Zespoły Mike Portnoya

Dodano: 30.01.2018

Wrzesień 2010 roku. Mike Portnoy ogłasza, że opuszcza Dream Theater. O ile fani zespołu są zaskoczeni, to fani samego perkusisty niemal lądują na oddziale intensywnej terapii.

Minęło już 7 lat, odkąd Mike pozostawił swoich starych kompanów i ruszył odważnie w świat. Po drodze – mówiąc delikatnie – nie próżnował. Gdzie, z kim, co robił i wciąż robi Mike?

Projektów i pełnych zespołów było pełno. Pominiemy tu okolicznościowe, gościnne występy na koncertach czy też jakieś symboliczne pokazanie się na płycie, bo projektów z większym rozmachem jest zdecydowanie więcej.

Nie zaliczamy tu oczywiście wiecznie zawieszonego w próżni Liquid Tension Experiment, które oczywiście nie ma teraz racji bytu, ponieważ formując projekt Mike zaprosił do współpracy swojego kolegę z Dream Theater, gitarzystę Johna Petrucciego oraz obecnego klawiszowca tego zespołu Jordana Rudessa (w momencie formowania LTE Jordan nie był jeszcze oficjalnie w Dream Theater). Działalność formacji uzależniona była od ich głównego zespołu, więc jak panowie kończyli kolejny etap studyjny i koncertowy z Dreamami, woleli odpocząć niż w składzie 3/5 ciągnąć temat jako LTE (oprócz Portnoya, Petrucciego i Rudessa grał tam także na sticku i basie Tony Levin). Podobnie ma się sytuacja z OSI, gdzie początkowo był oficjalnym członkiem zespołu Kevina Moore’a (pierwszego klawiszowca Dream Theater), a później już tylko przyjął rolę muzyka sidemana, by ostatecznie zakończyć w pełni współpracę na długo przed 2010. Nie będziemy wiec poruszać starych, zamkniętych, nieaktywnych rozdziałów. Podobnie, jak sporadyczne występy np. ten ze Stone Sour podczas Rock in Rio lub trybuty pokroju Yellow Matter Custard.

Zacznijmy od zespołów, z którymi Mike zaczął współpracować będąc jeszcze garowym Dream Theater i działał dalej już jako ex-Dream.

TRANSATLANTIC (od 1999) – Wiele osób uznawało ten zespół jako drugi oficjalny zespół Mike’a, oczywiście po Dream Theater. Dlatego też we wrześniu 2010 roku Portnoy mógł tytułować się wciąż perkusistą Transatlantic, formacji, która pojawia się i znika. Obudzi się na chwilę, nagra płytę, zagra trasę i odchodzi w cień. Może też dzięki temu kapela jest tak lubiana i każda z czterech dotychczas nagranych płyt (przede wszystkim 3 pierwsze) studyjnych trzyma wysoki poziom, zarówno pod kątem treści, jak i wykonania.

Transatlantic jest też o tyle ważny dla Portnoya, że spotkał w nim Neala Morse’a, klawiszowca, kompozytora, wokalistę, z którym nagrał olbrzymią ilość płyt pod różnymi szyldami.

 

AVENGED SEVENFOLD (2010) – Jest to zespół, z którym Mike nagrywał jeszcze będąc Dreamem, ale koncerty promujące grał już po odejściu. Portnoy zastąpił zmarłego perkusistę A7X – Reva, pomógł nagrać płytę Nightmare i w momencie odejścia od DT pojawiało się wiele głosów, że będzie to nowy zespół Mike’a, w którym zagrzeje nieco dłużej. Widać nie wszyscy jeszcze znali charakter perkusisty, a i samo A7X wykazało się stanowczością, nie chcąc bazować na nazwisku perkusisty i powstałego wówczas zamieszania. Zagrał jeszcze kilka dobrze opłaconych koncertów i zwrócił się do…. Dream Theater z pomysłem na powrót. Panowie z DT nie rozważali tej propozycji. Chwilę potem pojawił się Mike Mangini.

ADRENALINE MOB (2011-2013, 2015) – To pierwszy w pełni oryginalny projekt, jaki powstał już po odejściu Portnoya z Dream Theater. Kiedy okazało się, że dawni koledzy nie za bardzo chcą ponownie współpracować z Mike’m, bębniarz zaczął szukać miejsca zarobku. Trzeba przyznać, że płyta Omerta (2012) rozpoczyna się naprawdę mocno, a Portnoy nie stara się wciskać w każde wolne miejsce. Projekt obronił się muzycznie, chociaż nie był to pewny grunt dla przyzwyczajonego do wysokich standardów życia perkusisty. Zespół przyjechał zagrać do Polski i tam podczas naszej rozmowy (Perkusista 4/12) Portnoy zaklinał się, jak to mu dobrze po odejściu z Dream Theater. Widać było jednak lekki niepokój i zaklinanie przyszłości. Mike bazował wciąż na zainteresowaniu, wynikającym z jego odejścia od Dreamów. W 2013 roku opuścił zespół i na jego miejscu zasiadł A.J Pero, który grał wcześniej w Twisted Sister, kapeli, w której Mike’owi także przyjdzie później grać. Przygoda z Adrenaline Mob zakończyła się na jednym studyjnym albumie.

 

BIGELF (2013-2014) – Niesamowicie ciekawy zespół, który prezentuje rock progresywny w starym wydaniu i taka właśnie jest płyta nagrana z Mike’m Into the Maelstrom z 2014 roku. Nie oznacza to jednak, że kapela nie korzysta też z nowych brzmień i technologii, zważywszy, że jest w tym troszkę space rocka i psychodelii. Drogi Mike’a i Bigelf krzyżowały się już wcześniej. Ci, co byli na koncercie Dream Theater w 2009 roku w Bydgoszczy, pamiętają zapewne, jak to perkusista gościnnie wyskoczył na scenę i zagrał kilka piosenek razem z Bigelf. W 2013 roku po podpisaniu kontraktu z wydawcą pojawiły się środki, by zatrudnić na sesję samego Mike’a Portnoya, który ostatecznie świetnie się sprawdził na płycie. Trzyma wszystko w ryzach, łącznie z samym sobą, daje pograć innym i przede wszystkim daje płynąć muzyce, która nie jest przekombinowana, oparta na szerszych planach. Kilka wspólnych występów i tyle, jeżeli chodzi o współpracę z Bigelf w dniu dzisiejszym. Nie powinno być jednak zaskoczeniem, kiedy Mike pojawi się jeszcze w szeregach tego zespołu.

TWISTED SISTER (2015-2016) – Współpraca z Twisted Sister nie zaowocowała albumem studyjnym, ale była na tyle głośna, że trzeba o niej wspomnieć w oddzielnym punkcie. Nie był to jednorazowy „wybryk”, gościnny występ jeden lub dwa. Mike był po prostu na kontrakcie w tej kapeli. Przede wszystkim na wyjątkowość całego przedsięwzięcia składają się dwa elementy. Po pierwsze Mike wszedł znowu w miejsce zmarłego perkusisty. Tym razem był to oryginalny bębniarz kapeli A.J. Pero, który, co ciekawe, zastąpił Portnoya w Adrenaline Mob. Po drugie Twisted Sister grało pożegnalną trasę koncertową. Zespół nie jest jak większość „pudlowych” kapel zbyt znany w Polsce, ale za Wielką Wodą cieszy się dużą estymą. Dlatego też wydarzenie w postaci „ostatnia trasa” było wyraźnie odnotowane we wszystkich mediach muzycznych. Wiadomo też, że taka trasa wiąże się z większym zainteresowaniem, a co za tym idzie większymi finansami dla muzyków. Nie od dziś wiadomo, że Mike się ceni (co jest jak najbardziej uzasadnione), w związku z czym wszystkie elementy złożyły się w idealnie pasującą całość. Rozdział jest już zamknięty, a lider zespołu, charyzmatyczny Dee Snider, kontynuuje karierę solową z Jasonem Sutterem za bębnami.

W TRAKCIE

Powyższe zespoły i projekty muzyczne można uznać za zamknięte rozdziały w karierze Mike’a Portnoya, chociaż oczywiście nic nie jest pewne do końca i tak naprawdę z wyjątkiem Twisted Sister wszystko może mieć swój ciąg dalszy, nawet Dream Theater. Tymczasem Mike działa i realizuje kolejne pomysły. Pamiętajmy, że do poniższych zespołów należy dodać również Transatlantic, który wciąż jest działającym zespołem. Ponadto pamiętajmy, że muzyk pojawia się w olbrzymiej ilości różnych jednorazowych projektów, jak wszelkiego rodzaju promy muzyczne, koncerty jubileuszowe itp.

