Marco Minnemann

Dodano: 29.11.2018

Strasznie ciężko nadążyć za Marco! Niemiecki perkusista o mocnych polskich korzeniach (jego mama jest Polką), jak tylko się rozkręci, mówi niesamowicie szybko i przy tym permanentnie się uśmiecha.

Nie skończy dobrze jednego zdania i już kilka myśli przychodzi mu do głowy i od razu chce o nich opowiadać. Za bębnami jest troszkę inaczej, bo z jednej strony to, co wyprawia z perkusją, przyprawia o zawał serca z racji kosmicznego poziomu, ale z drugiej jest piekielnie poukładany i wie, kiedy w tym wirze połamańców powiedzieć stop!

Marco groziło zaszufladkowanie do grupy perkusistów pokazowych, jak przykładowo Anika i Benny Greb, którzy mimo posiadania zespołów znani są głównie z tego, że grają solowe pokazy na perkusji. Marco stworzył trio The Aristocrats (nazwa zespołu pochodzi od tytułu bardzo niesmacznego dowcipu), gdzie w sekcji współpracuje z wybitnym basistą Bryanem Bellerem, a na gitarze gra Guthrie Govan, który cieszy się wielką estymą w środowisku gitarowym. Tym samym zespół w kwestii instrumentalnej przyciąga nie tylko publiczność perkusyjną, jak to jest w 90% przypadków zespołów Aniki i Benny’ego, ale też solidną ekipę wioślarzy. Taki rozwój zdarzeń działa bardzo pozytywnie na rozwój Marco, który zdaniem wielu wypadł najlepiej w przesłuchaniu do Dream Theater. Jednak sam muzyk twierdzi, że było to bardziej na zasadzie przygody niż poważnego zamiaru uzyskania angażu. Łatwość, jaką ma Marco w rytmach nieparzystych, które gra z pompującym groovem, dla słabszych psychicznie jest wręcz deprymująca! Lubi się bawić przesuwaniem kreski taktowej, robi to płynnie, przez co słuchanie jego wyczynów nie męczy, jak to czasami bywa np. w przypadku „perkusji kwantowej” Virgila Donati.

Rozmawialiśmy z Marco wiele razy, przyszedł więc czas na zadanie najprostszych pytań.

Perkusista: Jaki był twój pierwszy zestaw bębnów?

Marco Minnemann: Kiedy zaczynałem grać na bębnach kupiliśmy pierwszy zestaw za kilkaset dolarów. Nie wiem nawet, jak się nazywał. Zabraliśmy go do domu i jeszcze szybciej oddaliśmy go do sklepu muzycznego, ponieważ był słaby i się łamał. Później w zamian kupiliśmy Remo PTS. Ten właśnie zestaw towarzyszył mi przez kilka lat od momentu, gdy zacząłem grać. Mój pierwszy profesjonalny zestaw perkusyjny to była Tama Superstar. Świetny zestaw. Myślę, że miałem wtedy jakieś 12-13 lat, kiedy go dostałem.

Uczyłeś się grać u kogoś czy byłeś samoukiem?

Pobierałem nauki u kilku nauczycieli, gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Musiałem się w tym jakoś odnaleźć. Muszę tu wspomnieć o Abbey Rader, który był jednym z moich pierwszych nauczycieli w Hanowerze, w Niemczech. Naprawdę super koleś, pokazał mi podstawy „Stick Control”. Później już uczyłem się sam. Zakupiłem książki Gary’ego Chaffee oraz „The New Breed” Gary’ego Chestera.

Na kim się wzorowałeś za młodu?

Simon Phillips, Buddy Rich, Terry Bozzio, Vinnie Colaiuta, a to tylko część z nich. Kiedy jesteś dzieciakiem, wszystko, co słyszysz i zwala cię nagle z nóg, to powód, żeby się w to zagłębić.

Jaka była piosenka, którą zagrałeś w całości po raz pierwszy?

Myślę, że była to piosenka Led Zeppelin „The Song Remains The Same” z albumu Houses Of The Holy.

Jak rozwijałeś swoje brzmienie perkusyjne?

Mam zaburzenia obsesyjno-kompulsywne na punkcie wydobycia jak najlepszych brzmień. Myślę, że istnieją pewne zakresy tonów, w których tomy brzmią najlepiej. Posłuchaj korpusu, pobaw się z naciągiem, ale upewnij się, aby nie było za nisko, ani za wysoko. Następnie zwróć uwagę, czy masz przyzwoity atak i czy wybrzmiewanie się nie ciągnie. Stroję również tak po to, żeby móc tworzyć melodie. Mam długie ramiona, więc zawieszam talerze nieco wyżej. Zyskuję dzięki temu fajną separację i nie ma przebić na mikrofony z tomów. Świadomość strojenia bębnów i wpływ posiadania ładnie brzmiącego zestawu perkusyjnego sprawia, że lepiej się z tym czujesz. Tomy stroję średnio, centralę nisko, a werbel wysoko. Tak właśnie sprawiam, że każdy dźwięk jest ładnie oddzielony. To istotne, jeśli chce się mieć dobrze zbalansowane brzmienie bębnów.

Jaki jest klucz do twojego stylu gry?

Myślę, że najważniejszym elementem jest słuchanie. Chcę uzupełniać muzykę i sprawiać, by ładniej brzmiała. Wszystko, co jesteś w stanie zrobić za pomocą swojej techniki, jest korzystne dla muzyki. To jest tak, jak z językiem. Im więcej liter masz do wykorzystania, im więcej ich znasz, tym większą masz swobodę mówienia. Potrafisz tworzyć ciekawsze konwersacje.

Co było najważniejszym wydarzeniem w twojej karierze?

Muszę przyznać, że zespół The Aristocrats. Z tego choćby względu, że pojawił się znikąd. Spotkaliśmy się i nagle zażarło, zupełnie nieoczekiwanie. Powstała między nami niesamowita więź i zaczęliśmy jeździć w trasy po całym świecie. Odnieśliśmy sukces, a przecież jesteśmy trzema gostkami, grającymi muzykę instrumentalną. To dziwne, ale piękne zarazem. Z tego osiągnięcia jestem naprawdę dumny.

Jaki jest przepis na długowieczność jako muzyka?

Bycie szczerym wobec siebie i tego, co robisz. Trzeba słuchać swojego serca i być prawdziwym pasjonatem. Należy się cały czas rozwijać. Pracować, tworzyć piękne rzeczy, które satysfakcjonują ciebie oraz publiczność.

Jaki najgorszy koszmar przytrafił ci się na scenie?

Pamiętam taki moment, który później przerodził się w coś pięknego. Grałem ze Stevenem Wilsonem. Był taki kawałek z albumu Hand. Cannot. Erase „Ancestral” i w trakcie koncertu padł nam cały system. W trakcie grania leciały filmy wideo i klik, ponieważ było dużo orkiestracji. Wszystko leciało z komputera, który kontrolowałem, wciskając start i stop. Po dwóch minutach wszystko zaczęło się rozjeżdżać, więc nie miałem wyboru i musiałem zastopować. Zaczęliśmy patrzeć wszyscy na siebie, a ja i Steven pomyśleliśmy, że oczywiście to cholerstwo (komputer) musiało wszystko zawalić. Zastanawialiśmy się, czy grać dalej, czy przestać… Ja byłem za tym, żeby brnąć dalej. To naprawdę długa piosenka i szczerze mówiąc to była chyba najlepsza wersja, jaką kiedykolwiek zagraliśmy! Nagle cały stres odszedł. To było wspaniałe!

Jak wygląda twoja rozgrzewka przed występem?

Nie robię nic specjalnego przed występem. Guthrie (gitarzysta Aristocrats) i ja mamy taką samą rutynę, która polega na niedotykaniu instrumentu przed koncertem. Dzięki temu czujemy się bardziej świeżo, kiedy wchodzimy na scenę. Gram każdego dnia. Ćwiczenie przed byłoby jak obiad tuż przed kolacją (śmiech)! Wszystko oczywiście zależy od tego, od jakiej piosenki zaczynamy. Jeżeli jest to coś szybkiego lub bardzo dynamicznego to chwytam za pałki i robię jakieś ćwiczenia z rudymentów – nogami i stopami, ale to wszystko.

Jaka jest twoja najmocniejsza strona jako perkusisty?

Powtórzę raz jeszcze – słuchanie. Wczuwanie się w piosenkę. Szybko pracuję i bardzo szybko tworzę aranżacje. To właśnie ludzie lubią we mnie najbardziej. Słucham i rozumiem partie gitarowe, ponieważ sam gram. Słucham muzyki i zawsze staram się tworzyć ją z gustem.

Co z twoimi największymi słabościami?

Mówienie „nie” rzeczom, które kiedyś były moimi największymi słabościami. Strasznie mnie kusi, żeby brać każde zlecenie na grę w studio. Trzeba być sumiennym i mądrze wybierać, co się gra.

Od kogo najbardziej chciałbyś wziąć lekcję gry na perkusji?

Byłoby niesamowicie móc usiąść z Buddym Richem. Starać się wejść w jego głowę, aby zrozumieć, jak on to robił.

Wygłuszać zestaw czy dać mu wybrzmieć?

Niech brzmi! Jedynym elementem, jaki wygłuszam, jest mój werbel i robię to za pomocą maleńkiego kawałka taśmy lub żelka, a do centralki wkładam koc, nic poza tym.

Bez jakiego elementu perkusji nie mógłbyś żyć?

Bez fajnego werbelka albo ride’u.

Kogo uważasz za niedocenionego bębniarza?

Nie użyłbym słowa „niedoceniony”. Istnieją perkusiści, o których można by więcej mówić. Na przykład Mark Craney. Ten gość był świetnym perkusistą. Barriemore Barlow, kiedy grał z Jethro Tull. Albumy Heavy Horses i Bursting Out są niesamowite, muzykalne i piękne! Wszystko, co grał, brzmiało bardzo dobrze. Bardzo lubię Chada Wackermana, którego styl gry jest bardzo elegancki. Moim zdaniem został mocno przeoczony, a przecież nie bez powodu był perkusistą, który najdłużej grał z Zappą. To może teraz dziwnie zabrzmi, ale co z Philem Collinsem? Naturalnie, on nie potrzebuje więcej pochwał. Jest sławny, ale ile osób tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, że ten gość gra na bębnach? Wielu młodych ludzi nie ma nawet pojęcia, że Phil jest perkusistą…

Materiał przygotowali: Salemia, Chuck Parker