Monika Bulanda

Dodano: 18.04.2022
Autor: Maciej Nowak, Salemia, Staszek Piotrowski

Patrząc na jej koncertowe wykonania, skojarzenia z Sheilą E wydają się być niebezpodstawne. Ona sama reaguje na takie porównanie uśmiechem, bo to tylko jeden z wycinków z jej aktywności.

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Jeśli lubisz nasze treści, rozważ zakup pełnego dostępu cyfrowego do całej zawartości naszego serwisu.

Jest jedną z najbardziej fascynujących polskich perkusistek, z tą uwagą, że ciężko ją w Polsce oglądać na żywo. Pochodzi ze Starego Sącza, ale na co dzień mieszka w Turcji i tam od lat prowadzi swoją kolorową karierę.

Monika jest po prostu artystką - perkusistką, kompozytorką, wokalistką, malarką, po prostu w pełni artystyczną duszą, która nieustannie chce tworzyć. Najlepszym dowodem na jej szczerość w dążeniu do działania i samorealizacji jest wyjazd do Chin. W chwili, gdy w Polsce pojawiały się coraz to większe i poważniejsze oferty grania,wsiadła w samolot i wyleciała do Pekinu szlifować język. Nie trzeba było długo czekać, jak zaczęła pojawiać się na tamtejszej scenie, ale wtedy przyszła wiadomość, a raczej zaproszenie do grania w Turcji. Monika długo nie kalkulowała tylko skorzystała z oferty. Jest tam do dziś. Przypomnijmy, że Turcja nie dość, że jest krajem wielkim powierzchniowo, to mieszka tam 80 milionów ludzi, czyli ponad dwa razy więcej niż w Polsce, do tego przyjeżdżają ogromne rzesze turystów na turecką riwierę lub do olbrzymiej 15 milionowej stolicy kraju, który jest przecież kolebką fachu talerzy perkusyjnych.

Duże perspektywy, duże możliwości, mimo że dla większości Polaków, jako kraj do życia, Turcja wydaje się odległa kulturowo, w porównaniu z tym do czego jesteśmy przyzwyczajeni na co dzień nad Wisłą. Monika odniosła tam sukces jako perkusistka? Na pewno tak i patrząc na jej występy na koncertach, skojarzenia z Sheilą E wydają się być niebezpodstawne. Ona sama reaguje uśmiechem na to porównanie.

Na swój sposób jest ambasadorem zachodniego stylu i myślenia muzycznego, mimo że mieszka tam od lat i pochłania miejscową kulturę, jednak nauka w Akademii Muzycznej w Katowicach, a także słynnej Bednarskiej w Warszawie, nadały jej konkretny perkusyjny kręgosłup.

W Polsce bywa sporadycznie, głównie przy okazji projektów muzycznych, m.in. była jedną z perkusistek podczas opisywanej przez nas Rapsodii Śląskiej Jana A.P. Kaczmarka. Czy wróci na dłużej do kraju? W tej kwestii, w jej przypadku pewne jest to, że nic nie jest pewne.

Twój polski okres życia jest dość krótki, prawda?

Tak, chociaż na perkusji zaczęłam grać w wieku 11 lat, a już w wieku 13 lat grałam na… weselach, gdzie zarabiałam pieniądze na muzyce. To się samo kręciło i nie zdawałam sobie sprawy z tego, że kiedyś będzie to też mój zawód. Pochodzę ze Starego Sącza, wtedy nie było tam szkoły muzycznej tylko dom kultury, gdzie były jakieś instrumenty. Na początku chciałam grać na skrzypcach, ale nauczycielka nie przypadła mi jakoś do gustu.

To skąd bębny?

Podczas zajęć z muzyki w szkole podstawowej zobaczyłam próbę zespołu, który szykował się na występ na Dzień Nauczyciela. Jako że od dziecka uwielbiałam tańczyć, mój wzrok był wbity w perkusistę grającego rytm, tak że nie było później mowy o innym instrumencie. Mama zapisała mnie na zajęcia z perkusji do Młodzieżowego Domu Kultury, gdzie lekcje na bębnach prowadził Wiesław Piszczyński, który dodatkowo chciał mieć jakąś dziewczynę na bębnach. Problem w tym, że byłam wtedy bardzo wstydliwa i jak się dowiedziałam, że mama mnie zapisała, to początkowo spanikowałam. No, ale poszłam na te pierwsze zajęcia i okazało się, że mam bardzo dobry kontakt z nauczycielem. Potem mnie w to wciągał coraz mocniej i mocniej. Gdy miałam 13 lat zapisywał mnie na przeglądy młodych instrumentalistów w Starym Sączu i później w Limanowej, gdzie nawet coś wygrywałam. Był takim moim swoistym menadżerem, wszędzie chodził i załatwiał np. jakieś wywiady, bo to był czas, gdzie naprawdę nie było dziewczyn za perkusją. Lata 90. Kojarzyłam jedynie Beatę Polak i trochę Dominikę Kurdziel.

Czekaj, trzynastolatka zaczyna grać na weselach? Podobnie zaczynał Robert Luty, ale to było w zespole jego taty.

Na takich wsiach i w takich miasteczkach chodziło się wtedy od wesela do wesela, bo to była jedyna rozrywka. Nie organizowano koncertów, jak to się robi teraz, co najwyżej imprezy z muzyką regionalną. Kontakt i wizja grania na żywo to chodzenie na zabawę, od jednej do drugiej. Nie było DJ tylko grający zespół. Nie dość, że dobrze zabawiali to jeszcze dobrze zarabiali. Mój nauczyciel grywał na weselach i mnie w to wciągnął, chociaż do tej pory nie wiem, jak przekonał moja mamę (śmiech), ale jakoś przekonał. Te wesela też były inne niż teraz, potrafiły trwać trzy dni i do szóstej rano. Wtedy zaczęłam grać na żywo z muzykami. Dziewczynka na weselu za bębnami – to też była pewnego rodzaju atrakcja. Podchodzili do mnie z tymi kamerami, a ja się wściekałam, zakrywałam twarz (śmiech). Naprawdę było to dla mnie wstydliwe, tym bardziej, że przyciągało uwagę, bo dziewczyna na perkusji, co jak mówiłam, było nietypowe. Ostatecznie wychodziło, że za grania zarabiałam więcej niż moja mama jako nauczycielka. 

Te wesela też były inne niż teraz, potrafiły trwać trzy dni i do szóstej rano. Wtedy zaczęłam grać na żywo z muzykami. Dziewczynka na weselu za bębnami – to też była pewnego rodzaju atrakcja.


Twój nauczyciel był mocno zaangażowany w twój rozwój, idealista.

To prawda, wspierał mnie bardzo mocno. Od samego początku pokazywał mi jazzowe rzeczy, pamiętam, że na pierwszej lekcji od razu uczył mnie swingu. Przynosił podkłady jazzowe pod które grałam.

Nie chodziłaś jednak do szkoły muzycznej, akademia pojawiła się później.

Miałam dobre podstawy od mojego nauczyciela i uczyłam się prywatnie. Jak miałam 15 lat, mieszkałam już wtedy w Krakowie, który ma przecież dobrą scenę muzyczną. Chodziłam do VI Liceum w Krakowie do klasy hiszpańskiej. Mieszkałam w internacie, ale tam nie można było mieć perkusji, więc zrobiłam sobie taką z pudełek i grałam w izolatce, bo to jedyne miejsce, gdzie nikogo nie było (śmiech). Wybłagałam u pań żebym mogła sobie tam ćwiczyć, bo internat był przepełniony, po 5 osób w pokoju. A to granie na pudełkach dobrze rozwijało technikę. Zaczęłam się powoli wkręcać i chodzić na koncerty, chociaż tak naprawdę mnie przemycali, bo miałam raptem jakieś 16 lat. Dzięki tej mojej aktywności poznałam wielu muzyków. Jeździłam na festiwale jazzowe do Warszawy, a z racji tego, że znałam języki, to opiekowałam się artystami, więc od razu miałam kontakt z Herbie Hancockiem czy Chickem Corea. Z wieloma muzykami chodziłam na jam session i z nimi grałam, tak ich poznałam i często mam kontakt do dzisiaj. Po tych dżemach, zachęcali mnie bym grała dalej, bym się uczyła. Na przykład, Horacio Hernandez w chwili, gdy chciałam się już pożegnać i jechać z powrotem do Krakowa na zajęcia do szkoły, zabrał mnie jeszcze na chwilę do hotelu i wyciągnął z torby wielką kiść pałek, dodał książkę i powiedział, że mam grać. A ja wtedy miałam dopiero 17 lat. To była niesamowita motywacja. Byłam zafascynowana tym co się działo. Przyjeżdżała masa muzyków z zagranicy, a ja z nimi rozmawiałam, bo byłam takim przewodnikiem. Nie dość, że widzisz ich na próbie, na soundchecku, to później jeszcze na scenie w tym całym otoczeniu przy aplauzie ludzi. To była wielka motywacja by się rozwijać. W takich okolicznościach poznałam Pawła Mąciwodę, który mnie wciągnął w środowisko muzyczne i z wieloma ludźmi zapoznał. Całymi nocami, od jednego do drugiego miejsca, zapraszał na koncerty i dzięki temu powstała sieć znajomości.

Ciężko uwierzyć patrząc na to co robisz, że byłaś skromną, nieśmiałą dziewczyną, która się krępowała, że gra na bębnach.

Myślę, że takim punktem przełomowym był występ w programie „Droga do gwiazd”, po którym dołączyłam do zespołu żeńskiego Matka, który był związany z Sony Music. Dojeżdżałam do Lublina na próby, a wtedy był jeden jedyny pociąg i jechało się osiem godzin. Jak nie zdążyłam, to musiałam czekać dzień na następny, więc stres miałam zawsze, żeby zdążyć. Dlatego musiałam opuszczać zajęcia, przez co moja mama się wściekała. W Matce grałam hard rocka, w skórzanych strojach, byłyśmy dość aktywne koncertowo i zdarzało nam się grać np. na zlotach motocyklowych. Zawsze był ktoś kto powiedział coś w stylu: „No dobrze, przyjechały dziewczynki, a gdzie są muzycy?”. Pewnego razu zagrałyśmy jako support dla Michała Wiśniewskiego, który ostatecznie zatrudnił nas jako swój zespół.

