Kerim "Krimh" Lechner

Dodano: 14.02.2019
Autor: Maciej Nowak

Jest perkusistą XXI wieku i nie jest to związane wyłącznie z wysokimi umiejętnościami, ale ze sposobem prowadzenia swojej kariery. Nie oczekuje, że ktoś będzie robił za niego, nie czeka na okazję, tylko sam ją kreuje kolejnymi ruchami. Od szkoły życia w Decapitated przez grę w Behemoth po grecki Septicflesh, konsekwentnie do przodu.

Często na naszych łamach poruszamy temat aktywności i umiejętności zarządzania własną karierą. Kerim nie jest może członkiem legendarnego zespołu, zapełniającego stadiony i nie nagrał albumów sprzedających się w milionach egzemplarzy, ale bycie profesjonalnym perkusistą nie zawsze się z tym wiąże. Można powiedzieć, że tylko nieliczni wkraczają na ten pułap, na co składa się wiele różnych czasami pozamuzycznych czynników. Szczególnie trudne jest to w muzyce metalowej. Tym bardziej warto przyjrzeć się dokładnie temu, co i jak robi ten bardzo sympatyczny austriacki bębniarz, który jest mocno związany z Polską, bo właśnie w naszym kraju dojrzał możliwości zbudowania swojej marki.

Kerim jest perkusistą, który bardzo umiejętnie rozwija swoją karierę, wykorzystując przy tym wszystkie możliwe środki. Najważniejsze jednak jest to, że nie ma w tym żadnej próby tworzenia taniej sensacji i kontrowersji. Jego rosnąca renoma jest efektem rzetelnej i wytrwałej pracy oraz umiejętności współpracy i komunikacji z innymi.

Zaraz po Śląskim Festiwalu Perkusyjnym umówiliśmy się na dłuższą rozmowę, ponieważ chcieliśmy wyciągnąć od popularnego Mirka jak najwięcej informacji, dotyczących jego sposobu działania. Mamy nadzieję, że wielu, nie tylko młodych bębniarzy, wyciągnie wnioski i przemyśli swoje działanie. Dlatego też pomijamy w naszej rozmowie wszelkie tematy, związane z prezentacją postaci Kerima i skupiamy się na praktycznej stronie jego aktywności. Obaj doszliśmy do wniosku, że jeżeli przynajmniej jedna osoba zainspiruje się niniejszą rozmową i tym samym pomoże jej to we własnym rozwoju, to uznamy zadanie za wykonane!

Fot. Seth Siro

Maciek Nowak: Zacznijmy może od Śląskiego Festiwalu Perkusyjnego, na którym zagrałeś parę dni temu. To nie była pierwsza tego typu impreza w twojej karierze…

Kerim "Krimh" Lechner: Tak, nie był to mój pierwszy festiwal. Zapytano mnie poprzez Facebook, czy mógłbym dołączyć, zgodziłem się, ale nie spodziewałem się aż tak dużej ilości pracy, jaką włożyli w jego organizację, dopracowania detali itp. Przyjechałem na miejsce, spojrzałem na salę i pomyślałem sobie – ok, duża sala w fajnym klimacie, wszystko było przygotowane jak należy, do tego nagrania video. Nie spodziewałem się, że będą takie wprowadzenia i nagrania z publiczności z tymi wywiadami na żywo, które zresztą sam przeprowadzałeś. Szybko zorientowałem się, że mamy do czynienia z czymś więcej niż się spodziewałem. Wszyscy byli uprzejmi, zadowoleni, no i pełen profesjonalizm.

Możesz porównać nasze śląskie wysiłki z festiwalem Meinl, na którym grałeś w 2015 roku?

Tak, to prawda. Śląski festiwal był tak jakby mniejszą edycją festiwalu Meinl, ponieważ tam było ok. 2000 ludzi. Mniejszy, ale bardzo klimatyczny, sympatyczny i powtórzę raz jeszcze – bardzo profesjonalnie przygotowany.

Związany jesteś z Meinlem, oni mają takie rodzinne podejście do swoich artystów. Jak zareagowałeś na ich zaproszenie?

Byłem lekko zszokowany, ale jednocześnie niesamowicie zaszczycony, bo chyba każdy chciałby zagrać na takim festiwalu perkusyjnym. Masz rację, że Meinl traktuje artystów bardzo rodzinnie, mam to samo odczucie. Napisali, że widzieliby mnie na takiej imprezie, nie pozostało więc nic innego, tylko się przygotować z jakimś szalonym repertuarem. Nawet, kiedy przyjeżdżam tam jako gość, traktują mnie bardzo serdecznie, załatwiają hotel, upewniają się, że czuję się wygodnie, nie zostawiają mnie samego.

Granie naprzeciw publiczności, składającej się niemal wyłącznie z perkusistów, musi być stresujące. Masz tak w ogóle tremę?

Wiesz… Nie mam jako takiej tremy. Powiedziałbym raczej, że jestem w stanie podwyższonej gotowości, na zasadzie zdawania sobie świadomości, że sprawa jest poważna. Oczywiście są też i nerwy, ale staram się je wykorzystać na swoją korzyść. Wiem, że czeka mnie ważny występ, może nie jestem tak bardzo rozluźniony, dlatego staram się skoncentrować mocniej na tym, co mam zrobić i jednocześnie wyciszyć się wewnętrznie. To występ na żywo, wszystko się może zdarzyć, w związku z tym trzeba dać z siebie wszystko i cieszyć się tym, co się robi. I to działa.

Masz jednak rację, że jest to stresujące, bo jesteś na scenie przed dwoma tysiącami ludzi, światła padają na ciebie, jesteś sam, tak, nerwy były, chyba jak u każdego. Pamiętam, że finalnym artystą była Anika (Nilles), która siedziała i się cała trzęsła. „Nie wiem, czy dam radę, nie wiem, czy dam radę” – powtarzała (śmiech). Wiadomo, że dała radę! Ale faktycznie, masz pełno perkusistów wokół siebie, partnerów z firmy i z pewnością myślisz o tym, żeby nie próbować wciskać kitu. Nie jest to łatwe, ale wbijasz się w piosenkę i grasz. Nie pamiętam zbyt dużo z samego wykonania, po prostu włącza się w głowie hasło, dobra, trzeba walczyć!

Fot. Marie Idlin

Twoja współpraca z Behemoth należała do tych obciążających psychicznie? Zastępowałeś bardzo specyficznego, wyjątkowego perkusistę i osobowość. Pamiętasz pierwszy koncert?

O tak, chociaż nie pamiętam za dużo z samego koncertu. Z pewnością nie było to bardzo komfortowe, ponieważ znalazłem się w nowej sytuacji i bardziej chyba walczyłem o przetrwanie (śmiech). No to prawda, to prawda! Zawsze, jak jesteś wrzucony w sytuację, która sięga twoich limitów, to nie jest to zbyt komfortowe. Zdecydowanie jest wtedy mniej radości i starasz się wykonać jak najlepiej swoją pracę. Pamiętam, że dodatkowo miałem trochę problemów z moją lewą nogą, więc rozpoczęcie współpracy z lekką kontuzją nie jest czymś, czego byś akurat chciał. Naprzeciw masz olbrzymią publiczność, wszyscy patrzą na ciebie, a tu nagle robisz jakiś błąd i: „Cholera! Dlaczego?!”. No nie jest to w pełni komfortowa sytuacja, ale takie są zasady gry, z każdym następnym koncertem musi iść ci lepiej i lepiej. Pierwsze dwa koncerty były dość surowe, ale z biegiem czasu wnikałem w ten styl gry i czułem większą pewność na scenie.

Nasuwa mi się pewien wniosek. Dołączyłeś do Decapów, gdy miałeś 20 lat, nie znałeś Wacka (Kiełtyka – lider Decapitated) od tej strony kierowniczej w muzyce. Czy był to jeden z ważniejszych momentów w twojej edukacji na tej scenie?

Tak, zgadza się. Wszyscy chyba orientują się, na czym polega rosyjska szkoła baletowa, że nauczyciele są świetni, ale jednocześnie twardzi i nadzwyczaj wymagający. Porównałbym więc to do tego, taka wschodnioeuropejska metoda nauczania, ale absolutnie nie narzekam i niczego nie żałuję. Wacek mnie wrzucił od razu na głęboką wodę, przeciągnął przez wiele rzeczy, kazał zwrócić uwagę na różne detale. Ukształtowało mnie to jako perkusistę, ukształtowało mnie to jako muzyka, nie ma co do tego wątpliwości. Czasami było ciężko, ale ostatecznie jestem wdzięczny za to doświadczenie.

Fot. Marcin Pawłowski

Poznałeś wtedy tę scenę muzyczną od strony rock’n’rollowej…

(śmiech) Z pewnością poznałem rock’n’rollowy styl w polskim wydaniu, ponieważ jest to trochę inne od tego, co widzę, podróżując teraz z innymi zespołami. Polski system działania jest bardzo specyficzny, nazwałbym go rock and rollem w tym starym stylu, w porównaniu do tego, jak robią to inne narody.

Mimo to zawsze wykonywaliście swoją robotę.

