Igor Falecki

Dodano: 07.05.2020
Autor: Maciej Nowak

Niczym żywot bohatera filmu Truman Show, obserwowaliśmy perkusyjny rozwój Igora od bardzo wczesnych dziecięcych lat.

Mieliśmy okazję śledzić jego kolejne kroki perkusyjne zarówno w kraju, jak i za granicą. Pewien etap jest już jednak zamknięty i przyszedł czas na nowe otwarcie w życiu Igora.

W obecnych czasach bębniące dzieciaki, nawet trzyletnie, nie są czymś zaskakującym. Jednak 15 lat temu, gdy nie było jeszcze rządów Facebooka, a YouTube dopiero wkraczało do Polski, sprawnie bijący w bębny trzylatek robił wrażenie. Bębniarskie objawienie, które momentalnie wyszło poza granice środowiska perkusyjnego. Igor wzbudzał zainteresowanie stacji telewizyjnych nie tylko w Polsce. Jak się okazało nie był to jakiś jednorazowy wyczyn, który ostatecznie przeminął. Krok po kroku rozwijał swoje umiejętności i wyobraźnię muzyczną, najpierw pod okiem rodziców, później w miarę dojrzewania samodzielnie obierając kolejne kierunki w swojej grze. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich perkusistów na świecie, mimo, że tak naprawdę prawdziwa, poważna kariera muzyczna jest dopiero przed nim.

Igor Falecki skończył właśnie osiemnaście lat i wiele osób złapało się za głowę, jak ten czas leci. Jeszcze niedawno mały Igorek był atrakcją mediów i ciekawostką perkusyjną, teraz jest perkusistą pełną gębą, muzykiem, którego można wynająć do sesji lub na trasę koncertową. Można też zaprosić go do współpracy przy różnych projektach muzycznych. W wieku osiemnastu lat ma spory bagaż doświadczenia, szczególnie, jeżeli chodzi o stresujące występy naprzeciw perkusyjnej publiczności, która obserwuje każdy ruch muzyka. Ponadto nie zaniedbuje edukacji muzycznej, którą chce kontynuować na najwyższym możliwym szczeblu. Przede wszystkim jednak jest strasznie zakręcony na punkcie grania, jak i tworzenia muzyki.


Pierwsza okładka Perkusisty z Igorem

 

Usiedliśmy w tym samym pokoju, co osiem lat temu, kiedy udzielił nam pierwszego samodzielnego wywiadu. Wtedy stał tam jego główny zestaw bębnów, teraz mieliśmy za kompana jedynie filigranowy zestaw DW (jak się okazało o piekielnej mocy), ponieważ jego podstawowe DW, na którym grał chociażby w zeszłym roku na Śląskim Festiwalu, nie za bardzo się mieści. Osiem lat temu biegał po pokoju z modelami samolotów, teraz biegał do sklepu po zakupy celem wprowadzenia luźniejszej atmosfery rozmowy. Co ciekawe, Igor nie jest bardzo wylewnym facetem. Stara się odpowiadać konkretnie i rzeczowo, bez zbędnych kwiecistych ozdobników. Dłuższe opowieści nie są jego domeną, ale przebywając z nim przez te lata dało się zauważyć, że Igor dużo obserwuje i uważnie słucha, dzięki czemu szybko wyciąga wnioski.

Niniejsza rozmowa obfituje w wiele niesamowicie dojrzałych przemyśleń, których zdroworozsądkowość może zaskakiwać. Jednocześnie nie mamy tu mądrzenia się i pozowania. Słychać tę młodzieńczość, pełną ciekawości i energii. Zresztą najlepiej przekonać się, czytając naszą rozmowę…

 

Maciej Nowak: Pamiętasz nasz pierwszy wywiad? Robiliśmy go tutaj…

Igor Falecki: Tak, w tym samym pokoju. Tylko, że w 2012, czyli osiem lat temu?

Troszkę się pozmieniało?

Wszystko. Jak tak sobie pomyślę, to kawał czasu. Wszystko pamiętam z tamtych czasów, ale minęło to dość płynnie.

Jesteś teraz w miejscu, w jakim jesteś, bo chyba tak właśnie miało być.

Tak mi się wydaje. Jakoś tak to wyszło u mnie naturalnie, że zostałem w tym wszystkim, jestem ciągle i chcę być. Mam nadzieję, że spotkamy się za kolejne osiem lat.

Nie zmuszałeś się i nikt cię nie zmuszał do grania przez te lata.

Nigdy czegoś takiego nie było. Teoretycznie moi rodzice mogliby się na mnie uwziąć i mówić, że za mało ćwiczę, że ćwiczyłem godzinę, a mogłem grać pięć. Nie, nigdy tak nie było. Mam takie nastawienie i rodzice wiedzą o tym, że po prostu lubię grać i wszystko, co jest związane z graniem jest ćwiczeniem. Nie tylko stricte na bębnach, ale też ogólne tworzenie muzyki, bo sporo mojej muzyki opieram na bębnach. Gram z różnymi muzykami, także moimi kolegami, więc bawię się tym i jest to dla mnie ćwiczenie. Nikt mnie nigdy nie zmuszał… No, może czasami oprócz nauczycieli w szkole (śmiech).

Jeżeli chodzi o naukę, to nie chodzisz do szkoły perkusji, jakich teraz pełno, tylko do zwykłej klasycznej szkoły…

Tak.

Co ci daje, co wnosi do tej twojej naturalności zestawowej, z którą dorastałeś?

Jeżeli chodzi o klasykę… Przede wszystkim wydaje mi się, że jeszcze mi brakuje tej dojrzałości muzycznej. To przychodzi z wiekiem, z doświadczeniem, z kontaktem z innymi muzykami, graniem koncertów. Klasyka nastawiała mnie chyba bardziej na wrażliwość muzyczną, bo wiadomo, jest to bardziej delikatne, poważne, subtelne. Jeżeli już chodzi o samo granie na bębnach to… hm… może inspiracja? Tak, inspiracja do spróbowania czegoś innego, inne postrzeganie.

A w kwestii techniki gry?

Nie, raczej nie. Teoretycznie gram klasyczne werble, ale żadnej z tych technik nie wykorzystuję do gry na zestawie. To jest oddzielna bajka, inna rzecz, którą też oczywiście lubię, też w miarę potrafię, ale zdecydowanie nie przekłada się to w ogóle na zestaw. No chyba, że z premedytacją sobie obmyślę, że teraz w solówce zagram rytm z np. Bolero, ewentualnie też brzmienia i styl solówki, że zagram bardziej po rantach lub melodię na tomach.

A czytanie nut?

Znowu – zestawowo nie, ale werbel czy marimba to wiadomo, chociaż te 12 lat łupania klasyki może mi pewnie później pomóc w czytaniu zestawowych nut.

W tym roku kończysz szkołę, ale chcesz rozwijać się dalej. Myślisz, by dalej edukować się w kraju?

Jeszcze rozkminiam, jak to wszystko rozegrać. Czy zostać w Polsce od razu po skończeniu szkoły, czy może rok zostać i wyjechać albo może jakieś Erasmusy. Tu mam jeszcze dalej dylemat, ale zdecydowanie tak, edukacja muzyczna w Polsce. Myślę, czy nie pójść w ogóle w klasykę. Chociaż ostatnio, jak się nad tym zastanawiałem to… Jeżeli łapać się za coś poza zestawem perkusyjnym to może produkcja muzyczna.

Zdajesz sobie sprawę z tego, co cię czeka w edukacji akademickiej.

Tak, patrzyłem, co mam do zaliczenia, jak wejdę na egzamin. Traktuję to jednak normalnie, bo to po prostu kolejny egzamin, a w szkole mam ich pełno, więc jestem przyzwyczajony. Jakbym miał grać na zestawie to tremy by nie było, ale jak mam grać na innym instrumencie typu marimba, to zawsze troszkę tej tremy jest. Ale to też są inne emocje, jak się gra.

Krążą jednak takie opinie wśród niektórych osób bliżej związanych z twoją osobą, że powinieneś spróbować rozwijać się za granicą.