Ale trafiłaś wreszcie na Akademię. Chciało ci się? Przecież już dużo grałaś.

Ja się zawsze lubiłam uczyć, byłam dobrą uczennicą. Lubię się rozwijać w różnych dziedzinach i nie ograniczać się do jednego. Już w liceum chciałam iść do szkoły muzycznej, ale u mnie w domu nie było zwyczaju, że jest jakiś zawodowy muzyk, bardziej uznawano to jako hobby. Potem się okazało, że to liceum było moim hobby (śmiech). Rodzice nie bardzo widzieli mnie jako zawodowego muzyka, szczególnie, że to środowisko miało też pewną opinię i wizerunek, zwłaszcza jak grałyśmy w skórzanych, skąpych strojach. Zdążyłam zagrać na festiwalu w Sopocie, a dopiero później myślałam o państwowej edukacji muzycznej, a to dlatego, że miałam te jazzowe podstawy dobrze przepracowane, chociaż nie miałam pierwszego i drugiego stopnia szkoły muzycznej. Poszłam więc bardziej dla spróbowania, bo nastawiałam się, że mnie nie przyjmą. Dlatego też złożyłam papiery na zwykłe studia językowe, a konkretnie na chiński do Warszawy. No i okazało się, że się wszędzie dostałam (śmiech). Nie chciałam rezygnować z jednego kosztem drugiego. Pomyślałam, że postudiuję chiński przez rok i po roku mnie wyrzucą, bo bardziej mnie ciągnęło w stronę muzyki. Jednak zawsze, przez ten rok, trochę języka poznam. Ostatecznie mam licencjat w dwóch miejscach. Robiłam dwa kierunki jednocześnie i dodatkowo grałam.

Niesamowite.

Oprócz Katowic, byłam jednocześnie w Warszawie na Bednarskiej u Kazimierza Jonkisza, a weekendy, jako że zaocznie to jeździłam właśnie do Katowic. Tam prowadził mnie Adam Buczek. Zupełnie inni perkusiści, zupełnie inne podejście. Ten sposób Kazimierza Jonkisza jest mi bliższy, bo jest taki troszkę bardziej zbuntowany, niepokorny. Granie bardziej melodyjne niż techniczne. Przyznam jednak, że mimo tych mocnych podstaw, braki wcześniejszych szkół muzycznych dawały mi się we znaki w przypadku czytania nut i w sumie to jest do dziś dla mnie katastrofa. 

Jak tak teraz sobie o tym pomyślę, to sama nie wiem jak mi się to udawało wszystko zgrać. W dwóch różnych miastach, na dwóch kierunkach, a do tego grać. Kiedyś nie spałam przez trzy dni i na zajęciach zespołowych wreszcie padłam, wszyscy myśleli, że zemdlałam, a ja po prostu zasnęłam. Jeździłam pociągami na koncerty, a połączenia z Warszawy do Krakowa, Katowic czy Poznania były dobre, więc dawałam radę to jakoś poukładać. Specjalnie zamieszkałam w Warszawie blisko dworca. Teraz to już chyba nie dałabym rady.

Jest dramatycznie mało jazzowych perkusistek w Polsce.

Trzeba bardzo dużo ćwiczyć i mocno się poświęcić, a finansowo później z tego za wiele nie ma. Taka bolesna prawda (śmiech). Umiejętność gry jazzowej rozwija się z czasem i trzeba dużo nad tym siedzieć. Jednak przede wszystkim, to środowisko zdominowane jest przez facetów. Wiele kobiet nie wytrzymuje żarcików czy komentarzy dotyczących ich grania i rezygnuje, znam takich wiele. Ogólnie wiadomo, że w tej branży potrzebne są „duże jaja” i to dotyczy także facetów (śmiech). Takie jest moje doświadczenie z tamtych czasów. Miałam taką sytuację, że jak pojawiłam się na pierwszych zajęciach na Akademii w Katowicach, wywołano moje nazwisko, padło pytanie, na czym chcę grać, więc mówię, że na perkusji. „Aaa, dziewczyna, nawet ładna, to będziesz miała spokój”. O co chodzi? No cóż… Wiesz, coś na zasadzie – Nie musisz dobrze grać, jakiś tam wygląd masz, to sobie poradzisz.

Trzeba bardzo dużo ćwiczyć i mocno się poświęcić, a finansowo później z tego za wiele nie ma. Taka bolesna prawda (śmiech). Umiejętność gry jazzowej rozwija się z czasem i trzeba dużo nad tym siedzieć.


Wyjazd do Chin to kwestia ciekawości świata?

Poza muzyką bardzo lubię języki obce i inne kultury. Zawsze mnie to interesowało, jak to jest mieszkać w innym kraju, innej kulturze, jak to jest z muzykami z innych miejsc. W Polsce fajnie zaczęło mi się wszystko rozwijać i dostawałam coraz lepsze propozycje z różnych miejsc. Wyrabiałam sobie pozycję, tylko że ciągnęło mnie do wyjazdu, żeby poznawać świat. Nie jestem typem człowieka myślącego o karierze, że na zimno wykalkuluję sobie co będę robić. Muzyka to dla mnie narzędzie do tego, by fajnie żyć i fajnie poznawać świat. Może to jest złe podejście, nie wiem, ale ja tak mam. 

Jak wygląda ta scena w Chinach, scena instrumentalistów?

Byłam tam w 2008 roku, to były zupełnie inne Chiny niż teraz. To było przed tym wielkim ekonomicznym boomem. Robiłam tam warsztaty i przyznam, że poziom był cienki, jeżeli chodzi o tzw. muzykę zachodnią. Dla nich to jest zupełnie inna działka, bo mają pełno swojej muzyki. Granie jazzowe była dla nich nowością.  Oczywiście były kluby jazzowe, co namierzyłam już na samym początku pobytu, ale grali tam muzycy z innych krajów np. sporo Amerykanów. W ten sposób zaczęłam znowu sobie wyrabiać kontakty i w pewnej chwili jeździłam po Chinach grając. Powiem szczerze, że… muzycznie tam mi się wtedy za bardzo nie podobało. Byli na tak słabym poziomie, że nie potrafili rozróżnić dobrego grania od słabego grania, więc sam rozumiesz... To było coś tak innego dla nich wtedy. Tworzyliśmy grupkę, która inicjowała różne jam session, działała w hotelach dla tych co przyjeżdżali z zagranicy, bo te kluby były głównie przy hotelach. Co mi się podobało muzycznie w Chinach, to mieli fajną muzykę punkową. Do tego metal, w zasadzie wszędzie tam, gdzie był potrzebny bunt w przekazie, bo wiadomo, jak jest w Chinach. Byłam na koncercie punkowym, gdzie raz myślałam, że mi głowę rozwalą (śmiech), taki bunt mieli w sobie.

Mam tam dalej przyjaciół i z tego co mi mówią, to się polepszyło i poziom jest o wiele wyższy. Dużo inwestują w edukację.

Jak więc trafiłaś do Turcji? Tak troszkę na około…

Jeszcze po drodze miałam swoje workshopy w Malezji. Do Turcji zaprosił mnie amerykański basista Tony Jones, ale on mnie zapraszał jeszcze jak mieszkałam w Polsce. Miał w Turcji zespół i mówił, żebym przyjechała, no ale wtedy nie bardzo wiedziałam o co chodzi, przecież gościa w ogóle nie znam, jedynie, że grał z Niną Simone przez 12 lat. Poznałam go na jam session w Tygmoncie w Warszawie. Po graniu proponuje mi nagle, żebym przyjechała do Turcji i grała u niego w zespole. Później często przyjeżdżał do Polski na grania i nawiązała się znajomość. Raz nawet zastępowałam Cezarego Konrada, który jest dla mnie jednym z najlepszych polskich perkusistów. Nagle Cezary nie mógł zagrać, więc postanowili wypróbować mnie!

Ostatecznie nie zdecydowałam się wyjechać z kraju, bo miałam szkoły do ukończenia, no a później pojechałam do Chin, kontakt trochę się rozmył. Tam po roku dostałam niespodziewanego maila od Tony’ego, czy mogę przyjechać za tydzień do Bodrum do Turcji? Chiński sobie zdążyłam poćwiczyć, a muzycznie, tak jak mówiłam, mi się nie podobało, bo chciałam się bardziej rozwijać. Pomyślałam, że to w sumie niezła propozycja i odpisałam „ok” bez pytania o żadne szczegóły. Dostałam bilet na 8 godzin przed wylotem, ale tylko w jedną stronę, bez biletu powrotnego. Nie myślałam o tym, poleciałam.

Wyjazd i kolejne zderzenie z zupełnie inna kulturą.

Nie mam żadnych uprzedzeń co do miejsc czy krajów, wychodzę z założenia, że najpierw sama muszę sprawdzić co i jak żeby oceniać, więc ta Turcja mnie nie przerażała. Na lotnisku w nocy odebrali mnie jacyś dziwni kolesie, którzy wyglądali jak mafia, napakowani, ubrani na biało, ze złotymi łańcuchami (śmiech). Ja ani be, ani me po turecku, więc nie wiem co się dzieje. Zastanawiałam się, czy w ogóle się przyznać, że ja to ja (śmiech). Pogadałam z nimi, wybadałam, okazało się, że mieli swój klub na riwierze Tureckiej, do którego chcieli zespół w klimacie międzynarodowym. Dowieźli mnie do jakiejś willi i dali klucze. Po szarym Pekinie, w jakim mieszkałam, znalazłam się nagle w wilii z pięknym widokiem na lazurowe morze, jak w bajce.

Zaczęliśmy próby zespołu, ale coś tym kolesiom-właścicielom wokalistka nie przypadła do gustu, bo była mocno przy tuszy. Stwierdzili, że to nie przyciągnie uwagi Turków, że to musi być typ laski. Skończyło się na tym, że zrezygnowali z tego projektu. No to nie pozostało nic innego jak wracać, chociaż z drugiej strony nie chciałam za bardzo wracać, bo wiesz… piękny widok, dom, jedzenie w ich restauracji, żyć nie umierać (śmiech).  Trzeba było się jednak w końcu zebrać i wracać, ale pojawiła się propozycja grania w ekskluzywnym hotelu Kempinski, który jest pełnym kompleksem klubów, restauracji itd., gdzie ludzie własnymi helikopterami przylatywali. Fajna opcja, plus fajny zespół. Tony bardzo dużo mi pomógł. Z resztą granie z muzykiem amerykańskim, to zupełnie inna bajka. Ci muzycy mają takie podejście, że jeżeli ktoś chce grać, to może grać i go w tym wspierają. Najważniejsze żebyś miał groove, jak masz groove to technikę każdy może rozwijać. Nie narzekają tylko szukają, jak robić coś lepiej. Takie jest moje doświadczenie. Ile razy mam kontakt z amerykanami, to jest właśnie takie podejście. Tony właśnie w ten sposób mnie inspirował. Zmienił moją wizję i pogląd, bo nie ukrywam, że byłam trochę zakompleksiona i wstydliwa, że mi te ręce się trzęsą.

Zaczęliśmy próby zespołu, ale coś tym kolesiom-właścicielom wokalistka nie przypadła do gustu, bo była mocno przy tuszy. Stwierdzili, że to nie przyciągnie uwagi Turków, że to musi być typ laski.


To akurat zaskakujące, bo przyglądając się twojej pracy rąk, można być pod wrażeniem płynności i lekkości.

Poważnie? Tony mnie dobrze ukierunkował, ale z drugiej strony graliśmy po 14 koncertów tygodniowo, po dwa koncerty dziennie. Wszyscy nas tam znali. Dogrywaliśmy różnym artystom, którzy przyjeżdżali na koncerty. Fajne to było, bo miałam kontakt z wysokiej klasy muzykami. Cały czas się rozwijałam. To był chyba najlepszy okres w moim życiu muzycznym pod kątem rozwoju. Zupełnie nieświadomie wyrobiłam sobie też kontakty z muzykami tureckimi, którzy też tam często przyjeżdżali, ale ja za bardzo nie wiedziałam kto to jest. Kojarzyli mnie. Po sezonie, po zagraniu na pewnym festiwalu, Tony miał wylecieć do Stanów, pianista do Stambułu, no i mnie też zapytano, gdzie chcę jechać. Powiedziałam bez zastanawiania: „Kupcie mi bilet do Stambułu”. Na początku, jeszcze zanim Tony wyleciał, zagraliśmy kilka koncertów, ale później była już klapa i przez trzy miesiące wpadłam w lekką depresję. Mieszkałam u znajomego - znajomego, gdzieś daleko na obrzeżach, ale na szczęście inna znajoma zaproponowała żebym zaopiekowała się jej mieszkaniem i kotem, bo ona gdzieś wyjeżdżała. Jak się przeniosłam do centrum, to już było co innego. W latach 2009 do 2013, do czasów protestów, a potem ataków terrorystycznych, Stambuł był niesamowitym miejscem dla muzyka! Wszędzie były koncerty, siedem dni w tygodniu, na każdym kroku. Koncerty muzyki irańskiej, kurdyjskiej, arabskiej, greckiej, flamenco, fusion – czyli coś co najbardziej lubię. Samego jazzu było znacznie mniej, ale był, no i oczywiście muzyka turecka, ale ten temat to jest temat na grubą książkę. Wszystko wrzało energią i kultura się miksowała. Muzyka na wysokim poziomie, cały czas nagrania, wymiana między jam session. Przyjeżdżali muzycy z Indii, USA. Pamiętam jak Dave Weckl grał dżemy z miejscowymi muzykami. Jednego dnia można było iść na 3 różne koncerty na wysokim poziomie, gdzie były tłumy. Z resztą, muzyków traktowano inaczej, jak gwiazdy (śmiech). A graliśmy czasami do 6-7 rano! Niestety, teraz się to zmieniło i strasznie tęsknie za tamtymi czasami.

To przeplatanie kultur plus typowo turecka muzyka, to chyba niezła inspiracja do rozwoju alfabetu muzycznego, szczególnie perkusyjnego?

Na początku w Stambule wkręciłam się w środowisko perkusyjne, w sensie instrumentów perkusyjnych, z ciekawości. Pomyślałam, że posiedzę tu 2-3 miesiące i wrócę do Chin, ale przez ten czas nauczę się jakichś tureckich rytmów. Zawsze miałam smykałkę do grania gołymi rękami na perkusjonaliach, ale nigdy tego nie robiłam profesjonalnie, jednak na poziom występów w branży jest to wystarczające, ponieważ gram bardziej groove’owo. Nie trzeba w to wszystko napierniczać, jak niektórzy to robią na darbuce, tylko wystarczy, że wszystko się dobrze prezentuje, łącznie z tobą (śmiech). Tak tu jest. Zaczęłam grać z grupą perkusyjną, dzięki czemu poznałam większość tureckich perkusjonistów. Spodobało mi się.

Ale musiał być w końcu jakiś mocny krok do przodu.

Poznał mnie bardzo znany turecki muzyk - Kenan Doğulu. Wątpię, żeby ktoś go u nas znał, ale to jest muzyk z takim statusem, jak w Polsce np. Maryla Rodowicz. Szukał kogoś na instrumenty perkusyjne, a wtedy już mnie ludzie znali ze względu na to, że grałam na tych perkusjonaliach, ale też na zestawie. Zaczęłam też wtedy więcej grać w klubach, nagrałam album jazzowy z fajnym artystą Bilalem Karamanem. To wszystko się dzieje w przeciągu roku, intensywnie, ale tak było wtedy w Stambule. Granie na zestawie spowodowało, że zaczęli mnie poznawać muzycy ze sceny popowej, czyli tureckiego showbiznesu. Zostałam zaproszona na przesłuchanie, a wtedy grałam akurat w Bodrum z Tonym. Zadzwonili do mnie o godzinie 4 i powiedzieli, że kupili mi bilet, więc o 8 byłam już w Stambule. Przyszedł wokalista i tak sobie myślę: „Chyba skądś go znam, z telewizji, czy jak?” (śmiech). Nie pojechałam do Bodrum, tylko zaczęłam z nim pracować. Pięć dni po tym byłam w największym programie telewizyjnym w Turcji, nawet nie zdając sobie z tego sprawy (śmiech). Lądujesz w takim programie i wtedy to już zupełnie wszyscy cię znają. Dostajesz pieczątkę, że cię akceptują. Pomyślałam, że może być z tego niezła przygoda i rzeczywiście, trzy tygodnie później mieliśmy tournee po całej Turcji – 20 koncertów w największych miastach. Wtedy poznałam kraj i musiałam nauczyć się języka, bo Turcy nie są mocni w angielskim. Przyznaję, że nie czułam się mocno na instrumentach perkusyjnych, grałam jak czułam, ale skoro mnie przyjęli do siebie, to musiałam się uczyć, więc zaczęłam się podciągać.

Powiem wprost - ważnym powodem tego, że mnie zatrudniali było to, że jestem kobietą. Nie ukrywam tego, tak było. Nie zmienia to faktu, że musisz umieć grać, bo nie było tak, że przyjechałam i od razu z tego powodu wszyscy mnie zapraszali.


Czego od ciebie się oczekuje w Turcji jako perkusistki?

Powiem wprost - ważnym powodem tego, że mnie zatrudniali było to, że jestem kobietą. Nie ukrywam tego, tak było. Nie zmienia to faktu, że musisz umieć grać, bo nie było tak, że przyjechałam i od razu z tego powodu wszyscy mnie zapraszali. Wyrobiłam sobie to, że ludzie mnie poznawali, bo chodziłam po klubach, grałam pełno jam session. Tylko że w sumie dość szybko udało mi się osiągnąć rozpoznawalność. Środowisko było bardzo aktywne, a ludzie otwarci. Czegoś takiego nie doświadczyłam w Polsce i był to dla mnie pewnego rodzaju szok. Muzycy tu byli ciekawi muzyki zachodniej, a miałam przecież te podstawy jazzu, więc tym bardziej dla nich to było bardzo egzotyczne - dziewczyna z Polski grająca jazz, więc zaprośmy i zobaczmy, jak gra. A jak się okazało, że coś tam gram, że spełniam ich oczekiwania, więc zaczęli mnie zapraszać do kolejnych projektów i nagrań.

Działanie w branży to zupełnie inne podejście, inna energia. Jak grałam u Kenana Doğulu, nie rozwinęłam się jazzowo, ale rozwinęłam się bardzo mocno pod kątem show. Dzięki temu stoję teraz na własnych nogach i nie jestem mocno od nikogo uzależniona. Nauczyłem się tego od niego, oczywiście bardziej pod kątem tureckiej publiki, ale teraz nie mam zupełnie stracha, bo turecką publikę po prostu znam. Wiem co lubią i jak reagują. Nie wiem, jak jest z publiką polską niestety. Grałam z nim przez 9 lat i graliśmy też sporo koncertów międzynarodowych, po całym świecie – USA, Australia. Nie rozwijałam za bardzo techniki grania, ale rozwinęłam wiele innych rzeczy, biznesowych i wizerunkowych.

Jak to wygląda w odniesieniu do samej roli perkusisty? Jak słyszy się o Turcji i instrumentach perkusyjnych, to kojarz się to bardziej z…

…darbuką. Tak i tak faktycznie jest, ale w Turcji jest bardzo mocno rozwinięta też muzyka komercyjna, popowa. Szczególnie w tamtym okresie to wszystko wrzało – gwiazdy, gwiazdeczki i ogromne pieniądze. Opowiadali mi, że w latach 90, jak muzycy dostawali wypłaty w dolarach, to zapełniali cały plecak. Nie ma co ukrywać, ale w muzyce popowej chodzi mocno o kasę.

Jak nie przede wszystkim.

Zawsze to rozdzielałam, od samego początku. Dla mnie muzyka to jest jedna rzecz, a show biznes to druga rzecz. Z takim podejściem udaje mi się jednocześnie rozwijać i radzić sobie ekonomicznie. W pewnej chwili zajmowałam się więcej tym show-biznesem, ale teraz z powrotem zaczęłam się rozwijać i zajmować muzyką. Przychodzi taki okres, że musisz się czemuś poświęcić i wybierać. Nie jest tak, że mogę się cały czas skupić na tworzeniu i rozwoju. Jeżeli ludzie się rozwijają, to mają jakieś zabezpieczenie ekonomiczne, jakiekolwiek, jakieś środki, żeby nie myśleć, że muszą zarabiać. Takie są realia.

Mocno stoisz na nogach. Nie masz głowy w chmurach i nie jesteś artystką z infantylnym podejściem do życia.

No nie. Nie miałam nigdy takiego komfortu.Na początku jak przyjechałam do Stambułu, nie miałam prawie żadnych ubrań i rzeczy. Zaczęła się zima, nie wiedziałam, kiedy będę miała kolejne granie. Pamiętam, że zastanawiałam się czy kupować zimowe ciuchy czy nie. I to nie, że nie było mnie stać, tylko będąc muzykiem trzeba umieć oszczędzać i umiejętnie wydawać pieniądze, bo nie zawsze jest wesoło. Starałam się najpierw inwestować w instrument i sprzęt. To co zarabiałam, to działkę z tego przeznaczałam na zakupywanie jakiegoś sprzętu, który pomagał mi w rozwoju muzycznym.

Do takiego stopnia, że jak zdecydowałaś się na własny album solowy, to go sama wyprodukowałaś.

O tak! Dla mnie to była przygoda, sama się tego nauczyłam i jest to nowa umiejętność, która może mi się kiedyś znowu przyda. Tak samo, jak robienie własnych teledysków. Teraz jestem totalnie niezależna. Zrobię muzykę, teledysk i robię to co chcę i chyba na tym to polega. To wszystko nie przychodzi mi jednak łatwo i cały czas się tego uczę. Efekty są jakie są, nie są złe, ale też nie są to jakieś super produkcje, wiem o tym. Ja się tym bawię i nie myślę, że to może być jakiś efekt komercyjny. Tak naprawdę dopiero teraz robię się świadoma, że mogę to wszystko użyć w odpowiednim kierunku i chciałabym zrobić projekt, który się trzyma jednej kupy, ale mój charakter nie pozwala mi na to. Lubię grać tu i tam, współpracować z wieloma muzykami, robić przeróżne rzeczy. Weźmy taką Anikę, ona ma swój styl, może się skoncentrować na tym, że ta jej produkcja jest coraz lepsza. Ja mam chyba jakiś taki głupi charakter (śmiech).

Jak się popatrzy, chociażby na twoim Instagramie, na bogactwo projektów, w których uczestniczysz, to robi to wrażenie.

Powiem ci, że sama jak na to patrzę, to mnie to trochę śmieszy. Nie wiem czemu tak robię, ale kieruję się tym co czuję. Gdzieś to się tam splata w jedność, bo mimo wszystko nie jest to rozwalone we wszystkie strony. Teraz np. robię obrazy i jak tak na nie patrzę, to widzę w nich moją przygodę muzyczną, więc ten styl jaki tam jest, ma związek z moim doświadczeniem, podróżami i wyrobionymi poglądami.

Kiedyś wstydziłam się wrzucać te swoje grania z DJami, bo ogólnie dużo gram w klubach. Myślałam, że jak np. Kazimierz Jonkisz zobaczy takie granie to… o kurczę (śmiech). Nawet jak ktoś wrzucał na Facebooka coś ze mną, to od razu kasowałam. Coś miałam wbite w głowie, że jestem poważnym muzykiem po Akademii, więc nie mogę dawać takiego grania w mediach. To wszystko się potem zmieniło, patrzę, a sławni jazzmani w Polsce też grają takie gigi. Realia się zmieniły. Kiedyś był komfort robiąc jedną rzecz. Teraz jest więcej chałtur, tylko że ludzie chcą tych chałtur, a przecież samemu nie możesz o wszystkim decydować. Nikt mi więc tu nie będzie ściemniał, bo widzę jak czasami uznane nazwiska grają do kotleta w hotelach.

Kiedyś wstydziłam się wrzucać te swoje grania z DJami, bo ogólnie dużo gram w klubach. Myślałam, że jak np. Kazimierz Jonkisz zobaczy takie granie to… o kurczę (śmiech).


Jak wygląda twoja współpraca z firmami perkusyjnymi?

Endorsement? Teraz mam talerze od Istanbul Mehmet, z resztą mają biuro niedaleko ode mnie. Natomiast bębny mam ręcznie zrobione na zamówienie w Izmirze i jestem z nich bardzo zadowolona. Jeżeli chodzi o bębny brandowe, to zdecydowanie bardzo mi pasują bębny Gretsch lub Yamaha, ale nie mam z nimi żadnej umowy. Może trochę o to nie dbam za bardzo. Jestem przeciwieństwem Samby, z którym byłam na tym samym roku u Kazimierza Jonkisza. On jest naprawdę mocno zaopatrzony w sprzęt (śmiech).

Jesteś artystycznie spełniona?

Raczej życiowo. Artystycznie wolę być zawsze głodna, bo to mi pozwoli ciągle szukać nowych inspiracji. Tylko że teraz zmienił się mój stosunek do wielu rzeczy i zmieniły się warunki na świecie. Jest duża konkurencja, inaczej się ludzie promują i inaczej to w ogóle wygląda. Z mojego punktu widzenia, nazwałabym to troszkę ściemą co się dzieje. Ludzie promują się w intrenecie, a później kompletnie nie radzą sobie na scenie. Oczywiście nie wszyscy, ale widziałam to wielokrotnie. W necie wiedzą, jak wyprodukować swój wizerunek, chociaż z drugiej strony granie na bębnach do jakiegoś podkładu i budowanie na tym całej swojej marki nie jest dla mnie zbyt ekscytujące.

Technika jest ważna i mam szacunek do tych co operują techniką, ale moim zdaniem najważniejsza jest energia i to jaki mam kontakt z publiką, to co im przekazuję, nawet nie jako perkusistka, ale jako człowiek. Interesuje mnie sam przekaz, a nie robienie wrażenia. Lubię, jak coś ma wartość, informację, coś co poruszy i zmusi do przemyślenia. Tworząc piosenki też staram się umieszczać jakiś przekaz. Umiejętność operowania energią na scenie nabywa się przez wiele, wiele lat i bardzo mało muzyków potrafi świetnie grać, jednocześnie nawiązywać z publiką kontakt i coś przekazywać.

Twoja przebyta droga do tego miejsca, w którym jesteś to kwestia szczęścia, ciężkiej pracy? Jak byś to podsumowała?

To wszystko razem się liczy. Nie można mieć tylko szczęścia bez wkładania w to wysiłku. Złoty środek to umiejętność zrozumienia tego, co ci daje życie i co możesz z tym zrobić. Jedni mają warunki, że rodzina im pomaga, mają charakter i predyspozycje, ale nie każdy tak ma. Każdy jest inny i trzeba znaleźć swoją własną drogę, nic nie jest tylko czarne i białe. 

Mam świadomość wielu swoich braków. To co mi dało życie staram się przekształcić w jak najlepszy sposób, jednocześnie nie tracąc swoich wartości i robiąc to co lubię. To wszystko jest inwestycją czasową. Język i muzyka to to samo, muzyka jest takim międzynarodowym językiem i to jest w niej piękne. Osoba z innego kręgu kulturowego potrafi przez muzykę się skomunikować. Prawdziwa magia.

Masz zadatki na bycie nauczycielem?

(śmiech) Czasami miałam uczniów. Lubię uczyć, ale strasznie się wtedy rozdrabniam w tym co robię. Przez tyle lat żyję ze sceny i gdybym chciała uczyć regularnie musiałabym mieć inne podejście. Jak masz uczniów to trzeba się na nich skoncentrować. Trzeba podejść indywidualnie, przygotować na zajęcia itd. Osoba chce przychodzić regularnie i teraz pytanie, czy będziesz w stanie regularnie się z nią spotykać. Dobre nauczanie pochłania strasznie dużo czasu. I tak się już wystarczająco rozdrabniam na różne rzeczy. Gram z DJami, gram jazzowe rzeczy, gram z piosenkarzami, gdzie przecież musisz poznać cały repertuar. Ostatnio grałam z takim wokalistą z Iranu, który mnie poprosił czy nie dałabym mu paru lekcji. To bardzo znany artysta w Iranie, graliśmy niedawno koncert na stadionie, a on się nagle pyta czy nie pouczyłabym go gry na bębnach. Myślałam, że żartuje, ale on mówił na serio, więc jak nauczanie to raczej w takich przypadkach lub jak ktoś znajomy poprosi, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Mam własną rutynę w swoim ćwiczeniu i skupiam się na swojej muzyce. A z koncertami to też nie jest tak, że przychodzę na koncert, odbębniam i spadam, no tak to nie jest. To jest cała produkcja i teraz jesteś częścią tej produkcji. W zależności od tego czy jesteś w stanie się dopasować czy nie, to masz tę pracę albo nie.  

Będzie szansa zobaczyć cię teraz w Polsce?

W najbliższym czasie nie mam planów, ale jak coś będzie to dam na pewno znać. Covid bardzo dużo pozmieniał. Mieliśmy mieć nawet trasę, ale zostało to odwołane.

Materiał przygotowali: Maciej Nowak, Salemia, Staszek Piotrowski

Foto: Archiwum artystki

Quiz – Pieśń o Rolandzie
1 / 12
Na rozgrzewkę – Roland to firma, która została założona w latach 70 w:
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"