Zawsze. Zawsze staram się wykonać swoje zadania jak najlepiej i szanować ludzi wkoło. Mimo, że nie jestem takim typem rock’n’rollowca, który mocno luzuje się po koncercie i przybija ‘gwoździa’, to staram się zapracować na szacunek innych swoją pracą na scenie. Dzięki temu udało się zdobyć zaufanie wielu zespołów i wielu muzyków także w Polsce.

Racja, cieszysz się dużym uznaniem na naszej scenie.

Wydaje mi się, że jest to efekt tego, że nie staram się nikomu wciskać kitu. Robię, co mam robić, wykonuję swoją misję i chyba każdy docenia to, jak jestem w tym szczery. Publiczność porównywała od razu do Vitka czy do Inferno, ale cieszę się, że zaakceptowali mnie takim, jakim jestem. Wiadomo, krytyka jest nieunikniona , ale ok, chłopak ma swój styl, robi swoje i widać, że traktuje to poważnie i stara się „napie*dalać” (Kerim powiedział to po naszemu – przyp. red.). Chyba dlatego zostałem przyjęty tak dobrze w Polsce.

Fot. Marie Idlin

Obecnie grasz z zespołem z Grecji, jak doszło do nawiązania współpracy?

Ha, znowu Internet zrobił swoje. Dostałem informację od ich dźwiękowca, że poszukują perkusisty, także Nergal był w to zamieszany, ponieważ byli razem w trasie. Dźwiękowiec poprosił mnie o kontakt i zacząłem z nimi rozmawiać, najpierw z Christosem (Antoniou) poprzez Skype’a, no i jakoś to ruszyło. Nauczyłem się kilku piosenek, wysłałem im video, jak je gram.

Znowu Nergal? Tak samo był zamieszany w Daraya w Dimmu Borgir. Okazuje się najlepszym menadżerem perkusistów (śmiech).

Na to wychodzi. Nie pamiętam dokładnie, jak to było, ale Septicflesh najpierw zapytało chyba jego o kontakt, ponieważ grałem z Behemothem. Na pewno zaczęło się to układać od momentu kontaktu dźwiękowca ze mną. W dobie Internetu takie sytuacje są super łatwe.

To ciekawe zagadnienie. Jak byłeś w Decapach mieszkałeś w Krakowie, ale teraz znowu mieszkasz w Austrii i współpracujesz z greckim zespołem. Nie wszyscy wiedzą, jak taka współpraca wygląda w praktyce.

No cóż. Lecę oddzielnie na koncerty i spotykamy się na miejscu. Nie gramy tak dużo prób jako zespół, jak robią to inne kapele. Wszystko rozbija się o koszty, więc nie ma możliwości, żebym latał tam tak często na każdą próbę. Zresztą nie ma takiej potrzeby, możemy spokojnie grać z samplami, ponieważ nie jesteśmy rockowym zespołem, w którym jest miejsce na jakieś momenty improwizowane, wymagające dodatkowego ogrania. Jeżeli mamy się nauczyć nowego materiału i listy piosenek, to lecę do nich na kilka dni i gramy próby. Poza tym ja ćwiczę materiał w Austrii, oni w Grecji i spotykamy się na miejscu przed koncertem. Tworzenie nowych piosenek także jest w oparciu o Internet. Ostatni album w całości napisaliśmy w ten sposób. Czterech facetów, pracujących oddzielnie w swoich domach, wysyłających wzajemnie pomysły na piosenki, riffy, aranżacje, pomysły rytmiczne. Wszystko było synchronizowane i koordynowane przez naszego wokalistę, który jest mózgiem takich szalonych operacji, bo dla mnie to było lekko szalone z racji mojego austriackiego przyzwyczajenia do porządku (śmiech). Czasami sam się zastanawiam, jak to wszystko zostało tak dobrze dopięte. Tak, jakbym leciał na złamanie karku ze schodów i wylądował zupełnie nienaruszony i wyprostowany. Nie wiem, jak to możliwe, ale jest możliwe.

Możemy pokusić się o przesłanie dla polskich perkusistów, żeby zebrali się na odwagę i ruszyli w świat, ponieważ nie jest to aż tak trudne?

