Mike Mangini

Dodano: 01.02.2018

Perkusista o nieskazitelnej technice gry na absolutnie kosmicznym poziomie. Jedni go za to uwielbiają, inni wręcz nie znoszą. Nikt nie przejdzie jednak obojętnie. Bębniarz Dream Theater opisuje swoją karierę.

Spotykaliśmy się z Mike’m wiele razy, jeździliśmy z nim w trasę po Polsce, gdy na zaproszenie marki Pearl zagrał serię warsztatów, zajmowaliśmy się nim, gdy grał koncert na Zildjian Day w Katowicach, a ostatnio widzieliśmy się podczas koncertu Dream Theater, gdzie zagrał z kolegami w Spodku całą płytę Images and Words. W połowie utworu Metropolis panowie zagrali powalające połamańce, które były chyba na prośbę Manginiego, ponieważ po koncercie zapytaliśmy go, które partie z tej legendarnej płyty były dla niego najtrudniejsze podczas prób do trasy. Mike spojrzał na nas z lekkim uśmiechem i odpowiedział pytaniem: „Trudne partie?”. Wszystko było jasne. Po takiej ilości utworów, które opracował i stworzył z zespołem, zagranie Images and Words było dla niego po prostu lekkim oddechem.

Trzeba jednak też stanąć w obronie Manginiego, chodzi tu oczywiście o zarzuty związane z jego zbyt idealną techniczną grą, pozbawioną duszy. Dennis Chambers w wywiadzie, jakiego nam udzielił (Perkusista 1/2016, dostępny w wersji elektronicznej i papierowej na ulubionykiosk.pl) opowiedział historię, jak Mike demonstrował utwory Led Zeppelin, a tam jak wiadomo partie bębnów są piekielnie organiczne: „Facet tak dobrze podkładał Bonhama, że był nie do odróżnienia. Mimo tej swojej kosmicznej techniki miał opanowaną twórczość takiego perkusisty jak Bonham w jednym palcu…”. Oczywiście nie rozstrzygniemy tu żadnych sporów, ale stanowczo stwierdzamy, że Mike Mangini z pewnością jest wielkim muzykiem.

Rozmawialiśmy z nim wiele razy, ale nigdy nie zrobiliśmy chronologicznego „rachunku sumienia” jego kariery. Od początku, aż po ostatnią płytę Dreamów. Zebrało się tego trochę, dlatego przebiegnijmy się z Mike’m przez kalendarz jego kariery i zobaczmy, jak odnajdywał się w kolejnych sytuacjach.

Foto: Robert Downs

Perkusista: Mike, jak zaczęła się twoja przygoda z bębnami?

Mike Mangini: Miałem 2,5 roku, kiedy mój starszy brat i siostra puszczali płyty winylowe, a ja byłem w stanie zrozumieć, co słyszę w partiach bębnów poprzez ubieranie tego w kształty. Innymi słowy, słyszałem i w zasadzie widziałem, jak muzyka rośnie i maleje jako kształty. Byłem w stanie zasiąść za prawdziwą perkusją i grać, gdy miałem 4 lata.

Brałeś wcześniej jakieś lekcje?

Byłem samoukiem, mówi się na to nauka „ze słuchu”, ale dla mnie to bardziej była nauka „wzrokowa”. Oczywiście słuchałem muzyki, ale zazwyczaj ją sobie wizualizowałem i w ten sposób było to dla mnie łatwiejsze do przyswojenia. Brałem lekcje czytania nut, ale tak naprawdę nie uczyłem się do 10 roku życia.

Czy ta zdolność wizualizacji muzyki miała duży wpływ na styl, który rozwinąłeś?

Ona ma duży wpływ na wszystko. Ostatecznie, kiedy zacząłem uczyć innych, zrozumiałem, że nie potrafię odpowiadać na pytania, które mi zadawano. Nie w taki sposób, abym sam czuł, że wiem, o czym mówię. To sprawiło, że zacząłem uczyć się na temat ludzkiego mózgu, a przede wszystkim, jak działa pamięć, później przyszła kolej na filozofię.

Kto wpływał na ciebie we wczesnych latach zainteresowania perkusją?

Mogę ich wymienić po kolei. Ringo Starr był pierwszy, Bobby Colomby z Blood, Sweat & Tears był drugi. Później był Danny Seraphine z Chicago, Buddy Rich był czwarty. Mój brat zabrał mnie kiedyś, żebym zobaczył Buddy’ego Richa, naturalnie to przeżycie miało na mnie ogromny wpływ. Następni byli John Bonham, Neil Peart i Terry Bozzio. To ważne, abym wymienił tych siedmiu perkusistów, mimo, że perkusistów, którzy mieli na mnie jakiś wpływ musi być koło 346, wliczając w to Steve’a Gadda, Billa Bruforda i Tommy’ego Aldridge’a. Jednak tych siedmiu jest najważniejszych, starałem się brać jak największy przykład z ich nagrań. To oni prowadzili mnie, aż do moich wczesnych lat dwudziestych. Potem zniknąłem i w zasadzie nikogo nie słuchałem. Musiałem odnaleźć siebie i upewnić się, że nie jestem jakąś obrzydliwą podróbką innych ludzi. Mimo to tak właśnie rozwinęła się moja kariera, dostawałem się do zespołów, gdzie musiałem naśladować gościa, który grał przede mną! Jeżeli tego nie zrobię, to ludzie, którzy znają dany kawałek, nie będą zachwyceni, że coś zmieniam. Bądź tu mądry… To właśnie ta jedyna rzecz, od której próbowałem uciec w swoim życiu, ale dobrze się bawię.

W którym momencie zorientowałeś się, że muzyka to twoja droga kariery?

Nadal nie było takiego momentu. Bardzo modlę się o mądrość i wskazówki, ponieważ decyzje, które podejmujemy każdego dnia są bardzo istotne. Doceniam to coraz bardziej z wiekiem. Chciałbym, żeby tak było, kiedy byłem młodszy. Szkoda, że nie doceniałem darów i gestów, jakie otrzymywałem od ludzi z doświadczeniem. Może tylko, kiedy leżałem w busie, jadąc w trasę z Extreme w 1994 i myślałem: „Może to mogłaby być moja praca”. Wtedy jednak tak się nie stało, ponieważ po graniu ze Steve Vaiem wziąłem posadę na studiach.

Foto: Robert Downs

Jak doszło do współpracy z Extreme?

Wszystko zależy od tego, by być we właściwym miejscu, które prowadzi do znajomości, a dalej do okazji. Dołączyłem do Van Halen tribute bandu, a Nuno Bettencourt przez ścianę w salce prób usłyszał, jak ćwiczę. Dosłownie wywalił drzwi z zawiasów, walnął w nie z kopa i się przedstawił… Różowe włosy, pasemka i tym podobne. Usłyszałem, jak gra i pomyślałem: „Wow! Ten gość musi się stać częścią mojego życia”.

Było jakieś przesłuchanie? Czy usłyszał wystarczająco przez ściany salki?

Myślę, że to, co usłyszał, wystarczyło. Podczas tworzenia III Sides To Every Story, w pewnym momencie po prostu mnie tam potrzebował. Absolutnie nie mam na myśli braku szacunku do pracy Paul Geary’ego. Paul zrobił fantastyczne rzeczy muzycznie i sam go naśladowałem. Lubię jego grę i jego samego również. Paul ma dar, który także chciałbym posiadać. Ma talent do biznesu muzycznego i posiada odpowiednią perspektywę do tego, co robi. Ja tego nie posiadałem, miałem bardziej techniczne spojrzenie. Myślałem wąskotorowo „Ja-uderzam-bęben, boom!”. On miał szerokie spojrzenie na cały świat. Najlepiej by było, gdybym ja grał na bębnach, a on zarządzał zespołem. Uważam, że w pewnym momencie serce Paula zapragnęło zająć się zarządzaniem, a nie tym, co ja robiłem, czyli tłuczeniem w bębny przez 6 godzin. To nie jest tak, że jakieś zajęcie jest lepsze od innych, każda osoba ma jakiś wartościowy dar. Chciałbym cofnąć się w czasie i zmienić niektóre rzeczy, które zrobiłem, powiedziałem, pomyślałem czy chciałem. Tyle rzeczy… Ale tak naprawdę nie wiesz, czego chcesz, dopóki nie przyjdzie ten właściwy moment w twoim życiu.

Jakie ćwiczenia wdrażałeś w okresie przed Extreme?

Początkowo byłem pochłonięty ćwiczeniami indywidualnymi, które zajmowały wiele godzin, każdego tygodnia, miesiąca i roku. To doprowadziło do pewnych decyzji w moim życiu, kiedy się mocno zaciąłem. Blokowałem wszystko i wszystkich, którzy weszli mi w drogę. Załamywałem się wiele razy i byłem ratowany przez mojego tatę. Ile razy wracałem do domu, a on przestrzegał, żebym nie pracował w ten sposób. Nie miałem wtedy perspektywy. Wszystko, co wiedziałem, to, że gdy wejdziesz mi w drogę – stajesz na drodze mojego powołania. Odczuwałem to powołanie bardzo mocno duchowo, więc lepiej było mi nie przeszkadzać. To niestety doprowadziło do tego, że w efekcie poświęciłem swoje zdrowie, relacje z ludźmi, finanse i różne inne rzeczy. Nic nie mogło zakłócać mojej drogi, ponieważ nie miałem całościowej perspektywy na sytuację.

Pomimo tego wszystkiego zdawałeś sobie sprawę, że w końcu uda ci się dotrzeć w życiu tam, gdzie chcesz?

Nie mam pojęcia, co wtedy wiedziałem, nie wiedziałem, co to było, dopóki nie zająłem się czytaniem i poszukiwaniem, co zajmowało mi wiele czasu. To wygląda tak: możesz zapłacić 25 dolarów za książkę, która zawiera 300-400 lat wartościowej wiedzy, to jest dobry sposób na wydanie 25 dolców. Mogę również wydać 25 dolarów na piwo, które za moment z siebie wyleję. Co dostanę za te 25 dolarów? Cóż… Może będzie przez chwilę trochę zabawnie, ale jednak to ta książka mogłaby zmienić moje życie.

Jakie były najlepsze momenty związane z Extreme?

Pamiętam radość, kiedy dostałem telefon od Nuno, radość, kiedy spotkałem resztę chłopaków, radość, kiedy Pat Badger poturbował mnie po żebrach jako nowego kolesia w zespole i pamiętam nawet radość, gdy uściskałem Paula. To wszystko pamiętam, a nie to, dlaczego to wszystko się rozpadło. Nawet nie pamiętam, dlaczego to się skończyło. W zasadzie, gdybym chciał, to mógłbym sobie przypomnieć, ale nie chcę.

Następnie dołączyłeś do zespołu Steve’a Vaia. Jak tam trafiłeś?

Pomógł mi w tym trochę inny perkusista – Jonathan Mover. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co Jonathan zrobił ze swoim życiem. Ludzie tacy jak Jonathan posiadają zdolności i odpowiednią perspektywę jednocześnie. Zrobił dla mnie coś przemiłego, dał menadżerowi Steve’a Vaia moją kasetę wideo, a Steve usiadł i ją obejrzał. Wspólni znajomi mówili mi, że Steve Vai może być moją muzyczną bratnią duszą na całe życie i mieli rację. Absolutnie uwielbiam tego gościa.

Więc momentalnie się wkręciłeś w ten muzyczny związek?

Tak. On wiedział, że go szanuję. Miał wiele do powiedzenia na temat tego, co powinienem grać, ale to było fajne, kiedy mówił mi dokładnie, co mam robić. Wcześniej były takie momenty w moim życiu, gdy nie chciałem, aby ktokolwiek mówił mi, co powinienem robić, miałem własną wizję. Lubię wysłuchiwać opinii innych osób i wykorzystywać rady, ale w tamtym momencie mojego życia podobało mi się, że Steve traktuje mnie dosłownie jak drum maszynę i mówi mi pewne rzeczy, ponieważ przekonywał mnie do robienia nadzwyczajnych rzeczy. Było w tym wszystkim wiele zabawy. Kiedy ktoś wspomina w moim towarzystwie Steve’a, natychmiast pojawia mi się przed oczami jego uśmiechnięta twarz.

Foto: Aleksander Ikaniewicz

Przyjąłeś później posadę nauczyciela w Berklee na pełny etat. Czy w tamtym momencie myślałeś, że twój czas w trasie z jakimś zespołem to już tylko przeszłość?

To był dla mnie bardzo burzliwy rok. Moja dusza została rozerwana. Byłem pogubiony. Moja miłość do nauczania jest tak głęboka, po części w dosyć egoistyczny sposób, ponieważ muszę nauczać, aby się rozwijać. Bycie edukatorem to również moje powołanie, ale nie od strony: „Coś tam wiem, więc będę uczył innych, jak to robić”. Nie doszkalam się, chyba, że znajdę się właśnie w takiej sytuacji, ponieważ mam poczucie odpowiedzialności i nie chcę wpływać źle na ludzi. Uwielbiam to i uwielbiałem swoich kolegów z pracy. Z biegiem czasu mogłem wykonywać mniej profesjonalną pracę, co okazało się zakłócać i zbyt ingerować w moją pracę w szkole, przynajmniej według pewnego pracownika administracji, który określił to jako „zbyt wiele czasu spędzanego poza szkołą”. Nie jestem głupi, wiem, że zostałem zatrudniony, abym nauczał i to jest to, co mam robić, ale trzeba znaleźć jakąś równowagę w tym wszystkim. Niektóre rzeczy drażniły mnie od strony politycznej, ale byłem bardzo wdzięczny za taką szansę w życiu. Nie mogłem również ćwiczyć tyle, ile bym chciał, z racji na pracę w centrum dużego, „zabieganego” miasta – podróże, korki, parkingi… Moje ciało odmówiło posłuszeństwa, ponieważ nie mogłem ćwiczyć i tak skończyłem z kolanem wymagającym operacji. Szukałem tylko pracy, która wspomogłaby mój zarobek, ponieważ pensja profesora nie wystarczała, aby utrzymać rodzinę i dom. Tego wszystkiego było za wiele dla mnie, a najbardziej w tym wszystkim wkurzające jest to, że kochałem tę pracę, ubóstwiałem moich uczniów i kolegów z pracy.

Kiedy po raz pierwszy pojawiła się okazja na przesłuchanie do Dream Theater?

Kiedy dowiedziałem się, że Mike odszedł z zespołu. Skontaktował się ze mną management z zapytaniem, czy byłbym zainteresowany przesłuchaniem do zespołu. Zgodziłem się i tak zaczęły się dwa z trzech najbardziej intensywnych tygodni mojego życia, wyczucie czasu było fatalne. To był pierwszy tydzień roku szkolnego w Berklee, a później miałem osiem klinik perkusyjnych w dziewięć dni w Ameryce Południowej. Robiłem transkrypcję muzyki w samolocie i wygrałem to przesłuchanie. Bądź tu mądry. Nie miałem zbyt wiele czasu na myślenie. Musiałem jedynie iść i dać z siebie wszystko.

Czy fakt, że już wcześniej grałeś z Jamesem LaBrie pomógł ci wejść do zespołu?

Były takie podejrzenia, że moja znajomość z Jamesem miała wpływ na wynik przesłuchania, ale ludzie, którzy tak sądzą, są w wielkim błędzie. To nie miało z tym nic wspólnego. W rzeczywistości on nie mógł bawić się w żadne faworyzowanie, ponieważ pracował również z Peterem Wildoerem, który jest niesamowitym bębniarzem. Moja wcześniejsza współpraca z Jamesem była przydatna, ponieważ dogadywaliśmy się bardzo dobrze.

Czy możesz nam zdradzić jakieś szczegóły dotyczące twojego podejścia do nagrywania waszej pierwszej wspólnej płyty A Dramatic Turn Of Events?

Przełączyłem się na tryb atlety. Zawsze chciałem zostać hokeistą, nawet bardziej niż muzykiem. Nawet do dziś nie czytam o muzyce, nie kupuję zbyt wielu płyt. Znam za to statystyki sportowe z ostatnich 40 lat, ale biorąc pod uwagę to, czym się zajmuję… nie mam pojęcia o muzyce. Przełączyłem się na tryb atletyczny i zacząłem myśleć: „Jakie jest zadanie? Co ja mam tutaj zrobić?”.

Była jakaś dodatkowa presja, związana z zastąpieniem jednego z założycieli zespołu?

Całe piętno zastąpienia kogokolwiek to bezsens. Ktoś zostawił pracę, ktoś inny ją przejął. Koniec dyskusji. Naturalnie, to nie może być takie proste. Inna rzecz w tym, że uszkodziłem sobie nadgarstek i nie mogłem nim ruszać przez osiem dni, więc przyjechałem niezdolny do zagrania materiału. Bałem się, że tego nie zrobię. Musiałem im pokazać, jak będę brzmiał w zespole. Moje doświadczenie z Vaiem pomogło mi pokazać się i zagrać to, co powinno zostać zagrane. To nie jest takie proste.

Foto: Romana Makówka

Przeskakując do ostatniego albumu DT The Astonishing. Jak możesz porównać to doświadczenie do A Dramatic Turn Of Events?

To na swój sposób było 10 razy trudniejsze. Wtedy już byłem członkiem zespołu, a wcześniej nie miałem nic wspólnego z kreowaniem, komponowaniem i doszlifowaniem tego, czym stał się album. To było trudne, tak po prostu się pojawić i zagrać. Improwizowałem. Dałem z siebie 120 procent tego, o co mnie proszono. Musiałem tylko siedzieć za swoim zestawem, słuchać gitary i pianina i grać do tego. John Petrucci odnośnie materiału był bardzo sprecyzowany, co było pomocne. Mogę ufać Johnowi, jeżeli ma jakiś pomysł, to ja się podporządkowuję, bo mam dla niego wielki szacunek. Tak samo było ze Steve Vaiem, a także z Nuno Bettencourtem.

Czy stary materiał DT zmienił się jakoś, odkąd dołączyłeś do zespołu? Dodałeś swoje interpretacje do partii?

Jeżeli coś zostało zrobione wtedy, to już jest zrobione, więc muszę to szanować. Dostosowuję to jedynie przez orkiestrację. Przerzucam niektóre rzeczy, szczególnie moje ghosty na hi-hacie, ridzie i werblu. Sposób, w jaki zmieniam kluczowe momenty na moich bębnach poprzez tony, to coś zupełnie innego od tego, co robił jakikolwiek perkusista, którego zastępowałem. Tak, to może jedynie proste beaty, ale potrafię zmieniać grę z leworęcznej na praworęczną. Może się wydawać, że to nic takiego, ale jak się to odpowiednio zaaranżuje w produkcji, to można to usłyszeć dokładnie tak, jak ja to słyszę, to robi wielką różnicę.

Jak ewoluował twój zestaw na przestrzeni lat?

To sprowadza się do filozofii kształtu i formy. Lubię mieć perspektywę rzeczy rysując to, co mam w głowie. Jeżeli muszę podjąć jakąś decyzję, to lubię rysować siebie w danej sytuacji. Nie robię tego wystarczająco często, chciałbym częściej, mógłbym dzięki temu robić mniej błędów. Ewolucja mojego zestawu jest zawsze czemuś podporządkowana: „Ok, dołączam do Dream Theater, więc jak mi się wydaje, co fani uważają za brzmienie DT, chyba, że użyję takie same bębny, jakie używał Mike?”. Dodałem więc kilka talerzy do vintage’owego brzmienia Mike’a i jeszcze kilka tomów. Spojrzałem na wielki rysunek i wziąłem się do pracy. Zobaczyłem, jaki jest mój cel. Piszę obecnie sporo solowej muzyki i rozważam zmniejszenie zestawu, głównie dlatego, że pewnego dnia mogę być zmuszony do ich noszenia (śmiech). Możliwe, że następny album DT zagram na moim zestawie, którego używam na klinikach, zamiast na tym wielkim, ale jeszcze nie wiem. To dla mnie nie jest aż tak istotne, jak dla tych ludzi, którzy mnie pytają, dlaczego używam tego sprzętu, albo dlaczego mój zestaw wygląda jak z Home Depot (amerykańskie markety budowlane – przyp. red.). Jest takie przysłowie, które idzie jakoś tak: osoba, która mówi innej, że czegoś się nie da zrobić, nie powinna przeszkadzać temu, kto to właśnie robi. Dlaczego ludzie marnują energię na zastanawianie się, dlaczego wybieram tak, a nie inaczej? Staram się być neutralny, bo lubię, gdy ludzie wyrażają własną opinię, ale się tym nie zadręczam. Zestaw będzie się cały czas zmieniał, ewolucja zestawu się nie skończy.

Czy chcesz być jednym z pionierów ewolucji zestawów perkusyjnych?

Nie mam problemu z tym, by być tym, który robi coś jako pierwszy czy dwunasty, obojętne. Nawet, jeśli coś od kogoś skopiuję, to nie ma problemu, żebym powiedział: „Skopiowałem coś od tej osoby i bardzo dziękuję”. Mówiłem tak w przypadku takich bębniarzy, jak Terry Bozzio, Neil Peart i wielu innych moich bohaterów. Otwarcie im dziękuję za przetarcie ścieżek i oszczędzenie mi czasu, ponieważ używam kilku ich rozwiązań i nie mogę bez tego funkcjonować. Oni wszyscy są lepsi ode mnie, ponieważ ja nie mogę bez nich istnieć.

Foto: Robert Downs

Materiał opracowali: Salemia, Rich Chamberlain, Kajko
Zdjęcia: Robert Downs, Aleksander Ikaniewicz i Romana Makówka