O stanie polskiego bębnienia cz. 1. Piotr Pniak

Dodano: 17.06.2009

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszamy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! W pierwszej odsłonie, mocne uderzenie - Piotr Pniak.

Perkusista obdarzony niesamowitym uderzeniem, udzielał się w znaczących projektach muzycznych, współpracując z wieloma muzykami w zespołach Proletaryat, Moskwa, Bracia, Virgin, Małgorzata Ostrowska i wielu innych. Muzyk sesyjny, kompozytor i wykładowca Akademii Muzycznej.

Gdy wszedłem do jego salki akurat kończył próbę z uczniem. W przeciągu dosłownie paru minut Piotr wyrzucił z siebie taką ilość informacji i perkusyjnych prawd, że nie było możliwości ogarnięcia tego wszystkiego. Generalnie "człowiek lawina", można rzec, według typologii Hipokratesa i Galena - typ choleryka, ekstrawertyk. Cały czas pod telefonem, pilnując działań związanych z produkcją swojej nowej płyty. 

Rozmawialiśmy o wszystkim - o początkach, o polskiej scenie perkusyjnej, o grze, a przede wszystkim o muzyce. Nie było zresztą innego wyjścia, bo w odpowiedzi na każde pytanie Pniaq kierował dyskusję na wiele innych płaszczyzn. Piotr nie jest stereotypowym perkusistą. Pomimo pewności siebie, ma olbrzymią świadomość tego, jak mało każdy z nas wie o muzyce jako o zjawisku w ogóle, a nie tylko danym, stylistycznym jej wycinku.

Dlaczego bębny, jak to się zaczęło?

Moja rodzina to sami muzycy. Tata jest tubistą, mama perkusistką, a siostra skrzypaczką. Zanim rodzice kupili mieszkanie, pierwszy rok swojego życia spędziłem w łódzkiej filharmonii, chcąc czy nie słuchając prób i koncertów. Często dawałem wyraz mojemu niezadowoleniu, na co panie sprzątaczki przylatywały i mówiły, że synek płacze tam gdzieś w pokoju...

Jako dziecko "z muzycznej rodziny" miałem to szczęście, że w odróżnieniu od wielu kolegów nie byłem zaganiany do grania, ani na siłę pchany do szkoły muzycznej. Miałem w domu pianino i ksylofon, ale wolałem słuchać muzyki niż grać.

Dopiero w trzeciej klasie powiedziałem rodzicom, że chcę pójść do szkoły muzycznej i spróbować gry na pianinie. Po roku klepania "obowiązkowego" Bacha czułem się jednak skrajnie znudzony. Zdecydowanie bardziej pociągało mnie tworzenie własnych akordów, chociaż mając 10 lat nie do końca jeszcze wiedziałem, co tworzę...

Na szczęście, w międzyczasie zaczęła mnie już fascynować perkusja. Zapisano mnie więc do klasy perkusji, gdzie na werbelku, kotłach i ksylofonie dukałem swoje pierwsze dźwięki z nutek. To było już o wiele ciekawsze, ale dopiero gdy usłyszałem kolegę grającego na zestawie krew we mnie zawrzała.
Po trzech latach nauki zdałem egzaminy do Państwowego Liceum Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego w Łodzi.

Od razu liceum? A gdzie klasy 7 i 8 zgodnie ze starym szkolnym podziałem?

W szkołach muzycznych funkcjonował podział 6 i 6, a nie 8 i 4  jak to było ogólnie przyjęte. W liceum ćwiczyłem na wszystkich instrumentach, jakie były w klasie perkusji. Po kilku miesiącach nauki "przypadkiem" odwiedziłem Dom Kultury, żeby posłuchać grających tam zespołów. W przerwie jednej z prób usiadłem do zestawu i zacząłem sobie improwizować. Tydzień później byłem już nowym perkusistą w zespole rockowym. Dodam, że po miesiącu zajęliśmy pierwsze miejsce podczas przeglądu zespołów "Garage 87". W jury zasiadał zespół Rezerwat. Za solówkę na bębnach otrzymałem wtedy wyróżnienie oraz nagrodę indywidualną i ......zaczęły się problemy w szkole.

Co masz na myśli?

Wzmianka w gazecie o moim pierwszym zespołowym i indywidualnym sukcesie rozsierdziła dyrektorkę szkoły. Zostałem wezwany na dywanik i (z dużym natężeniem decybeli w głosie) usłyszałem serię pytań - zarzutów w stylu: Kto ci pozwolił występować poza szkołą? Dlaczego ja nic o tym nie wiem? Czy napisałeś do mnie podanie z prośbą o zezwolenie na grę w zespole pozaszkolnym? itd. itp.

Od tej chwili stałem się "prawdziwym kryminalistą" dla niektórych pedagogów. Miałem wtedy piętnaście lat i byłem na etapie buntu, nikt nie miał szans. Taki był początek moich doświadczeń ze sceną rockową.

Identyfikowałeś się z jakimiś subkulturami? Punki, metale?

Nie. Nigdy nie miałem niczego wspólnego z żadną subkulturą, chociaż niektóre z moich fryzur mogły zmylić... Zawsze byłem pochłonięty muzyką, obserwowaniem, słuchaniem i kompozycją, fascynowały mnie różne style muzyczne - to zostało do dziś.

Jak wyglądały czasy studiów?

To był szalony okres, było dużo imprez, koncertów. Cały czas ćwiczyłem. Moi koledzy z zespołu wracali ze sztuki i odsypiali do kolejnej próby czy koncertu. Ja natomiast nie kładąc się spać siadałem do instrumentu. Mój profesor przymykał oczy na nieobecności, bo po powrocie z trasy szybko brałem się za bary z materiałem na egzamin. Nigdy go nie zawiodłem.

Temat pracy magisterskiej?

Ojej, nie pamiętam... Pamiętam tylko, że ostatnim i jedynym rozrywkowym punktem programu dyplomowego był utwór Mike?a Sterna. Całkiem zgrabnie poszło. Oczywiście musiała być solówka, młyny, podwójna stopa. W momencie gdy grałem jakąś mielonkę światła w sali przygasły, serio.

Proletaryat. W tamtym okresie był polskim, czołowym, metalowym zespołem.

Dla mnie to było mocniejsze brzmienie orkiestry symfonicznej. Podobnie jak Metallica.

No, lekko nie graliście. Jak wyglądał początek?

To była ciekawa sytuacja. Grałem z moim zespołem muzykę w stylu Genesis, Marillion, ale przede wszystkim Rush. Zagraliśmy jakąś imprezę typu spęd, a na końcu wystąpił zespół Proletaryat.  Pół roku później zadzwonili, że mają problem z bębniarzem i czy nie chciałbym z nimi zagrać. Umówiliśmy się na próbę. Pierwszy moment był szokujący. Grając na bębnach ... nie słyszałem nic, oprócz gitary i basu. Było strasznie głośno! Znasz takie zjawisko jak decybelowe wyścigi muzyków na próbie? Musiałem z tym żyć.-śmiech.

No jasne, jeden przez drugiego, bo uważa, że jest za cicho i kółko się zamyka...

Czy pamiętasz swój pierwszy występ z Proletaryatem?

Oczywiście. To była impreza Letnia zadyma w środku zimy, prowadzona przez Jurka Owsiaka na Torwarze. Fajny klimat, fajny koncert.

Czwórka jest bardzo niedoceniana w Polsce, a to świetny materiał.

Być może sukces "Czarnych szeregów" przyćmił trochę następny studyjny krążek, ale osobiście nie odczułem nadmiaru wolnego czasu czy braku koncertów. To był jeszcze dobry czas dla muzyki rockowej.

Dalsze projekty muzyczne to głównie Reni Jusis i Virgin.

Przeprowadziłem się wtedy w okolice Pruszkowa i spotkałem świetnego i bardzo wszechstronnego muzyka grającego na syntezatorach -  Tomka Warsztockiego. Zaczęliśmy grać muzykę totaaalnie eksperymentalną. Dołączył do nas basista Adam Gzyra. Super trio. Grałem wtedy pętle rytmiczne w stylu Jamesa Browna, ale w bardziej zawrotnych tempach, naprawdę drum?n base. Czasami grał z nami również gitarzysta, a nawet flecista. Było to połączenie muzyki współczesnej z muzyką improwizowaną i elementami jazzu. No i jak to zwykle bywa, ktoś to usłyszał i dostaliśmy propozycję, żeby towarzyszyć Reni Jusis. W pewnym sensie był to tylko epizod, gdyż zagraliśmy jedynie pierwszą trasę i pojawiliśmy się w jednym teledysku (teledysk do utworu Graj więcej, polecamy! Piotrek daje kopa - przyp. red.)

Natomiast przygoda z zespołem Virgin była wyjątkowa. Otrzymałem propozycję nagrania płyty. Zgodziłem się i już po pierwszej próbie chciałem uciekać. Okropny bałagan, jakieś strzępki akordów i melodii. Forma utworu inna przy każdym wykonaniu. Nikt nic nie wie, nawet kompozytor. To ma być rock n roll, czy słaby performance? - myślałem nie będąc przyzwyczajony do takiego trybu pracy. Pół roku później podjęto decyzję o usunięciu basistki i poproszono bym zaproponował zawodowca. Poleciłem Krzyśka Najmana i od tego momentu miałem kompana do współpracy. Oprócz mojego opracowania coveru Madonny wszystkie pozostałe piosenki na płytę aranżowałem wspólnie z Krzyśkiem. Na dokładkę skomponowaliśmy utwór "Sagan om war". Po kilku demówkach zaczęliśmy nagrywać płytę.

Okazało się, że praca trwała rok... Nagrałem bębny raz, później drugi raz, bo ktoś skasował cały materiał..., później zadzwoniono do mnie kiedy byłem na wakacjach, że coś tam się stało z bębnami. Płytę Virgina nagrywałem więc trzy razy! W sumie wyszło na to, że przed wyjazdem za granicę zdążyłem z Virginem nagrać teledysk, wystąpić na Yach Film Festiwal i zagrać koncert promocyjny w klubie "Piekarnia". I to by było na tyle...

Jako muzyk sesyjny grałeś też z innymi artystami...

Miałem przyjemność współpracować z wieloma wspaniałymi artystami. Z jednymi zagrałem tylko kilka koncertów, z innymi kilkadziesiąt lub więcej. Bardzo miło wspominam współpracę z Małgosią Ostrowską, Patrycją Markowską, Magdą Femme, Wojtkiem Pilichowskim oraz zespołami Bracia i Ametria.
Nie potrafię jednym tchem wymienić z pamięci wszystkich, ale wiem, że każda nowa sytuacja była zarówno towarzyską przygodą jak i kolejną lekcją muzyki.

Szkoła Dr Loop.

To miało być dla mnie zakończenie i uwieńczenie pewnego okresu eksperymentów ze stosowaniem charakterystycznych rytmów, pętli rytmicznych, kilku werbli, hi-hatów, melodycznego traktowania werbla. Jakaś taka żywotność, melodyczność grania. Pokazałem to, na prośbę wydawcy, w wersji bardzo uproszczonej, tak, żeby każdy mógł na jej podstawie zacząć grać. Wpadłem na pomysł, żeby nagrywać to w pomieszczeniu radiowym, chciałem dobrej akustyki, powietrza. Zaprosiłem Wojtka Pilichowskiego, który przyjechał prosto z trasy.

Mieliśmy bardzo mało czasu. Pamiętam, że nagrywaliśmy to na żywca. Na koniec, gdy słuchałem finalnego nagrania w reżyserce, nagle okazało się, że w ogóle nie ma stopy, na co gość mi odpowiada, że "Nie no, jest tutaj" a ja, "ale... to jest bas!", a on, "a... no rzeczywiście..." Tak więc, że to brzmi jak brzmi to jakiś cud. Z resztą,  tempo nagrywania szkółek "Najmodniejsze rytmy" i "Bas i bębny" również przypominało strzelanie z karabinu maszynowego...

Nie ćwiczysz już tak jak kiedyś?

Nie. Zająłem się przede wszystkim kompozycją. Poza tym poświęcam więcej czasu na walory brzmieniowe instrumentu, przygotowanie instrumentu. Podobno jestem jednym z nielicznych bębniarzy, którzy przyjeżdżają do studia z nastrojonymi bębnami. Po rozstawieniu dźwiękowiec mówi: "Nic...nie ruszaj, nic!". Nad samym brzmieniem werbla potrafię pracować przez  kilka dni. Gdy nagrywam materiał, wyobrażam sobie brzmienie każdego utworu i długo nad tym pracuję.

A muzyka współczesna?

Operowanie brzmieniem i ekspresją zawsze było moim hobby. Już jako dziecko lubiłem "podkładać" dźwięki np. pod film, który oglądali rodzice. Podejrzewam, że nie byli zachwyceni, kiedy wygrywałem jakieś dziwne akordy na pianinie w trakcie seansu...

W późniejszym okresie to moje hobby zaczęło nabierać konkretniejszych kształtów. Inspirowały mnie obrazy, teksty i sceny z filmów. Pod koniec studiów po raz pierwszy miałem okazję zaprezentować swoje umiejętności kompozytorskie. Napisałem muzykę na wernisaż Anny Szyłło - artystki zajmującej się rysunkiem i grafiką. Potem była m. in. muzyka do spektaklu "Bajki Pana Brzechwy" wystawianego w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi i utwór "Treasures" prezentowany podczas festiwalu " Kolory Polski". Ostatnie moje kompozycje można było usłyszeć w zeszłym roku w Filharmonii Łódzkiej. Były to "Kursk" - muzyka elektroniczna z towarzyszeniem żywych instrumentów oraz "Anioł Śmierci" - utwór na perkusję z taśmą prezentowany z filmem przedstawiającym moje ulubione obrazy Zdzisława Beksińskiego.

Muszę się jednak przyznać, że chociaż muzykę współczesną traktuję bardzo emocjonalnie, to niestety na tego rodzaju kompozycje mam coraz mniej czasu. To wymaga całkowitego "wyłączenia się" ze świata, a teraz najbardziej zajmuje mnie produkcja płyty Iguany.

Jesteś w Polsce jedynym rockowym bębniarzem z muzycznym doktoratem, więc skąd ten pociąg?

Najczęściej z Centralnej na Fabryczną... Żartuję... Studiując w klasie perkusji gra się wiele utworów solowych, a solowa muzyka perkusyjna to tak naprawdę właśnie muzyka współczesna. Przewód doktorski był dla mnie świetną okazją do powiązania ze sobą dwóch światów - perkusji i eksperymentów. To nie jest tak, że rockowe granie to jedno, a solowa muzyka perkusyjna to co innego.

Dla mnie te dwie płaszczyzny wzajemnie się przenikają, np. grając solówki na koncertach rockowych wykorzystuję elementy muzyki współczesnej i na odwrót - dzięki temu, że gram rocka moje wykonania utworów stricte perkusyjnych też brzmią zupełnie inaczej niż, nazwijmy to, "klasycznego perkusisty". Także, jak widzisz, nic w przyrodzie nie ginie i wszystko się zamyka w jedną całość.

Jeden z polskich perkusistów powiedział, że w Polsce ludzie grający na przeszkadzajkach bardzo często zwyczajnie przeszkadzają, co ty na to?

Rzeczywiście, jest to ogólna tendencja, którą obserwuję u wielu muzyków, ale  przeszkadzajkarzy usprawiedliwiam. Ci, oprócz ubarwienia utworu, mają za zadanie wypełniać rytmiczną fakturę. Drażni mnie natomiast "nadmierna ekspresja" i ilość dźwięków pozostałych muzyków. Można być świetnym solistą, ale nie posiadać umiejętności gry w zespole.

Najczęściej jest to związane z różnym pulsem grających, chociaż tak naprawdę, numerem 1 na liście rzeczy niepotrzebnych jest zbyt duża liczba dźwięków. Trzeba wiedzieć co i jak grają inne instrumenty, trzeba nauczyć się słyszeć cały zespół pod względem kompozycji, aranżu, stylu i brzmienia, tak by żaden instrument nie był wyrwany z kontekstu. Naprawdę, nieraz jest potrzebne bardzo niewiele żeby było dobrze.

Zagrałeś mnóstwo koncertów, jak się na to zapatrujesz od strony organizacyjnej? Wiele osób narzeka na polskie realia.

Zagrałem ponad tysiąc rockowych koncertów, nie wspominając o muzyce współczesnej i klasycznej. Ogólnie, z perspektywy czasu, muszę powiedzieć, że idzie to wyraźnie ku lepszemu. Coraz częściej zdarzają się dźwiękowcy, którzy wiedzą, o co chodzi. W dalszym ciągu są jednak jednostki odporne na wiedzę i umiejętności. Oczywiście, każdy może zakupić zestaw nagłośnieniowy i otworzyć działalność gospodarczą. Dlatego polecam, aby w przypadku otrzymania propozycji współpracy od nawet zaprzyjaźnionej firmy, bardzo jasno określać czego się oczekuje i podpisywać bardzo dokładne umowy. Chodzi o to, żeby wyeliminować ewentualne momenty sklerozy organizatorów, którzy zarzekają się, że będzie dobrze i będą wszystkie obiecane elementy.

To, że powiesz o czymś kilka razy, potem wyślesz przypominającego maila nic nie znaczy, bo finalnie dowiadujesz się np. już na scenie, że nie ma tego, co było umówione - instrumentów, odpowiedniego nagłośnienia itd., itp. To jest tak, jakbyś miał zagrać Chopina a okazuje się, że w instrumencie brakuje klawiszy. Co z tego, że publika widzi fortepian, a ty jesteś świetnym pianistą, jak i tak nie jesteś w stanie zagrać tego utworu.

Widzę, że podirytował cię ten temat. Zdarzyło ci się coś takiego?

Niestety, podczas tegorocznych sierpniowych warsztatów w Bydgoszczy. Organizator, który zabiegał, żebym wystąpił, przyjął wszelkie moje warunki sprzętowe, po czym po przyjeździe na miejsce, tuż przed rozpoczęciem warsztatów powiedziano mi, że żadnych instrumentów nie będzie.

Wyobraź sobie, masz warsztaty i chcesz na nich pokazać całe spektrum możliwości jakie dają instrumenty perkusyjne - już na wstępie nie masz szansy, bo takowych nie ma. Przygotowujesz specjalne podkłady muzyczne na tę okazję, siedzisz i kombinujesz, co zrobić, żeby było ciekawie, inaczej. Chcesz zaprezentować utwór na perkusję z taśmą. Grasz, jak zwykle, w słuchawkach, wyczyniasz cuda, żeby barwowo dopasować się do detali podkładu, i co? Na koniec dowiadujesz się od słuchającej w napięciu publiczności, że nikt poza tobą, oprócz twojego bębnienia, nie usłyszał ani jednego dźwięku. Paranoja.

Ustalasz sobie jakieś założenia, koncepcje występu i nic, kompletnie nic nie jesteś w stanie zrealizować, bo albo nie dostarczono obiecanych instrumentów, które notabene stały w sklepie prowadzonym przez organizatora, albo nie działa nagłośnienie, albo po prostu ktoś nie umie podłączyć dwóch kabelków, itd. itp. Dobrze, że wziąłem swoje mikrofony do zestawu, bo z tym też był problem... Co więc możesz zrobić? Starasz się jakkolwiek ratować sytuację  improwizując, za co, jak się później okazało, zostajesz przez organizatora, żeby nie używać niecenzuralnych słów, totalnie skrytykowany.

Nie wspomnę, że nie usłyszałem nawet szczeniackiego "sorry, tak wyszło", wręcz przeciwnie. Tenże organizator dzwoniąc do uczestników warsztatów rozsiewał plotki, że wziąłem za mój występ niewyobrażalną gażę, kilkukrotnie wyższą niż mistrz - Virgil Donati. Ja bym powiedział, że moja ustalona gaża była raczej symboliczna, z resztą, po dziś dzień na nią czekam (wywiad z początku września - przyp. red.).

