Mike Mangini

Dodano: 21.05.2020
Autor: Maciej Nowak

Jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych wirtuozów perkusji. Żaden bębniarz operujący na tak kosmicznym poziomie technicznym, grający w tak popularnym zespole, nie polaryzuje środowiska perkusyjnego jak Mike. Nie inaczej było po kolejnym występie Dream Theater w Polsce.

Zespół zawitał do Wrocławia celebrować jubileusz płyty Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory. Jak to jest teraz modne u wielu kapel, wiązało się to z odegraniem całego albumu od A do Z. Niewątpliwie był to wielki magnes dla fanów ostrzejszych progresywnych, ale wciąż melodyjnych brzmień, ponieważ od dobrych kilku płyt kolejne wydawnictwa zespołu nie porywają i często fani robią dobrą minę do złej gry.

METROPOLIS

Metropolis - jak się zwykło mówi na płytę w skrócie – jest bez wątpienia albumem przełomowym w karierze Dream Theater. W tym czasie zespół wspinał się sumiennie w rankingach popularności, zdobywając uznanie głównie wśród fanów rocka i metalu, którzy sami sięgali po instrumenty. To właśnie to wydawnictwo zadziałało jak trampolina i wystrzeliło Dream Theater w górę. Wiązało się to nie tylko z umiejętnościami instrumentalnymi muzyków, ale też całym konceptem płyty, docenionym przez „zwykłych” słuchaczy. Zabieg nieco bardziej komercyjnego ujęcia swego grania, który zespół chciał zastosować z różnym rezultatem na płycie Falling Into Infinity wypalił na Metropolis, chociaż wątpliwe, by ktoś w kapeli myślał tu wyłącznie takimi kategoriami. Płyta trafiła w idealny czas i wniosła duże ożywienie na rynku. Ma też tę bardzo ważną cechę, która jest pożądana przez wiele zespołów – jeżeli nie przepadasz za muzyką, to przynajmniej doceniasz wykonawców za ich kunszt.

W tym okresie Mike Portnoy stworzył też kultowy projekt Liquid Tension Experiment. Po pojawieniu się Metropolis wydał podwójne perkusyjne DVD Liquid Drum Theater, które momentalnie stało się przebojem, szczególnie wśród młodej fali perkusistów, którzy nie chcieli ślęczeć wyłącznie nad żmudnymi ćwiczeniami, a potrzebowali więcej szaleństwa, ale szaleństwa wituozerskiego. Lekkość i łatwość gry Portnoya w skomplikowanych aranżach była czymś zupełnie innym niż kamienna twarz Weckla, opisująca technikę Moellera. Modne stały się wyzwania coverowania piosenek zespołu, co miało stanowić wyznacznik wysokiego poziomu umiejętności. Jeżeli zagrałeś The Dance Of Eternity znaczyło, że jesteś gość! Efekty są - rzecz jasna - różne.

WROCŁAW

Siła Metropolis zadziałała i wrocławska hala Orbita wypełniła się dość szczelnie. Czuć było jednak, że wiele osób pojawiło się z sentymentu, świadomi tego, jak może wyglądać koncert. Chodzi tu głównie o obawy związane z partiami wokalnymi i – niestety - też pulsowaniem bębnów. Odpuśćmy komentarz do wokalu, który faktycznie czasami znajdował się w Wałbrzychu, a nie we Wrocławiu i skupmy się na bębnach, bo to temat niezwykle ciekawy!

Po pierwsze Mike Mangini pokazał tu swoje dwa muzyczne oblicza. Perfekcjonizm i geniusz techniczny z jednej strony oraz z drugiej dużą zarzucana mu oziębłość w przekazywaniu partii z Metropolis. Po drugie zestaw perkusyjny, o którym mówi się od dawna. O ile jedną centralkę można zrozumieć to zawieszenie talerzy pod dachem hali - w tak ekwilibrystycznej muzyce - jest niesamowicie zastanawiające. Na deser drobny incydent, jaki przytrafił się muzykowi, a odbił się szerokim echem i spotkał z żywą reakcją czujnej publiczności. Szczególnie przy tak pieczołowitym podejściu do wykonywanych aranży.

O co chodzi? W otwarciu utworu The Spirit Carries On, gdy reflektory zalały zestaw perkusyjny w oczekiwaniu na piekielnie charakterystyczne i ważne przejście, Mike’a… nie było. O tym, co się wydarzyło dokładnie, opowiedział nam później sam zainteresowany, w każdym razie swoją wściekłość wyładował w końcówce Finally Free, gdzie znajduje się miejsce na perkusyjne solo. Mangini zagrał jak snajper, na zimno poszedł z takimi karkołomnymi rozwiązaniami, że mało kto byłby w stanie pokusić się o podobne zagrywki. Dla zwykłych ludzi było to coś dziwnego, dla zainteresowanych bębniarzy - interesująca „egzekucja”.

Nieco mniejszy zestaw, ale wciąż w układzie rozchodzącym się na obie strony.

DISTANCE OVER TIME?

Kilkanaście minut po koncercie spotkaliśmy się na zapleczu zaraz przy garderobie zespołu, gdzie opychając się przygotowanymi dla kapeli malinami (luty…) czekaliśmy na zeznania winowajcy. Mike odświeżony wpadł jak bomba, sięgnął momentalnie po piwo z lodówki i wykrzyknął radośnie, łapiąc się za głowę, że nigdy mu się coś takiego nie zdarzyło. Gdy emocje opadły można było sobie pozwolić na żarty, chociaż wiadomo, że najważniejsza była reakcja Johna Petrucciego, który na szczęście powiedział, że wyszedł po prostu „koncertowy klimat”, w odróżnieniu od Jordana Rudessa, który mało się nie udławił swoim zbulwersowaniem.

Mike zaczął się motać z otwarciem butelki i gdy wreszcie pokonał przeszkodę, usiadł przed nami i wypalił: „Myślicie, że w świecie profesjonalistów wszystko jest takie perfekcyjne. Powiem wam coś, to wszystko dziś powinno wyglądać inaczej, Mieliśmy rozmawiać przed koncertem, prawda? Ale wszystko się pokręciło i nie mogliśmy, więc rozmawiamy teraz. Nie mogłem otworzyć sobie piwa, mimo, że mam otwieracz ze sobą. Odwykłem od piwa, dlatego schudłem kilka funtów. Chciałem spalić kilka kalorii i pozbyć się nieco brzuszka. Teraz jednak napiję się piwa, bo muszę ochłonąć po swoim największym błędzie, jaki mi się przytrafił w całej mojej karierze.”

Maciej Nowak: Zatem, Mike, co się stało?

Mike Mangini: Zaczęło się The Spirits Carries On i nie było perkusisty oraz przejścia na bębnach (śmiech). Najbardziej popularna piosenka, światła się zapaliły, a mnie nie ma. Założę się jednak, że zespół się nie odwrócił w moją stronę.

Zdaje się, że nie.

Właśnie, ponieważ mamy ustalone, że w razie podobnych przypadków nie oglądamy się na tego, co się pomylił, żeby go jeszcze bardziej nie zawstydzać. Tutaj sytuacja była przedziwna. Zapomniałem zapytać asystenta, gdzie jest najbliższa… łazienka. Piję na scenie bardzo dużo wody, a nie mamy żadnych przerw. To obłęd, chyba skończę z pieluchą. Ale poważnie, to nie jest tragiczne, dopóki nie jestem przeziębiony. Do tego momentu nie popełniłem żadnego błędu, ale musiałem szybko wyskoczyć do łazienki… Kurczę, to chyba najobleśniejszy wywiad, jaki oficjalnie udzielam (śmiech). Ale fajnie, daj to, bo to jest zabawne, ale przede wszystkim pokazuje prawdziwe życie. Wybaczcie mi więc i nie czytajcie przy jedzeniu.

Co się stało dalej? Wyskoczyłem i pytam, gdzie jest toaleta, okazało się, że gdzieś po drugiej stronie, daleko. Myślę – zdążę obrócić. Poza tym ekipa produkcyjna poprzestawiała wszystko i się pogubiłem. Pytam, gdzie jest łazienka?! Lecę, ludzie na zapleczu patrzą jak na wariata, biegam, szukam! Presja. Udało się. Pędzę z powrotem, potykam się o osłony kabli, oby tylko nie zwichnąć nogi! Ładuję się na schodki, piosenka już leci, ja się przewracam i chcę się złapać tylnej kotary, ale jakąś resztką myśli ogarnąłem, by tego nie robić, bo zerwę (śmiech).

Padam na ziemię, obróciłem się, przeskoczyłem przez przejście, gdzie mogłem sobie głowę rozwalić, bo jest wąskie, zanurkowałem na podest, wspiąłem się na stołek i od razu wszedłem w piosenkę. Gram w najbardziej profesjonalnym zespole na świecie, też dlatego, że jak ktoś popełni błąd to nie patrzymy po sobie. Każdy się wspiera, szczególnie w tak trudnym materiale, gdzie popełniamy błędy, bo tego się nie uniknie.

Tak właśnie było teraz.

Byłbym zdziwiony jakby było inaczej, bo po prostu… ja akurat nie popełniam błędów (śmiech). A tak serio, to była wyjątkowa sytuacja, to nie był błąd wynikający z nieznajomości materiału lub braku umiejętności.

Podczas końcowego Finally Free dało się odczuć, że chcesz się odegrać.

Zgadza się. Słyszałeś te kwintole? (śmiech) To było chore, ale musiałem to rozwinąć. John krzyczał, bym tego nie grał, a ja mu na to, że „O tak!”. Nagrywamy DVD z tej trasy, więc będzie widać tę końcówkę. W sumie powinienem grać bardziej melodyjnie i wyjść z tych wszystkich polirytmii i polimetrii, ale jak patrzę na reakcję publiczności to jest tego warte. Szczególnie ci młodsi są najfajniejsi, jak gram jakąś klinikę: „Ej, jesteś kiepski, pomyliłeś się!”, po czym wracam nagle na raz i jest… yyyy, ok! Szczęka na ziemi (śmiech). Lubię to, lubię być postrzegany jako taki muzyczny świr. To jest teatr!

Która piosenka z Metropolis jest najfajniejsza do grania?

Hm… Lubię Fatal Tragedy. To jest ciężka piosenka. Mike wykonał genialną robotę aranżując ten utwór, zresztą całość jest rewelacyjnie zaaranżowana. Konkretnie ta piosenka leży mi najbardziej. Mogę sobie fajnie rozłożyć prawą i lewą stronę przy kolejnych zmianach. Z zewnątrz może to wyglądać, że się popisuję, ale się nie popisuję, po prostu przeskakuję sobie przy okazji kolejnych podziałów. Troszkę pozmieniałem instrumentarium w tym utworze, ale nie za dużo.

Jednak nie zmieniasz zbyt dużo, nie zmieniasz charakteru piosenek.

Nie, nie zmieniam, ale gdybym zagrał idealnie, dokładnie te same uderzenia w te same instrumenty, jak to jest w oryginale, to byłbym jakimś chorym popaprańcem. Ale jeżeli chodzi o granie zupełnie własnych pełnych interpretacji… zrobiłem tak z Hell’s Kitchen i miało to olbrzymią oglądalność. Ludzie byli wściekli i podobało mi się to, bo nie przeszli obojętnie. Robiłem tak dalej i publikowałem tą wersję. Wściekali się, ale ja robiłem swoje. Nie chciałem być niegrzeczny, ale jak coś takiego wrzucałem to zaraz lądowałem na większości stron heavymetalowych. Zrobiłem to celowo w tym przypadku.

Ludzie zwracają uwagę na niuanse, zdarza się, że jeden splash jest tak zagrany, że jest ważniejszy od całego przejścia. Trzymasz się dobrze takich elementów.

No tak, tak, poza tym od razu pojawi się opinia, że nie potrafię tego zagrać. Jakbym tak zmieniał cały czas, to bym dostawał groźby śmiertelne (śmiech), żartuję, oczywiście. W Hell’s Kitchen zmieniłem celowo, bo też zespół tego chciał i wyszło ciężej z większym groovem. Podobało im się to bardziej, mimo, że są ludzie, którym podoba się najbardziej wersja, jaka jest na płycie.

Dziś śledziłem twoją grę i faktycznie nie było jakichś drastycznych zmian. Oddałeś dobrze partie bębnów z tego albumu, moim zdaniem nawet bardzo dobrze.

Dziękuję. To jest cienka linia. Wiesz, zawsze są te walki i kłótnie wśród ludzi, ale ja ich nie winię za to. Nie chcą widzieć nikogo innego w Dream Theater. Tak, jak ja… nie wiem, nie chciałbym widzieć nikogo innego w Led Zeppelin. Naprawdę nie winię ich za to. To, że nie trzeba zmieniać nic przy okazji tego albumu wynika z tego, że ta płyta jest tak dobrze zagrana. Mike wykonał tam świetną robotę, powtórzę jeszcze raz. Absolutnie fantastyczna robota. To nie jest moje, ale zadanie mam takie, żeby to oddać, chociaż robię to po swojemu, Nie chcę tam mieszać, bo nie mam po co, jednak dodaję tam troszkę siebie, z wielkim szacunkiem dla oryginału.

Nie tylko crashe, ale też hi-haty i ride, zawieszone bardzo wysoko.

Powiedz nam, jak to jest z tymi talerzami, wiszą strasznie wysoko, prawie się podnosisz uderzając w nie…

Jest to celowe posunięcie i nie wynika faktu bycia oryginalnym na siłę. Przede wszystkim chcieliśmy, żeby nie wchodziły w mikrofon Jamesa. Druga sprawa to efekt pracy w studio, gdzie talerze były łatwiejsze w kontroli i bardziej czytelne.

Z nieżyczliwych ci fanów zespołu mało kto zdaje sobie sprawę z trudności pozycji, w jakiej się znajdujesz.

Moja kariera do tej pory była głównie oparta na wejściu w powstałą uprzednio sytuację i umiejętności odnajdywania się w niej. Zastępowanie kogoś, chociaż tak naprawdę nikogo nie da się zastąpić, można wejść w jego miejsce. No, ale nie czepiając się szczegółów, zazwyczaj zastępowałem innego bębniarza. To się raczej nie zmieni, ale jak wyjdzie mój solowy materiał, nie będę wtedy nikogo zastępował. To będę ja od początku do końca, ale to dopiero projekt. To dla mnie ważny krok i powoli się zbliża. Zajmie to jeszcze trochę czasu.

Zespoły, kiedy wydają nową płytę, mówią, że to jest ich najlepsza płyta. Fajnie, podoba mi się takie podejście, ale ja tak nie myślę. To jest muzyka, jak ci się spodobają 2-3 piosenki z dwunastu to już będzie fajnie. Nie oczekuję dużo. Dla mnie to jest ok. Każda kolejna nasza płyta to już nie jestem ja na zastępstwie, ale ogólnie moja pozycja taka jest. Zawodowe granie coverów też jest formą sztuki i nie da się tego zrobić dobrze, jak nie podchodzisz z szacunkiem do oryginału. Takie jest moje zdanie. Nie da się dobrze wkomponować w czyjeś miejsce w zespole, jeżeli nie podchodzi się do jego gry z szacunkiem. Tak myślę.

We wrocławskiej hali. Co dalej Panowie?

Ciekawy wypadek przy pracy jest wodą na młyn antagonistów Mike’a Manginiego. Każde drobne potknięcie jest mu wypominane podwójnie. Do tego ogólny wizerunek zespołu nie pomaga, a chodzi tu oczywiście o warstwę wokalną, ponieważ potęga Petrucciego i Myunga jest bezdyskusyjna. Warto jednak zwrócić uwagę, że faktycznie perfekcjonizm gry Manginiego jest tak duży, ze każde potkniecie urasta do miana wydarzenia. Po tylu latach Mike wciąż tkwi w sidłach porównań do swego poprzednika i ta tendencja zdaje się wcale nie zmniejszać.

Wydawało się, że czas wszystko uspokoi. Nie uspokoił. Pytanie tylko, skąd to się bierze? Czy to efekt niedopasowania sposobu gry do zespołu? Bo przecież umiejętności ma kosmiczne plus prawo do interpretacji, gdzie jednak trzyma się mocno oryginału. Czy też może faktyczna wielkość twórczości i stylu Portnoya? A może wynika to z rozczarowania ogólną postawą zespołu, który nie tworzy płyt wyczekiwanych tak, jak kiedyś. Na to niech odpowie sobie każdy z osobna. Póki co możemy oczekiwać oficjalnie zarejestrowanych występów Dream Theater z tej trasy, gdzie z pewnością wszystko będzie wyglądało i brzmiało doskonale.

Zdjęcia: Nidhal Marzouk

Quiz – Prawda czy fałsz?
1 / 12
Black Sabbath zagrało w Polsce przynajmniej jeden koncert z Billem Wardem za bębnami.
Dalej !