To wiąże się oczywiście z finansami, ale przede wszystkim zależy mi na kontaktach w Polsce, a wiemy, jak to jest, jak są wyjazdy. Mógłbym wyjechać gdzieś na rok, ale jak ktoś widzi, że mnie nie ma, to… po prostu mnie nie ma, wypadam, dosłownie. Jakbym wyjechał to musiałbym przestać występować i pokazywać się w Polsce i tym samym wstrzymać ten rozwój. Z drugiej strony są ludzie, którzy mówią, że powinienem wyjechać np. do Stanów i tam spróbować, i łapać jakąś robotę, ale to nie jest takie pewne. Przecież nikt nie podejdzie do mnie na ulicy i nie powie: „Słuchaj, potrzebuję perkusisty, może byś zagrał?”.

Zdajesz sobie sprawę, że skończył się już ten okres traktowania cię jako atrakcję, dzieciaka, co gra na perkusji.

Tak, odczułem to już bardzo mocno, zwłaszcza, kiedy gram z innymi muzykami, że już tak mnie nie odbierają. Zresztą nie chciałbym, żeby tak było, że ktoś podchodzi i mówi, że jestem tym młodym z YouTube, że byłem w telewizji w jakimś programie i grałem na garnkach. Nie, no, fajnie, miło, ale wystarczy. Wiadomo, wciąż znajdują się takie osoby.

To się przekładało na twoją grę, że mogłeś sobie na więcej pozwolić, jak np. się pomylisz.

Tak, mówiło się, że młody jest, to może się pomylić. Teraz już tak nie jest, teraz jest bardziej surowo, chociaż myślę, że taka totalna „poważka” nastąpi dopiero teraz. Niby ten wiek 18 lat to już taki poważny, ale zobaczymy. Nie mam teraz nagle jakiegoś niesmaku do tego wszystkiego, że telewizja, YouTube, dla mnie to super, poza tym nie oszukujmy się, od tego się wszystko zaczęło. Cieszę się jednak, że muzycy traktują mnie już w pełni na poważnie. To już muzyka, a nie ciekawostka, że młody sobie siedzi i robi triki.

Zdajesz sobie sprawę z roli perkusisty w muzyce, w zespole.

Zdaję sobie sprawę. Jest tak, że perkusista to ten muzyk, który siedzi z tyłu, gra groove i wszystko trzyma. Są jednak wyjątki jak Anderson Paak, który gra na bębnach i śpiewa. Wiadomo, że główną rolę ma wokal, ale u niego perkusja też jest na pierwszym planie. Też się zdarzają takie rzeczy, dlatego myślę, że chciałbym wszystkiego spróbować. Grać jako bębniarz, gdzie nie wiadomo, kto to jest, po prostu siedzieć i wszystko trzymać albo anonimowo nagrywać w studio. Chciałbym też spróbować jako bębniarz, będący stałą częścią zespołu, gdzie jest czwórka ludzi, każdy jest osobowością i każdy jest ważny. Albo też być solistą, tylko, że bębny mają swoją naturę, więc przydałoby się coś do tego dołożyć, chociażby wokal.

Nie masz parcia na bycie w centrum uwagi, tylko masz parcie na granie…

Po prostu, żeby sobie cały czas pykać (śmiech).

Wracając jeszcze do tych lat, gdzie funkcjonowałeś bardziej jako atrakcja. Miałeś bezpośrednio styczność z jakąś zawiścią, niechęcią…?

Nie bezpośrednio, nie prosto w twarz, chociaż to jest dość naturalne, że mało ludzi jest, którzy podejdą i powiedzą ci coś takiego wprost. Raczej zdarzało się to przez Internet, tam pojawiały się tego typu komentarze. Ale ja szanuję każdą opinię i nawet, jeżeli jest to jakiś hejtujący komentarz to tym się nie przejmuję, bo każdy ma swoje zdanie. Nie musi się każdemu podobać to, co robię. Dla mnie to jest norma i nie wchodzę w żadne dyskusje. Zresztą nie ma sensu wtedy dyskutować, bo niektórzy piszą takie komentarze po to, żeby sobie napisać, ot tak, więc po co wchodzić w to i się wykłócać.

A przypomnijmy, że zaczynałeś jeszcze przed eksplozją popularności Facebooka.

No, byłem nawet w pewnym momencie najpopularniejszym polskim youtuberem, to chyba było w 2005, jak YouTube wchodził do Polski. Przez ten pierwszy filmik, no spoko, ale to było, minęło.

Przejdźmy do twoich planów. Wspominałeś o produkcji muzycznej, co masz dokładnie na myśli?

Raczej chodzi mi o tworzenie, bo nie wiem, czy byłbym w stanie poświęcić czas na naukę realizacji. Miks, mastering, to wszystko jest czasochłonne i przypomina trochę pracę informatyka – siedzenie przed komputerem 24 godziny na dobę.

Czyli kompozycja?

Tak, bardziej w tym kierunku. Kiedy coś komponuję to mam pomysł, jak to ma ostatecznie wyglądać. W dużych produkcjach pracuje dużo ludzi, każdy jest od czegoś, każdy za coś odpowiada. Grupa ludzi, która pracuje nad ostatecznym kształtem. Tego jeszcze nie doświadczyłem i ciekaw jestem tej sytuacji. Czy byłbym otwarty na czyjeś sugestie i pomysły? Niektórzy lubią wszystko zrobić sami, bo oni to widzą, oni to słyszą i nie chcą, żeby się ktoś wpierniczał. Nie wiem, jak wyglądałoby to u mnie. Jestem otwarty na pomysły. Robię teraz z kolegami muzykę, dłubiemy sobie, sprawdzamy.

Skoro komponowanie to zapewne masz pod ręką też jakiś instrument melodyczny.

Tak. W tym temacie to – wiadomo – klawisz, a perkusja do tworzenia beatów.

Czyli znasz zależności między dźwiękami.

Znam, ale nie powiem też, że mam jakiś wielki warsztat. Nie napiszę ci żadnej symfonii, bo to nie moja bajka. Moje kompozycje wychodzą z prostych melodii, bo z harmonii też nie jestem jakimś wybitnym orłem. Większość rzeczy robię na słuch. Nie wymiatam na fortepianie jak jakiś wielki pianista lub klawiszowiec jazzowy.

Sprecyzujmy. Masz świadomość, że w danym miejscu byłby ci potrzebny konkretny muzyk, który by zagrał to i to.

Tak, tak! Tego akurat jestem pewny. Na zasadzie, że kurde, jakbym umiał tak zagrać… Na razie nie jest to możliwe, ale wiem, że ktoś inny by się przydał. Chyba umiałbym pokierować takim graniem. Mam wizję utworów, chociaż jest to też śmieszne. Podobnie z weną. Wizja i wena są u mnie… tymczasowe? Chyba tak to powinienem nazwać. Mam pomysł na coś i teoretycznie, jak mam ten pomysł w głowie, to nauczyłem się już, że muszę go jak najszybciej zrealizować, bo się coraz bardziej zmienia i wreszcie przestaje mi się podobać.

Najważniejsze jest to pierwsze wrażenie – o, mam! Wiem już, że muszę sobie takie coś od razu zapisywać albo wklepać w program. Mam pełno takich demówek, gdzie jest jakaś melodia, stopa i tyle. No i problem jest taki, że wcześniej mi się podobało, a teraz już nie bardzo. Póki co trudno powiedzieć, że siadam i przez cały dzień tworzę jakiś utwór, bo miałem fazę na ten jeden kawałek. To naprawdę rzadkość.

Inspiruje cię pewnie to, co robi np. Kaz Rodriguez?

Nie tylko. Ogólnie ze świata muzyki. Słucham różnej muzyki i nagle przychodzi mi, że chciałbym zrobić jakiś beat w danym stylu. Robię sobie podkłady na różne kliniki. Czasami niektórzy mi zarzucają, że są za mało skomplikowane, bo my perkusiści przyzwyczajeni jesteśmy, że podkład dla perkusistów to musi być jakieś 7/8 na 5/8, łamańce, pełno akcentów. Chciałem z tego wyjść, chociaż wiadomo, że nie będę grał do jakiegoś house’u mega prostego, ale chciałem, by to była muzyka nie tylko dla perkusistów, ale dla zwykłego Kowalskiego, żeby też było ciekawe.

Masz już dość nieparzystego kombinowania?

Troszkę tak.

Znany jesteś też z tego, że grasz jak karabin i ciężko ci trzymać stabilny groove, rączka leci.

No leci, leci. Może to też wychodzi z wieku i teraz zacznę powoli grać same groove’y bez tylu tych przejść. Coraz mniej energii (śmiech). Mam teraz ten szczyt chyba, więc wciąż te przejścia będą, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. No, ale serio, to już zaczynam się mocniej skupiać na groove’ieniu. Do prostych piosenek, że jest jedno przejście w całej piosence, jeden smaczek.

Przekłada się to na dobór instrumentów i tego, co masz w swoim zestawie.

Wiadomo, jak gram na tym większym zestawie, to więcej kolorów, a jak jest dużo tomów – to kuszą. Kuszą, by porobić po nich przejścia. Podwójna stopa też kusi… Taki duży zestaw to jedna wielka pokusa (śmiech). Jak się ograniczę do takiego prostego zestawu – stopa, werbel i dwa przejścia to już mniej, chociaż czasami jakiś młynek.

Jak wygląda proces ćwiczenia u takiego bębniarza jak ty? Robisz to w ogólny, typowy dla większości sposób?

Zależy. Czasami mam wenę na takie klasyczne ćwiczenie, gdzie biorę pad i jedziemy jedyneczki, palce i takie tam. Dużo ostatnio wkręciłem się w marszowe granie. Nie chodzi mi tu wyłącznie o same triki, mimo, że to mnie strasznie kręci, ale też o różne rudymenty, żeby sobie popykać na kevlarowych werblach. Zacząłem się też uczyć grać klasykiem, nie wychodzi mi to jeszcze super, ale wciąż staram się to rozwijać.

Twoje ostatnie osiągnięcia na werblach marszowych robią wrażenie. Prawdziwy amerykański styl.

Dla mnie to taki freestyle perkusyjny, zabawa. Coś jak sztuczki piłkarskie. Są triki w perkusji, które moim zdaniem są super. Wiadomo, że to się nie przekłada na samo granie, ale i tak zaraz znajdą się tacy, co powiedzą, że zaczynam się bawić w cyrkowca i się na tym skupiam. Ale przecież to jest tak, jak jakiś piłkarz w zawodowym klubie też sobie porobi jakieś triki z piłką np. Lewy.

 

Ostatnio często o to pytamy, ale nie uważasz, że niektórzy u nas zbyt sztywno podchodzą do perkusji?

Ciężko mi powiedzieć, czy takie podejście jest tylko w Polsce. Zawsze się ktoś znajdzie, nie tylko u nas, kto powie, że robię cyrki. Tak, wydaje mi się czasami, że to nasze środowisko jest rzeczywiście trochę ponure i jak zrobisz jakąś sztuczkę to szybko cię ocenią, że się skupiasz na pierdołach zamiast ćwiczyć groove. Wiesz, mnie to nie obchodzi, robię to, co chcę. Dlaczego miałbym tego nie robić, bo się komuś coś nie podoba? Są tacy ludzie, co się czepiają i są wszędzie, nie tylko w Polsce. Z drugiej strony są przecież ludzie, którzy tylko grają na werblach i robią triki, a granie na zestawie to jest coś tylko do wyżycia. Jedni będą mówić na drugich, że świrują, a ja teraz chciałbym sobie to połączyć.

Masz świadomość, że profesjonalne granie na bębnach to ciężki zawód?

Mam świadomość. Nie przeżyłem jeszcze czegoś takiego jak solidna trasa koncertowa, która trwa pół roku, że rzeczywiście jestem ciągle w trasie i nie mam kontaktu z rodziną. Na razie tego nie doświadczyłem, ale szykuję się, liczę, że coś takiego mi się trafi.

To jest wręcz ta przyjemna strona, ale chodzi mi o tę niepewność, czy będzie grane w przyszłym miesiącu, czy nie.

Jest to niepewny grunt, W każdej chwili może się stać tak, że nikt się nie odezwie. Dlatego mam takie założenie, żeby spróbować wielu rzeczy, nie ograniczać się do jednej. Szukać różnych rzeczy, rozwijać i nie być tylko bębniarzem, który siedzi i tłucze kliniki. To nie jest moje marzenie. Ok, to jest super, ale nie tylko to. Nie jest też moim marzeniem grać wyłącznie koncerty z zespołami. To samo bycie w studio i być tylko bębniarzem sesyjnym. Nie chcę się ograniczać, ale póki co mogę jeszcze poszukać sobie miejsca, sprawdzić, co mi się podoba. Zobaczymy, jak to się wszystko rozkręci.

Przy okazji wrócę tu do istotnego wątku, który już poruszyłeś, który dla wielu starszych perkusistów, aspirujących do zawodowstwa, bywa problemem – świadomość budowania kontaktów.

Tak. Muszę w Polsce mieć kontakty, bo tutaj wszystko się zaczęło i tutaj jestem.

Czy rozbudowana baza mediów społecznościowych faktycznie się na to przekłada? Rozumiem, że to pomaga…

Wiadomo, to pomaga, chociaż teoretycznie można powiedzieć, że te wszystkie „followersy” np. na Instagramie to jedynie rzeczy wirtualne. No, niby wirtualne, ale jednak prawdziwe. Wychodzę z takiego założenia, że jednak ludzie na to patrzą, ile kto ma pod jakimś filmem. To też jest ważne, dlatego mój tata dba głównie o to, by coś w miarę regularnie wstawiać, ale też nie robię tego na siłę. Jak nie mam pomysłu to nie wstawię byle czego, bo nigdy nie chciałem być vlogerem i mówić, że dziś na śniadanie miałem jajecznicę i zaraz będziemy mieli wywiad. Coś takiego mógłbym dziś nagrać, prawda? Mnie to nie kręci. To nic nie daje, ale też nie chcę, by ten Instagram był taki sztywny i były tam wyłącznie bębny. Dobrze, jakby coś było z życia, ale bez przesady, że będę mówił, co dziś zjadłem na obiad.

Nie ma wątpliwości, że przekłada się to na twoją sytuację sprzętową.

No tak, bo wszystko w tych social mediach się mieli, tu ktoś udostępnia, tam ktoś skomentuje, to widać i firmy patrzą na tę aktywność.

Słyszałem, że dostajesz pytania o to, jak załatwić sobie sprzęt.

Zdarzają się i trudno mi na nie odpowiedzieć. Zazwyczaj odpowiadam tak, że trzeba grać i coś sobą reprezentować, coś pokazać, jeździć i poznawać ludzi. To tyle, bo żeby sam ktoś nagle do nas zadzwonił? To zdarza się bardzo, bardzo rzadko. Śmiesznie by było zrobić taki tutorial: „Jak zostać bębniarzem i załatwić sobie sprzęt” (śmiech). Mógłbym coś takiego zrobić teoretycznie, ale byłoby to naprawdę fatalne (śmiech). Nie ma tak, że podam numer telefonu, gdzie masz zadzwonić do jakiegoś ziomka i nie wiem… wpisać kod czy podać hasło i ci przyjdą później bębny. Tak to nie wygląda, ale ludzi tego nie wiedzą i myślą, że to można jakoś tak załatwić, że jak zażyczę sobie jakieś bębny to one przychodzą.

Ty masz akurat duży komfort. Sabian, DW, Vic Firth, Remo…

Cieszę się, że to wszystko mam, naprawdę! Wiadomo, że możliwości sprzętowe dają możliwości w graniu. No i mamy kolejne wielkie hasło – Możliwości sprzętowe równa się możliwości w graniu. Wiadomo, że jak ktoś ma stare, zniszczone bębny, ale dobrze gra, to i tak to będzie mu wszystko gadało, ale jednak sprzętu też się nie oszuka. On gra, mimo, że oczywiście, najważniejszy jest perkusista i przede wszystkim to perkusista gra, ale dobry sprzęt pomaga. To jest komfort w graniu, który chyba każdy chce mieć. Jak mam klekoczący statyw pod werbel to zagram na nim, ale nie wiadomo, kiedy on mi się rozpadnie na koncercie i byłoby wtedy niefajnie. Zamiast przejmować się graniem, martwiłbym się, czy mi statyw wytrzyma.

Masz charakterystyczne pałki Vic Firth, ze swoim logo w wersji, kiedy jeszcze nie bardzo potrafiłeś pisać. Chcesz je dalej takie mieć, czy zmienisz?

(śmiech) Jestem już przyzwyczajony do tego napisu. Na nowszym modelu dodałem logo w kółku. Jest jakiś sentyment… Może kiedyś zrobię coś takiego, że dam swój aktualny podpis, a pod tym dla upamiętnienia dam to, co teraz. To akurat najmniejsze zmartwienie.

Masz jakichś artystów, z którymi chciałbyś współpracować?

Tak, jasne, nie są to bębniarze, tylko ogólnie zespoły i indywidualni artyści. Nie chciałbym też współpracować w roli samego bębniarza, tylko np. stworzyć jakiś kawałek, działać z producentami, coś w tym stylu.

To może inaczej. Do kogo musiałoby być przesłuchanie, żeby dać ci o tym znać?

Musiałbym się zastanowić… Strasznie zazdroszczę bębniarzowi Bruno Marsa. Nie byłem na żywo na koncercie, ale bardzo bym chciał, bo słyszałem, że ta energia jest niesamowita. Chciałbym sobie tak pograć, mimo, że bębniarz siedzi bardziej z tyłu, więc gdybym miał wybierać z tej kategorii, to właśnie Bruno Mars. Jeżeli chodzi o zespół, to mam sentyment do zespołu Coldplay. Są fajną zgraną paczką, gdzie razem tworzą. Tam bębniarz jest na równi ze wszystkimi. Z chęcią bym stworzył coś takiego. Jeżeli chodzi o produkcję muzyczną to Calvin Harris, Anderson Paak. W Polsce, jakbym miał wybierać wśród artystów, których też słucham, to z chęcią bym popracował z Dawidem Podsiadło, bo uważam go za świetnego muzyka. Jeżeli chodzi o zespoły polskie to, no… musiałbym się zastanowić. Nie wiem, z czego to wynika, ale szczerze mówiąc polskiej muzyki mało słucham, tak, żeby usiąść i słuchać, i później mi to utkwi w głowie albo że chciałbym zagrać w jakimś danym zespole. Może to dziwne, ale prawdziwe.

W kwestii osobowości perkusyjnych? A może przestało cię to kręcić?

Nie, nie przestało kręcić, bo mnie ciągle ci bębniarze inspirują. Ale czy pojawili się jacyś nowi? Chyba ciągle ci sami czyli Aaron Spears, Eric Moore, Gavin Harrison, Tony Royster. Oni mi najbardziej w pamięci utkwili, wiadomo, jest ich jeszcze kilku. Cała ta ekipa była i jest dla mnie inspiracją w graniu solowym. Natomiast, jeżeli chodzi o takiego typowego solowego perkusistę, który wnosi coś więcej to znowu powtórzę – Anderson Paak. Bębniarz jako solista.

Nie dopada cię czasami takie przemyślenie, że lepiej by było dorastać w Stanach lub w Anglii?

USA i Polska to dwa kompletnie różne światy. Nie wiem, jak to wszystko by się potoczyło, bo przecież jest tam znacznie więcej bębniarzy, którzy nagrywają i wrzucają swoje nagrania do netu. Podchodzę więc do tego neutralnie, ma to plusy i minusy, dlatego w sumie nie robi mi to większej różnicy pod kątem muzycznym. W Polsce mamy bez porównania mniejsze środowisko od Stanów. Uważam to za fajne wyzwanie, żeby będąc tu w Polsce pokazać im coś tam w Stanach, skoro już trzymamy się tego przykładu. Takie moje wyzwanie na przyszłość, że polski perkusista, producent robi coś na skalę międzynarodową, chciałbym do czegoś takiego dojść. Ale żeby było jasne, to nie jest tak, że będę teraz tylko o tym rozmyślał i zamknę się w pokoju, żeby coś tworzyć z tą myślą. Będzie jak będzie, żyję sobie jak każdy i robię kolejne rzeczy, ale mam pewne pomysły.

