Spears przeszedł z DW do Sonor, Gregg Bissonette z Zildjian do Sabian, chociaż w obu przypadkach tłumaczenia muzyków były wybitnie naiwne, wręcz śmieszne.

Największym szokiem transferowym był chyba przeskok Vinniego Colaiuty z Zildjian do Paiste. Jak wiadomo rewelacyjna seria Zildjian A Custom to sprzęt opracowany właśnie z nim. Tych wszystkich perkusistów łączy głównie to, że grali na danej marce przez długie, długie lata. Ktoś może tu podać przykład Mike’a Terrany, który grał na wielu markach, jednak nie jest to przykład, jakim można się podpierać. Po przeprowadzce do Europy miał swoje 5 minut, co wykorzystała firma Gewa, czyniąc go ambasadorem nowo powstałej marki Drumcraft. Po zakończeniu produkcji Drumcraft, Mike pozostał w Gewa, ale już jako użytkownik dystrybuowanych przez nich PDP i Paiste. Jest jednym z niewielu szczęśliwych wyjątków od reguły długoletnich, lojalnych umów.

Bardzo ciekawym przykładem jest wspomniany już Nicko McBrain. Przez lata działał z Premier z racji angielskiego pochodzenia marki chciał ją wspierać i promować. Po koszmarnych zmianach i ruchach personalnych wewnątrz firmy, chciał ruszyć za pracownikami, którzy o niego dbali przez lata. Niestety, wymogi Iron Maiden przerosły możliwości firmy British Drum (tam właśnie przenieśli się owi pracownicy) i Nicko wrócił do swojej dawnej firmy, z którą rozstał się w przyjaznych okolicznościach, czyli mowa tu o marce Sonor. To także jeden z niewielu wyjątków szczęśliwego powrotu. Te zdarzają się bardzo rzadko.

Zmiana firmy musi być mocno przemyślana i opierać się na wielu punktach, nie tylko większym procencie rabatu. Perspektywa rozwoju firmy, niezależność, wsparcie, dostęp, stabilność dystrybutora itp.

Tomek Łosowski został zaproszony przez producenta i dystrybutora do wzięcia udziału w imprezie Zildjian Day.

 

NAJWIĘKSZE BŁĘDY

Z niniejszego opracowania wyłaniają się największe błędy (patrząc oczywiście z perspektywy artysty), które trzeba bezwzględnie wyeliminować. Popełniane pojedynczo lub razem, wyglądają następująco:

1. Zbyt wygórowane oczekiwanie w stosunku do wartości, jaką możemy wnieść na pokład danego producenta. Producent nie jest organizacją charytatywną! To firmy, które prowadzą biznes. Stawianie się w pozycji dominującej w chwili, gdy nie mamy argumentów, jest kompletnie nietrafione.

2. Brak lojalności w chwili, gdy mamy umowę – czy to na zasadach dżentelmeńskich, czy też oficjalnego kontraktu. Prezentowanie się z inną marką jest możliwe tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach.

3. Brak zaangażowania w markę, nawet, jeżeli dotyczy to mniej znanej firmy, która w dalszej perspektywie jest narzędziem do rozwoju i pośrednikiem w pozyskaniu kontraktu z wymarzoną firmą. Nie można zachowywać się i traktować tego okresu współpracy jako zło konieczne czy akt łaski!

4. Brak aktywności. Przestój w obecności na scenie spowodowany grafikiem i planami zespołu czy artysty, u którego gramy, nie jest żadnym wytłumaczeniem biernej postawy. Nawet w mniejszym stopniu, ale jesteśmy w stanie w obecnych czasach zaprezentować się w jakiś sposób poprzez media społecznościowe.

5. Nadużycia. Firma obdarza nas kredytem zaufania, inaczej nie weszłaby w żadną współpracę przy tak dużej ilości muzyków. Nie można odpłacać się jej np. sprzedawaniem sprzętu na lewo (częsty przypadek z blachami). Taki proceder szybko dochodzi do biura i może skończyć się nawet wypowiedzeniem umowy.

6. Pogoń za dealem. Inaczej mówiąc szukanie merkantylnie najlepszej okazji, niezależnie od czegokolwiek. Kto da więcej i najlepiej za darmo. Łączy się to często z przeskakiwaniem z firmy do firmy. Po jakimś czasie wartość takiego muzyka z perspektywy nośnika reklamującego markę staje się mało wiarygodna i nikt nie traktuje go poważnie.

 

OCZEKIWANIA WOBEC FIRMY

Endorsement polega na współpracy. Wnosimy swoją osobę do firmy i dostajemy od niej wsparcie.

Powyższy artykuł został stworzony na potrzeby muzyków i z tej perspektywy jest ujęty. Pamiętajmy jednak, że temat tak samo dotyczy drugiej strony, na której ciążą również prawa i obowiązki w stosunku do osób, z którymi zawiera umowę.