FLYING COLORS (od 2012) – Mike zagrał na metalowo w Avenged Sevenfold, później poprawił to mocnym Adrenaline Mob, jednak ten stary lis doskonale wie, że z samego grania zza ucha nie będzie łatwo utrzymać się na topie, a właśnie do takich pułapów jest przyzwyczajony. Jaka była idea Flying Colors? Plan na to powstał już bardzo dawno, a sam Mike mówił nam we wspomnianym powyżej wywiadzie: „Producent wykonawczy płyty, Bill Evans, od lat chciał zebrać Steve’a Morse’a i Neala Morse’a do wspólnej pracy. Skontaktowali się ze mną, żeby mnie do tego zaangażować. Na pokład wszedł Dave LaRue (…) Rozkłady zajęć wszystkim pasowały, więc zebraliśmy się. Weszliśmy do studia w styczniu 2011. Brakującym elementem był Casey McPherson, wokalista. Bill i chłopaki rozmawiali, żeby Neal Morse nie był wokalistą w tym zespole, ponieważ ja i Neal zrobiliśmy pełno różnych rzeczy, gdzie Neal był zawsze głównym głosem. Plan był taki, by Flying Colors miało innego wokalistę, bardziej zorientowanego w stronę pop. Bardziej wokalista-autor piosenek, ktoś inny (…) Zaprosiliśmy go na pokład, więc byliśmy już całą piątką i mogliśmy zrobić ten album. To naprawdę magiczna płyta. Jest inna w stosunku do tego, czego ludzie mogli oczekiwać. Ode mnie i Neala ludzie oczekują progresywnego grania, od Neala i Steve’a oczekują bardziej instrumentalnej fuzji, w stylu Dregs. To album mocno zorientowany na piosenki i zaangażowanie Caseya oraz jego wkład tworzą z tego niemal alternatywny modern rock. Podstawowy pomysł był taki, żeby nie robić 10-minutowych progresywnych piosenek.”

 

PSMS (od 2012 okazjonalnie) – Jest to akronim od nazwisk Portnoy, Sherinian (lub Sheehan), MacAlpine, Sheehan (lub Sherinian). Zestaw kolegów, który nagrał płytę koncertową i nie skupił się za bardzo na działalności scenicznej. Jest to taki projekt sklecony na szybko, gdzie można było usłyszeć piosenki komponowane przez muzyków z zespołów, w jakich wcześniej grali. W tym właśnie składzie panowie zagrali w Polsce na Drumfest. Projekt miał być jednorazową zabawą, ale w styczniu 2014 roku PSMS zagrali na urodzinach firmy Tama, prezentując covery: Change Of Seasons (Dream Theater) oraz Acid Rain (Liquid Tension Experiment), co zdaniem wszystkich zgromadzonych wyszło mocno średnio i jest potwierdzeniem „partyzanckiej” organizacji formacji. Dalszy rozwój tego składu zatrzymała choroba gitarzysty Tony’ego MacAlpine’a, ale na szczęście muzyk wraca do zdrowia i całkiem możliwe, że ten super cover band zagra jeszcze na jakiejś imprezie, chociaż Sons Of Apollo wydaje się być zespołem, który zablokuje istnienie tego projektu (grają tam też Sherinian i Sheehan).

THE WINERY DOGS (od 2012) – Zespół cieszy się dużą popularnością, o czym świadczyła zeszłoroczna trasa koncertowa, która zahaczyła o Polskę. Warszawski klub Progresja był wypełniony po brzegi! Początkowo Mike starał się nawiązać współpracę z innym mistrzem ostrej gitary z bluesowym zacięciem, a mianowicie Johnem Sykesem. Pomysł nie wypalił z dwóch względów, po pierwsze John Sykes nie chodzi na kompromisy i taka mieszanka wybuchowa charakterów nie miała szans w przyszłości. Po drugie finanse, ponieważ panowie krzyknęli sowitą sumkę wydawcy. Czasy są inne i wydawcy nie są skłonni łożyć wielkie sumy na projekty nie do końca pewne. Pojawił się więc Richie Kotzen, świetny wioślarz i charyzmatyczny wokalista. Debiut z 2013 przypadł wszystkim do gustu. Było to połączenie palącej gitary Kotzena, jego wokalu i sekcji Sheehan-Portnoy. Piosenki z wieloma wirtuozerskimi wstawkami unisono. Coś jak mocniejsze i bardziej szalone Mr.Big (zespół Sheehana). Do tej pory doczekaliśmy się dwóch studyjnych płyt zespołu. Niewątpliwy sukces kapeli powoduje, że o The Winery Dogs będziemy jeszcze z pewnością słyszeć. Portnoy nie odpuszcza takich projektów. Póki co panowie mają przerwę, robią swoje i tym samym budują atmosferę wyczekiwania na powrót. Klasyczny zabieg.

 

METAL ALLEGIANCE (od 2014) – Kiedy spojrzymy na debiutancki i póki co jedyny album grupy, wydany w 2015, to lekko włosy stają dęba. Lista wokalistów, jacy uczestniczyli w tej metalowej produkcji, jest powalająca! Typowo metalowe głosy dośpiewały lub doryczały swoje partie do bardzo mięsistego i mocnego grania, głównie w wykonaniu Portnoya, Alexa Skolnicka (Testament) i Davida Ellefsona (Megadeth), chociaż i tu nie obyło się bez gości, jak np. Charlie Benante na gitarze! Z racji wytrawności słychać, że nie ma tu nowicjuszy w klimacie, a wykonanie pokazuje, że instrumentalnie mamy tu gigantów w swoim fachu, sam Portnoy nie ucieka tu od blastów i szybkich podwójnych kopyt. Weźmy takie Let Darkness Fall z typowym dla Mike’a wejściem na bębnach bez brania jeńców.

Z racji rozbudowanej produkcji raczej nie jest możliwe, żeby cała ekipa kiedyś zagrała trasę, ale sam pomysł był bardzo trafiony, a wykonanie naprawdę zacne, chociaż mimo wszystko niezbyt odkrywcze. Mocny punkt w dyskografii Portnoya, który także może mieć swoją kontynuację z zupełnie innej konfiguracji przy mikrofonach.

 

THE NEAL MORSE BAND (od 2002) – Mówimy teraz o formacji pod niniejszym szyldem, ale tak naprawdę zaliczyć tu trzeba całość współpracy na linii Portnoy – Morse, poza zespołami Transatlantic i Flying Colors. Panowie poznali się przy okazji formowania pierwszego z wymienionych. Neal Morse początkowo posiłkował się w projektach sygnowanych jego nazwiskiem, bębniarzem ze swojego macierzystego zespołu Spock’s Beard. Nick D’Virgilio to z pewnością fachowiec z najwyższej półki, o czym mogliśmy przekonać się na opolskim Drumfeście. Mike zagrał pierwszy raz w solowym projekcie Morse’a na płycie Testimony. Od tej pory panowie współpracowali wielokrotnie. Ostatecznie Neal Morse założył zespół Neal Morse Band i nagrał, póki co, dwa albumy studyjne, gdzie oczywiście na bębnach gra Portnoy (The Grand Experiment z 2015 i The Similitude of a Dream z 2016).

 

Połapanie się, co jest czym, może być nieco ciężkie i przypomina trochę działanie Devina Townsenda, który także ma kilka swoich „twarzy” muzycznych. W przypadku Morse’a ma na to wpływ też fakt, że muzyk przeżył Nowe Narodzenie i jego postrzeganie świata zmieniło się dość mocno, co zresztą słychać w jego tekstach. Tak czy inaczej nie powinniśmy być zaskoczeni, jeśli na jakimś kolejnym projekcie Neal’a Morse’a zagra znowu Mike. Stał się jego etatowym perkusistą i jak widać ta rola mu bardzo odpowiada z racji łączenia wielu elementów w muzyce. Jest ostro, jest lekko, jest epicko, jest prosto, są też łamańce, jest gęsto, ale też przestrzennie. Neal Morse używa wszelkich środków wyrazu. Najnowszy album (The Similitude…) Mike zalicza do trójki najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek nagrał. Czy tak jest naprawdę? Ocenę pozostawiamy każdemu oddzielnie.

SONS OF APOLLO (od 2017) – Powstanie tego zespołu było impulsem do stworzenia niniejszego artykułu. „Kolejny zespół?” to najczęściej spotykane komentarze, jakie pojawiały się po ogłoszeniu powstania tego projektu. Skład zespołu jest imponujący, bo obok Portnoya grają: Billy Sheehan, Derek Sherinian, Jeff Scott Soto oraz Ron „Bumblefoot” Thal. Kilku z nich to starzy znajomi z wcześniejszych muzycznych przygód Portnoya. Debiutancki album "Psychotic Symphony" ukazał się w drugiej połowie października. Jaką żywotność będzie miał ten projekt? Wszystko zależy od odbioru tejże płyty przez fanów. Pamiętajmy, że jest to skład piekielnych indywidualistów, dlatego nie nastawiamy się na jakieś długodystansowe działania. Na razie czekamy na koncert w Polsce, który odbędzie się 18 sierpnia 2018 roku w ramach imprezy Prog In Park.