Karygodny i jedyny, na szczęście, tak wyraźny przykład amatorskiej organizacji imprezy, w której brałem udział. Dobrze, że klimat był bardzo fajny, a publika naprawdę super - przynajmniej to.

A jak to było na warsztatach gdy John Petrucci grał przed tobą?

Petrucci grał swój gitarowy pokaz, a ja miałem wystąpić po nim. Zdziwiła mnie taka kolejność, ale było bardzo miło. Dobrze wspominam ten występ. Świetna atmosfera i super organizacja.


Wspomniałeś, że przeszedłeś ten etap nawalanek i młynków skupiając się obecnie na całości kompozycji, wyrafinowaniu. Z drugiej strony, promujesz muzykę perkusyjną w pełnym znaczeniu słowa "muzyka". Co więc sądzisz o tym, co robi Terry Bozzio?

Dla mnie jest on chodzącą legendą. To znakomity instrumentalista mający niezwykle kreatywne podejście do perkusji i muzyki w ogóle. Podziwiam jego umiejętność wydobywania najróżniejszych barw z instrumentarium perkusyjnego. Swój gigantyczny zestaw złożony z kilku bębnów basowych, wielu tom-tomów, werbli i kilkudziesięciu talerzy traktuje jako instrument melodyczny. Łączy ze sobą techniki kompozycyjne związane z muzyką rozrywkową i solową muzyką perkusyjną.

Niektóre fragmenty solówek Terry?go nawiązują charakterem do muzyki japońskiej, dlatego mam skojarzenia z m.in. z utworem "Thirteen drums" (Maki Ishii). To jest prawdziwa muzyka perkusyjna! Wielki szacunek, że ktoś taki temat podjął.

Mam nadzieję, że wkrótce i u nas pojawi się taki śmiałek, bo z tego, co obserwuję w Polsce temat perkusyjny ruszył. Dobrze, że nie trzeba już robić wycieczki do Niemiec, żeby kupić przyzwoite instrumenty. Oczywiście, kiedyś też były firmy, które produkowały np. przeszkadzajki, ale ich jakość pozostawiała wiele do życzenia, nie wspominając już o walorach brzmieniowych... Fajnie, że był chociaż pan Szpaderski, który produkował sprzęt o niebo lepszy niż...

Polmuz...

Tak, tak o wiele lepszy niż taki Polmuz. Ja chyba dwa albo trzy... tak dokładnie trzy, takie zestawy skasowałem. Rozlatywało się tam wszystko, co mogło, nie wspomnę o membranach...

Pamiętam, że jak się walnęło to zostawały takie małe "kratery".

Racja, a przy moim uderzeniu, już po pierwszym kontakcie przestawały grać, bo miały zbyt wielką dziurę na środku. (śmiech)

Obecny zespół Iguana.

Miałem pomysł na kompozycje, brzmienie i ogólny charakter zespołu. Razem z wokalistką postanowiliśmy założyć zespół. Monika ma oryginalny głos i pisze świetne teksty. Od tamtej pory wszystkie działania związane z wyborem muzyków, instrumentów i studio nagraniowego były związane z poszukiwaniem konkretnego brzmienia dla każdej z piosenek. Trwało to dosyć długo, ale wiem, że było warto.

Iguana nagrywała w czterech miejscach i dopiero ostatnie z nich pozwoliło piosenkom oddychać w ich naturalny sposób. To wszystkim dobrze znane studio Izabelin. Tam znalazłem to, czego szukałem - wymarzoną akustykę i naprawdę świetnej klasy sprzęt. Obecnie materiał jest na etapie miksu.

Brzmienie płyty zawdzięczam również występującym na niej gościnnie znakomitym muzykom, takim jak: Ryszard Sygitowicz, Wojtek Cugowski i Maciej Gładysz.  

A twoje bębny? Ponoć pozamiatałeś...

Masz na myśli wióry wokół zestawu? (śmiech) Szczerze mówiąc, również w kwestii bębnów pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i poszukiwań. Perkusję na płytę Iguany nagrywałem kilkakrotnie, w różnych miejscach i na różnych zestawach bębnów. Zaczynałem w skromnych studiach jeszcze na Tamie. Potem firma Silesia udostępniła mi świetny zestaw MMXów, na którym nagrywałem w studio S4 z mistrzem dźwięku Leszkiem Kamińskim. Kilka miesięcy później przypłynęły moje nowe bębny w rozmiarach sprawdzonych dla piosenek Iguany. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie przetestował nowego instrumentarium.

Nagrań dokonałem w Izabelin Studio A, a następnie w Izabelin Studio C, pod okiem świetnego fachowca, jakim jest Andrzej Karp. Mój nowy instrument pokochał akustykę obydwu pomieszczeń jednak studio C, znane mi już lata wcześniej jako Sonus, w kontekście moich kompozycji wygrało. Soczyste brzmienie perkusji raczej niespotykane w Europie, mnie osobiście zachwyca. Studio stworzone dla perkusji, wyraźnie to słychać.

Sam Manu Katche bardzo pochlebnie wypowiadał się na temat tego miejsca nagrywając z Anną Marią Jopek. Jednak jak zwykle najważniejszy jest człowiek posiadający oprócz odpowiedniej wiedzy również ogromną muzyczną wrażliwość. Andrzeju, całe życie czekałem na to brzmienie... Wielkie dzięki.

Czyli po wielu latach udanych nagrań znalazłeś wreszcie właściwego fachowca i odpowiednie studio forever?

Tak, ze względu na mega zawodowe brzmienie i co równie istotne miłą atmosferę pracy. Właśnie tam przy współpracy z Andrzejem zamierzam rejestrować wszystkie moje kompozycje.

Plany perkusyjne.

Mam zamiar nagrać kolejną szkołę dvd, która będzie nawiązywać do materiału zaprezentowanego w klubie "Stodoła" podczas zespołowych warsztatów rockowych. Nowa szkoła dotyczyć będzie rytmicznej muzyki rockowej. Moim zdaniem, zbyt wiele młodych zespołów kopiuje rytmiczne podziały z płyt innych artystów, a ja zamierzam ułatwić im komponowanie wyjaśniając wszystko od podstaw. Materiał jest gotowy. Pozostała tylko kwestia terminu nagrania.

Na ten rok planuję również warsztaty perkusyjne i występy wielu wspaniałych gości w łódzkiej Akademii Muzycznej. Oprócz tego przewiduję liczne występy akademickiego zespołu perkusyjnego, który w swoim repertuarze oprócz pozycji muzyki rozrywkowej ma również wiele ciekawych utworów muzyki współczesnej i eksperymentalnej.

Zdarza się, że masz wolny czas?

Niezbyt często. Wiesz, pracuję praktycznie 7 dni w tygodniu, jestem wykładowcą Akademii Muzycznej w Łodzi, codziennie komponuję i eksperymentuję z brzmieniami perkusji, nagrywam, no i kończę produkcję płyty Iguany... mało czasu.

A jak już się zdarzy, że jest, to co wtedy robisz?

Staram się oderwać od codzienności. W tym roku udało mi się wyrwać nad morze. Całe pięć dni wolnego pod chmurką. Oprócz tego od lat rysuję moje magiczne wzorki, piszę abstrakcyjne opowiadania.

Ale twoja kreatywność nie kończy się na zabawie słowem i magicznych wzorkach?

Nie, nie kończy się tylko na tym. Wymyśliłem kiedyś na swoje potrzeby kilka instrumentów, których jednak nie opatentowałem. A szkoda, bo kilka lat później właśnie takie ukazały się pod marką znanych firm. Opis większości z nich zawiesiłem na mojej świeżo wtedy założonej oficjalnej stronie internetowej. Stworzyłem m.in. nowe blachy łączące talerze typu crash i china z cechami innych. Moją inspiracją były spody hi-hatów z otworami jak Zildjian Quick Beat lub Sabian Fusion i karbowane jak Paiste Sound Edge.

Idąc tym tropem wymyśliłem crashe i chinki np. z otworami lub o karbowanych brzegach oraz takie, które miały oba elementy. Mój stary bottom hi-hat Zildjiana pokarbowałem, a następnie wywierciłem wiele otworów o różnych średnicach. A custom Top był lekko karbowany. Właśnie ten instrument, pomimo dużego wyboru innych, stał się podstawowym podczas nagrania pierwszej płyty pod szyldem Sidney Polak. Śmiałem się, że mój break to PNIACUSTOM VINTAGE, ale rzeczywiście tak brzmiał.

Przed talerzami, moim pierwszym udanym pomysłem było postawienie przed sucho brzmiącym bębnem basowym wielkiego bębna symfonicznego w rozmiarze 28 cali. Firma Drum Workshop wyprodukowała takie subwoofery prawie dziesięć lat później.

Nie wiem czy uda mi się znów skutecznie pofantazjować, ale jeśli tak, z samego rana będę pierwszym petentem urzędu patentowego.

W gotowaniu też jesteś tak kreatywny?

Z tym trochę gorzej... Poza ugotowaniem ryżu, jajka, wody na herbatę i zupy ogórkowej mam na swoim koncie eksperymenty z pieczeniem ciasta... Ale nie, raczej nie potrafię gotować. (śmiech)

Nałogi?

Tak, jestem uzależniony od dźwięków.

Parę słów dla czytelników.

Pozdrawiam wszystkich czytelników, nowego bardzo ambitnego pisma. Mam nadzieję, że pismo to podtrzyma swoją jakość i będzie promować wszystkie zjawiska nie tylko perkusyjne, ale i muzyczne. Kochani, pamiętajcie, że jesteśmy tylko trybikiem w wielkiej machinie dźwięków.


Utwór, który chciałbyś aby był zagrany na twoim pogrzebie?

Jest to najwolniejsza i najspokojniejsza piosenka, która znajduje się na mojej autorskiej płycie zespołu Iguana. Ma ona dla mnie bardzo osobiste znaczenie.

Utwór - wizytówka.

To zależy, komu miałbym tę wizytówkę wręczać. Nie istnieje jedna, idealna dla wszystkich. Każda sytuacja muzyczna jest inna. Wynikiem mojej fascynacji rytmem i brzmieniem jest niewątpliwie Pniazylia. Utwór ten często wykonuję z zespołem perkusyjnym. Pojawił się również jako utwór-intro na płycie zespołu Ametria. Ostatnio odkryłem, że niektórzy ze studentów wgrywają ten utwór jako dzwonek w telefonie komórkowym.

Utwór, który by cię porwał na parkiet?

Nie mówimy o Kaczuszkach (śmiech)? Ciężko powiedzieć... rzadko tańczę. Jeśli nie muzyka Jamesa Browna to być może  tango lub walc. Tango jest ekspresyjne a walc wzniosły, majestatyczny i równie romantyczny. Może za kilka lat...

Utwór, który kojarzy się z latami szkolnymi?

"Jak ptak" zespołu Proletaryat. Wiem, że kojarzy się on z latami szkolnymi nie tylko mnie.

Utwór, który chciałbyś zagrać na żywo?

To rockowy utwór o dość złożonej strukturze rytmicznej, który wykonałem podczas warsztatów w Stodole. Chciałbym zagrać go w super profesjonalnym składzie z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej i ludowego zespołu arabskiego.

Utwór, który byś polecił bębniarzom.

Utwór wykorzystujący dużą ilość instrumentów perkusyjnych, będący wspaniałą odskocznią od rock?n?rolla. Jest to "Siedem Bram Jerozolimy" Pendereckiego, miałem przyjemność wykonywać ten utwór w Niemczech z orkiestrą, grało tam aż 10 perkusistów. Publiczność siedziała w środku otoczona orkiestrą. Niesamowite i ponadczasowe dzieło!


Piotr Pniak i jego sprzęt:

Jestem obecnie endorserem firmy Pearl, a moje bębny pochodzą z serii MMX.

Kilka lat temu polubiłem kolor żółty. Zatem moje nowe bębny musiały być żółte. Był to temat główny dwutygodniowych rozmów z centralą w Japonii. Jak widać udało się. Centrala jest dość potężna, bo ma 22"x 20 i zachowuje się jak prawdziwe działo armatnie. Brzmienie bębnów basowych zawsze było bardzo mocnym atutem Pearla. Tomy to rzadko spotykana konfiguracja: 10x9, 13"x10" i 16"x14".

Większość moich werbli pochodzi z serii Reference i MMX. Uważam, że werbel to najważniejszy instrument w zestawie, gdyż jego właściwości foniczne potrafią zmienić brzmienie całego zespołu. To jest powodem istnienia wielu sygnowanych werbli, a nie tomów czy bębnów basowych. Czasami używam również timbalesów, bongosów i pudełek akustycznych Pearla.

Jeśli chodzi o membrany, to najlepiej z moim zestawem współpracują naciągi firmy Remo. Powróciłem do nich po kilku latach poszukiwań i eksperymentów, bo okazało się, że żadne inne nie łącza w sobie takiej jakości i wytrzymałości. 

Talerze w moim zestawie to niezmiennie Zildjian. Od wielu lat jestem endorserem tej firmy i wielkim fanem formuły A Custom. Używam też 20-calowej chinki z serii Oriental lub 22-calowego talerza Swish Knocker.

Rama perkusyjna oraz zdecydowana większość statywów i mechanizmów to bardzo solidne produkty firmy Gibraltar.
Od kilku lat bardzo dobrze służą mi mikrofony Sennheiser i słuchawki Vic Firth.

Co do drewna, to przez ostatnie trzy lata grałem świetnie wywarzonymi pałkami Gładek modele 150 A i B. Ze względu na pogarszającą się jakość zamierzam zrezygnować ze współpracy z firmą "Osca" produkującą sygnowany przeze mnie model. Ostatnio otrzymałem też od jednego z zagranicznych producentów pałek propozycję stworzenia mojej nowej sygnatury. Rozmowy w toku.

Chciałbym przy okazji złożyć podziękowania za wspaniałą i udaną współpracę pod adresem takich firm jak: Silesia Music Center, Zibi, Emi Trade, Aplauz Audio i Gładek. Właśnie dzięki nim moje brzmienie na scenie i w studio jest bliskie memu sercu. Oczywiście oprócz tradycyjnego zestawu posiadam arsenał innych instrumentów perkusyjnych m.in. zabytkowy bęben basowy w rozmiarach 28x12.


Pniaq na temat polskiego rynku muzycznego:

Masz na myśli trzy duże firmy fonograficzne? Ja nazwałbym to raczej ryneczkiem... Wybiórcze traktowanie drzemiącego wokół muzycznego potencjału jest wpisane w nasz medialny krajobraz. Jak to było w "Rejsie"?... "lubię tylko te piosenki, które już znam" - motto naszego rynku. Poza tym rynek to ludzie, a ci są wszędzie tacy sami, czyli...bardzo, bardzo różni. Przez wiele lat poznałem w firmach fonograficznych wiele ciekawych i wartościowych osób, ale jak wszędzie spotkałem też niespełnionych muzyków, którzy złapali tzw. ciepłą posadkę i teraz wreszcie są "kimś", mają prawo głosu. Szkoda tylko, że te "głosy" decydują, kogo my Polacy będziemy słuchali przez najbliższe lata i w pewnym sensie kształtują nasz muzyczny gust.

Dobrze, że pojawia się coraz więcej mniejszych firm, które świetnie sobie radzą. Może dzięki temu sytuacja zacznie się poprawiać. Doskonale jednak zdaję sobie sprawę, że jest też druga strona medalu. Fonografia to biznes i w tym znaczeniu rynek jak każdy inny. Artyści, wiadomo, wyjątkowo emocjonalnie podchodzą do swojej twórczości, a firmy do sprzedaży. Nakłady muszą się zwrócić - najlepiej z zyskiem. Prawo rynku. Kółko się zamyka. Na szczęście, coraz częściej muzycy rozumieją słowa popyt - podaż, a decydenci w  firmach fonograficznych to ludzie, którzy nie przypadkiem znaleźli się na swoich stanowiskach, bo znają się i na muzyce i na marketingu. Jestem dobrej myśli.


Pniaq o porządku i schemacie w ćwiczeniu:

Trzeba wypracować plan tzw. rozgrzewki, a następnie plan na trening docelowy. To tak jak w sporcie. Nie wyobrażam sobie sportowca bez rozgrzewki biegającego za piłką.

Bardzo ważna jest również umiejętność rozluźnienia mięśni w trakcie samej gry. Perkusja to jakaś forma ruchu i wysiłku fizycznego. Trwałe napięcie mięśni może spowodować niedokrwienie, a zbyt długotrwałe niedokrwienie powoduje, że nerwy obumierają i wtedy zaczynają się poważne problemy, jak niedowład ręki czy nogi. Umiejętność wykonania  precyzyjnego ruchu i natychmiastowego rozluźnienia jest niezbędna do tego, by wykonać następny ruch w sposób swobodny. Ma to również ogromny wpływ na brzmienie instrumentu. Sam program ćwiczeń należy układać indywidualnie, przy uwzględnieniu obecnego i najbliższego zapotrzebowania. Inaczej może się okazać, że doba jest trzy razy za krótka.


Pniaq o perkusistkach.

Mężczyźni i kobiety ulegają różnym fascynacjom i finalnie wykonują różne zawody. Profesje bardziej wyczynowe i związane z wysiłkiem fizycznym zawsze kojarzyły się z płcią silną. Jednak wiele się zmieniło. Są kobiety policjantki, kobiety walczące na ringu bokserskim i kobiety perkusistki. Nigdy nie uważałem tego za jakieś anomalia. Moja mama Urszula Bereźnicka-Pniak jest zawodową perkusistką i gra na o wiele większych zestawach perkusyjnych niż mój. Czasami aż ciężko to sobie wyobrazić: 6 ogromnych kotłów, gongi, dzwony, tom-tomy, talerze, marimba i całe mnóstwo mniejszych instrumentów, a przy tym wszystkim tylko jedna, drobna kobieta - za to jakie brzmienie! Oczywiście, jest to inny gatunek muzyki. Z perkusistek grających muzykę rozrywkową podziwiam takie panie jak: Marylin Mazur, Sheila I, Cindy Blackman czy Beata Polak.

Ogólnie uważam, że kobiety mają ciekawsze postrzeganie melodyczne i w znakomity sposób operują barwą instrumentów perkusyjnych.


Pniaq o eksperymentowaniu i muzyce współczesnej:

To moja druga twarz i w pewnym sensie forma relaksu jak yoga czy tai-chi. Już samo pozbycie się kreski taktowej daje zupełnie inne i szalenie ciekawe efekty.

Uwielbiam utwory na "perkusję z taśmą" i wynikające z tego zależności rytmiczne i barwowe. Nakładanie pozornie niezależnych i bardzo odległych płaszczyzn jest kosmosem nowych możliwości. Ogromne instrumentarium perkusyjne ze względu na paletę barw oraz różnorodność charakterów potrafi zaskakiwać i inspirować.

Bardzo interesująca jest również muzyka pisana na zespoły perkusyjne lub perkusję solo. Mając do dyspozycji zapis nutowy dopuszczający elementy przypadku można kreować nowe przestrzenie. Wielokrotne wykonania niektórych utworów różnią się do tego stopnia, że zestawione obok siebie będą brzmiały niczym dwie osobne kompozycje, bo to od inwencji wykonawcy, jego wyobraźni i czujności zależy brzmienie, a nawet budowa utworu.

Łączenie takich eksperymentów z obrazem, słowem lub układem tanecznym daje niepowtarzalne efekty. Wiem, że wiele osób naśmiewa się z tego gatunku. Dla mnie jest to wielka przygoda i wielkie wyzwanie.