Przy założeniu, że mamy już świadomość całej sytuacji, wchodzimy we współpracę z jakąś konkretną marką. Nie oznacza to, że ze strony firmy lub jej reprezentanta wszystko będzie szło idealnie, zgodnie z umową. Niestety, trzeba powiedzieć to wprost – artyści, którzy nie mają prawdziwie gwiazdorskiego statusu na skalę światową (w Polsce nie ma takich) stoją na słabszej pozycji. Układ endorserski w ogromnej większości przypadków to przewaga leżąca po stronie firmy. Odwrócenie takiej sytuacji jest jedynie w chwili, gdy uznany muzyk łapie się na mniej znaną markę jak np. Gregg Bissonette i jego działanie z Dixon.

Firma zobowiązuje się do określonych działań i wszystko zależy teraz od rodzaju kontraktu lub umowy, jaką zawarliśmy. Opisywane są jako np. kontrakty A, B, C lub Złoty, Srebrny, Brązowy czy jakkolwiek inaczej. Pomijam oczywiście przyjacielską pomoc dystrybutora, który bez żadnych formalności wspiera nasze działania w zamian za promocję dystrybuowanej marki. Tutaj wszystko opiera się o proste międzyludzkie zasady.

Interpretacja: W momencie, gdy firma zawiera z nami jakiś układ, określa od razu skalę działań na nasz cel, związaną z dostarczanym sprzętem, mogą to być ściśle określone ramy lub nieco luźniej opisane zasady. To jest nasza baza wyjściowa i zawsze rozpatrujmy naszą współpracę z takim właśnie punktem odniesienia! Wszystko, co jest ponad, traktujmy jako dodatek, który jest, ale być nie musi. Dlatego wyrobiony układ z dystrybutorem nie powoduje, że przy ewentualnej zmianie dystrybucji lub osób u dystrybutora będziemy mieć dalej te bonusy.

Dodatki: Lojalność i aktywność przekładają się na wiele dodatków, które część firm oferuje swoim artystom, pomijając czysto materialny charakter współpracy. Są to bonusy, które mogą się trafić i zależą od skali działania. Z racji statusu na arenie międzynarodowej polscy perkusiści muszą starać się, niestety, bardziej niż zachodni koledzy i koleżanki. Nie jest to jakiś gorzki żal, tylko stwierdzenie paskudnego faktu, o którym się nie mówi, ponieważ jest przykry a przez to niewygodny. Wśród dodatków możemy wyróżnić najważniejsze:

1. Promocja poprzez markę. Szczególnie teraz w dobie mediów społecznościowych i szerszego zasięgu informacji. Kiedyś najbardziej prestiżowym było znalezienie się w międzynarodowym katalogu danej firmy, teraz możliwości jest nieporównywalnie więcej. Muzycy mogą być prezentowani w mediach w praktycznie każdej formie. Inną formą jest obecność na różnych targach i spotkaniach perkusyjnych jako goście specjalni z ramienia marki.

2. Organizacja pokazów, klinik i warsztatów. Spory procent muzyków prędzej czy później ląduje na którejś z wymienionych imprez perkusyjnych. Czasami jest to związane z promocją nowego sprzętu, czasami jest to inicjatywa sklepu wspierana przez producenta, czasami jest to wspieranie organizacji występu na festiwalu pokroju Drumfest czy też Musikmesse, a czasami po prostu moment, gdy artysta nie ma nic większego do roboty. Zdarzają się przypadki, że firmy ratują tym uznanych muzyków, którzy akurat tej większej roboty na horyzoncie nie mają.

3. Własne festiwale. Podobnie jak punkt 2 z tą różnicą, że firmy czasami organizują różnego rodzaju imprezy wyłącznie pod swoim szyldem o charakterze festiwalowym. Tak jest chociażby w przypadku Meinl Drum Festival lub Zildjian Day. Występują tam perkusiści, którzy znani są regionalnie, a tu nagle mają szansę zaprezentować się środowisku perkusyjnemu na całym świecie. Dodatkowo takie zaproszenie jest bardzo dużym wyróżnieniem.

Wymienione powyżej punkty łączy jedno – wypracowana relacja z reprezentantem marki – czy to w postaci bezpośredniej z AR, czy poprzez dystrybutora.

PODSUMOWANIE

Endorsement jest narzędziem, które ma służyć producentowi w promocji sprzętu i zwiększeniu bądź utrzymaniu poziomu sprzedaży. Dzięki temu marka ma się rozwijać i przyciągać nowych nabywców. Korzysta na tym artysta, który ma lepszy dostęp do sprzętu i może liczyć na wsparcie promocyjne, pod warunkiem, że będzie aktywny i lojalny, że swoim działaniem będzie wpływał na zwiększenie zainteresowania marką. W związku z powiększającą się grupą wykonawców oraz szumem informacyjnym uzyskanie komfortowego statusu endorsera na dogodnych warunkach nie jest proste. Firmy myślą Excelem i wstawianie tutaj romantycznych teorii o sztuce i muzyce nie ma większego sensu.

Powtórzę raz jeszcze – nasza wizja wartości marketingowej tego, co robimy, nie musi się pokrywać z tym, jak postrzega to firma. Inicjatywa jest po naszej stronie, musimy zachęcić swoim działaniem do współpracy, a później potwierdzić to w praktyce.

Materiał przygotował: Maciej Nowak