Na szóstkę - Czesław Bartkowski

Dodano: 14.05.2020

Wspólnie z Czesławem Bartkowskim przyglądamy się wybranym sześciu albumom, jakie muzyk nagrał w swej długiej i bogatej karierze.

Można powiedzieć, że to raptem sześć płyt z całego olbrzymiego katalogu twórczości. Są to jednak nagrania, które każdy szanujący się bębniarz powinien znać, taki dobry początek!

Czesław Bartkowski spotykał i wciąż spotyka na swojej drodze coraz to nowe wyzwania muzyczne. Poniższe sześć albumów to nie tylko wspaniałe płyty, ale też doskonały przegląd różnorodności, jaka towarzyszy muzykowi od lat. Utożsamiany oczywiście z nurtem jazzowym bardzo smacznie zahaczał o nutę rockową, funky czy też współpracę z brzmieniami elektronicznymi. Wreszcie czerpanie garściami z klasyki, co ma swoją kontynuację w najnowszym dziele Jagodziński Trio, gdzie z Adamem Cegielskim i – rzecz jasna – Andrzejem Jagodzińskim podróżują z tematami Bacha.

Czesław Bartkowski jest jednym z najwybitniejszych polskich instrumentalistów i prawdopodobnie w momencie czytania tego artykułu będzie można pogratulować mistrzowi wręczonego Złotego Fryderyka z tytułu całokształtu twórczości artystycznej.

Fot. Jacek Żmichowski

1. Zbigniew Namysłowski Quartet (Polskie Nagrania Muza 1966)

Słychać tu ogromną pasję w grze i radosną energię. Młody polski perkusista może zawstydzić niejednego zachodniego bębniarza, chociaż słychać, że jeszcze wszystko przed nim i zasób środków wyrazu może być tylko większy. Ważne, że mimo swoich inspiracji nie ma tu siłowania się na grę w stylu czarnoskórych perkusistów.

Czesław Bartkowski w zespole Zbigniewa Namysłowskiego dokonuje rejestracji ścieżek bębnów na płytę, która stała się kanonem polskiego jazzu. Jest to mieszanka klimatów i nastrojów, w której jest sporo wspaniałego muzycznego poczucia humoru, czego strasznie brakuje we współczesnych nagraniach instrumentalnych, gdzie – jeżeli coś takiego się pokazuje – to zazwyczaj ma trywialny charakter. Tu mamy do czynienia z wysublimowanymi smaczkami i przede wszystkim wielką radością z gry. Czy możemy więc tu mówić o polskiej perkusji jazzowej? Pan Czesław daje tu mocne argumenty.

„W 1963 Zbigniew Namysłowski utworzył kwartet specjalnie na Jazz Jamboree – w składzie Zbigniew Namysłowski, Włodek Gulgowski, Tadeusz Wójcik i ja. Występ na Jazz Jamboree był naszym wielkim sukcesem, po nim dostaliśmy wiele ofert, propozycji wyjazdów na największe festiwale jazzowe w Europie: Frankfurt, Berlin, Comblain-la-Tour. No i sławetny wyjazd do Londynu, gdzie dla wytwórni Decca nagraliśmy „Lolę”. Był rok 1964. Niebywały wyczyn dla muzyków z tej strony żelaznej kurtyny. I świetna płyta – do dziś doceniana, chociaż, o ile wiem, w Polsce uchowały się zaledwie 2 albo 3 winyle.

Z końcem 1964 r. z zespołu odeszli Włodek Gulgowski i Tadzio Wójcik, a przyszli Adam Matyszkowicz (później zmienił nazwisko na Makowicz) i Janusz Kozłowski. Nowi ludzie – nowa energia – nowe idee. Zbyszek cały czas coś pisał, szukał nowych form. I tak zamiast wcześniejszej piątawki, która w naszym wykonaniu była całkiem inna niż klasyczne „Take Five” Dave’a Brubecka, bo niosła zapowiedź grania funkowego, Zbyszek rozwinął metrum do 7/4. Kiedy w styczniu 1966 nagrywaliśmy nową płytę – „Zbigniew Namysłowski Quartet” – otworzyła ją właśnie „Siódmawka”, oczywiście oparta na skali góralskiej, z której Zbyszek czerpie natchnienie do dziś. Na tej płycie ponownie nagraliśmy jeden utwór z „Loli” – „Rozpacz”. Wystarczy porównać te dwa wykonania, żeby dostrzec, w którą stronę poszliśmy, jak śmiało wyzwoliła się nasza energia w nowym składzie.”

2. Czesław Niemen - Enigmatic (Polskie Nagrania Muza 1970)

Jest to bez wątpienia niezwykle istotna płyta w całej historii polskiej muzyki. Czesław Bartkowski prezentuje się tutaj w bardziej rockowej odsłonie perkusyjnej, z czego wywiązuje się doskonale. Na pierwszym planie jest tu oczywiście lider, ale bębny też dają znać o sobie. Album wymagający, ale musi taki być, skoro Czesław Niemen mierzy się z poezją Cypriana Kamila Norwida…

„Moja współpraca z Niemenem była w dużym stopniu zasługą… polskiej armii. W czasie nadzwyczajnej obfitości grania i wielkiego twórczego rozpędu (równolegle do Kwartetu Namysłowskiego przez dwa lata pracowałem też z Krzysiem Komedą i Novi Singers) niespodziewanie zostałem powołany do stanu armijnego! Z tej smutnej podróży nie bardzo miałem do czego wracać. Rozpadł się Kwartet Namysłowskiego, życie nie stało w miejscu. Szczęśliwie spotkałem w Sopocie Czesława Niemena, zaczęliśmy gadać i zrodziła się myśl, że warto by coś razem pograć. Być może wtedy zakiełkował w głowie Czesława pomysł stworzenia nowej formacji, łączącej rock z jazzem. Tak więc powstał Niemen Enigmatic. Na szczęście Czesław, za moją namową, zaprosił do współpracy Zbyszka Namysłowskiego.

Spotkanie z rockiem miało dla mnie smak przygody, ale było też wyzwaniem, bo wcześniej tego gatunku nie uprawiałem. Na basie grał Janusz Zieliński, z którym dobrze się rozumieliśmy. Z nostalgią wspominam współpracę z Tomkiem Jaśkiewiczem, Zbyszkiem Sztycem i Jackiem Mikułą, bo to nie tylko świetni muzycy, ale też fajni kompani. Z Enigmatikiem jeździliśmy trochę po Polsce, ale nie graliśmy więcej niż kilka koncertów miesięcznie, bo Czesław nie chciał częściej.

W 1969 nagraliśmy płytę „Niemen Enigmatic” ze słynnym „Bema pamięci rapsodem żałobnym” (w tej produkcji wziął udział kolejny jazzman Michał Urbaniak). Potem podczas trasy włoskiej Czesław uparł się grać „Rapsod”, jednak klubowa publiczność zupełnie tego nie kupowała, ludzie przychodzili się bawić, a my proponowaliśmy muzykę trudniejszą i dla bardziej świadomego słuchacza. Krótko mówiąc, sukcesu zabrakło. Na przełomie 1970 i 1971 roku nagraliśmy jeszcze tzw. Czerwony Album. Wydanie dwupłytowe, na pierwszej płycie ja, a na drugiej ja i Janusz Stefański.

Już wcześniej z zespołu odszedł Namysłowski, który nie widział w nim zbyt wiele przestrzeni dla siebie. Mnie grało się dobrze, ale wizja Czesława nie do końca mnie przekonywała. Wkrótce zacząłem współpracę z Urbaniakiem, który przyjechał ze Szwecji i zbierał ludzi. Poza tym wilka zawsze ciągnie do lasu… Po prostu wróciłem na swoje tory.”

3. Zbigniew Namysłowski Quintet - Kujaviak Goes Funky (Polskie Nagrania Muza 1975)

Koledzy eksperci z magazynu „Jazz Forum” uznali ten album za trzecią najlepszą polską płytę jazzową wszech czasów, zaraz za „Astigmatic” Krzysztofa Komedy z Rune Carlssonem na bębnach i „Winobraniem” również Zbigniewa Namysłowskiego z cudownym Kazimierzem Jonkiszem na perkusji. A uwierzcie, że ekipa „Jazz Forum” wie, co mówi.

Czesław Bartkowski przedstawia na „Kujaviaku…” swoje kolejne oblicze perkusyjne, co po prostu świadczy o jego wyjątkowości muzycznej. Pięknie wplata klimaty funky (nadawany głównie przez naturę brzmienia piano Karolaka) w jazzowy charakter, podawany znów przez Szukalskiego i Namysłowskiego. Nie ma tu zbyt dużo klasycznego szaleństwa na bębnach, a raczej dostosowanie do zadziornych dęciaków i solidna praca w sekcji. To wszystko tworzy mieszankę stylistyczno-brzmieniową, jaka mogła być zagrana wyłącznie przez polskich muzyków. Płyta stanowi świetną całość i jest wynikiem doskonałej współpracy wybitnych artystów, którzy po prostu trafili na ten moment, na ten okres, gdzie powinni się spotkać i nagrać właśnie taki album. Tak też się stało.

Historia powstania tego kwintetu jest dość zawiła i wiąże się z problemami logistycznymi, jakie w tamtych czasach mocno dotykały muzyków, szczególnie tych zza „żelaznej kurtyny”, jak się nazywało komunistyczną część Europy. Było to bardzo odczuwalne w momencie, gdy artyści czuli, że mają światu coś ciekawego do zaprezentowania, szczególnie, gdy ich twórczość spotykała się z dużym uznaniem zachodnich sympatyków, obeznanych w dobrych wykonaniach.

Geneza powstania ekipy muzycznej, która nagrała niniejszą płytę, ma swoje źródło w zespole Michał Urbaniak Group i właśnie kolejnymi perturbacjami, związanymi z możliwością stałej pracy muzycznej na Zachodzie. Ostatecznie ukształtowało się trio Namysłowski-Bartkowski-Karolak, gdzie zaczęła kiełkować myśl o stworzeniu kwintetu. Ostatecznie do muzyków dołączyli Tomasz Szukalski i Paweł Jarzębski. Powstała prawdziwa supergrupa. Co za skład!

Zespół grał razem przez około półtora roku. Kompozycje Zbigniewa Namysłowskiego związane były z folklorem, do czego często nawiązywał w swojej twórczości. Patrząc z perspektywy czasu na takie albumy ręce same składają się do oklasków. Mamy tu wspaniałą dawkę muzyki, która nie tylko jest opisywana mocno polskimi tytułami, ale też w praktyce ma w sobie sporo świetnie wplecionych elementów muzycznego folkloru. Czasami w sposób mocno zawoalowany lub bardzo luźno dopasowany, a czasem w sposób niemal bezpośredni, co słychać chociażby na końcu tego albumu, gdzie to chodzi sobie „zabłąkana owieczka”.

4. Czesław Bartkowski - Drums Dream (Polskie Nagrania 1976)

Rozpatrując płyty pod kątem perkusyjnym jest to jeden z najważniejszych polskich albumów. Coś, co teraz jest oczywiste, 45 lat temu takie nie było, szczególnie, kiedy uświadomimy sobie sytuację, w jakiej znajdowała się Polska. Czesław Bartkowski, będący w niesamowitej formie, zdecydował się na nagranie albumu, który ostatecznie został wydany w serii Polish Jazz – nieocenionym zbiorze wieloletniego dorobku polskiej muzyki jazzowej. Sam fakt wydania płyty pod wodzą perkusisty był w tamtych czasach czymś wyjątkowym. Nie wspominając już o czysto pragmatycznej stronie, związanej ze sprzętem. Sama gra perkusisty wpisuje się w okres powstania albumu, który śmiało może być prezentowany jako fundament polskiego środowiska perkusyjnego.

„Kiedy Urbaniak wyjechał do Stanów, sporo grałem z Adamem Makowiczem w duecie (nagraliśmy płytę „Unit”, jeszcze zanim Keith Jarrett i Jack DeJohnette wydali swoją „Ruta and Daitya"). Było też trio z Adasiem i Tomkiem Stańko – specyficzny skład, bez kontrabasu. Muzyka zyskiwała dzięki temu dużo przestrzeni, granie stawało się luźniejsze. Taka wizja, nazwałbym to świadomym freekowaniem, freejazzowaniem. Brzmienie było świetne. W tym czasie grywałem w zasadzie we wszystkich możliwych konfiguracjach – od duetu przez liczne tria, kwartety, kwintety aż po big-bandy.

Wieloformatowość, wielotorowość zawsze mnie kręciły. Chodziło mi po głowie, żeby zrobić taką płytę, pokazać jak najszerszy wachlarz perkusyjny. Zwróciłem się z tym pomysłem do Polskich Nagrań, ale bez odzewu. Jak stwierdziłem, że więcej nie będę już o to zabiegał, nagle powiedziano mi, że mogę nagrywać. Tylko, że mam na wszystko dwa, trzy dni. Zaprosiłem do współpracy Tomasza Stańko, Adama Makowicza i Tomasza Szukalskiego, którzy podjęli się dzieła. Bardzo się cieszę, że w tak krótkim czasie udało się jednak tę płytę zrobić i że mogłem w niej zawrzeć tyle form.

Pierwszą stronę płyty otwiera dialog perkusji z… perkusją – tytułowy „Drums Dream”. Po nim następują: duet z Tomaszem Stańko oraz dwa tria – Bartkowski-Makowicz-Stańko i Bartkowski- -Stańko-Szukalski. Na koniec miniatura solo na perkusję i instrumenty perkusyjne. Drugą stronę wypełnił wybór – siłą rzeczy wcześniejszych – nagrań bigbandowych z moim udziałem. Wcześniej żaden polski perkusista nie miał szansy wydać płyty pod własnym nazwiskiem. Później furtka się otworzyła.”

5. Karolak/Szukalski/Bartkowski - Time Killers (Helicon/Poljazz 1985)

Niesamowicie ciekawa płyta, gdzie mamy do czynienia ze sporą dawką brzmień elektronicznych, co wówczas było ogólnoświatowym trendem. Jednak z racji swego nowatorstwa i rozwoju technologii miało swoje ograniczenia i też specjalny urok. Jeszcze kilka lat temu postrzegano te barwy z lekkim przymrużeniem oka. Teraz powoli stają się klasyfikowane jako vintage i artyści zaczynają z nich coraz odważniej czerpać. Pamiętajmy jednak, że to przecież muzyka jazzowa i taka mieszanka w tamtym okresie była jeszcze bardziej intrygująca.

Zamykając temat brzmienia płyty trzeba przyznać, że jest bardzo sprawnie wyprodukowana i wykorzystane barwy nie rażą. Żywe granie artystów ma charakter bardzo uniwersalny, co może zjednać sobie spore grono odbiorców. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, by bawić się w jakieś elektroniczne perkusje, które przecież wtedy ograniczały się do zestawów w stylu Simmons. Album nie jest łatwy do zdobycia, ale warto poszukać tej muzyki, bo może być świetnym źródłem inspiracji i wyważenia środków wyrazu. Zwłaszcza, że Trio wrzuciło w jazz nowe brzmienia, co wciąż nie zawsze spotyka się z uznaniem ze względów mentalnych niektórych autorytetów dziedziny.

„W 1984 wraz z Wojtkiem Karolakiem i Tomkiem Szukalskim braliśmy udział w spektaklu „Muzyka Radwan”, wyreżyserowanym przez wielkiego Zygmunta Hübnera w Teatrze Powszechnym. Fantastyczni ludzie, inspirujący czas! Wojtek był odpowiedzialny za oprawę muzyczną, którą opracował na bazie songów Radwana oraz kompozycji własnych. Wszyscy trzej byliśmy pod silnym wpływem muzyki fusion, taką też stylistykę wybrał Wojtek do tego projektu, wspierając ukochane organy Hammonda syntezatorami, co dało utworom wielką siłę. Graliśmy to na żywo, pozostając na scenie razem z aktorami. Szło wspaniale. Była nadzwyczajna energia i radość z grania, podsycana jeszcze fantastyczną atmosferą, panującą w teatrze.

