José J. Cortijo

Dodano: 18.07.2019

O swoich doświadczeniach edukacyjnych i muzycznych opowiada José J. Cortijo – jedyny w Niemczech profesor Perkusji Łacińskiej, wybitny muzyk sesyjny urodzony w Barcelonie.

„Czasami zdarza się, że przychodzi do mnie sfrustrowany uczeń, ponieważ uważa, że nigdy nie będzie grał tak jak jakiś perkusista z Kuby. Tłumaczę mu wtedy, gdzie według mnie leży problem. Na Kubie większość muzyków gra tylko congas, bongosy, batás lub timbales i muzykę kubańską. W Europie jako perkusjonista, zostaniesz poproszony o granie pop, latin, jazz, funk, world music, big band itp. Oprócz kubańskich instrumentów perkusyjnych oczekuje się od nas również stylu brazylijskiego, afrykańskiego, cajonu, bębnów ramowych, darbuk etc. Ale dzień na ćwiczenia ma wszędzie tylko 24 godziny. Nie ma sensu wariować…”. O swoich doświadczeniach edukacyjnych i muzycznych opowiada José J. Cortijo – jedyny w Niemczech profesor Perkusji Łacińskiej, wybitny muzyk sesyjny urodzony w Barcelonie.

Wojtek Andrzejewski: Na warsztatach perkusyjnych podczas Meinl Percussion Festival 2018 nie udało mi się dowiedzieć, jak zaczęła się twoja muzyczna droga?

José J. Cortijo: Jako młody człowiek chciałem zostać projektantem motocykli i studiowałem, a nawet pracowałem kilka lat jako rysownik przemysłowy. W tym czasie grałem amatorsko muzykę. Do ważnego przełomu w moim życiu doprowadziła moja babcia, która na 15 urodziny kupiła mi płytę Carlosa Santany. Kompletnie nie wiem, dlaczego, bo to nie była jej muzyka. Perkusjonalia na tym krążku sprawiały, że dostawałem gęsiej skórki za każdym razem, kiedy jej słuchałem. To bardzo wpłynęło na moje dalsze życie. Naznaczyło mnie muzyką. Z pomocą mojego ojca kupiłem pierwszy bęben conga i zacząłem grać w grupie szkoły. To były lata 70. W tamtych czasach nie było możliwości, jakie dziś oferuje YouTube, książki lub szkółka na DVD, więc musiałem się nauczyć grać sam.

Później, w 1981 roku, już z grupą, która otrzymała kontrakt na cały sezon letni na Ibizie, podjąłem decyzję o odejściu z pracy i poświęceniu się wyłącznie muzyce. Decyzja nie była łatwa, ale byłem w pełni zdeterminowany i wiedziałem, co chcę robić w życiu.

Jak się rozwijałeś? Czy miałeś nauczyciela? Którzy artyści cię inspirowali?

Jak wspomniałem – w 99% jestem samoukiem. W młodości, podczas dyktatury w Hiszpanii, nie było sposobu na nauczenie się gry na perkaszynach. Przez wiele lat bazując na tym, czego udało mi się dowiedzieć, podpatrzeć, usłyszeć, grałem z zespołami i nagrywałem płyty. Udało mi się wziąć kilka lekcji od kubańskiego perkusjonisty, który wyemigrował do Barcelony. Nazywał się Pedrito Diaz. Na szczęście napisał przed śmiercią książkę na perkusję. Myślę, że była to jedna z pierwszych książek perkusyjnych na rynku w tym czasie, ale zdecydowanie pierwsza w Hiszpanii. Oczywiście od razu dostałem książkę i dużo z nią pracowałem, zapamiętując ją i eksperymentując. Kilka lat temu miałem okazję spędzić trochę czasu w Brazylii i na Kubie, i oczywiście poświęciłem trochę czasu, aby zdobyć prywatne lekcje.

Jest wielu muzyków, którzy mnie zainspirowali. Pierwszym był José „Chepito” Areas, członek zespołu Carlos Santana. Zapamiętałem wszystkie jego solówki z płyty, którą dostałem. Oczywiście byli też inni świetni perkusiści, którzy mnie zainspirowali np. Orestes Vilató jest „winnym” temu, że odkryłem moją miłość do timbalesów. Nauka jego solówek w tamtym czasie kosztowała mnie klawisze do mojego magnetofonu kasetowego, bo nieustannie je odtwarzałem i przewijałem wstecz (śmiech). Ważnymi artystami byli dla mnie również Armando Peraza, Ray Barreto, Roberto Roena, Mongo Santamaria, Daniel Ponce, Tito Puente i inni z tego okresu.

Jaki instrument sprawiał ci problemy w nauczeniu się gry? Jak radziłeś sobie w trudniejszych chwilach podczas nauki i jakie rady dajesz swoim uczniom?

Nie wiem, bo jeszcze nie skończyłem się uczyć (śmiech). Oczywiście, jak ze wszystkim w życiu – są instrumenty, z którymi bardzo szybko się zaprzyjaźniasz i poznajesz je, a następnie stajesz się w pracy z nim bardzo biegły. Są też takie do „złamania” których trzeba więcej czasu i cierpliwości. Nie uważam tego za problem, ale za wyzwanie, które warto zrealizować w każdym przypadku. Zawsze jest tak w życiu, że prędzej czy później pojawiają się jakieś wyzwania. To dobrze. To nas rozwija. Jednym z moich ulubionych instrumentów są timbalesy. Totalnie mi się podoba ich brzmienie. Muzycznie w zespołach salsowych Timbalero ma podobną funkcję i odpowiedzialność jak perkusista wielkiego zespołu. To coś innego niż granie na bębnach conga czy bongosach, chociaż oczywiście lubię też i na nich grać.

Kilka lat temu zacząłem intensywnie pracować nad małymi instrumentami perkusyjnymi, takimi, jak trójkąt, shaker lub tamburyn. Odkryłem dzięki temu wiele nowych sposobów grania i możliwości. Dużo radości sprawia mi wykorzystywanie tych małych instrumentów w moich projektach. Wciąż dobrze się bawię ćwicząc i ucząc nowych rzeczy, więc – jak widzisz po moim podejściu – mogę nie znać trudnych chwil w nauce (śmiech). Ale nie wariuję, jeśli coś nie wychodzi mi płynnie lub nie mam czasu na solidne ćwiczenie. Życie to nie tylko muzyka. Warto poświęcać trochę czasu i uwagi innym sprawom. Bardzo często jest też tak, że mimo tego, że przez jakiś czas nie ćwiczysz, jakimś cudem zaczynasz grać lepiej...

Czasami zdarza się, że przychodzi do mnie trochę sfrustrowany, zdemotywowany uczeń, ponieważ uważa, że nigdy nie będzie grał tak jak jakiś perkusista z Kuby. Tłumaczę mu wtedy, gdzie według mnie leży problem. Na Kubie większość perkusistów gra tylko congas, bongosy, batás lub timbales i muzykę kubańską. W Europie jako perkusjonista, zostaniesz poproszony o granie pop, latin, jazz, funk, world music, big band itp. Oprócz kubańskich instrumentów perkusyjnych oczekuje się od nas również stylu brazylijskiego, afrykańskiego, cajonu, bębnów ramowych, darbuk etc. Ale dzień na ćwiczenia ma wszędzie tylko 24 godziny... (śmiech) Nie powinieneś wariować...

Uczymy się na błędach. Jakie błędy popełniłeś w swojej muzycznej podróży? Co radzisz mniej doświadczonym kolegom?

Największym błędem, jaki popełniałem na początku mojej przygody z muzyką, było granie bardzo szybko i „tak samo”, jak grali moi idole. Oczywiście, nie dawałem rady, bo nie wiedziałem wówczas, że najważniejszą rzeczą, która prowadzi muzyka do sukcesu w tym zawodzie, nie jest granie hiper-szybkie i wsadzanie solówek, gdzie tylko się da, tylko praca nad własnym stylem, poprzedzona studiowaniem różnych stylów i graniem wolno. Ludzie, z którymi się gra, nie chcą mieć w zespole kopii jakiegoś znanego muzyka, tylko kogoś, kto ma własny, ciekawy styl i pomysł na siebie, swoje granie. Szukanie własnej drogi i stylu, jest moim zdaniem najważniejsze.

Na twojej stronie www.jose-cortijo.de widzę cię z ciekawym instrumentem. Przypomina gitarę. Co to jest?

Nazywa się Zendrum. Jest to bardzo ciekawy kontroler MIDI z wyzwalaczem 29 dźwięków, które można dowolnie przypisywać 29 klawiszom, w które się uderza. Instrument wyróżnia się bardzo dużą prędkością wyzwalania. Ma genialny czas reakcji. By sprawnie się nim posługiwać, należy dbać o technikę grania palcami.

Jakie inne nowe trendy w muzyce percussion są dla ciebie interesujące?

Bardzo interesująco zapowiada się przyszłość cajonów. Perkusjoniści bardzo często wchodzą w rolę perkusistów, a także kreują różne systemy hybrydowe z udziałem tego instrumentu. Może to jednak wymagać od perkusjonisty gry na różnych instrumentach nie tylko rękami, ale także stopami. Uważam taką pracę z różnymi konfiguracjami hybrydowymi za bardzo interesującą.

Gdzie mieści się twoja główna działalność dydaktyczna?

Jest to Wydział Jazzu i Muzyki Popularnej Uniwersytetu Muzyki i Sztuk Performatywnych w Mannheim. Tam, w 1994 roku, jako pierwsze konserwatorium w Niemczech, łacińska perkusja oferowana była jako główny przedmiot do studiowania. Poza tym od wielu lat prowadzę różne warsztaty, między innymi na różnych państwowych uczelniach muzycznych w Europie. Dlatego ludzie, którzy się ze mną uczą, są bardzo różni i ciekawi. Na uniwersytecie studentom, aspirującym po stopnie licencjackie lub magisterskie, staram się jak najwięcej pomóc w znalezieniu własnej ścieżki muzycznej. Warsztaty składają się głównie z nauczycieli, którzy często mają już wykształcenie, multiplikatorów, którzy szukają dalszej edukacji. W konserwatorium uczniowie mają 4 lata na zdobycie tytułu licencjata lub 6 lat, jeśli robią również tytuł mistrzowski.

Zawsze brałem życie bardzo realistycznie i to jest dla mnie kluczowe, nie tylko, jeśli lubię ten lub tamten instrument, ale także w kwestii, gdzie chcę żyć z muzyki i czy dam radę zapłacić czynsz z pracy na tych instrumentach. W Indiach np. istnieje wiele więcej możliwości życia z gry na tabli niż w Niemczech. Ograniczyłem harmonogram zajęć w konserwatorium do instrumentów, na których, jak sądzę, jako perkusjonista możesz zarabiać pieniądze w Niemczech lub Europie. Oczywiście proces uczenia się nie powinien kończyć się zaraz po ukończeniu studiów.

Miałeś jakąś szczególnie trudną sytuację sceniczną, którą mimo wszystko wspominasz z uśmiechem?

Owszem (śmiech). Przypomniałeś mi właśnie krótki koncert w Turcji, który miałem zagrać solo na jakimś kongresie jednej z tamtejszych firm. Przed odlotem ustalałem z organizatorami, żeby dostarczyli na miejsce trzy bębny conga. Niestety, coś w tej kwestii nie zadziałało i zorientowałem się, że tego wieczoru nie mam za bardzo na czym grać. W czasie, gdy na miejscu kelnerzy rozdawali gościom z eleganckich wiaderek butelki schłodzonego szampana, wpadłem na pomysł, by wykorzystać je do grania. Wybrałem te, które na ucho brzmiały mi najlepiej i... Cóż, goście byli trochę zdziwieni, ale wszystko wyszło bardzo fajnie i ludzie bawili się znakomicie (śmiech).

Widziałem na twojej stronie, że pracowałeś z Markiem Gillespie?

To był świetny czas i doświadczenie w moim życiu i karierze. Uwielbiałem grać jego muzykę i pracę podczas nagrywania CD i koncertowego DVD.

Co sądzisz o muzykoterapii? Na twoich warsztatach oprócz dźwięku dominuje dużo uśmiechu i serdeczności. To ma wymiar terapeutyczny.

Muzyka ma uzdrawiającą moc i muzykoterapia jest niezmiernie ważna. Irytuję się jednak, gdy na przykład pod nazwą „warsztat conga” ktoś próbuje sprzedać kurs terapii. Kiedyś widziałem ogłaszane warsztaty „conga bez stresu” lub „djembe dla kobiet w ciąży”. Nikt nie wpadł na pomysł ogłoszenia czegoś takiego z udziałem trąbki, fortepianu czy perkusji... Moim zdaniem instrumenty perkusyjne, zwłaszcza w Europie, są niestety często niedoceniane...

Jak rozpoczęła się twoja współpraca endorserska z firmą Meinl i jak wspominasz pierwszy festiwal perkusyjny, organizowany przez tego producenta?

Do Niemiec przyjechałem w 1981 roku. Endorserem firmy zostałem w 1996 roku i trwało to kilka lat. W 2008 roku ta droga współpracy między nami rozpoczęła się od nowa i jestem z niej bardzo zadowolony. Znam firmę od wielu, wielu lat, widzę, jak bardzo pozytywnie i dynamicznie się zmienia, czego przykładem jest choćby Meinl Percussion Festival, który z pewnością ugruntuje się na światowej scenie Percussion. Udział w tym wydarzeniu i muzykowanie z ludźmi z różnych stron świata był dla mnie ogromnie pozytywnym przeżyciem.

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Foto: Guido Goerdes, design68, Meinl, archiwum artysty