Jest to trudne w tym ujęciu, że jest wielu świetnych perkusistów, a nie ma aż tak dużo kapel z mocną pozycją. Nie tylko musisz być utalentowany, nie tylko musisz ciężko pracować, ale nie oszukujmy się – musisz mieć też szczęście. Taka jest prawda, musi ci dopisać szczęście, wtedy dostajesz szansę, którą musisz wykorzystać. W sumie jednak nie widzę problemu, dlaczego nie spróbować swoich sił w zespole spoza Polski, teraz jest to możliwe. Jeżeli jest ok dla zespołu, że dolatujesz do nich, jeżeli jest ok dla ciebie, że musisz dolatywać, to przy odpowiedniej organizacji wszystko jest możliwe. Weźmy mój przykład i Austrii. Są tu zespoły bardzo spójne, gdzie nie ma możliwości dołączenia do nich, poza tym nie ma ich tak dużo, by grać na arenie międzynarodowej. A tak szczerze mówiąc, to nie widzę tu żadnej kapeli na taką skalę, dlatego też ruszyłem do Polski, ponieważ macie dużo większą scenę, macie zespoły, które są rozpoznawalne. Wychodzi na to, że nie grałem za bardzo z zespołami austriackimi.

Znany jesteś ze swojej samodyscypliny. Tak cię w większości odbieramy. Tak jest naprawdę?

Tak, to prawda. Nie jestem może już tak w tym spięty, jak to było kiedyś. Jeżdżenie w trasy przez lata z różnymi zespołami nauczyło mnie wiele. Musisz mieć w sobie ten rygor, ale czasami trzeba pójść z falą i dostosować się do sytuacji, bo to bardzo ułatwia życie. Jednak w całokształcie potwierdzam, jestem mocno zdyscyplinowany, wiem, co chcę robić, mam poukładane plany w swojej głowie i nie widzę potrzeby zmiany swojego nastawienia, skoro pomaga mi to w osiąganiu celów. To bardzo proste, jeżeli chcę daną rzecz – wiem, że muszę zrobić to i to, i nieważne, co ludzie powiedzą.

Jesteś skoncentrowany na swoich celach, ale jak utrzymujesz ten sam poziom zaangażowania, zwykłych chęci do dalszej pracy? Ja akurat jestem leniwą gnidą… Zdarza ci się wstać rano i pojawia ci się w głowie hasło – nie chce mi się?

Jasne, nawet często. Wiem, że powinienem poćwiczyć, ale jestem strasznie zmęczony, bo ostatnio dałem sobie w kość. Nie znaczy to jednak, by marnować dzień. Zdaję sobie sprawę wtedy, że nie jest to może najlepszy dzień do grania, ale może jestem w stanie zrobić coś innego? Jest przecież bardzo dużo rzeczy, związanych z byciem muzykiem, jakie można robić poza grą na bębnach. Odpisuję wtedy na wszystkie pytania, robię porządki w mediach społecznościowych. Edytuję nowe filmy, które pojawią się może dopiero za miesiąc, ale skoro teraz mam czas, to zrobię to teraz. Staram się działać nieustannie w zależności od okoliczności np. teraz mamy nowe pomysły muzyki Septicflesh, więc trzeba się skupić na tym. Nie jest więc tak, że gram codziennie po kilka godzin, nie. Obecnie jest znacznie więcej rzeczy do ogarnięcia poza graniem, trzeba iść na pocztę, odpisać na maile i wiadomości, a pamiętać trzeba, że mamy Instagram, Facebook, YouTube, gdzie zawsze ktoś o coś pyta. Bywa, że są takie pytania, gdzie nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem np. jak grać szybciej? Książkę możesz o tym napisać. Staram się jednak odpowiadać tyle, ile mogę. Poza tym zawsze mam w sobie tę potrzebę robienia czegoś nowego. Dziś nie mam ochoty na trzepanie blastów, dlatego skupię się bardziej na groove’ie.

To ważne, co mówisz, ponieważ wielu aspirujących do bycia profesjonalnymi pałkerami zapomina o tym, że trzeba być też swoim menadżerem na pełen etat. Dbać o własne sprawy, o wizerunek.

Zgadza się. Po koncercie staram się wychodzić do ludzi, ponieważ wiem, że wiele osób tego oczekuje. Chcą zadać konkretne pytania, więc trzeba spędzić z nimi czas. Dla mnie to jest ważne, ponieważ staram się sam postawić w takiej sytuacji. Sam jestem fanem wielu muzyków. Chcę być jednocześnie w tym prawdziwy, nie jestem typem gościa, który chce być nieosiągalny dla kogokolwiek. To u mnie tak nie działa, nie jest to moje podejście. Nie mam czasu dla wszystkich od razu w jednej chwili, więc czasami ta odpowiedź może zająć trochę czasu, ale to nie jest tak, że celowo unikam kontaktu. W tym czasie nie próżnuję, robię rzeczy związane z graniem, z filmami itp., ale z pewnością jak jest jakieś poważne pytanie to odpowiem.

 

W ten sposób budujesz swoje CV.

Tak. To wszystko jest ze sobą powiązane. Musisz robić wiele dodatkowych rzeczy, które nie zawsze wiążą się z zarobkiem. Dostajesz zapłatę za koncert, za nagranie, ale praca nad wizerunkiem to już zupełnie inna sprawa. Nazwa Krimh jest swego rodzaju marką i jeżeli nawet nie grałbym w jakimś znanym zespole, to ludzie by wiedzieli, że jest to perkusista, projekt solowy itd. Trzeba jednak nad tym pracować, żeby ta nazwa przewijała się wśród ludzi, jest to część całości, za którą nie dostaję grosza, ale tak to właśnie wygląda.

Niedługo kończysz 30 lat, spędziłeś już 10 lat na profesjonalnej scenie. Nastraja cię to do przemyśleń?

Trochę tak. Patrzę wstecz i przypominam sobie, jak podchodziłem do pewnych rzeczy. Kiedyś skupiałem się bardzo mocno na zestawie, na każdej śrubce. Teraz, jak mam podstawiony jakiś beznadziejny zestaw, to staram się wycisnąć z niego, co się da i nie poświęcać zbyt dużo czasu na to, by naprawić każdy detal. Kiedyś też szalałem, jak zagrałem zły koncert, przejmowałem się wszystkim, że zawiodłem ludzi, że popełniłem za dużo błędów, że tak nie wolno, wariactwo. Teraz podchodzę do tego chłodniej, ok, to nie był mój dzień, dlaczego tak się stało? Aha, jestem w trasie od 3 tygodni bez dnia przerwy, ciężki koncert, zdarza się. Jeżeli przychodzą ludzie po koncercie i mówią, że im się podobało, że spędzili fajnie czas, to dziękuję, doceniam to, misję uznaję za wykonaną, mimo, że dla mnie nie był to najlepszy dzień. Widzę też, jak zmienił się cały biznes, jest wiele zespołów walczących o przetrwanie, wiele kapel grających, ile się da. Teraz trzeba być czujnym, żeby przetrwać, czujnym bardziej niż kiedyś.

Uznajesz się więc za muzyka, który miał szczęście.

Tak, miałem szczęście i to niejednokrotnie. Dlatego właśnie doceniam każdą sekundę. Nie jest tak, że uznaję coś za pewnik, że jestem świetnym perkusistą i mi się należy. Nie, nie, doceniam to, że kiedyś mnie poproszono o dołączenie do Decapitated, ponieważ nagrałem dobre filmy. Potem dzięki temu poproszono mnie o zagranie w Behemoth. I dzięki temu, że pracowałem na swoje nazwisko, dostałem propozycję z Septicflesh. Trzeba wiedzieć, że wykonujesz właśnie wielki krok i nie możesz tego zaprzepaścić, nawet jak trzeba wyjść poza swoją strefę komfortu. Zrób to, bo może drugiej takiej szansy już nie dostaniesz.

Zdarzają się sytuacje, gdzie trzeba siedzieć cicho, wiedzieć, jakie jest miejsce perkusisty w zespole.

No tak. Nie zawsze zgadzam się z każdą wizją czy podejściem, ale próbuję robić swoją robotę najlepiej, jak to możliwe, traktować muzykę jak najważniejszą wartość. Bywa, że masz z kimś konflikt, ale nie zwalnia cię to z obowiązku poszanowania drugiej osoby, musisz starać się przeprowadzać wszystko najpłynniej, jak się da. Wiem, jaka jest moja rola w zespole. Raczej nie będę z przodu sceny, nie będę najbardziej widoczny, bo siedzę zasłonięty z tyłu, tylko, że jak się wypie*dolę, to wszyscy leżą ze mną. Moja praca jest niesamowicie ważna, jestem silnikiem napędzającym całość, jeżeli silnik padnie to nic nie zadziała. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem z przodu, ale to nie ma znaczenia. Haruję, by bębny zabrzmiały, żeby muzyka zabrzmiała, wkładam w to dużo wysiłku. Jestem zazwyczaj najbardziej zmęczony z całego zespołu, ale biorę to na siebie, taka jest kolej rzeczy, taka jest rola perkusisty.

Fot. Marie Idlin

Pojawiają się czasami wątpliwości, związane z twoją przyszłością, chwile zawahania, czy podjąłeś dobrą decyzję, wiążąc się tak z muzyką?

Niezbyt często. Myślę o przyszłości pewnie w taki sam sposób, jak każdy, kto posiada inną pracę. Każdy się zastanawia, jak wygląda sytuacja, czy jest wszystko ok, jak to będzie. Nie staję się coraz młodszy, a muzyka jest bardzo intensywna, jak długo będę w stanie grać na takim poziomie, czy może powinienem pomyśleć o czymś innym? Mam tak czasami, ale póki co jest we mnie głód i ogień jednocześnie. Zdaję sobie sprawę, że pewnego dnia się to skończy, ale mam w sobie moc, by robić też inne rzeczy.