Powstał pomysł wydania materiału na płycie. Tyle, że Wydawnictwo Płytowe „Poljazz”, funkcjonujące przy Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym, nie wykazało zainteresowania „muzyką teatralną”. Innego zdania było Wydawnictwo Międzynarodowej Federacji Jazzowej – Helicon, do którego się zwróciliśmy. Na oryginalnym winylu zmieściło się tylko 6 z 7 nagranych utworów, dopiero z chwilą pojawienia się CD materiał uzupełniono. Po latach płyta okrzyknięta została „Najlepszą płytą jazzową lat 80.”

6 Andrzej Jagodziński Trio - Chopin (Polonia 1993)

Niezwykle ciekawa interpretacja muzyki Fryderyka Szopena, bardzo odważne podejście, które zaowocowało rewelacyjnym wykonaniem. O kunszcie muzyków świadczy sam fakt rejestracji tego materiału, o czym mówi Andrzej Jagodziński na swojej stronie internetowej (www.jagodzinski.art.pl): „Dzisiaj może się to wydać nieprawdopodobne, ale nagranie tej płyty, wraz ze strojeniem fortepianu i ustawianiem mikrofonów, zabrało nam… 6 godzin. Reżyser dźwięku, Wojtek Przybylski, uzyskał zarejestrowane brzmienie bez żadnej sztucznej korekty. Były tylko właściwie ustawione mikrofony i dwuśladowy magnetofon cyfrowy DAT. Płyta nagrana została na „setkę”, czyli jest to jakby nagranie z koncertu – bez żadnego montażu ani poprawek. Dzięki temu czuć w niej magię wspólnego grania, interakcji między muzykami i napięcia artystycznego.”

Nie ma co bawić się w przesadną poprawność – jest to też spięcie jakże dwóch dumnych i wyniosłych światów – klasyki i jazzu. I to jeszcze, gdy jedni na drugich patrzyli z dużą ostrożnością. Szczególnie środowisko klasyczne było bardzo sceptyczne w kwestii różnych szalonych interpretacji. To, co zrobiło Trio Jagodzińskiego z Czesławem Bartkowskim za bębnami, jest nie tylko interesującym wykonaniem, ale też dużym wyrazem szacunku do samej twórczości Szopena. Zresztą, jak się okazuje, takie przeplatanie światów muzycznych nie było ostatnim w repertuarze Trio.

„Trio Jagodzińskiego powstało w 1992 roku. Rok później dostaliśmy Fryderyka za naszego pierwszego „Chopina”. Jagoda nosił się z tym pomysłem latami, on, który przecież nie był z wykształcenia pianistą, tylko waltornistą. A miał pełną świadomość wymogów technicznych przedsięwzięcia. Poświęcił temu wyzwaniu wiele lat pracy koncepcyjnej. Potem były długie próby. W końcu z pomocą nieodżałowanego Wojtka Przybylskiego dokonaliśmy nagrań. Wielką naszą radością i potwierdzeniem sensu naszej pracy było nobilitujące przyjęcie ze strony Towarzystwa im. Fryderyka Chopina, w którego siedzibie mieliśmy przyjemność się zaprezentować.

Po naszym pierwszym sukcesie wybuchła prawdziwa moda na jazzowe wykonania muzyki Chopina. My wydaliśmy 5 chopinowskich płyt, w tym Sonatę b-moll. Z wielkim sukcesem gramy ten repertuar na całym świecie. Już 25 lat! Bo jak twierdzi Andrzej Jagodziński: „Gdyby Chopin wciąż żył, grałby jazz!”.

Fot: Przemysław Jahr

Zebrali: Staszek Piotrowski i Maciej Nowak
Zdjęcia: Jacek Żmichowski, Przemysław Jahr

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !