Inspiracje: Piotr Szkudelski

Dodano: 21.07.2020

Perfect to jeden z najważniejszych zespołów w historii polskiego rocka, a tym samym wielka inspiracja dla kolejnych pokoleń. A jakie brzmienie miało wpływ na naszą legendę? Poniższa opowieść zdaje się sporo tłumaczyć, jeżeli chodzi o brzmienie grupy.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Piotr Szkudelski

„Message in a Bottle”
Reggatta de Blanc (1979) – The Police

Perkusista: Stewart Copeland

„Moje zamiłowanie do perkusji zaczęło się w latach 60. Kupowałem płyty winylowe z polską muzyką, ponieważ nie było wtedy jeszcze dostępu do muzyki zagranicznej. Pamiętam, że między innymi byli to Niebiesko-Czarni z płytą Alarm, pierwsza płyta Skaldów i Dziwny jest ten świat Czesława Niemena. Nie miałem wtedy jeszcze bębnów, więc grałem na klockach, krześle, metalowej tacy na naczynia, a za stopę robiła mi obluzowana deska w podłodze. Słuchałem muzyki z płyt i próbowałem naśladować to, co słyszałem. Takie były moje początki – jakoś intuicyjnie starałem się poruszać na czymś, co miało przypominać bębny. Nie chodziłem do szkoły muzycznej, bo nigdy nie sądziłem, że będę się zajmować muzyką zawodowo. Grać uczyłem się jedynie z płyt. Traktowałem to bardziej jako zabawę i hobby.

W późniejszych latach kupiłem z kolegą na spółę bardzo dziwny, ludowy zestaw perkusyjny. Taktowiec miał 26”, do tego był 12” werbelek, nieregulowany hi-hat, w którym po 2 minutach powyginały się blaszki, a na środku taktowca była jeszcze blaszka, która miała góra 14”. Tak wyglądał mój pierwszy zestaw – powiedzmy – bardziej „profesjonalny”. Tak sobie graliśmy i jakoś to naturalnie później zaczęło się rozwijać. W latach 70 załapałem się do bardzo popularnego wtedy klubu Medyk na Oczki w Warszawie. Klub mieścił się zaraz koło prosektorium... W każdym razie grali tam świetni muzycy, jak na przykład Kaziu Jonkisz. Poznałem tam także Hołdysa, więc zaczęły się jakieś różne zespoły, grające muzykę do tańca na wieczorach studenckich w weekendy.

Przyszedł wreszcie rok 1980 i okazało się, że powstaje Perfect. W tym właśnie miejscu dochodzę do momentu, w którym dostałem w prezencie bardzo ważną dla mnie płytę. Była to winylowa płyta The Police – Reggatta de Blanc. Kiedy ją usłyszałem, z wrażenia spadły mi kapcie. Czegoś takiego jeszcze nie było – nikt tak nie grał. Ich muzyka była jakby połączeniem kilku stylów. Czerpali niby z reggae, ale to nie było to. W moim myśleniu pojawił się nowy kierunek. Brzmienie na tej płycie i sposób grania były świeże i nowoczesne. Tak na dobrą sprawę mógłbym wymienić każdy utwór z tej płyty, ale tym, który mnie powalił już na początku, był pierwszy utwór „Message in a Bottle”.

 

Ten kawałek jest idealnym przykładem na sposób ich grania. Kompozycyjnie to było coś genialnego. Do dzisiaj jestem wielkim fanem The Police, ale już mniej solowego Stinga. Uważam, że Stewart Copeland na bębnach do dzisiaj jest jednym z tych kolesi, który jest totalnym indywidualistą pod względem brzmienia. Ma własne podejście, brzmienie, artykulację i to, co jest najpiękniejsze na świecie – rozróżnialność grania. Można go zidentyfikować po sposobie gry i brzmieniu, nawet kiedy nie znasz jakiegoś utworu. Jest mnóstwo znakomitych techników, ale oni giną w tłumie, a jego gra to jest kompletny natural! Słychać to na wszystkich nagraniach, chociaż są spiskowcy, którzy mówią, że na ostatniej płycie nie grał Copeland, tylko maszyna...Nie chce mi się w to wierzyć, ale jeżeli tak, to genialnie to pod niego zrobili.

W The Police podobało mi się też to, że to było trio – fajna formuła kapeli. Było też przecież fenomenalne trio The Jimi Hendrix Experience. To daje do myślenia, a poza tym pieniądze się lepiej dzieli (śmiech). Tak, jak mówiłem, kiedy słuchałem „Message in a Bottle” spadły mi kapcie i owszem, jest mnóstwo utworów, które wywierają na mnie podobne wrażenie. Mógłbym tu również wspomnieć o wcześniejszych utworach takich kapel, jak Deep Purple czy Led Zeppelin, ale okoliczności były takie, że The Police usłyszałem właśnie wtedy, kiedy pojawił się Perfect i granie Copelanda bardzo mnie inspirowało, szczególnie na początku. Inspirowałem się ich estetyką, co nie znaczy, że zżynałem. Piosenki Perfectu, które mogą się kojarzyć z estetyką The Police, to na przykład: „Wieczorny przegląd moich myśli”, „Chcemy być sobą”, „Nasza muzyka wzbudza strach”, „Ale wkoło jest wesoło” – to jeszcze było przed stanem wojennym.

Na drugiej studyjnej płycie UNU, mamy zajebisty numer „Wyspa, drzewo, zamek”. Bardzo podobna estetyka – takie ażurowe granie, nie za mocne, dużo rantu, nie żadna napier*alanka. Tam już był trochę inny skład, ale coś z tego zostało. Czas leciał do przodu, pojawiały się nowe trendy. Jak się zebraliśmy już bez Hołdysa w 1994 roku, nagraliśmy płytę Jestem. Już bez Zbyszka, ale był jeszcze Rysiek Sygitowicz, a on do tego typu grania był zajebisty. Tam też pojawia się podobna estetyka w kawałkach „Bujanie w obłokach” i „Ołowiana kula”.

Później przyszedł Krokodyl na gitarę, ale to był inny organizm – on bardziej szedł w bluesowe rzeczy. Był też Heniek – też trochę inne myślenie. W późniejszym okresie to głównie on przynosił pomysły na płyty. Niemniej jednak uwielbiam styl Copelanda i nadal, jak jest możliwość i się koncertuje, to używam takiej estetyki i od razu uśmiecham się od ucha do ucha.”

Fot. Dariusz Ptaszyński

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !