Zjednoczone Stany Perkusji: Jan A.P. Kaczmarek i Rapsodia Śląska

Dodano: 17.12.2019
Autor: Jacek Pelc

Scena: prawie 50 metrów szerokości, 38 metrów wysokości, muzycy rozstawieni w pięciu szeregach – od przodu akordeoniści i chór Śląsk, perkusiści, dalej w trzech szeregach orkiestra i chór Filharmonii.

Perkusiści (patrząc od widowni): skrzydło prawe – panie, skrzydło lewe – panowie. Skrzydłowi: Beata Polak i Jacek Pelc – szef grupy. To właśnie temu wybitnemu muzykowi oddajemy głos, jak wyglądał aspekt perkusyjny Rapsodii Śląskiej.

Odrobina historii u źródeł projektu. W lutym 2017 w hali Gdynia Arena miał miejsce specjalny koncert. Oprócz Orkiestry Symfonia Kameralna z Sopotu i połączonych chórów wzięło w nim udział 10 perkusistów, grających na 10 zestawach bębnów. Graliśmy dzieło Jana A.P. Kaczmarka zatytułowane „Emigra – Symfonia Bez Końca” z uwzględnieniem naszej autonomicznej perkusyjnej odsłony. Sytuację opisałem na łamach Magazynu Perkusista, a w międzyczasie otrzymaliśmy od Kompozytora nazwę: Stany Zjednoczone Perkusji. Po tamtym koncercie Kompozytor odniósł się do fantazji, inwencji i dyscypliny perkusistów z największym uznaniem. Jego wyrazem był telefon, który odebrałem w czerwcu tego roku. Dzwoniła pani z firmy Bongo Media z pytaniem, czy zająłbym się zorganizowaniem grupy 20 perkusistek i perkusistów do realizacji dzieła, o którym mowa w tytule. Odpowiedziałem, że zająłbym się. W późniejszej sympatycznej rozmowie z Janem A.P. Kaczmarkiem ustaliliśmy, że nasz udział ma się odbyć na zasadach analogicznych do Emigry.

ZJEDNOCZONE STANY PERKUSJI



PANIE: Beata Polak, Małgorzata Koperska, Monika Bulanda, Joanna Czak, Anna Tkaczyk, Żaneta Seweryn, Olga Przybył, Natalia Drozdowska, Aleksandra Dyba, Wiktoria Jakubowska



PANOWIE: Jacek Pelc, Grzegorz Daroń, Paweł Osicki, Roman Ślefarski, Tomasz Koper, Kacper Skolik, Artur Paszkowski, Kuba Grzywacz, Paweł Ostrowski, Maksymilian Kreft

 

Faza wstępna. Po przejściu przez lipcowy etap rekomendacji oraz rekrutacji 20 perkusistek i perkusistów miała nastąpić szybka procedura wysyłania niezbędnych materiałów muzycznych i umów. Deklaracje były obiecujące: materiały nutowe i adekwatne audio otrzymamy do połowy sierpnia. W rzeczywistości jeszcze z niedzieli na poniedziałek 25/26 sierpnia orkiestratorzy pisali dla nas obszerną 4-stronicową, gęsto zadrukowaną nutami partię Uwertury (w partyturze część I). Ponadto do 6-stronicowej części drugiej nie mieliśmy jeszcze materiału audio. Zatem komplet kluczowych materiałów dotarł do nas na około trzy doby przed pierwszą piątkową próbą z naszym udziałem. Jedynie ostatnia część czwarta rozpisana gęsto na 7 stronach została nam dostarczona wraz z plikami audio jako komplet kilka dni wcześniej.



Notacja
partii zestawów bębnów odbiegała mocno od tego, do czego przyzwyczaili nas autorzy książek spod znaku Hudson Music. Dlatego jeszcze przez telefon ustaliliśmy wspólnie z Beatą, że nie będziemy się przejmować szczegółami dotyczącymi np. rozmieszczenia w systemach poszczególnych tomów lub centralek, a nasze wykonanie będzie fachową, wygodną dla każdego interpretacją, byle mieszczącą się w ramach kompozycji i formy.

 

Początek fazy właściwej. Zostałem indywidualnie zaproszony do Filharmonii na czwartek przed południem do biernego udziału w nagraniach playbacków i półplaybacków – kolejno: grupy 18 akordeonistów, Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej, Chóru Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk oraz Chóru Filharmonii. Moja rola miała polegać na obecności w reżyserce, zapoznawaniu się z muzyką oraz śledzeniu naszych orkiestrowych partii i robieniu notatek. Oto, co zastałem. Inżynierowie, pod wodzą Rafała Paczkowskiego, po dwóch nieprzespanych nocach uwijali się jak w ukropie, w obecności Kompozytora, aranżerów, mojej i Beaty Polak, która do nas dołączyła. Czuć było zmęczenie, napięcie i rosnący stres, zatem spokojne przesłuchanie całego materiału od razu wybito nam z głowy mimo zaleceń Jana A.P. Kaczmarka. Na wspólne zdjęcia nikt nie miał ochoty. Poza tym muzycy dogrywali tylko krótkie brakujące fragmenty.

W związku z tym wpadłem na pomysł, by poprosić na zaplecze kolejno obu autorów orkiestracji w celu przejrzenia naszych partii i ich partytur. Przez dwie godziny nanosiliśmy wraz z Beatą notatki, naprowadzające nas na istotne muzyczne wydarzenia, które poprzedzały wejścia sekcji bębnów po dłuższych okresach pauzowania. Na przykład po 122 taktach pauzy wchodzimy po pojawieniu się 7 taktów waltorni, solowego wokalu i chóru. Siedmiostronicowa część czwarta „Oda Do Światła” liczy sobie, bagatela, 1287 taktów (w tym ok. 500 taktów naszych pauz w kilku „porcjach”, w metrum 4/4 lub 2/4).

Faza grupowa. Tego dnia wystawiłem w hotelowej recepcji zaproszenie dla perkusistów Rapsodii na wieczorną „odprawę bojową”, by wspólnie z Beatą przekazać zgromadzone informacje i odpowiadać na pytania. Przyszli prawie wszyscy, niektórzy dojeżdżali i dochodzili w trakcie, w sumie 17 osób. Odprawa bojowa jest terminem adekwatnym do nazwy hotelu: Diament Arsenal Palace Hotel. Chcieliśmy ją zrobić w „Saloniku Artylerii”, ale był akurat zajęty. Po wszystkim odbyło się w kilku ratach nocne spotkanie integracyjne naszych „Stanów Zjednoczonych Perkusji”.

Próby w przeddzień koncertu. W piątek ustawiliśmy się na estradzie, zrobiono nam soundcheck oraz sekcyjną próbę „Stanów…” z playbackami. Wieczorem zaczęło lać jak z cebra. Kolejne terminy próby zaplanowanej na 19:30 z całością obsady (236 muzyków) były odraczane o kolejne półgodzinne okresy. Kompozytor, zatrzymując się obok mnie na moment, skomentował: „No, nareszcie coś się dzieje, bo już nudno było”. Eleganckie zadaszenie nie obejmowało większości naszej linii wysuniętej przed orkiestrę. Bębny, w miarę szczelnie zasłonięte foliami, były raczej bezpieczne, ale na welurowej wykładzinie utworzyło się bagienko. Niektórym zamokły futerały, również moja teczka z nutami. Centralka jednego z zestawów się rozkleiła. A wystarczyło budując scenę pochylić ją o 2 stopnie dla umożliwienia spływania wody, jak to się robi przy budowie tarasów na świeżym powietrzu.

Nie wdając się w daleko sięgające szczegóły podam, że próbę zakończyliśmy około północy, po kilku zdawkowych acz istotnych dla nas poprawkach w partyturze, zarządzonych ad hoc przez panią dyrygent. Wcześniej każdy z drummerów otrzymał indywidualny mikserek słuchawkowy z dość ograniczoną ilością 8 opcji odsłuchowych. Podstawowym elementem, trzymającym nas z dyrygentem w kupie, stał się ogólnodostępny klik. Nasza formacja jako jedyna zagrała w 100% na żywca. Kiedy na „naszym” proscenium pojawiali się akordeoniści i chór Śląsk, traciliśmy kontakt wzrokowy z prawym skrzydłem oraz panią dyrygent. Zatem liczyliśmy wyłącznie na klik i limitowane odsłuchy. No i na siebie.

Wieczorne próby z kamerami

Dzień Ciężkiej Próby. W bezchmurny dzień koncertu na Stadionie Śląskim i na całym „placu boju” rozgościło się upalne słońce. Tu moja kolejna uwaga: gdyby ustawienie estrady przeorientowano o 90 stopni, mielibyśmy na niej cień i humanitarne warunki do próby generalnej i kamerowej. A tak pracowaliśmy w temperaturze osiągającej 50 stopni i niektórym zaczęły puszczać nerwy. Gdy przypadkiem oparłem się lewym przedramieniem o blachy hi-hatu, uciekłem z ręką jak po dotknięciu czajnika z prawie gotującą się wodą. Z tego, co wiem, na szczęście nikt nie zasłabł, tylko jedna osoba (chyba z obsługi technicznej) spadła ze schodów na bezpośrednim zapleczu estrady. Jej najniższy podest był usytuowany na wysokości pierwszego piętra.

Finał. Koncert zagraliśmy od 21:00 przy komfortowej 23-stopniowej temperaturze i braku wiatru – aspekt istotny z uwagi na potencjalnie fruwające po Chorzowie nasze nuty. Nie będę naszego grania recenzował. Jedynie podam, że w tej masie materiału, którego zapis przypominał miejscami słynną Black Page Franka Zappy, zrobiliśmy sporo nieistotnych dla ram kompozycji pomyłek. Ale nie wdepnęliśmy ani razu w pauzy, jak również nasze wejścia subito forte zagraliśmy tam, gdzie trzeba. Gdybyśmy w dwudziestu pałkerów zagrali je w niewłaściwym miejscu, cały aparat wykonawczy momentalnie znalazłby się w dupie, trzeba by zatrzymać całość, powiedzieć ludziom „przepraszamy bardzo” i wystartować ponownie od jakiegoś miejsca sprzed katastrofy (odpowiedzialność ogromna).

Jeśli ktoś z nas nie dograł paru szesnastek lub trzydziestodwójek w tempie 105 ćwierćnut na minutę, to nikt się nie zorientował (z panią dyrygent i orkiestratorami włącznie, nie mówiąc o publiczności). Zostaliśmy ocenieni bardzo wysoko. Przyjemne było skonkludować, że na 20 ośmiotaktowych solówek perkusyjnych, zagranych w ramach mojego aranżu, każda była znakomita i każda odmienna od pozostałych. To nasza autonomiczna sekcyjna część, po której dostaliśmy owacje od 29600 słuchaczy, obecnych w 12 pełnych sektorach i na płycie śląskiego giganta. Stan publiczności został obliczony i podany przez automatyczny system liczenia wejść na bramkach stadionu.

Wykonanie dzieła miało miejsce na Stadionie Śląskim w Chorzowie w sobotę dnia 31 sierpnia 2019 r.

 

Pozdrawiam serdecznie! Dziękuję Wspaniałym Muzykom Stanów Zjednoczonych Perkusji!
Jacek Pelc

zdjęcia: Igor Drozdowski
https://www.facebook.com/igor.dro.5