Jedna z twoich cech to brak tremy przed występem. W każdym razie nie dostrzegam tego w tobie, a widziałem cię wielokrotnie w różnych mocno stresujących sytuacjach.

Jest trema, ale w moim przypadku jest to pozytywna rzecz. To nie jest trema, gdzie nie mogę się skupić, to jest trema, gdzie koncentruję się na samej grze, nie skupiam się na tym, że słucha mnie i ogląda ileś tam osób. Mam jednak coś takiego, że im mniej ludzi tym bardziej się stresuję. Jest ich wtedy mniej, bardziej się ich czuje, bo ich lepiej widać. Przy dużej ilości ludzi to po prostu… jest dużo ludzi (śmiech). Gram i tyle, mam fun. Wiadomo też, że nie wchodzę za zestaw i się nie wygłupiam ha-ha ho-ho, ale super, tylko się skupiam i gram, ale nie mam większej tremy, która paraliżuje. Jak się gra koncerty, gdzie jest nowy materiał, to jest ten dreszczyk emocji, ale nie powoduje to, że się będę mylił co chwilę. Mam naturalną tremę, która nie jest widoczna z jednego prostego względu – nie boję się grać.

Uczestniczysz teraz w dużej produkcji Jimka.

Dla mnie to taki inny etap, coś nowego. Granie z orkiestrą, ale wciąż na zestawie. Duża inspiracja. Dzięki niemu zagrałem koncerty na stadionach, przez co mogłem poczuć tę atmosferę. Świetne doświadczenia, bo przecież też praca na próbach, gdzie dopracowany jest każdy szczegół, tłukąc kolejno te kawałki. Lubię taką pracę. Granie z orkiestrą jest trochę inne, masz tych wszystkich ludzi wkoło i daje to power. Wnosi to dużo do mojego grania. Jimek stawia perkusję na pierwszym planie, co jest fajne, ale jakby stawiał na drugim czy trzecim, to nie miałoby dla mnie znaczenia.

Idąc trybem sportowym, chciałbyś być takim Robertem Lewandowskim polskich bębnów, wszechstronnym, na skalę światową.

Pewnie! Tak to można zdefiniować.

NIEZAPOMNIANE WYSTĘPY

Foto: Robert Wilk

BALTIC DRUM SUMMIT 2018 – „Energia ludzi i zaangażowanie, gdzie wszyscy przynieśli swoje zestawy i w centrum miasta kilkaset osób grało do nocy. Nie wiem, czy dałoby się w Polsce coś takiego zrobić, żeby taka wspólnota się stworzyła. Z festiwalu perkusyjnego można zrobić imprezę dla każdego.”

ŚLĄSKI FESTIWAL PERKUSYJNY 2019 – „Nie wiem, z czego to wynika, ale na tym pokazie czułem bardzo fajną energię. Fajnie było zagrać przed tymi wszystkimi bębniarzami. Nie czułem, żeby ludzie podchodzili do tego na zasadzie: „No to zobaczymy, co on nam pokaże.” Pewnie mogło coś takiego być, ale ogólnie fajna atmosfera. No i zagrać z tymi wszystkimi bębniarzami na jednej scenie to też wielkie doświadczenie. Później wieczorem można było sobie z nimi szczerze porozmawiać.”



STADION ŚLĄSKI – JIMEK – „Niesamowita sprawa, moc gardeł 45 tysięcy ludzi robi wrażenie. To jest siła napędzająca każdego, energia przepływa szybkim strumieniem.”

AEROBALTIC SHOW – NOCNE POKAZY LOTNICZE – „W zeszłym roku miałem przyjemność grać na Aerobaltic Show w Gdyni. Oglądanie tego show jest samo w sobie ekscytujące, ale jak jeszcze grasz na żywo, w tle leci własna muza, a najlepsi piloci popisują się sztuką akrobacji lotniczej z całą tą otoczką świetlną przed morzem ludzi, to po prostu kosmiczne przeżycie!”.



 

Rozmawiał: Maciej Nowak
Foto: Marta Kacprzak (www.martakacprak.com)

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !