Wiktoria Bialic

Dodano: 24.03.2022
Autor: Maciej Nowak, Artur Baran, Kajko

Kiedy chcesz, by studio było twoim drugim domem. Czy Wiktoria jest przyszłością polskiej sceny sesyjnej? Jest na to realna szansa, ale jak sama pokornie twierdzi – wszystko po kolei, wszystko w swoim czasie.

Ten artykuł czytasz ZA DARMO w ramach bezpłatnego dostępu. Jeśli lubisz nasze treści, rozważ zakup pełnego dostępu cyfrowego do całej zawartości naszego serwisu.

Perkusistka Ralpha Kamińskiego w projekcie „Kora”, gra także w zespole Marii Sadowskiej. Rytmicznie wystukała sobie współpracę z markami Gretsch, Zildjian, Remo i Vic Firth, przyciągając marki swoim stylem gry, z którego bije wielka pasja i oddanie dla bębnów.

Podczas Śląskiego Festiwalu Perkusyjnego w Chorzowie, w 2019 roku, w czasie jednej z przerw między występami, staliśmy sobie w kilka osób w kółeczku i dyskutowaliśmy na tematy oczywiste w związku z trwającą imprezą. W pewnej chwili Ash Soan wyjął telefon i powiedział: „Pokażę wam perkusistkę, jest z Polski, ma świetny groove. Na pewno ją znacie.” Sprawnym ruchem palca przewinął kilka okienek na Instagramie i zaprezentował młodą, kompletnie nam nieznaną dziewczynę, która bardzo tłusto wbijała rytm. Trochę było nam głupio, ale to prawda, nikt z nas jeszcze nie znał Wiktorii, za to znał ją brytyjski gigant sesyjny.

Sprawy potoczyły się szybko i momentalnie nadrobiliśmy zaległości. Przyczyniła się do tego sama artystka, która regularnie dawała znać o sobie, do tego stopnia, że firma Zildjian wyciągnęła rękę z ofertą współpracy. Prawdziwym przełomem w skali ogólnoświatowej był występ w słynnym międzynarodowym konkursie Hit Like A Girl, gdzie Wiktoria brawurowo zdobyła Grand Prix. Oprócz oczywistego prestiżu pojawiło się zainteresowanie u przedstawicieli kolejnych producentów. Świetnie przekuła to firma DW, która w osobie Dona Lombardi i kanału Drum Channel, zaprosiła Wiktorię do rozmowy, dając tym samym szansę wszystkim na świecie na bliższe poznanie polskiej perkusistki.

Najciekawsze jest jednak to, że tak naprawdę sam konkurs był jedynie dodatkiem do codziennej aktywności perkusistki. Całkiem niedawno mieliśmy przyjemność recenzować płytę Ralpha Kamińskiego „Kora”, na której swój pełnowymiarowy debiut studyjny miała Wiktoria. Nie ukrywa, że kręci ją najbardziej praca w studio, a patrząc na jej krótkie klipy ze studia widać, że czuje się tam doskonale i niejeden słuchacz zaczyna kiwać głową w rytm, co chyba jest w tym fachu rzeczą niezwykle pożądaną.

Rozmawiamy z Wiktorią niedługo po jej powrocie z występu na słynnej imprezie branżowej PASIC, czyli Percussive Art Society International Conevntion, która ma miejsce w Indianapolis. Występ perkusistki był jedną z nagród we wspomnianym wcześniej konkursie.

Czy powrót z PASIC w USA do Rzeszowa nie był dla ciebie wielkim szokiem?

Szczerze mówiąc był dużym szokiem, bo pierwszy raz miałam tak, że jak wracałam samolotem do Polski byłam smutna i chciało mi się trochę płakać. Byłam pierwszy raz w USA, wcześniej byłam w Kanadzie, więc uważałam, że nic mnie już nie zaskoczy – wielki rozmach, wszystko duże, ale nie spodziewałam się, że będę zaskoczona tak pozytywnym nastawieniem ludzi. Nie ukrywam, że to właśnie reakcje ludzi na festiwalu były dla mnie największym szokiem.

…przez 3 dni festiwalu nie słyszałam narzekania, smutku, tylko - idziemy do przodu, mamy pasję i robimy wszystko w tym kierunku, żeby było jak najlepiej.


Na PASIC trafiłaś w sposób spektakularny, z tytułem Championa konkursu Hit Like A Girl.

To był mój pierwszy festiwal perkusyjny. Nigdy nie brałam w nich udziału jako perkusistka, jako osoba grająca na festiwalu. Bez zwycięstwa w tym konkursie raczej ciężko byłoby tam zagrać, bo jak zobaczyłam listę perkusistów jacy tam wystąpili, to są to legendy, np. Steve Ferrone, John Riley, David Garibaldi, Marcus Gilmore. To są wielkie nazwiska z ogromnym doświadczeniem. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta impreza, bo byłam najmłodszą i do tego jedyną kobietą grającą na perkusji, a to jak mnie wszyscy wokół traktowali było niesamowite. Zupełnie nie odczułam tego, że nie jestem tak uznaną perkusistką jak oni. Stresowałam się, że co ja tu robię, przecież wygrałam jedynie konkurs i nie mam takiego doświadczenia jak reszta. Przedstawiciele firm, sponsorzy, a także perkusiści podchodzili do mnie i mówili, że super jest mnie poznać, że fajnie, że tu jestem, że przyjdą na mój występ. To traktowanie na równi było bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Poza tym fajne jest to, że kładziony jest tam też nacisk na to, żeby czegoś przy okazji nauczyć. Zazwyczaj jak bywałam na festiwalach jako publiczność, np. w Niemczech na Meinl czy w Chorzowie na Śląskim Festiwalu, to perkusiści wychodzili, grali, a później padało kilka pytań i tyle. W przypadku PASIC perkusiści mieli jeszcze swoje warsztaty. Oprócz tego, że graliśmy, to mieliśmy przekazać wiedzę. To dla mnie też było coś nowego, bo jak chodziłam tam na kliniki, to od razu się czegoś uczyłam. Zazwyczaj jest tak, że muzycy popisują się na perkusji, a kiedy się wychodzi z takich występów to jest wrażenie, że się dużo działo, ale nic się nie pamięta z tego, co dany perkusista zagrał – prędkość i czopsy. Popis, z którego nic nie wynoszę, może oprócz tego, że się zainspiruję i będę mocniej pracowała, ale w sumie ciężko powtórzyć to co oni grali.

Emocje są wciąż we mnie. Oczywiście nie wiem też na ile jest to prawdziwe, ale przez 3 dni festiwalu nie słyszałam narzekania, smutku, tylko - idziemy do przodu, mamy pasję i robimy wszystko w tym kierunku, żeby było jak najlepiej.

Jak wyglądał twój występ?

Bałam się trochę, że publiczność będzie oczekiwała ode mnie tego, że będę grać szybkie czopsy. A ja wybrałam sobie temat na warsztaty „Myśl bardziej jak producent, a nie perkusista” - do tego różnorodność stylistyczna i brzmieniowa. Chciałam pokazać to, co wiem, jakie jest moje podejście. Zaznaczyłam też, że mogą się ze mną nie zgadzać, bo to są moje przemyślenia i wypracowane schematy, które akurat mi pomogły, ale może też i im się przydadzą.

Grałam na dwóch zestawach. Jeden to Gretsch Broadkaster, którego nastroiłam nisko, z krótkim brzmieniem, bardziej do reggae, funku lub popowych sytuacji. Drugi zestaw to Gretsch Renown, z bardziej otwartym rockowym brzmieniem. Do tego dwa różne zestawy talerzy Zildjian. No i cztery werble nastrojone także w inny sposób, żeby pasowały indywidualnie do różnych gatunków i piosenek.

Obawiałam się też, że może mało osób przyjść na mój występ, bo jak patrzyłam na wcześniejsze zwyciężczynie konkursu Hit Like A Girl, to na ich występy przychodziło 5-10 osób. Pomyślałam, że kurczę, trochę będzie mi szkoda, bo to są miesiące przygotowań, chciałam wszystko dopiąć merytorycznie, żeby całość brzmiała. Poza tym wszystko musiałam przygotować po angielsku, więc poszłam na dodatkowe lekcje angielskiego, aby popracować nad gramatyką i wymową. Okazało się, żena mój występ przyszło naprawdę dużo osób, może nie tyle co na Thomasa Langa, ale prawie cała sala, a do tego był wielki aplauz, co nie jest dla mnie czymś z czym spotykam się na co dzień, więc byłam bardzo mocno zaskoczona. Dziękowałam chyba ze cztery razy (śmiech). Super jest dostać taki feedback od perkusistów, bo to jednak jest publiczność składająca się z osób grających na perkusji, więc jest to wymagające grono ludzi. Zastanawiałam się, czy uda mi się ich czymś zaskoczyć, że może to być dla nich nudne. Na koniec jednak dostałam kciuk do góry, a to dla mnie bardzo ważne. No a później zostałam zaproszona przez DW/Gretsch na obiad z firmą i artystami. To też było dla mnie wyróżnienie, bo byłam najmłodszą osobą wśród tych wszystkich dyrektorów i artystów. Przyjęli mnie bardzo ciepło.

Wiktoria, powinniśmy od tego w sumie zacząć, bo jesteś obecna coraz częściej w naszej społeczności, a nic o tobie w sumie nie wiemy…

Nazywam się Wiktoria Bialic, studiuję perkusję na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej przy Uniwersytecie Rzeszowskim. Kształcę się pod okiem pana Sebastiana Frankiewicza i Patryka Dobosza, więc mam świetnych nauczycieli. Tak, mieszkam nadal w Rzeszowie, nie przeniosłam się do Warszawy - często dostaję takie pytanie. Jestem perkusistką z wielkimi marzeniami. Moi znajomi twierdzą, że nawet z dziecięcymi marzeniami (śmiech), bo zawsze się zastanawiam, jak to by było, być muzykiem np. w innym kraju.

Odpowiedź na to, że serce bije mi do zestawu, miałam już w szkole muzycznej, ale cały czas mi wmawiano, że powinnam iść na klasykę, że jako dziewczyna nie mam szans być ‘drugim Michałem Dąbrówką’.


Co cię skłoniło do grania? Co cię inspirowało?

Zaczęłam grać, jak miałam 9 lat, ale swoją przygodę zaczynałam od gry na skrzypcach. Wytrzymałam 4 lata, bo była to dla mnie istna męka, ale jak byłam mała nie miałam jeszcze wizji, na jakim instrumencie chcę grać. Pani od rytmiki w przedszkolu stwierdziła, że czysto śpiewam i mam poczucie rytmu, więc powinnam iść do szkoły muzycznej. Spodobały mi się skrzypce pod kątem wizualnym, ale przez te cztery lata nauki, gdy wracałam do domu, to cały czas wystukiwałam rytmy na garnkach i talerzach. Pewnego dnia powiedziałam rodzicom, że musimy zmienić instrument, bo skrzypce to męka, 15 minut dziennie i tyle. Poza tym powiedziano mi, że nie będę skrzypaczką, bo mam za krótki piąty palec, to tym bardziej nie zachęcało.

12 lat spędziłam w szkole muzycznej i skończyłam klasykę. Grałam na marimbie, wibrafonie, kotłach i werblu. Miałam iść na Akademię Muzyczną na wydział klasyki, ale tak się losy potoczyły, że mnie nie chcieli i teraz bardzo za to dziękuję, bo aplikowałam tam z płaczem. Wydawało mi się, że nie uda mi się dostać na zestaw, na perkusję, czyli na jazz i muzykę rozrywkową, więc z rozsądku poszłam na klasykę.  Z resztą nauczyciele w szkole mi mówili, że lepiej żebym poszła na klasykę, została nauczycielem, miała etat w filharmonii.W szkole muzycznej nikt mnie nie uczył gry na perkusji. Dalej mamy taki system, że jest werbel, marimba itd., nazywa się to perkusja, ale nie gramy na zestawie. Miałam tylko lekcje prywatne, zapisywałam się do szkół muzycznych, ale tam znów pokazywano na okrągło rudymenty, a ja tak bardzo chciałam zagrać piosenkę. Ciągle mnie uczono techniki i rudymentów, dlatego po kilku miesiącach zrezygnowałam z lekcji prywatnych i zdecydowałam, że będę grała sobie sama z piosenkami. Od tego się zaczęło. Wracałam po szkole muzycznej, po 9-10 godzinach, bo jeszcze dużo ćwiczyłam na tamtych instrumentach, i brałam się za grę na zestawie. Odpowiedź na to, że serce bije mi do zestawu, miałam już w szkole muzycznej, ale cały czas mi wmawiano, że powinnam iść na klasykę, że jako dziewczyna nie mam szans być drugim Michałem Dąbrówką.

Słabe…

Pytałam się ludzi, szukałam. Znalazłam takie osoby na swojej drodze, które mówiły, bym szła w kierunku tego, co kocham i abym zapisała się na egzamin na perkusję na jazz. Jednak najpierw startowałam na klasykę, a tam jest tak, że długo czeka się na wyniki. W sierpniu akademie nie otwierały już kolejnego naboru na perkusję, ale u mnie w Rzeszowie na wydziale nabór trwał. I teraz mówię, że dzięki Bogu, bo mam czas na studiowanie, na pójście do studio nagrań, na robienie filmików i pilnowanie mediów społecznościowych, mam czas na jeżdżenie na próby do Ralpha, na jeżdżenie w trasy. Ostatecznie bardzo się cieszę, że tak się ułożyło.

A skoro o Ralphie mowa. Nagrałaś ostatnio ciekawą płytę z tym artystą „Kora”, gdzie grasz bardzo „dla muzyki”. Jak ci się pracowało nad tym albumem?

To była moja pierwsza przygoda z taką produkcją, pierwsza płyta, na której miałam okazję zagrać. Wcześniej nagrywałam pojedyncze single, EPki, a teraz wreszcie całą płytę i to z takim artystą, bo dla mnie Ralph jest artystą przez duże „A”. Być częścią płyty osoby tak świadomej muzycznie jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale nie ukrywam, że na samym początku, jak zaczynaliśmy próby do tego projektu, to byłam bardzo zestresowana, bo zobaczyłem listę osób współuczestniczących. Ludzie o dużym doświadczeniu, od lat grający w zespołach i poczułam się… o kurczę, jestem gdzieś z Rzeszowa, nie grałam nigdy z takimi ludźmi, czy dam sobie radę? Dostałam wielkie wsparcie od tych muzyków i jest to dla mnie zaszczyt,że mogę się od nich uczyć, być w tym środowisku i inspirować. Ciekawym elementem przy produkcji tej płyty było to, że graliśmy na setkę. Równocześnie graliśmy i śpiewaliśmy, więc nie było tak, że perkusję nagrywaliśmy oddzielnie, a chórki oddzielnie. Poza tym wszystko było nagrywane bez metronomu. Ćwiczyliśmy do pierwszego występu z tym materiałem przez rok. Wszystko się przesuwało przez pandemię, ale chyba słychać tam, że każdy jest pewny swojej partii. Wydaje mi się, że przez ten rok wypracowaliśmy wspólny timing, a granie w tych czasach bez metronomu jest czymś wyjątkowym, bo niemal wszystkie popowe produkcje mają metronom. No i wreszcie minimalizm. Każdy zna swoją rolę i wie, że Ralph jest tutaj najważniejszy, tekst, emocje, przekaz, a nie popis na perkusji czy wiolonczeli. Ralph ostatnio powiedział też, że to było dla niego wyzwanie, bo każdy z muzyków jest z innego świata. Uspokoić wszystkie charaktery i połączyć ich osobowości, to faktycznie wyzwanie. Skupić się na przekazie i emocjach, które były w piosenkach.

Jak pojawiłaś się u Ralpha? Z tego co słyszałem, to jest to efekt wzajemnego wsparcia…

To też była ciekawa historia. Znalazłam się u Ralpha dzięki Wiktorii Jakubowskiej, bo Wiki szukała zastępstwa do projektu Kora. Na początku miał to być jednorazowy występ na przeglądzie piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Wiktoria nie mogła wtedy wystąpić i zapytała, czy mogłabym ją zastąpić tylko na tym jednym koncercie. Nikt się nie spodziewał, że będzie z tego płyta i trasa koncertowa. Powiedziałam, że oczywiście i z przyjemnością. Jeździłam na próby do tego jednego występu, ale tak jak mówiłam, to się wszystko przesuwało w czasie. Ostatecznie przeniesiono to na kolejny rok, a ja zastępowałam Wiktorię u Ralpha jeszcze przy okazji trasy Kosmiczne Energie. Wreszcie Wiki doszła do wniosku, że skoro jeździłam przez rok na próby i znam materiał, to powinnam to przejąć w całości.

Strasznie mnie cieszy takie zachowanie, bardzo mądre i rozsądne, a przy tym niesamowicie budujące.

Ralph musiał wyrazić na to zgodę, co oczywiście zrobił. Jest to zasługa Wiki i jestem jej bardzo wdzięczna. Już mi nawet mówi, żebym przestała jej wciąż dziękować (śmiech). Ogromnie się wspieramy.

Moim wielkim marzeniem jest zostać perkusistką sesyjną, bo patrząc na historię, jest bardzo mało kobiet, które są perkusistkami sesyjnymi.


Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że wiele osób używa w stosunku do ciebie porównań do Asha Soana. Wspominany przez ciebie Michał Dąbrówka przez lata bił się z porównywaniem do Dave’a Weckla.

No tak (śmiech). Ciągle poszukuję swojego brzmienia, ale zdaję sobie sprawę, że nie dzieje się to ot tak, od razu. Na razie dużo się inspiruję, patrzę na swoich idoli, ale cieszy mnie to porównanie, bo Ash Soan to bardzo wysoka półka, niesamowity profesjonalista. Moim wielkim marzeniem jest zostać perkusistką sesyjną, bo patrząc na historię, jest bardzo mało kobiet, które są perkusistkami sesyjnymi. Jest dużo, które koncertują lub idą w kierunku edukacyjnym, ale nie za wiele jest typowo studyjnych. Skręcam powoli w tym kierunku i czuję się dumna, że jestem kojarzona z Ashem Soanem, bo on świetnie brzmi, gra prosto, dla piosenki, wspiera wokalistów. Wiem, że to może być w którymś momencie pułapka, ale w tej chwili cały czas szukam siebie, a to nie jest proste, żeby się znaleźć. Mamy tyle bodźców, tyle filmików, tyle nagrań, możemy zobaczyć, jak kto i co gra, dlatego znalezienie siebie wymaga czasu. Nie stresuję się tym za bardzo, bo nie chcę brać kolejnego ciężaru na barki. Na razie chcę po prostu dobrze grać.

Z tego co widzę, z takim nastawieniem na pewno uda ci się osiągnąć swój cel.

Wiesz, ostatnio wrzuciłam filmik jak gram reggae i inspirowałam się Ashem, bo chciałam uzyskać efekt delaya, a on ma taki sprzęt, który nazywa się Echo Space. Zobaczył ten mój film na Instagramie i skomentował, że gdzieś to słyszał (śmiech). Mnie to cieszy, ale spokojnie, mam to z tyłu głowy, że chciałabym brzmieć jak Wiktoria.Wszystko w swoim czasie.

Mówisz o studio, bardzo dużą wagę przykładasz do brzmienia, interesujesz się mocno tymi rzeczami.

Bardzo. Kiedy słucham płyt, to skupiam swoją uwagę na brzmieniu i groove’ach, jak perkusiści grają pod kątem wspierania wokalistów, to bardzo istotne. Stąd też temat moich warsztatów na PASIC o brzmieniu, stylistykach, uniwersalności. Osobiście wolę zapłacić i iść do profesjonalnego studia, niż robić coś na własną rękę, bo chcę by jakość mojego brzmienia była słyszalna. Szukam indywidualnego brzmienia do piosenki i gatunku. Wchodząc do studia długo mi zajmuje szukanie brzmienia, bo chcę, żeby oddawało charakter konkretnej piosenki. Wyczytałam kiedyś, z resztą w Perkusiście i to w wywiadzie z Ashem, że jak przegląda filmiki na Instagramie, to po dziesiątym nie wie jaki to perkusista, bo wszystko brzmi tak samo. Ja chcę by widz się zatrzymał i powiedział – ciekawe brzmienie, coś innego albo - to jest brzmienie z lat 80, jak ten reverb u Phila Collinsa, albo reggae z delayem, albo werbel 14x5 nisko brzmiący. Mam świra na tym punkcie. Codziennie rano wstaję i mówię, że mam taki i taki pomysł, np. nastroję tom tak, żeby brzmiał jak timbales, bo nie mam timbalesa. Wariują już tutaj ze mną, bo gadam tylko o perkusji i brzmieniach.

Dbałością o brzmienie zaraził mnie Marcin „Mały” Górny. Jest dla mnie wyjątkową osobą i chyba nie obrazi się jak nazwę go swoim przyjacielem. Zawsze pomaga mi przy miksowaniu perkusji i przykłada ogromną wagę do brzmienia. Wiem, że zawsze mogę usłyszeć od niego obiektywną opinię, że jak mu się coś nie podoba, to od razu dzwoni i mówi, że coś jest do kosza, albo coś trzeba poprawić, ale też jak mu się coś podoba, to mówi, że to i to poprawiłam i to słychać itd. Mam ogromne szczęście, że spotkałam taką osobę na swojej drodze, która bardzo profesjonalnie podchodzi do tego co robi. Uważam, że Marcin „Mały” Górny to mój trzeci nauczyciel.

Mówimy o brzmieniu, ale też ten aspekt wizualny bardzo cię wyróżnia. Masz bardzo charakterystyczny sposób poruszania za bębnami i reakcji na grę.

Ja tego nie kontroluję. Jestem kiepską aktorką. To wychodzi ze mnie, ze środka, naturalnie. Wystarczy, że usiądę za perkusją w studio i czuję ogromną radość, bo to jest to, to jest ta moja misja, to jest to, co chcę robić w życiu. Wystarczy, że włączę sobie jakiś pogłos i go usłyszę, to napaja mnie taką radością, że momentalnie zaczynam się uśmiechać.

To samo powiedzieli w USA, że jak byli na moim występie to cały czas się uśmiechali, ciągle im noga chodziła, kołysali się. Zarażałam ich pozytywną energią i tym, że to jest moja pasja.

Teraz się szykujesz do kolejnego festiwalu. Wywiad pojawi się pewnie już po twoim występie, ale powiedz, jakie są twoje wrażenia na tę chwilę i co tam się święci?

Tak, tydzień po PASIC dostałam informację od redaktora Modern Drummer, że słyszał pozytywne opinie odnośnie mojego wystąpienia i warsztatów, więc chciałby mnie zaprosić na wirtualny festiwal perkusyjny. Będzie to duet z Domem Famularo i akurat jutro nagrywam perkusję do tego występu. Szykuję brzmienia, ustawienie kamer, bo chcę, żeby widzowie nie byli znudzeni podczas oglądania. Bardzo się cieszę, że pozytywna wieść o moim występie idzie w świat. Będą tam wielkie gwiazdy i chyba jestem pierwszą polską perkusistką w takim gronie, w takim miejscu.

Nie tylko perkusistką, ale też i perkusistą z Polski w ogóle.

To niesamowite. Chyba na PASIC było tak samo, też chyba nikt wcześniej nie występował.

Ciekawe gratulacje dostałam od Gretscha, powiedzieli mi, że mam 21 lat, ale zagrałam i poprowadziłam warsztaty jakbym miała 31 (śmiech).


Po wygraniu konkursu udzieliłaś też wywiadu Donowi Lombardi, założycielowi firmy DW, rozmawialiście o współpracy, aktualny temat?

Tak, przygotowuję się też do lekcji, które będę prowadziła na Drum Channel. Będę je również nagrywała w Polsce, bo niestety nie jest mi jeszcze na razie dane lecieć do Kalifornii, ale cieszę się, że Don również słyszał pozytywną opinię i chce wrócić do tego tematu, żebym przygotowała jakieś ciekawe lekcje na temat brzmienia i stylistyk.

Dostałam również propozycję występu na festiwalu w Austrii, dopiero na jesieni przyszłego roku, ale cieszę się, że mogę pokazywać się na żywo, a to jest dla mnie ważne.

Na PASIC miałam już wcześniej kontakt ze wszystkimi przedstawicielami i menadżerami firm, bo wszystko ustalaliśmy odnośnie występu. Widzieli i znali moje filmy, ale dopiero jak zobaczyli na żywo moją grę, to dało się wyczuć, że jeszcze poważniej mnie traktują. Jest to inna energia wykonania niż w Internecie, no i co najważniejsze, zanim wrzuci się coś do mediów społecznościowych, to można to poprawić, edytować, zrobić kilka podejść. Zawsze można coś podciągnąć i nieco zmanipulować. Sama tego nie robię, ale wiem, że są perkusiści, którzy tak robią. Jednak na żywo już nie oszukasz, no i jest też tylko jedno podejście. Ciekawe gratulacje dostałam od Gretscha, powiedzieli mi, że mam 21 lat, ale zagrałam i poprowadziłam warsztaty jakbym miała 31 (śmiech).

 

Materiał przygotowali: Maciej Nowak, Artur Baran, Kajko

Zdjęcia: Wacław Patro

Quiz – Pieśń o Rolandzie
1 / 12
Na rozgrzewkę – Roland to firma, która została założona w latach 70 w:
Dalej !
Left image
Right image
nowość
Platforma medialna Magazynu Perkusista
Dlaczego warto kupić dostęp do serwisu Magazynu Perkusista?
Platforma medialna magazynu Perkusista to największy w Polsce zbiór wywiadów, testów, lekcji, recenzji, relacji i innych materiałów związanych z szeroko pojętą tematyką perkusyjną.
Dowiedz się więcej
Promocja! Miesiąc za "piątaka"