Łukasz Sobolak (Mikromusic)

Dodano: 14.02.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

Wracając z wywiadu przejechałem dwa czerwone. Było dla mnie wprost nie do pomyślenia, że bębniarz znanego zespołu, w którym gra od dziesięciu lat, dopiero od roku ma swoje miejsce do ćwiczenia!

I dopiero od roku może pracować na swoich bębnach, a nie tych, któe akurat są wolne. O realiach młodych bębniarzy, swojej drodze do pracy w rozpoznawalnej kapeli i 26-calowej centrali RCI opowiedział mi Łukasz Sobolak, perkusista zespołu Mikromusic.

Wojtek Andrzejewski: Jak to się stało, że zacząłeś grać w Mikromusic?

Łukasz Sobolak: W 2007 roku zadzwonił do mnie Dawid Korbaczyński, lider Mikromusic, z propozycją zastępstwa. Wcześniej w zespole na bębnach grał Michał Czwojda, ale dostał propozycję od Maryli Rodowicz i w związku z tym, że artystka w tamtym czasie bardzo dużo koncertowała, nie miał czasu na Mikro. Na początku umówieni byliśmy na jedno zastępstwo, ale okazało się, że tych zastępstw gram tak naprawdę coraz więcej. Zespół zaproponował mi stałą współpracę i tak już od 10 lat gram z nimi.

To było zaraz po tym, jak opanowałeś Paradiddle? (śmiech).

Było tylko trochę inaczej... (śmiech). Udało mi się zgłębić trochę więcej. Przeszedłem klasyczną edukację muzyczną. Pierwszy stopień szkoły muzycznej, później liceum muzyczne i Akademię Muzyczną we Wrocławiu, gdzie od klasyki ważniejszy stał się zestaw perkusyjny. Magisterkę zrobiłem u Darka Kaliszuka na wydziale jazzowym. Bębny kręciły mnie bardzo od małego, ale klasyka... Dziś przydaje mi się w pracy z Mikro. Świadomość muzyczna i technika, którą wyrobiłem sobie pod okiem świetnych nauczycieli, piłujących mnie na klasycznych instrumentach perkusyjnych i werblu, owocuje. Kontakt z wibrafonem i marimbą umuzykalnia myślenie perkusisty. Z drugiej strony, trochę żałuję, że w tamtym czasie tak mało czasu poświęcałem na grę na zestawie. Tej klasyki było trochę za dużo. Myślę, że gdybym wtedy grał na zestawie więcej, dziś byłbym w innym miejscu...

W którym miejscu chciałbyś być? Grałbyś z Rolling Stones... (śmiech).

Byłbym z pewnością lepszy w groovie... Jak każdy perkusista mam swoich idoli, niedoścignionych mistrzów, z których trzeba czerpać garściami. Należy do nich min. Mark Guiliana, który jest moim wielkim inspiratorem. Uwielbiam uczyć się od tego bębniarza i całkiem przypadkiem, udało mi się go poznać. Kilka miesięcy temu byliśmy z zespołem w Tokyo. Jedząc śniadanie w hotelu, w pewnym momencie zauważyłem, że do restauracji wchodzi Mark. Wypadły mi sztućce z rąk i nie zważając na nie, pognałem do niego porozmawiać. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Giuliana jest bardzo serdecznym, otwartym człowiekiem. Miałem wielkie szczęście, że mogłem osobiście podziękować mu za wieloletnią inspirację...

Nie jesteś starym człowiekiem, bo masz zaledwie 32 lata, więc jest szansa, że za chwilę będziesz od niego lepszy... (śmiech).

Bardzo bym chciał choć trochę zbliżyć się do niego. To jeden z głównych bohaterów mojej perkusyjnej bajki. Jest niesamowicie kreatywnym perkusistą w temacie groove'u i brzmienia. Obserwuję jego workshopy i za każdym razem zaskakuje mnie u niego coś nowego. Bardzo dokładnie analizuję jego styl. Polecam młodym perkusistom tego tuza...

Grasz ze znanym zespołem. Dużo koncertujesz - nie tylko z Mikromusic, ale także z Katarzyną Groniec i wieloma innymi artystami. Masz czas się rozwijać, czy po prostu ćwiczysz „w pracy”?

Nie mam dużo czasu na pracę nad sobą, ale gdy tylko mogę, zamykam się w ćwiczeniówce i pracuję nad swoim warsztatem. Kiedyś ćwiczyłem o wiele więcej. Nie wyobrażam sobie jednak sytuacji, że z racji tego, że gram ze znaną kapelą, przestaję ćwiczyć. Mam nadzieję, że nigdy taki etap nie pojawi się w moim życiu, bo to oznacza wyłącznie jedno - muzyczne samobójstwo. Z drugiej strony, każda sytuacja koncertowa, to jest to ćwiczenie. Człowiek nabiera doświadczenia w środowisku bardzo specyficznym, jakim jest scena. Totalnie nieprzewidywalnym. Człowiek skupia się w nim zupełnie na innych rzeczach, niż w ćwiczeniówce...

Na czym się skupiasz w ćwiczeniówce?

Skupiam się na doskonaleniu groove'u. Pracuję nad poprawą pulsacji. Był taki czas w moim życiu, gdzie zamykając się w niej, jammowałem i skupiałem się na rzeczach, które sprawiały mi przyjemność. Na tych, które mi wychodziły. Zrozumiałem, że to jest myślenie bez przyszłości, bo powinienem skupiać się na tym, co mi nie wychodzi, nad czym trzeba popracować. Jest to wtedy mniej przyjemne, ale budujące muzyka.

A na scenie?

Na energii. Żeby grać w jak najbardziej energetyczny sposób. Na tym, żeby zespół czuł się w mojej obecności pewnie i komfortowo. I na muzykalności.

Co? Muzykalności? Perkusista? Hello! (śmiech)

Perkusji nie należy ograniczać jedynie do roli rytmicznej. Nie można jej wyłączać z całości dzieła muzycznego. Zaznacza ona formę w utworach, naprowadza zespół, by utwór ewoluował, był dynamiczny. Na pewno pomaga w tym słuchanie muzyki. Perkusista musi mieć świadomość dynamiki. Nie można grać koncertu na jednym poziomie dynamicznym.

Jakie jeszcze błędy robiłeś w drodze do „tu i teraz”?

Nie nagrywałem tego, jak gram. Jako młody bębniarz byłem przekonany, że jeśli będę otoczony czternastoma tomami, grał z prędkością światła, podwójną stopą i wianuszkiem blach, będę genialny. Tak nie jest. Pierwsze nagrania z moim udziałem, bardzo brutalnie odarły mnie z tego przekonania. Usłyszałem siebie i stwierdziłem, że kompletnie nie umiem grać na perkusji. Momentem zwrotnym była przeprowadzka z mojej rodzinnej Dębicy do Wrocławia. 12 lat temu spotkałem doświadczonych muzyków, którzy uświadomili mi, co w grze na bębnach jest najważniejsze, poradzili schować zabawki, a zostawić jedynie stopę, hi-hat i werbel i pracować z pulsacją, metronomem i groove'em.

A na metronomie, skoro już o nim mowa, tempo 120 BPM...

No nie... (śmiech). Im wolniej, tym trudniej, ale lepiej. Odległości pomiędzy nutami w tempie 60 BPM, od jednej ćwiartki do drugiej, są baaaaardzo duże. Te odległości są bardzo trudne do równego przebycia i poczucia się w nich komfortowo. Na wszystkich warsztatach, jakie prowadzę, naciskam na groove i pulsację.

Podobno utwory Mikromusic powstają od wymyślenia groove?

Tak pracowaliśmy przy ostatnim albumie „Tak mi się nie chce" i rzeczywiście, bardzo często Dawid Korbaczyński i Piotr Pluta (współproducenci tego albumu) dawali mi wolną rękę i zaczynaliśmy tworzyć muzykę od groove.

Grasz na bębnach akrylowych, RCI Starlite, sygnowanych przez Johna Bonhama. Z wielką centralą 26x16 cali. O co chodzi w tym rozmiarze? Czujesz się niezauważany na scenie? (śmiech)

Nie! (śmiech) Szukam nowych doznań (śmiech). Przez wiele lat, moim głównym zestawem był Rogers z lat 70. Vintage'owy instrument charakteryzował się zupełnie innym brzmieniem niż współczesne bębny. Tak samo, jak staram się wymyślać niestandardowe groove'y, podchodzę do brzmienia. Szukam czegoś wyraźnego, innego. Stąd moja 26-calowa stopa, która nie jest rozmiarem spotykanym na co dzień. Z początku bałem się, że się nie sprawdzi w pracy z Mikromusic, bo będzie miała za dużo rockowego punktu w brzmieniu. Krótkiego i szpiczastego. Okazało się, że mimo iż są to bębny akrylowe, brzmią bardzo ciepło.

Grasz w popularnym, rozpoznawalnym zespole. Spróbuj przez chwilę spojrzeć wstecz, na drogę którą przeszedłeś. Z czym, jako perkusista, miałeś największe problemy zanim znalazłeś się w miejscu, w którym jesteś teraz?

Z ćwiczeniówką. To by mój największy problem we Wrocławiu. Żeby mieć miejsce do grania na wyłączność, którego nie musiałbym dzielić z innymi, i w którym mógłbym ćwiczyć wtedy kiedy mogę i chcę, a nie wtedy, kiedy w grafiku jest dziura między próbami zespołów. To było dla mnie bardzo trudne i bardzo demotywujące, ale udało mi się przetrwać ten czas. Tak szczerze mówiąc, to takie miejsce, gdzie jestem sam ze swoimi instrumentami i pomysłami, mam dopiero od roku. I dopiero od roku mogę ćwiczyć na swoich bębnach. Wcześniej grałem na instrumentach kolegów, które miały przeróżne konfiguracje i akurat stały wolne. Zero stabilizacji w tym było... Ale na szczęście, mam już ten etap za sobą.

Gdzie widzisz siebie za kilka lat?

Jest mi dobrze w Mikromusic. Czuję, że spełniam się w tej kapeli, nie tylko jako perkusista, ale także producent. Jako muzyk, który obraca się w świecie muzyki groove'owej, mam plan, żeby zasmakować trochę w jazzie. Nie gram tego, a chciałbym poszerzyć swoje horyzonty. Myślę też o zakupie jakiegoś zestawu akustycznego, który w tych klimatach pomoże mi się lepiej odnaleźć.

Opuścisz swoją strefę komfortu! Łukaszu! Nie rób tego! Bo się jeszcze rozwiniesz!!! (śmiech)

Bardzo to lubię (śmiech). To jest ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, jak gram jakieś zastępstwa w klimatach, które nie są do końca z mojej bajki. Czuję się wtedy mniej komfortowo, bo odnalezienie się w nowej stylistyce, wymaga poświęcenia - pracy, czasu, uwagi. O wiele bardziej mnie to stresuje niż praca z Mikro, Katarzyną Groniec, Natalią Lubrano. Ten stres, to też trochę motor do działania i rozwoju.

Masz takie momenty z bębnami, kiedy mówisz sobie „tak mi się nie chce”, jak na waszej ostatniej płycie?

Pewnie! Jestem normalnym człowiekiem. Bywam zmęczony. Jednak jeśli chodzi o bębny, od dziecka chciałem zostać perkusistą i bliższe jest mi zdecydowanie „tak mi się chce” (śmiech).

Zdjęcia: Alicja Krzyżelewska (główne), Izolda Music Land, Łukasz Sobolak