To kim byś był, gdyby nie gra na bębnach?

No właśnie teraz to jest ciężkie pytanie (śmiech), bo muzyka stała się całym moim życiem i wszystko się obraca wokół niej. Rodzina, wydatki, wszystko skupia się na tym jednym, ponieważ to jest to, co muszę robić. Wychodzę z założenia, że albo wchodzę w coś na 100 procent, albo się tego nie podejmuję. Dlatego nie wiem… Zanim zostałem perkusistą chciałem związać się ze sportem i nauczać. Z wiadomych względów nie jest to możliwe. Dobrą rzeczą jest to, że interesuję się wieloma rzeczami, dlatego jeżeli przyjdzie moment, by powiedzieć sobie dość z wyczynowymi bębnami, wciąż będę miał pasję do robienia innych rzeczy. Jeszcze nie wiem, co to by mogło być, ale trzeba być otwartym na różne pola zainteresowań.

Wielu kolegów, z którymi kiedyś się zaczynało wspólnie grać, nie dotrwało. Jak myślisz, co jest tego przyczyną?

Możliwe, że wynika to z przyzwyczajenia do tej jednej stałej. Gdy spojrzę wstecz i przyjrzę się, jak YouTube działał wtedy, a jak działa teraz. Spędzamy godziny nad filmami i zamiast mieć zasięgi jak kiedyś, teraz przez jakiś algorytm jest ich znacznie mniej. Film nie robi już takiej roboty i niektórzy mogą być sfrustrowani takim stanem rzeczy, zastanawiają się, po co poświęcać czas na taką dodatkową pracę. Nie każdy potrafi też dostosować się do sytuacji, dostosować się do wymogów rynku. Wiem, że krążą jakieś legendy o tym, że nie trzeba mieć Facebooka, Instagramu, ale to jedynie legendy. Poziom gry jest przecież teraz tak wysoki! Jest tylu świetnych perkusistów z niewyobrażalną wręcz techniką, którzy grają w piwnicy do gołej ściany. Niektórzy mają szczęście, inni nie, jedni mają w sobie ogień i chęć do poświęcenia się w całości temu, co robią, a inni nie za bardzo. To wszystko wiąże się z tym, że trzeba cały czas działać, cały czas trzeba robić. Miałem takie chwile, że cały czas coś się działo, więc trzeba za tym podążać, bo jak się rozleniwisz to wypadniesz z obiegu i do widzenia…

Jest tak dużo rzeczy do zrobienia poza grą na perkusji, obecność w mediach społecznościowych, organizacja klinik, całe to zarządzanie, a doba ma wciąż 24 godziny. Poza tym masz jeszcze swoje normalne życie, rodzinę. Trzeba w to wszystko włożyć bardzo dużo energii, więc nie dziwię się, że niektórzy nie mają w sobie tyle siły.

Takim przykładem jest chociażby twoje ostatnie video, związane ze sprzętem. Chciałeś pokazać ludziom, jak wygląda twój sprzęt i jednocześnie był to ukłon w stronę firm, zgadza się?

Przede wszystkim ta pierwsza rzecz, czyli pokazanie fanom dokładnie, na czym gram i czego używam. Firmy mają swoje platformy społecznościowe, gdzie mogą pokazać, czego używam, dlatego bardziej skupiłem się na tym, by opisać przyczyny, dlaczego korzystam z takich instrumentów, dlaczego mam je rozstawione tak a nie inaczej. Jasne, temat reklamowania marki jest w to włączony, ponieważ lubię korzystać z ich sprzętu i chcę o tym głośno powiedzieć. Masz rację, jest to przykład takiego działania, bo dostawałem wiele pytań z tym związanych i akurat nie miałem żadnych koncertów i prób, więc był to idealny moment, żeby przygotować takie video. Tak w skrócie można opisać genezę tych filmów.

 

 

 

Czyli jest to też przykład gospodarowania czasem.

Tak. Teraz po naszej rozmowie idę do sklepu kupić tablicę, na której będę zapisywał markerem wszystkie rzeczy, jakie mam do zrobienia oraz te, które ewentualnie mógłbym zrobić. Wszystko będę miał zapisane przed sobą, więc o niczym nie zapomnę i zawsze będę mógł coś dodać lub usunąć. Jeżeli mam coś zaległego od razu sobie to zapiszę i w czasie wolnym będę mógł to nadrobić. Mam jakieś stare video, którego wciąż nie mogę wyedytować, to teraz będę mógł wykorzystać wolny czas na to, żeby to zrobić.

To samo masz z ćwiczeniem za bębnami? Też robisz sobie plan?

Już nie. Jestem na poziomie, gdzie nie muszę się skupiać na tym, jak gram, tylko jak to brzmi. Osiągnąłem też prędkość, która jest dla mnie wystarczająca, dzięki czemu czuję się komfortowo. Wiem, że nie będę nigdy jakimś super szybkim bębniarzem, jak niektórzy, co osiągają wręcz szalone tempa. Doceniam to, ale to nigdy nie był cel. Nigdy nie miałem zacięcia do wyścigów. Wiem też, że raczej nie będę rock’n’rollowym perkusistą, grającym ciężkie wolne rzeczy, oparte wyłącznie na groove’ie. Jestem pomiędzy, tak bym się określił. Troszkę blastów, troszkę podwójnej stopy, do tego groove, dynamika, nieco skomplikowanych rytmów. Biorę, co mam i skupiam się na tym jak brzmi, czy nie jest zbyt maszynowo, dlaczego ten rytm nie działa za dobrze w tym miejscu, jak poprawić brzmienie werbla. To nie jest tak łatwe, jakby się mogło wydawać, ale skupiam się na tym, a nie na szybkości. Szybkość bym ćwiczył tylko wtedy, gdybym dostał materiał, który wymaga szybkości. Musiałbym się przygotować do sesji i ćwiczyłbym szybkość, w innym przypadku nie widzę już takiej potrzeby. Dziś rano przegrałem sobie cały materiał, jaki mam zagrać na kolejnej klinice, a poza tym skupiłem się na graniu improwizowanym, starałem się wyrzucić bezpośrednio na zestaw to, co mam w głowie. Sprawdzałem, jak wychodzą mi spontanicznie różne rzeczy, taka praca nad grą solo.

A jak wygląda twoja praca na gitarze?

Gitara nigdy nie była u mnie priorytetem. Komponowanie i gra na gitarze to narzędzia do wyrażania swojej kreatywności. Nie stoją jednak u mnie za tym jakieś większe umiejętności, staram się bardziej traktować to na ucho i wyczucie, dlatego też mój poziom gry jest taki a nie inny. Póki co gitara sobie stoi (śmiech). Jestem perkusistą, a to jest tylko narzędzie do wyrażania potrzeby komponowania. Septicflesh tworzy nowy materiał i też jestem w to włączony, zatem pewnie sięgnę po gitarę.

No właśnie, mówiłeś mi ostatnio, że jesteś włączony w proces tworzenia muzyki w zespole.

Tak, w pewnym stopniu. Trzech panów z zespołu kreuje brzmienie i ma ostatnie zdanie, ale cieszę się, że pozwolili mi włączyć się w tworzenie nowego materiału, na zasadzie, że jak masz jakiś pomysł z gitarami – wysyłaj, jak masz jakiś pomysł aranżacyjny – wysyłaj, pomysł na bębny – wysyłaj. Tak samo jest z bębnami ułożonymi przez kogoś innego. Dodaję wtedy coś od siebie, robię je możliwymi do zagrania i tyle, jeżeli coś jest dobre dla muzyki, dlaczego miałbym to zmieniać. Moje ego jest tutaj schowane, nie jestem bębniarzem z kategorii tych, co koniecznie muszą forsować swoje rozwiązania, najważniejsza jest kompozycja jako całość. Zatem staram się być twórczy, a czy coś ostatecznie wyląduje na płycie, to już nie jest moja decyzja, ale mam tę swobodę na tworzenie i dawanie swoich pomysłów. Na ostatniej płycie jest trochę moich pomysłów.

Fot. Marcin Pawłowski

Przyszłość zespołu widzisz w pozytywnych kolorach?

Stanowczo. Jest zainteresowanie dużych wydawnictw i uważam, że zespół nie osiągnął jeszcze potencjału swoich możliwości. Wszystko idzie w dobrą stronę, zespół jest głodny, ludzie są głodni, wydawcy. Jest wiele do zrobienia.

Czerpiesz wciąż inspiracje od innych perkusistów?

Zawsze. Ale ta inspiracja dotyczy bardziej tego, że przypomina mi o pasji i miłości do instrumentu. Oglądam perkusistę i widzę w nim ogień, jaki miałem, gdy sam zaczynałem. Tak to odbieram, aniżeli to, czy ktoś zagrał jakieś przejście, które mogę sobie skopiować. W tej kwestii skierowane jest to bardziej w stronę tego, dlaczego ktoś zagrał tak a nie inaczej, co daje mi kopa do tego, by samemu usiąść i spróbować zrobić własne rzeczy. Tak odbieram inspirację. Może to być perkusista z małego miasta, grający gdzieś na naszym suporcie, to nie musi być jakiś legendarny bębniarz, to może być każdy. Jest wielu świetnych bębniarzy, grających w mniej znanych zespołach. Zazwyczaj patrzę, kto gra przed nami i widzę, że ten czy tamten perkusista jest bardzo dobry. Nie musi to być Mario z Gojira, chociaż on też jest dużą inspiracją, tylko, że w zasadzie on już jest żywą legendą. Każdy perkusista może rozpalić tę iskrę pasji.

Dotyczy to różnych stylistyk muzycznych.

Oczywiście. Nie mówimy tylko o metalowym graniu. Lubię odpalić YouTube i patrzeć, co się dzieje, przeglądać różne style muzyczne. Ostatnio zainteresowały mnie pewne klasyczne klimaty. Jest tak dużo rzeczy do nauczenia i poznania. Wiele rzeczy bywa inspirujących z racji innego podejścia do partii perkusji. Inspiracja nie jest związana ani ze stylem muzycznym, ani ze skalą sławy muzyków.

Ale sam specjalizujesz się w stylistyce metalowej od hard rocka po ostry metal.

Nie wykluczam jednak, że kiedyś z ciekawości spróbuję czegoś innego…

…np. reggae.

(śmiech) Może być i reggae. Lubię partie perkusji w reggae, fajnie się je gra. Wiem, że w zasadzie prawie cały czas jest to samo i musisz mieć klimat na to, by słuchać takiej muzyki, ale pod kątem warsztatowym jest to ciekawe. Zresztą nie mogę wciąż słuchać blastów, bo jest to zbyt męczące, ale za to lubię je sobie pograć, rozumiesz różnicę? Jest różnica między słuchaniem danej muzyki, a jej graniem. Tak czy inaczej nie spotkasz mnie z dredami w reggae’owej kapeli (śmiech). A poważnie, jeżeli są jakieś projekty w innych stylach, dzięki którym będę się rozwijać to czemu nie, zróbmy to.

Jesteś otwarty na kliniki, warsztaty, pokazy.

Tak, jak najbardziej, Wszystko zależy od czasu. Nie jest to uzależnione od chęci, tylko od możliwości czasowych. Tak samo w kwestii pracy sesyjnej. Jest materiał, który chciałbym nagrać, ale priorytety czasowe mi na to nie pozwalają.

Wskazałbyś jakieś najważniejsze zawodowe wydarzenie, w jakim do tej pory uczestniczyłeś?

Ciężko rzec, jest sporo tych mniejszych wydarzeń i nie da się chyba wybrać czegoś szczególnego. Bardzo zaskoczyła mnie reakcja na video z utworami Slipknot, gdzie osiągnąłem pułap ponad 3 milionów odsłon z dziesiątkami tysięcy polubień. To było bardzo miłe, jak wielki zasięg to osiągnęło i jaki pozytywny odzew się pojawił. Spodnie zaczęły mi się trząść (śmiech). Nawet w austriackiej prasie o tym wspominano, a przecież praktycznie niemożliwe jest, by w naszej prasie ktoś mówił o austriackim perkusiście metalowym! Wiadomo, telefon bezpośrednio od Behemoth z pytaniem, czy jesteś w stanie pomóc takiemu zespołowi, no tak, wtedy sobie myślisz, cholera, to poważna sprawa! Byłem wystraszony, nie ukrywam, bo musiałem wyjść z tej swojej strefy komfortu, ale gdybym nie podjął tego wyzwania, to bym tego żałował do końca życia.

 

Jak się widzisz w przyszłości, na co masz nadzieję?

Będę szczęśliwy, jeżeli dalej będzie się działo to, co się dzieje, czyli gdy będę mógł grać muzykę i z tego żyć. Traktuję to jako duży luksus. Wiem, że ciężko jest się utrzymać w biznesie, ponieważ tyle się zmienia i pojawiają się młodsi, coraz bardziej niesamowici perkusiści. Będzie mnie cieszyć, jak będę dalej mógł robić to, co robię. Jeżeli granie muzyki będzie też moim zawodem. Nie mam potrzeby być arcybogatym, nie mam potrzeby być super sławnym… Pewnie bym to znienawidził, bo tracisz swoją prywatność. Chcę grać, co wiąże się z dużym nakładem pracy. I mam też nadzieję na szczęście.

Fot. Seth Siro

Materiał przygotował: Maciej Nowak
Fot. Seth Siro, Marcin Pawłowski, Marie Idlin