Joey Jordison

Dodano: 07.06.2018

Joey Jordison i Mike Portnoy to chyba dwa najgorętsze przypadki rozstań w perkusji rockowej ostatnich 10 lat.

Najpierw „Portek” złamał serca fanom Dream Theater, później Joey Jordison zadławił fanów swoją decyzją o pozostawieniu Slipknot. Mike dalej ma wielki status gwiazdy i gra w kilku zespołach jednocześnie (opisywaliśmy je w numerze 10/17, artykuł dostępny na magazynperkusista. pl), Joey z racji swojej mrocznej duszy nieco odszedł w cień. Jego zespoły ani nie należą do mainstreamu, ani nie przyciągają instrumentalnych prymusów, jest to dość wąskie grono odbiorców, często zresztą wspomagane faktem samej osoby Joey’a. Pamiętajmy też o chorobie, która go dopadła. Muzyk mógł być wyeliminowany na dobre z zawodowego grania. Mimo wszystko Joey nie narzeka, o czym będzie można przekonać się w poniższej rozmowie. Jest w dobrej formie i nie zmienia za bardzo swojego image. Trzeba mu oddać, że jest konsekwentny w tym, co robi i po latach nawet najwięksi antagoniści muszą przyznać, że chłop jest prawdziwy w swoim wizerunku.

Sam Joey mówi: „Moje największe inspiracje to Keith Moon, John Bonham, Buddy Rich i Gene Krupa. To jest moja czwórka. Bez tej czwórki nie robiłbym tego, co robię teraz. Teraz jest jeszcze więcej takich muzyków. Bez Larsa Ulricha nie byłbym tym, kim jestem. Podobnie jest z Davem Lombardo i Charliem Benante. Wielka czwórka thrash metalu to moi bohaterowie. Muszę też wspomnieć o tym jednym gościu, o którym uważam, że rządzi i odciąga mnie trochę od klasycznego rocka i metalu – Dale Crover z The Melvins. Ten gość wygrywa. To jeden z moich ulubionych bębniarzy wszech czasów. Jeżeli miałbym wybrać jedną kapelę, której bym słuchał przez resztę swojego życia to byłoby to The Melvins.”

Joey zna swoją wartość i wciąż czuć u niego tę gwiazdorską manierę. W roku 2010 Anglicy wybrali go najlepszym bębniarzem ostatniego ćwierćwiecza. Czy słusznie? Nie nam to oceniać. Daje to jednak obraz tego, jak bardzo popularną postacią był Joey w zespole Slipknot. Od tego czasu upłynęło trochę wprawek na werblu i JJ pracuje zupełnie gdzie indziej. Zdjął swoją słynną maskę i chyba troszkę częściej zaczął przesiadywać w kuchni, niemniej jednak to wciąż świetny bębniarz o bardzo skonkretyzowanych poglądach na swoją karierę. Jego energia skupia się głównie na zespołach Vimic i Sinsaenum. Z tym pierwszy stworzył album Open Your Omen, o którym oczywiście także rozmawiamy. Zapraszamy.

 

Perkusista: Wygląda na to, że Vimic to projekt, który jest bardzo bliski twojemu sercu…

Joey Jordison: Tak jest. To bardzo dla mnie ważne, aby pokazać go światu. Było to dosyć ciężkie, ponieważ każdy z nas musiał zmienić swoją dotychczasową „markę”. To nigdy nie jest łatwe, dla nikogo. Jeżeli chodzi o dotarcie do ludzi, to stanie się to wcześniej czy później. Mam tylko nadzieję, że wszystkim się spodoba. Rzecz w tym, że nagraliśmy inny album w całości (tak, jak debiutancki album Open Your Omen) razem z Vimic. Mam nadzieję, że uda nam się wrócić z tym do studia. W tej chwili to tylko demówka, ale chciałbym ją wydać jak należy. Tak właściwie to skończyliśmy nagrywać Open Your Omen w kwietniu lub maju zeszłego roku.

Jakiego sprzętu używałeś w trakcie sesji w studiu przy nagrywaniu Open Your Omen?

Zawsze jestem z Pearlem. Tak samo z blaszkami, używam tylko Paiste. W zasadzie używam takiego samego sprzętu w studiu, jak na żywo, na scenie. Nie lubię tego uczucia, gdy coś jest zmienione. Kiedy czuję się komfortowo z jakąś zmianą to jest ok. To tak, jak jazda swoim własnym samochodem. Kiedy jedziesz w trasę i prowadzisz czyjś samochód, to zawsze jest dziwnie. Lubię, gdy mój zestaw jest dokładnie taki sam za każdym razem. Gram na Pearlu już bardzo długo, od czasu, kiedy byłem dzieciakiem. Tak samo jest z Paiste. Obie firmy zajmują się mną w taki sposób, że nie mógłbym być im bardziej wdzięczny.

Zmieniłeś coś w swoim sprzęcie przez te wszystkie lata, czy wolałeś zostać z takim ustawieniem, jakie miałeś wcześniej?

To dokładnie takie samo ustawienie, jakiego używałem od zawsze, jeżeli chodzi o rozmiary bębnów. Nic nie zmieniłem. Rozmiary moich bębnów to: 8”x7”, 10”x8”, 12”x10, 13”x11”, 16”x16”, 18”x18”, 14”x14” i centrale 22”x18”.

Czy to podejście to coś w stylu „Jeżeli coś nie jest zepsute, to tego nie naprawiaj”?

Pearl niesamowicie się mną zajmuje. Paiste miało ogromny wpływ na konfigurację i tworzenie moich talerzy. Wspólnie nad nimi pracowaliśmy. Kiedy grałem w Ministry, kiedy byłem w Kornie i oczywiście w Slipknot, Paiste zawsze było ze mną. Bardzo lubię wyskakiwać z pomysłami, które są unikatowe i świetnie prezentują się dla firmy. W końcu przychodzi taki czas, kiedy każdy zaczyna mieć pewien projekt i pomysł na swoje blaszki w głowie, a kiedy już go stworzy i pokaże ekipie w Paiste, oni zrobią to jak należy.

 

Wygląda na to, że jesteś teraz bardzo zapracowany, dużo się dzieje. Spójrzmy jednak kilka lat wstecz, kiedy walczyłeś ze swoją chorobą…

Człowieku, żeby spróbować to opisać, potrzebowalibyśmy 3 dni, a to i tak byłby dopiero początek. Pierwszy raz zorientowałem się, że coś jest ze mną nie w porządku, kiedy skończyłem trasę Murderdolls w 2010 roku. Wróciłem do domu i byłem totalnie wykończony. Musiałem wrócić do Slipknot i to świetnie, bo praca była rewelacyjna, ale naprawdę nie wiem, jak to wyjaśnić ludziom. Jest jak jest. Zachorowałem tak, jak inni, też chorują, normalna sprawa. Jednak myślałem „Co – do cholery – się ze mną dzieje?”. Następną rzeczą, jaką pamiętam, jest to, że moje nogi przestały reagować. Wystraszyłem się na śmierć, człowieku! Muszę przeskoczyć trochę do przodu w mojej opowieści, bo to by mi zajęło wieki. Ta choroba, która mnie dotknęła, to poprzeczne zapalenie rdzenia, to okalecza ludzi na całe życie. Mnie się udało wyzdrowieć. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale się udało. Miałem przy sobie moją kobietę, lekarzy i wszystkich trenerów z siłowni, bez nich… Oni są aniołami, chodzącymi po ziemi, które pomogły mi to przetrwać. Kiedyś opublikuję wszystkie moje zdjęcia z tamtego okresu, aby pokazać ludziom, przez co dokładnie przeszedłem, jak to wyglądało. Wszyscy przechodzą ciężkie okresy w swoim życiu i tego typu rzeczy. Ja wróciłem, jestem silny i wszystko jest w normie.

Zacząłeś chorować w 2010 roku, ale nie zostałeś zdiagnozowany przez bardzo długi okres. Jak przetrwałeś ten czas przed tym, gdy dowiedziałeś się, że to poprzeczne zapalenie rdzenia?

Pozytywne nastawienie. To, muzyka i rodzina. Właśnie te czynniki pozwoliły mi przetrwać ten czas. Musisz patrzeć na to, jaki jest cel końcowy. Nie było nawet o tym mowy, żebym już nigdy nie mógł występować, żebym nigdy nie zagrał więcej na bębnach. Kiedy masz tak mocne uczucia w swoim sercu, to nic nie jest w stanie cię złamać.

Czy pojawiła się taka myśl, że może jednak nie będziesz mógł już więcej grać na bębnach?

