Bartłomiej „Szopix” Czerniachowski

Dodano: 21.02.2019

Bartłomiej „Szopix” Czerniachowski jako perkusista Agnieszki Chylińskiej nagrał płytę, o której jest bardzo głośno nie tylko z muzycznych względów. Mimo wszystko frekwencja na koncertach artystki oraz entuzjazm fanów świadczy o tym, że mamy tu naprawdę kawał solidnego i uczciwego grania!

Chodzi tu oczywiście o bardzo szczere wyznania wokalistki, które – jak zawsze przy tego typu sytuacjach – budzą kontrowersje. Ci mniej życzliwi doszukują się oczywiście elementu czysto marketingowego, ale już niejednokrotnie show-biznes pokazał, że ludzie szybko wyłapują, kiedy artysta ściemnia, a kiedy jest szczery w tym, co robi. O jakość płyty Pink Punk można być więc spokojnym, szczególnie, że fundamentem całego przedsięwzięcia jest Szopix. Niezwykle skromny facet, co może wydawać się zaskakujące, gdy ogląda się jego pomysłowe i bardzo kreatywne filmy. Jest to perkusista, który daje całemu zespołowi dużo pewności w grze. Wie, jaka jest jego rola i zakres działania. Pamięta przy tym, w jakim zespole się znajduje i z artystką jakiego kalibru ma do czynienia, dlatego też zwraca uwagę na aspekt wizualny, co zresztą widać na zdjęciach.

Perkusista: Czy spodziewałeś się, że nowa płyta Agnieszki Chylińskiej będzie tak wyjątkowym punktem w jej karierze, jak i w twojej?

Bartłomiej „Szopix” Czerniachowski: Wiedziałem, jaka to będzie płyta, ale nie wiedziałem, że będzie tak istotna, jeżeli chodzi o Agnieszkę. Znałem materiał, ponieważ go nagrywałem. Wiedziałem, jak to mniej więcej ma wyglądać. W studiu były jakieś tam zmiany, ale ogólny zarys już był. Jeżeli chodzi o wpływ na karierę Agnieszki – wywiady, jej wizerunek – to nie sądziłem, że tak to się potoczy, ale moim zdaniem wyszło na plus.

Jak przebiegała sesja do tej płyty, bo zdaje się, że to twoja pierwsza płyta z Agnieszką?

Tak, to była pierwsza nasza wspólna płyta. Sesja przebiegła generalnie szybko, bo tak naprawdę mieliśmy mało czasu, więc byłem zestresowany. Zapakowałem na pokład wszystkie bębny, jakie miałem, pojechałem i w cztery dni nagrałem materiał – bez perkusjonaliów. Całość nagrywaliśmy w TONN Studio pod Łodzią, gdzie byłem po raz pierwszy. Chłopaki już często tam nagrywali swoje materiały, dlatego też wybrali to studio. Jest spokój, nikt nikomu nie wchodzi w paradę.

Jeżeli chodzi o sprzęt, zabrałem to, co moim zdaniem najbardziej pasowało do stylu, w jakim miał być nagrany materiał. Może niektórzy się zdziwią, ale wybrałem bębny Gretsch Broadkaster w ustawieniu 24”, 13”, 16” i 18”. Naciągi to oczywiście Remo – miałem do wyboru CSy albo powlekane Emperory i wybrałem te drugie, bo bardziej mi pasowały. Z takich ciekawostek to użyłem jeszcze mojego starego zestawu Drum Craft z centralą 26”, tomem 13”, floorami 16” i 18” z naciągami Remo Controlled Sound, bo taki zestaw wpasował nam się idealnie do kawałka „Nerv” – po prostu rewelacja. Z werblami było już trochę gęściej. Mieliśmy około 10 do wyboru, wykorzystaliśmy chyba 7 i dobieraliśmy je po prostu według uznania do różnych kawałków. Wśród werbli były oczywiście Gretsche i Supraphonic. Był też taki śmieszny pikolak, który w sumie wyglądał jak pancake – miał może 3-calowy korpus. Rewelacyjnie się sprawdził w utworze „Tapeta”. Blacharka to oczywiście tylko i wyłącznie Paiste. W większości użyłem Mastersów, bo są to moje ulubione blachy. O dziwo chłopakom spodobał się, mimo, że wolą inny styl muzyczny, ten 20” czerwony ride 900 z powiększoną kopułką, więc, wiesz, był taki dosyć dzyńg, dzyńg, dzyńg! Jeżeli chodzi o 900 były użyte dwa ride’y. Hi-haty to Mastersy i mój ukochany Signature Reflector, na którym gram wszystkie koncerty.

Jaki miałeś wpływ na tworzenie partii perkusyjnych na płycie Pink Punk?

Oczywiście był stworzony zarys przez Marka Piotrowskiego, który był producentem. Na podstawie tego stworzyłem wszystkie partie bębnów. Gram prosto, nie jestem wirtuozem – wstawiałem swoje przejścia, ewentualnie dawałem jakieś sugestie i jak widziałem, że chłopaki kiwali głowami, że jest ok, to grałem, a jeśli nie, to starałem się trzymać zarysu i nie kombinowałem. Nie robiłem bębnów od zera – podstawowy rytm był wybity, czasem zarysowane było jakieś przejście, mające sugerować wokal, który oni wcześniej słyszeli. Ogólnie wszystkie przejścia były moje, a oni jedynie sugerowali, żeby coś zagrać mocniej, lżej, dłużej, krócej lub bardziej prosto – na tej zasadzie. Marek Piotrowski był producentem, ale obecny tam był też Bartek Królik, który zawsze z nimi współpracuje. Chłopaki ogólnie stawiają na stylowość grania, czyli niewciskanie na siłę do punkowych utworów np. chopsów, tylko granie prostych przejść. Było topornie, prosto – tak, jak miało być zagrane.

 

Przeczuwałeś, że ta płyta będzie taka emocjonalna?

Nie miałem pojęcia. Nie spodziewałem się takiego szumu medialnego wokół tego. Ja po prostu chciałem nagrać ten materiał, ponieważ było to dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie. Nigdy wcześniej nie grałem punka – grałem utwory hardcore’owe i tym podobne, ale nigdy nie miałem do czynienia z takimi przejściami. Moje podejście było proste – muszę to dobrze zagrać. Oczywiście byłem lekko zestresowany grając przed dwoma osobami, które sporo zrobiły dla muzyki w tym kraju.

Nagrywałeś „longiem” czy miałeś wstawki?

Większość staraliśmy się wbijać longiem, zdarzały się oczywiście wstawki. Była raz taka sytuacja, że źle odczytałem utwór „Schiza”, który chciałem zagrać troszeczkę mocniej, ale jednak chłopaki chcieli, żeby trochę był w tym swing, żeby to pływało. Także to były problemy tego typu. Staraliśmy się z Pawłem wbijać wszystko longiem, żeby było jak najmniej klejenia. Miało być naturalnie, bez żadnej elektroniki. Oczywiście używamy klików, ale tak emocjonalnie, że w kilku numerach ich tempa się zmieniają, co w efekcie sprawia, że gra się bardziej naturalnie. Jest zwrotka trochę wolniej, później na końcu przyspieszana itd. Właśnie tak gramy na koncertach, a tam tylko ja mam klik.

Agnieszka chyba mocno zwraca uwagę na bębny?

Jak najbardziej... Mam przeje*ane (śmiech). Ja i Agnieszka to największe wulkany na scenie. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo mamy jednak najwięcej roboty – ona wokalnie, a ja za bębnami. Często podchodzi do bębnów i mówi: „Napier*alaj!”. To jest stara szkoła, na scenie są wedge, perkusja nie jest za żadną pleksą, ona wymaga, żeby bębny były grane mocno – nie ma odpoczynku. Chodzi też o to, że Agnieszka czerpie z bębnów energię, dlatego chce, żeby były grane w ten sposób. Sama mówi, że jest to najważniejszy instrument na scenie, a ona ma czuć puls i że ten ktoś z tyłu pewnie siedzi – dlatego muszę ciągle mocno łoić w bębny. To mi się podoba i jest fajnie.

Masz też dużą swobodę działania pod kątem wizualnym?

Sam lubię, żeby te bębny jakoś wyglądały. Może komuś wyda się to śmieszne, ale moim zdaniem ludzie często słuchają patrząc. Tak, jak miałem na poprzedniej płycie – czerwone blachy, logotyp z przodu, duża rama – wszystko starałem się tak ładnie, symetrycznie poukładać, co widać nawet na zdjęciach. Dochodziło nawet do tego, że zmieniałem specjalnie kolory naciągów. Generalnie w tym momencie mógłbym zostawić to tak, jak było, ale zmieniłem set, mam piękny, nowy logotyp z pączkiem na centrali, dołożyłem trochę przeszkadzajek, których inni bębniarze nie używają, a ja bardzo bym chciał. Także staram się dopasować mój set wizualnie do tego, co się aktualnie dzieje. Lubię podchodzić do takich rzeczy profesjonalnie i myślę, że za granicą tak właśnie inni to robią.

Jak u ciebie wygląda sprawa z elektroniką na scenie?

Z elektroniki mam metronom – klik, który leci z mojego iPhona i jest podłączony do systemu monitorowego – tylko dla mnie, jeżeli chodzi o tę płytę. Chociaż są momenty, kiedy klik jest wyłączany i gramy naturalnie, bez niego. Mam też oczywiście moje kamery i aparaty – to jest jedyna elektronika.

Jaka była twoja reakcja na ten słynny wywiad Agnieszki, który był tak bardzo osobisty?

Oglądałem ten wywiad z moją dziewczyną i muszę przyznać, że się popłakała. Znam Agnieszkę, bo spędzamy ze sobą dużo czasu. Dużo rozmawiamy jadąc chociażby za granicę jakimś busem albo siedząc w kanciapie, więc wiem mniej więcej o wszystkim, ale to takie nasze prywatne gadki. W tym wywiadzie Agnieszka to wszystko ujawniła i moim zdaniem dobrze zrobiła. Nie znam komentarzy, bo mnie to nie interesuje, ale uważam, że wywiad jest naprawdę fajny. Trochę chaotyczny, bo ona taka jest, jeżeli chodzi o mowę – przynajmniej dla mnie – ale widocznie miała taką potrzebę, żeby to wszystko opowiedzieć. Powiedziała, co chciała, zostało to ładnie nagrane, zmontowane i fajnie wyszło.

Czyli nie było to dla ciebie jakimś wielkim zaskoczeniem?

Nie. To, co zostało powiedziane w kanciapie, zostaje w kanciapie. Ona chciała to ujawnić i tak zrobiła. My po prostu mamy grać, a nie plotkować.

Powiedz nam coś więcej o twojej akcji zapraszania gości na scenę przed koncertami.

Nie ukrywam, że pojawił się delikatny problem, bo dopiero zaczęliśmy trasę i jesteśmy jeszcze trochę zestresowani przez tę nagonkę medialną. Myślę też, że publiczność nie spodziewała się takiego obrotu spraw, bo materiał jest zupełnie inny. Także skupiam się teraz na tym, żeby dobrze zagrać ten materiał, przez co na dwa pierwsze koncerty nikogo nie zaprosiłem. Nie wiedziałem też, jak zareaguje Agnieszka, bo ona nie lubi na próbach ludzi spoza swojego obozu. Nasze próby są bardzo hermetyczne. Teraz, po kilku koncertach, zaczynam znowu zapraszać gości. Zależy mi, żeby osoby, które będą do mnie przychodzić, były pewne. Mam takiego jednego gościa, który już był u mnie wcześniej, także na koncercie Mezo i widzę, że ten człowiek chce bywać. Naturalnie zrobię z tych spotkań jakiś materiał, będę nagrywał ich pytania i swoje odpowiedzi. Chcę to zrobić, ponieważ ja nigdy nie miałem takich możliwości, a wiem, że to zostało dobrze odebrane. Wszystko jest naturalne, nie ma w tym mojej autopromocji – po prostu chcę, żeby ludzie przychodzili i zobaczyli, jak to jest. Jeżeli dodatkowo ktoś jeszcze zada jakieś fajne pytania, które mogę opisać i przekazać dalej – np. do Magazynu Perkusista – to czemu nie, może komuś się to przyda.

Tym bardziej, że nie masz z tego tytułu dodatkowych pieniędzy, a do tego musisz poświęcić jeszcze swój czas.

Dokładnie, a tego czasu jest mało. Przed koncertem staram się poustawiać kamery, żeby zmontować jakiś materiał dla siebie i innych, muszę sprawdzić instrument, chociaż mam technicznego, ale samemu i tak trzeba to zrobić. Trzeba też coś zjeść, dojechać, tak więc ten czas jest mocno ograniczony. Przeważnie te zaproszone osoby proszę o wyrozumiałość, zadawanie konkretnych pytań i skupienie, a czasem też proszę ich, żeby zeszli ze sceny, bo wchodzi Agnieszka. Zazwyczaj nie ma z tym problemu – zdają sobie sprawę i rozumieją sytuację. Staram się poświęcać tym osobom godzinę, ale myślę, że czasem 15 minut wystarczy, aby mogli zobaczyć, jak to wszystko wygląda z naszej perspektywy. Dodam jeszcze, że mimo, iż na tym nie zarabiam, to jeszcze staram się teraz załatwić od firmy Gewa naciągi, a jak się nie uda to dam własne – jako pamiątkę – z podpisem bądź bez, jak kto chce. Od Go Pro dostałem kartonik z czapeczkami, koszulkami, smyczkami i chustkami. Nie wiem, czy coś uda mi się jeszcze załatwić, chciałbym każdemu dać po płycie, które kupię z własnej kieszeni – może dostanę jakiś rabacik u menadżerki. Myślę też, żeby skombinować jedną wejściówkę na koncert. Wszystko jest własnym sumptem – nikt mi za to nie daje pieniędzy. Fajnie, jakby było coś więcej niż ostatnio, wcześniej były tylko – lub aż – zdjęcia z zespołem, uścisk dłoni i tak dalej. Teraz postaram się zrobić jeszcze więcej.

Czyli chcesz dać ludziom coś, czego my wcześniej nie mieliśmy.

Dokładnie o to mi chodzi. Wydaje mi się, że tak należy robić. Czy to ktoś doceni, czy nie... Ja przynajmniej będę się lepiej czuł.

 

Kiedy graliście poprzednią trasę, jeździliście za granicę, gdzie jest dużo Polonii – jak wyglądał odbiór tej płyty u nich?

Graliśmy ostatnio w Anglii, Szkocji, Irlandii, Niemczech i Norwegii. Widać, że ludzie chcą przychodzić na koncerty – przynajmniej z tego, co zaobserwowałem w naszym przypadku. Na Wyspach przychodzi bardzo dużo ludzi, którzy może nie do końca zdają sobie sprawę, że Agnieszka ma nowe płyty, ale stary repertuar znają w 100%. Wystarczy zagrać pierwszy riff „Winnej” i ludzie już od razu zaczynają wariować – to jest coś niesamowitego. Naturalnie graliśmy materiał z nowej płyty, ale zawsze gramy też starsze kawałki, bo to jest potężny nośnik i warto to grać. Ja się jaram tym, że gram te kawałki, tak szczerze mówiąc. Odbiór był generalnie bardzo fajny i co mi się podoba najbardziej na koncertach Agnieszki, to właśnie to, że ludzie znają większość tekstów – starych i nowych też. Ostatnio w Poznaniu było około 2800 osób i to był szał. Dla mnie to jest spełnienie marzeń. Może inni potrzebują 28 tys., ale mi wystarczy 2,8 tys. Nawet, jak gramy w mniejszych klubach i przychodzi 700 osób, to też jest rewelacyjnie. Lubię grać takie mniejsze, hardcore’owe koncerty, gdzie jest brudny dźwięk, nie ma sterylności – to mi bardziej żre.

Materiał przygotowali: Salemia, Artur Baran