Inspiracje: Maciej Gołyźniak

Dodano: 08.09.2020

Wydaje się, że Maciej grając z zespołem Lion Shepherd stara się przekazać tę właśnie myśl, którą prezentuje Vinnie w tej piosence. Chociaż słowo piosenka brzmi tak skromnie w stosunku do tego perkusyjnego majstersztyku.

Inspiracje

Każdy z muzyków czerpie inspiracje i w różny sposób przekłada je na swoją twórczość. Jedni czerpią bezpośrednie wzorce stylistyczne, inni znów tworzą własną filozofię i sposób traktowania instrumentu, a jeszcze inni dostają falę przyjemnych doznań lub dźwięki działają na nich motywująco. Jeżeli chodzi o wymienienie poszczególnych perkusistów, płyt, o zespołach już nawet nie wspominając, to sprawa jest dość prosta, mimo, że w zasadzie wszyscy nasi rozmówcy nie ograniczają się do jednej stylistyki muzycznej.

W związku z tym postanowiliśmy pójść tropem artykułu sprzed dwóch miesięcy, gdzie międzynarodowe grono artystów opowiadało nam o swoich inspiracjach na bazie jednego, jedynego utworu. Zadanie karkołomne i niezwykle trudne, szczególnie dla tych, którzy muzykę analizują z każdej strony. JEDEN UTWÓR? Najprzyjemniejszy okazał się efekt, gdzie muzycy z wielkim sentymentem cofali się do okresu wielkiej fascynacji opisywanymi nagraniami, często zahaczali o poboczne wątki, związane z okolicznościami, w których się spotkali z daną kompozycją.

Mamy nadzieję, że nasze wspaniałe różnorodne grono artystów będzie gwarantem mile spędzonego czasu i po przeczytaniu sięgniemy do nagrań, które miały tak duży wpływ na brzmienie dzisiejszej polskiej perkusji.

Maciej Gołyźniak

„Seven Days”
Ten Summoner’s Tales (1993) – Sting

Perkusista: Vinnie Colaiuta

Wybór jednej kompozycji czy wykonania, uważam za nieetyczny a nawet za karygodną torturę. To na wstępie. Taka formuła zmusiła mnie do dalekiej podróży w zamierzchłe już czasy, bo tylko tam mogłem znaleźć historię, która wpisuje się wiarygodnie w postawione pytanie. Mam szerokie fascynacje i inspiruje mnie wiele rzeczy, niektóre na lata, inne na chwilę. Nie jestem tu wyjątkiem.

Utwór, o którym mówię, jest chyba największym piętnem, jakie mógł wywrzeć na mnie, bardzo młodym wtedy chłopaku, inny muzyk. W sumie pamiętam ten dzień, choć trudno w to uwierzyć, bardzo dokładnie. To ważne – nie były to jeszcze czasy wszechobecnego streamingu, Internetu i płytowych sklepów na każdym rogu, a MTV było rzeczywiście muzyczną telewizją z nieprzebraną ilością tematycznych audycji. Jak co dzień wspomniane MTV odpalone było w moim pokoju na wciąż. Grałem już wtedy w jakichś młodzieżowych składach, fascynował mnie grunge, ale słuchałem też mnóstwo progresu. Zasłuchiwałem się w płyty Crimsonów, Primusa, Living Colour. Wymienialiśmy się muzyką z kumplami na okrągło. Ale ciągnęło mnie też jednak do melodii, do piosenek. Do podporządkowania gry bębnów właśnie melodii i piosence. No i się doigrałem.

 

Pamiętam, że lało i było zimno. To ważne. Ale o tym za chwilę. MTV nadawało właśnie premiery. Zaczęło się od „raz” na splashu. A potem przez osiem taktów jakaś ostateczna rytmiczna magia działa się na hi-hacie i wspomnianych splashach. Zanim wszedł wokal, byłem już pozamiatany. W tym było tyle smaku i wyczucia, kontroli i feelingu... A potem, kiedy już się doliczyłem, że grają na 5/4, Colaiuta wykończył pierwszą zwrotkę czterema akcentami na splashach tak, że było jasne – mam nowego idola i będzie to idol niedościgniony. Naprawdę oniemiałem patrząc, jak gra. Teledysk był zapisem sesji w studio (wciąż można go znaleźć na YT).

Ile było w tym polotu, lekkości, finezji i chciałbym napisać – konceptu, ale boję się, że to by wykluczało geniusz, którym latami raczy nas Colaiuta. On po prostu jest muzyką, którą gra, a słownik, którym się posługuje, zawiera wszystkie możliwe wyrażenia oraz kilka wciąż nieodgadnionych. I tak, jak zwykle nawet niedoścignieni idole raczej budują we mnie chęć do pracy i rozwoju, tak wtedy było ze mną naprawdę cienko. Nie mogłem sobie odtworzyć tego numeru po raz drugi (może i dobrze, mieszkałem dość wysoko w wieżowcu), ale mogłem pomimo deszczu i wiatru, popędzić do budki telefonicznej (tak, takiej jak Adaś Miauczyński) i zadzwonić do kumpla, też bębniarza, Karola, żeby mu to wszystko opowiedzieć. Nigdy przez żadną kobietę tak nie zmokłem jak przez Colaiutę przy tym telefonie.

Kiedy już zdobyłem płytę, a właściwie kasetę, stała się relikwią. Po latach rozmawiając z Michałem Dąbrówką (który parę lat później „zabił” na płycie „Dotyk” dokładnie w tym samym stylu, co Vinnie) ustaliliśmy bezsprzecznie, że cały album, z którego pochodzi „Seven Days” to płyta na bezludną wyspę. Posłuchajcie koniecznie. To pop najwyższej próby, piękne melodie, znakomite wykonania, nieparzyste metra w singlowych numerach! Piękne brzmienie, choć to 1993 rok. Ważne: odkryłem tam również Dominica Millera, znakomitego gitarzystę, szarą eminencję i płyt, i koncertów Stinga.

Zupełnie ominęły mnie fusionowe zachwyty Karizmą na przykład, zdecydowanie uwielbiam Vinniego Colaiutę w popie. Całkowicie się do tej fascynacji, odkrycia innych albumów, innych muzyków i nieco szerszego spojrzenia na muzykę w ogóle, zdystansowałem przez lata. Co oczywiste, ale do albumu wracam często i z sentymentem. Miałem też wielkie szczęście dzielić scenę z Colaiutą i Stingiem podczas Festiwalu w Oświęcimiu kilka lat temu. Niech najlepszą pointą będzie zapowiedź rzeczonego Stinga, który po kilku gładkich zdaniach do publiczności, korzystając z tremolo, które Colaiuta gra w utworze „Mercury Falling” od piano do forte powiedział: „Przed państwem prawdopodobnie najlepszy perkusista świata. Ladies and Gentleman, Mr Vinnie Colaiuta”. Posłuchajcie „Seven Days”. Sting mógł być „prawdopodobnie” bardzo blisko prawdy.”

Fot. Karolina Lewandowska

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !