Inspiracje: Beata Polak

Dodano: 25.09.2020

Matka chrzestna polskich perkusistek lubi piosenki przejrzyste, melodyjne, idealne do nucenia pod nosem. Akurat ta kompozycja doskonale się w to wpisuje i to bez nuty sarkazmu.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Beata Polak

„Seasons In The Abyss”
Seasons In The Abyss (1990) – Slayer

Perkusista: Dave Lombardo

„No tak, „naczelny” jak zwykle potrafi zaskoczyć... Trzy razy pytałam go o treść pytania, gdyż hasło „jaki utwór był dla ciebie inspiracją?” lub „w jakich okolicznościach?” czy „jak na ciebie wpłynął?” zawsze stawia mnie w kłopotliwej sytuacji, gdyż nigdy nie potrafiłam się w tej materii jednoznacznie określić. Ale postawiłam na swoje początki, gdyż przypomniało mi się, że robiąc ostatnio porządki w moich nutach natrafiłam na skarb! – zapis nutowy (mój własnoręczny) z roku 1995!!!

Kurde... 25 lat przetrwały jedne z moich pierwszych nut spisanych przeze mnie... A muszę dodać, że to nie takie „byle co”, bo to były lata, kiedy dopiero zaczynałam grać na zestawie i oprócz obserwacji Tomka Goehsa, gdy ćwiczył, nie miałam żadnego pojęcia o bębnach. Ale odwiedzając mojego kolegę Artura Gronowskiego (nota bene świetnego basistę) w sklepie muzycznym Studio 36 w Poznaniu, z dużą dozą niepewności o swoje umiejętności spisałam ogłoszenie zespołu, który poszukiwał perkusisty lub perkusistki. Przyjęli mnie! I dopiero wtedy nastąpiło zderzenie...

Okazało się, że moje ćwiczenie bitów i różnych zagrywek na bębnach to tylko wstęp do tego, co nazywało się pracą zespołową. Michał Siwa – gitarzysta, zadał mi kilka utworów do przygotowania i gdy doszło do pierwszej konfrontacji z nim oraz z Krzysiem na drugiej gitarze i Radkiem na basie, miałam wrażenie, że wpadłam do głębokiego basenu i miotam się pod wodą, nie mogąc wydostać się na powierzchnię. Przejścia robiłam za szybkie wyprzedzając gitary, oni ciągnęli w tył, a ja gnałam do przodu... Miałam wrażenie, że walczę i zmagam się, i wciąż tonę... I wtedy „pod tą wodą” dotarła myśl – „Beata, uspokój się... wypłyniesz i złapiesz oddech...”. I tak też się stało. Zaczęłam grać z zespołem, a nie tylko odgrywać swoje partie i sytuacja pomału się stabilizowała. Gdy przeszliśmy przez utwory „Purple Haze” Jimiego Hendrixa, „Paranoid” Black Sabbath czy „Zazdrość” Heya, usłyszałam najgorsze: „A na następnej próbie zagramy „Season In The Abbys” Slayera...” i umarłam...

To było nie do zrobienia... Zawsze słyszałam o Davie Lombardo, że to genialny bębniarz – szybki i dobrze osadzony. A ja wtedy byłam na etapie ćwiczenia rimshotu na werblu (aby każde uderzenie było osadzone) i mocnej stopy, a nie tych szybkich przebiegów po całych bębnach w zabójczych, na tamte czasy, tempach. No, ale atutem moim było to, że ukończyłam szkołę podstawową na fortepianie, a średnią na rytmice, więc dyktanda rytmiczne były chlebem powszednim, zatem wzięłam się za spisywanie nut, by nadać swej pracy jakiś początek. Jak widać na załączonym obrazku nie wszystko jest spisane właściwie, ale pamiętajmy, że dla mnie to był nie lada wyczyn, gdyż dopiero uczyłam się słuchać samych bębnów w utworze, a co tu mówić o odtwarzaniu oryginalnej partii bębniarza. Poza tym musiało w tym być też trochę interpretacji własnej, którą mogłam zakryć swoje niedoskonałości.

I tak, jak wstęp i główne partie zwrotki i refrenu wydawały się być w miarę czytelne, tak szybkie przejścia, w grupowaniu trójkowym, były dla mnie ogromną zagadką do spisania, nie mówiąc już o wykonaniu... I tak pod koniec pierwszego refrenu, gdy Lombardo robi przejście z szybkich szóstek 32-ójkowych wchodząc we wstęp – było to dla mnie dość oczywiste, tak przejście przed drugą zwrotką (pod koniec tego wstępu) lub przed solo gitary, w którym Dave gra 64-órkami tzw. „pyry”, grupując je w puls trójkowy, było dla mnie już dużym wyzwaniem w tamtym czasie, by to spisać i później zagrać. A muszę dodać, że 25 lat temu nie były dostępne takie, jak dziś, możliwości zwalniania utworów, by wszystko dobrze usłyszeć... No, chyba, że ktoś miał magnetofon szpulowy np. Aria – nagrywał utwór na 19 obr/ min i odtwarzał na 9,5 obr/min (tak, jak Mańkover spisywał solówki z Judas Priest).

To teraz wyobraźcie sobie, jak musiała wyglądać moja pierwsza próba z tym utworem, była rzeźnia (śmiech)! Oczywiście wywaliłam się już w 8-mym takcie, w którym trzeba było wygrać 16-stkowe triole obiema rękami jednocześnie i od razu przejść w 32-ójkowe szóstki. Ale chłopcy też nie byli wirtuozami gitary, więc nawet nie zareagowali. Później na szybkich przejściach była już pełna improwizacja, a dopiero po wielu powtórzeniach moja wersja bębnów zaczynała przypominać oryginał, ale zaznaczam – przypominać.

 

Dave Lombardo nie jest moim guru perkusyjnym, ale szanuję go bardzo za jego styl. Jak na bębniarza szybkiego jest mocno osadzony i bardzo w tym naturalny. Kupiłam sobie jego szkołę „Power Grooves” z rozpisanymi patentami, które wykorzystywał na płycie Grip Inc. (ta kapela do mnie bardziej trafia niż Slayer i bardzo żałuję, że już nie istnieje) i byłam mile zaskoczona naturalnością brzmienia jego bębnów, ponieważ słychać mikrofony a nie triggery. Można wysłyszeć dwie różne stopy i ich naturalny puls. Nie jest to produkcja dzisiejszych metalowych bębniarzy, ale podoba mi się, że Dave zachował w tym swój klimat i brzmienie.

Co do „Season In The Abbys”, to przez lata przypominał mi się ten utwór, a właściwie emocje jemu towarzyszące i myślę, że kiedyś wrócę do niego i zagram ten cover jeszcze raz i mam nadzieję – lepiej niż przed 25-cioma laty. Na koniec jeszcze dodam, że posłuchałam sobie dziś kilku wykonań koncertowych tego utworu z Davem Lombardo i Paulem Bostaphem... i stawiam na Lombardo.”

Zdjęcie: Romana Makówka

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !