Meinl Drum Festival 2017

Dodano: 08.12.2017

Dlaczego Meinl Drum Festival jest imprezą, która przyciąga kilka autokarów, wypełnionych polskimi fanami bębnienia?

Biorąc pod uwagę, że:
– mamy w Polsce pełno różnych pokazów i warsztatów, a co roku jest ich coraz więcej i więcej,
– Gutenstetten to miejsce oddalone prawie 600 km od Wrocławia, 1000 km od Warszawy i Trójmiasta, ponad 800 od Krakowa, po prostu jest tam daleko!
– lista występujących jest ciekawa, ale bardzo popularnych nazwisk nie jest wiele lub znamy ich już dość dobrze,

DLACZEGO WIĘC MEINL DRUM FESTIVAL JEST IMPREZĄ, KTÓRA PRZYCIĄGA KILKA AUTOKARÓW, WYPEŁNIONYCH POLSKIMI FANAMI BĘBNIENIA?

Zeszłoroczna odsłona festiwalu w Warszawie z pewnością zrobiła swoje, w związku z czym można było spodziewać się podejścia w stylu veni vidi vici, które oznacza, że nie znajdzie się zbyt dużo chętnych na ten daleki i jednak przez to męczący wyjazd.

Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna i cała rzesza perkusistów krzyczała „jedziemy za rok!”. Mówimy tu o tych, co mieli możliwość pojechać, ponieważ sporo osób często z przyczyn służbowo-muzycznych nie było w stanie mimo wielkich chęci ruszyć na tę wyprawę.

Odpowiedź na postawione na początku pytanie jest złożona i zawiera kilka elementów, które tworzą spójną całość. Pierwszym elementem jest ORGANIZACJA. Bardzo przejrzysta i jasna dla każdego od samego początku.

Dystrybucja biletów i pakietów na transport i hotel, wszystko podane według uznania w bardzo przyzwoitych cenach. Impreza z czytelnym harmonogramem z równie prostymi zasadami uczestnictwa. Transport, hotel i powrót do domu. Wszystko było niesamowicie wyraźnie opisane i przedstawione, a jeżeli pojawiały się jakieś wątpliwości, to dotyczyły głównie pojedynczych, specjalnych przypadków, wykraczających poza ustalone zasady. Innymi słowy Niemcy wykazali się swoim słynnym porządkiem i przygotowaniem, które na szczęście nie szło w parze z równie słynnym „langsam” (z niem. pomału). Impreza była dynamiczna i działo się bardzo dużo.

Alexander Meinl

Marcus Lipperer z firmy Meinl jest odpowiedzialny za polskich artystów

Drugi kluczowy element to GOŚCINNOŚĆ. Z pewnością nie było mowy o tym, by uzewnętrzniać i rozwijać nasze wciąż obecne kompleksy. Każdy mógł maszerować z podniesioną głową i był ugoszczony tak, jak należy. Przy uszanowaniu zasad panujących na miejscu można było czuć się niesamowicie swobodnie. Uśmiechy od ucha do ucha, harce w showroomie, piknik na zielonej trawce i stołowanie się w części bufetowej. Z dala od polityki, religii i innych „łatwopalnych” tematów.

Wreszcie najważniejszy element IMPREZA i ATRAKCJE. Początek występów planowany był na godzinę 11:30, a lista wykonawców wyglądała następująco:

Benny Greb (Niemcy)

Alex Rüdinger (USA)

Arthur Hnatek (Szwajcaria)

drescHHeads, czyli Simon Gattringer i perkusjonista Max Groesswang (Austria)

Aric Improta (USA)

Miguel Lamas (Hiszpania)

Luke Holland (USA)

Chris Coleman (USA)

Anika Nilles z zespołem Nevell (Niemcy).

Występ Aniki z zespołem przewidziany był na godzinę 19:50. Po niej mieliśmy tradycyjną sesję z autografami.

Jak widać lista jest dość ciekawa, tym bardziej, że Meinl serwuje zawsze dodatkowo mało znanych perkusistów, którzy są rewelacyjnymi muzykami. Tak było w zeszłym roku, gdzie w Warszawie zapoznaliśmy się z Anupem Sastry i Milosem Meierem. Firma stosuje też sprawdzoną taktykę, by na początku festiwalu zagrał dobrze znany bębniarz, dzięki czemu można być spokojnym o frekwencję od pierwszych minut imprezy.

W kwestii występów poszczególnych muzyków kierujemy do oficjalnych materiałów filmowych, przygotowanych przez Meinl. Jak zawsze w pełni profesjonalnie i w świetnej jakości. W kwestii subiektywnych wrażeń podkreślić trzeba świetny występ Arica Improty i Chrisa Colemana, natomiast lekkim zaskoczeniem była prezencja sceniczna Luke’a Hollanda. Perkusista mimo posiadanych wielkich umiejętności jest typowym produktem Internetu, gdzie w nagraniach wszystko brzmi elegancko i płynnie, ale podczas występu na żywo na scenie nie jest już tak perfekcyjnie, co nie oznacza, że był to jakiś blamaż. Nie, ale różnica video vs na żywo była bardzo widoczna. Zaskoczeniem także była reakcja Alexa Rudingera, któremu podczas występu pękła krawędź blaszki. Muzyk przestał grać i poprosił o zmianę talerza! Dla perkusistów, którzy od lat grają na różnych scenach taka reakcja była po prostu absurdalna…

Nie zabrakło polskich akcentów. Występ Arica Improty zapowiadany był przez Arka Letkiewicza z zespołu Hunter. Furorę zrobił oczywiście Chris Coleman, który z wielkim poczuciem humoru wciskał tłuste groove’y. Ogólnie poziom wykonawczy był niesamowicie wysoki i każdy bębniarz, będący w rodzinie Meinl, mógł poczuć się wyjątkowo.

Nie zapominajmy o loterii z nagrodami, wspomnianej sesji autografów czy też małym miasteczku namiotowym, gdzie obok bufetu były ciekawe atrakcje perkusyjne. W samym budynku biurowym trwały spotkania i wspólna zabawa przy lanym piwku. Muzycy, pracownicy firmy, przedstawiciele prasy oraz sklepów z całego świata. Pełen luz, prawdziwa sielanka.

Te trzy elementy: organizacja, gościnność, atrakcje – stworzyły imprezę, na którą chce się wracać mimo tylu kilometrów. Występy bębniarzy, kontakt z instrumentami, rozmowy o perkusji i karierze, a do tego przyjacielska atmosfera powodują, że możemy czuć się tam swobodnie. Ważne też, że nie odnotowaliśmy żadnych incydentów, związanych ze „zbyt luźną atmosferą”, o co kilka osób miało obawy. Wśród tylu języków, jakie było słychać w tłumie, polski był obok niemieckiego i angielskiego językiem wiodącym. Bawiliśmy się świetnie i czekamy na kolejną edycję.

Serdeczne podziękowania:
Reinhold Meinl za gościnę,
Ingrid Meinl za pomysł festiwalu,
Alexander Meinl za organizację,
Norbert Saemann za przygotowanie imprezy,
Marcus Lipperer za zajęcie się polską ekipą,
Konrad Iwan za organizację i nadzór polskiej „pielgrzymki”.

Zdjęcia: Agnieszka „Szefowa” Litarska