Nikt mi tego nigdy nie powiedział. Sądzę, że oni nawet nie chcieli, żebym tak mógł pomyśleć. Naturalnie, osobiście przeszła mi taka opcja przez myśl. Kiedy się tak działo, to świrowałem, ale to już jest za mną. To było bardzo dawno temu i teraz skupiam się na Vimic, Sinsaenum i na spoglądaniu w przyszłość. Obecnie czuję się fantastycznie i zdrowo.

Czy nauczyłeś się czegoś o sobie samym w czasie choroby i powrotu do zdrowia?

Naprawdę wierzę w to, że nieważne, ile masz lat, zawsze uczysz się czegoś nowego o sobie. Dzień za dniem, rok za rokiem, nikt na tej ziemi nie pozna się całkowicie, dopóki nie przejdzie na drugą stronę. Tak, szczerze mówiąc wiele się o sobie dowiedziałem i wyszedłem z tego doświadczenia z korzyścią dla siebie.

Wydaje się, że wyzdrowiałeś poprzez rzucenie się w wir pracy i powrócenie do projektów, a dokładniej do Vimic i Sinsaenum.

Dokładnie tak! Nie mogę pozwolić, żeby coś mnie pokonało. W przeciwnym razie musiałbym się po prostu poddać. Nie można się poddawać w swoim życiu, nieważne, co się dzieje, nie ma takiej możliwości.

Czy czułeś, że twoja gra zmieniła się w jakiś znaczący sposób, kiedy po rehabilitacji znów usiadłeś za zestawem?

To bardzo dobre pytanie. Po wszystkich rehabilitacjach, pomocy całego personelu szpitala i po tym, co ja i moja kobieta musieliśmy przejść z trenerami, chodzeniem na siłownię i wszystkim innym… Kiedy wreszcie znowu usiadłem za zestawem – grałem tak, jak wcześniej. Mogłem znowu nagrywać albumy i to sprawiło, że zacząłem bardziej doceniać życie. Spotkałem wiele osób, które jeszcze z tego nie wyszły. Trzeba doceniać wszystko. Wiem, że to nie brzmi zbyt „metalowo” (śmiech). Bardzo dziwnie się czuję mówiąc o tym wszystkim, bo naprawdę tego nie lubię. Chcę tylko, żeby fani wiedzieli, że ze mną jest wszystko w porządku, mam dwa zespoły i wychodzą moje nowe albumy. Właściwie to będę niedługo nagrywać kolejny album Sinsaenum.

Vimic i Sinsaenum ujrzały oficjalnie światło dzienne w niewielkim odstępie czasu. Który pojawił się pierwszy?

To dosyć zabawne, Sinsaenum został stworzony dosyć dawno temu. Myślę, że to był 2008 rok, wtedy narodził się pomysł. Ja i Fred [Leclercq, gitara] rozmawialiśmy o stworzeniu projektu death/ black metalowego. Wiele zespołów o tym gada, ale później wracają do łóżek i swojego życia i gdy przychodzi co do czego, to nic nie robią z tym pomysłem. Jeżeli chodzi o Sinsaenum to jest to projekt całościowy. Tak samo jest z Vimic, rozmawiałem z Jedem Simonem, naszym gitarzystą i Kalenem (Chase, wokal), to było dokładnie tak samo. Jeżeli nie będę szedł do przodu, a moje serce nie będzie we właściwym miejscu w odniesieniu do muzyki, to jaki ma to sens? Cholera, stary, jeżeli coś posiadasz, to szanuj to. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie.

Te dwa zespoły znajdują się na różnych krańcach spektrum metalowego – czy to pozwala na wprowadzanie różnych stylów do twojej gry?

Tak, to jest świetne. Vimic jest jakby trashowy, ale ma w sobie coś z rock’n’rolla i industrialu. Naturalnie, Sinsaenum mówi samo za siebie, to projekt deathmetalowy, a kawałki, jakie gramy, są rewelacyjne. Niedługo jadę nagrać kilka nowych.

Skoro zamierzasz wrócić niedługo do studia – jak zmieniło się twoje podejście do nagrywania bębnów, o ile w ogóle się coś zmieniło?

Myślę, że dla każdego muzyka, jeżeli robi to już jakiś czas, przychodzi taki moment, kiedy dochodzi do niego, że tu nie chodzi tylko o ciebie. Nie chodzi tylko o to, jak grasz i co potrafisz zrobić, żeby zabłysnąć. Trzeba to robić, ale tak samo trzeba patrzeć na innych ludzi. Wiele zespołów, wielu członków zespołów i nie mówię tu o nikim konkretnie, nigdy bym tego nie zrobił, ale wiele razy widziałem, jak czyjeś ego wchodzi w drogę i psuje coś dobrego. Trzeba się trzymać razem, jako drużyna. Drużyna zawsze wygra, kiedy jest razem. Jeżeli masz zwartą i zgodną drużynę, to nic nie jest dla was niemożliwe.

Kiedy grasz ze swoimi zespołami na żywo, to masz jakąś wolność odnośnie swojej gry?

Jeżeli chodzi o Sinsaenum, to niespecjalnie. To musi być dokładnie zagrane tak, jak trzeba, wszystko musi być na swoim miejscu, z powodu szybkości mojej gry, a także z powodu budowy całego kawałka. Vimic pozwala mi na odrobinę luzu. Tak samo było w Slipknot. Zmieniałem jakieś drobne rzeczy tu i tam. Niezbyt wiele, rzecz jasna, mogłem odrobinę zmienić wypełnienie. Bardzo lubię to robić… W zasadzie kocham to.

Kocham tę wolność na odrobinę awangardy, nie na tyle, żeby zmienić całą piosenkę ani nic w tym stylu, ale ja wiem, że wypełnienie będzie takie jak być powinno, a może użyję tego toma, a nie tego, co zwykle. Nie użyję tego crasha, zamiast tego wybiorę inny. Nie lubię pracować jak robot, szczególnie, kiedy gram w Vimic – nigdy tak nie było, kiedy grałem w Slipknot. To jest dokładnie tak jak wtedy, gdy grałem w Murderdolls. Partie gitar były zawsze lekko improwizowane na bazie szkiców, podobnie główne wiosła, też się trochę różniły. Szczerze mówiąc, tak właśnie powinien wyglądać rock’n’roll. Rock’n’roll nigdy nie powinien być lub brzmieć mechanicznie.

 

Są jakieś kawałki na Open Your Omen, z których jesteś naprawdę dumny – z perkusyjnego punktu widzenia?

Och, stary, nie mogę się doczekać, aż usłyszysz następną płytę Vimic – jest totalnie zabójcza. I Fear The Worst to naprawdę niesamowity kawałek, tak samo The Enemy i Save Yourself. Parasite Persona też jest bardzo dobra. Ten kawałek jest w zasadzie o każdym, kto wykorzystuje cię w przemyśle muzycznym. Czasem widzisz, że coś takiego się dzieje, ale nie zdajesz sobie z tego sprawy. Niby o tym wiesz, ale jakoś to w sobie chowasz. Takie sytuacje mają miejsce wszędzie. Nie odnosi się to tylko i wyłącznie do przemysłu muzycznego, ale do innych dziedzin życia również. Trzeba bardzo uważać na to, jakimi osobami się otaczamy w życiu. Nie każdy jest kłamcą, ale trzeba na siebie uważać. Dobry kłamca cię dopadnie. Przemysł nagraniowy tak robi, członkowie zespołu tak robią, więc trzeba być bardzo uważnym. Ten kawałek może nie jest moim faworytem spośród całej płyty, ale sam wiesz, to naprawdę do mnie przemawia. Sądzę, że wiele osób będzie się identyfikować z tym kawałkiem. Każdy człowiek na świecie, w pewnym momencie swojego życia, miał do czynienia z takimi zachowaniami.

Obecnie masz za sobą ponad 25 lat kariery, w tym czasie zostałeś jednym z bardziej wpływowych perkusistów ze swojej generacji. Więc powiedz mi, kto ma w tym momencie największy wpływ na ciebie?

Wciąż największy wpływ ma na mnie starsze pokolenie. Tak musi być. Nazywam to swoją strefą bezpieczeństwa (śmiech). Uwielbiam nowe zespoły, wszyscy perkusiści są świetni, nie ma ani jednego złego bębniarza. Jeżeli jednak chodzi o słuchanie czegoś, co kocham i perkusistę, którego słucham z przyjemnością, to zawsze stawiam na klasyki. Słucham mnóstwo muzyki metalowej, w zasadzie wszystkiego, co zostało wydane, ale jeżeli mówimy o moich ulubionych perkusistach, to wybieram tych, którzy zainspirowali mnie do tego, czym się zajmuję w życiu.

Zainspirowałeś całą generację bębniarzy. Czy słuchając muzyki słyszysz swoje wpływy?

Nie, wcale. To zbyt egoistyczne. Nigdy nie mógłbym słuchać muzyki w ten sposób. Nigdy nawet nie pomyślałem: „Hej, przecież to brzmi, jakbym ja tam grał”. Każda osoba jest indywidualnością, szczególnie, jeśli chodzi o muzykę. Ktoś dostaje deal na nagranie, nad którym bardzo ciężko pracował, więc nigdy nie doszukuję się swoich brzmień w cudzej grze. Jeżeli ktoś do mnie podchodzi i mówi, że inspirowałem go przez lata, a słyszę takie rzeczy od młodych zespołów, to po prostu się z tego bardzo cieszę. Nigdy nie słucham muzyki w ten sposób, to by było głupie i aroganckie.

Jaki jest twój typowy dzień w odniesieniu do harmonogramu ćwiczeń?

W zasadzie gram określone kawałki. W tym momencie nieustannie ćwiczę utwory Vimic i Sinsaerum. Jeżeli chcę się zabawić, muszę ćwiczyć swoje czopsy w różnych stylistykach, więc gram przeróżne rzeczy. Jednak moim ulubionym zajęciem jest granie do klasycznych, rockowych kawałków. Uwielbiam grać do Led Zeppelin, The Who, Stonesów, to świetna zabawa i relaks w jednym. Kiedy cały dzień grasz próby do tych wszystkich ekstremalnych zespołów i przechodzisz przez historię swojej muzyki, co akurat robię bardzo często, to wreszcie trzeba się po prostu zabawić.

Patrząc wstecz na swoją karierę, gdybyś mógł wrócić do początków i dać sobie jedną radę, to co byś powiedział?

Wiesz co, stary… To jest świetne pytanie, ponieważ to praktycznie niemożliwe w tym przemyśle. Póki jesteś w tym biznesie to będziesz popełniał błędy cały czas, nieważne, jak dobry jesteś i jak trzeźwo podchodzisz do sprawy. Wszyscy, z którymi masz do czynienia w tym biznesie, zawsze będą robić coś, żeby ci zrobić pod górkę. To jest beznadziejne, ponieważ muzyka nie powinna tak wyglądać. Gdybym mógł się cofnąć w czasie i coś zmienić, stary… Nic bym nie zmienił. Szczerze, ani jednej, cholernej rzeczy. Jestem szczęśliwy z tego, co robię i gdzie jestem. Jestem dokładnie w tym miejscu, w którym powinienem się znajdować.

Fani Slipknot zostali bezwzględnie ci wierni, odkąd rozstałeś się z zespołem. To musi być fenomenalne uczucie – wiedzieć, że ma się taką silną grupę sympatyków.

To jest naprawdę nadzwyczajne. Nic nie biorę za pewnik. Kiedy zdiagnozowano u mnie poprzeczne zapalenie rdzenia to żarty się skończyły. To, co przeszedłem, to tylko moja sprawa, ale trzeba o tym mówić i pokazywać. Fakt, że po tym wszystkim, co się stało, fani Slipknota są wciąż ze mną, to bardzo wiele dla mnie znaczy i kocham ich za to. Chciałbym, żeby wiedzieli, że nigdy ich nie opuszczę, zawsze dla niech będę, nieważne, co by się działo.

Czy ta lojalność sprawia, że rozstanie ze Slipknotem jest tym bardziej rozczarowujące?

Wiesz co, to nie moja sprawa. Po prostu trzymam się swojego i koncentruję się teraz na Vimic i Sinsaenum. Nie przejmuję się teraz nawet Slipknotem. Czasem w życiu się z czymś godzisz albo nie, ale sprawa wygląda tak, że mam obecnie inne sprawy na głowie, którymi muszę się zająć. Uwielbiam tych kolesi, nie ma ani odrobiny zawiści w moim sercu w stosunku do któregokolwiek z nich, uwielbiam ich.

Ale nie czekasz na telefon od Slipknota…

Dave Lombardo był poza Slayerem przez długi czas, potem wrócił i pozamiatał lepiej niż kiedykolwiek. Może kiedyś, kto wie? Teraz mam inne rzeczy do roboty.

Materiał przygotowali: Salemia, Artur Baran, Rich Chamberlain
Zdjęcia: Olly Curtis