Ash Soan

Dodano: 16.01.2020
Autor: Maciej Nowak

Perkusyjny bohater, jakiego wszyscy potrzebujemy? Co jest takiego w Ashu Soanie, że potrafi przyciągnąć do siebie perkusistów z każdej stylistyki, a soliści i producenci lgną do niego z kolejnymi ofertami pracy.

Konkretną odpowiedź na to pytanie znajdziemy w niniejszym artykule, ale najpierw przyjrzyjmy mu się dokładniej. Zróbmy to – póki co – pod kątem czysto bębniarskim.

Nie ma wymyślnego zestawu, nie strzela perkusyjnymi sztuczkami, nie stosuje skomplikowanych technik, nie ma jakiejś wybitnej szybkości. Nie jeździ na co dzień z super wielkim zespołem, nie jest perkusyjnym celebrytą, który co chwilę publikuje swoje zdjęcie, jak nie z fabryki, to z innym muzykiem, nie robi wykładów o muzycznym życiu i nie jeździ w indywidualne trasy. Nie jest internetowym mentorem. Nie ma pięciu perkusyjnych fakultetów, nie był super dzieckiem bębnów i nie ma publikacji książek edukacyjnych. Nie ma nawet jakiegoś charakterystycznego wyglądu, który by intrygował lub wzbudzał zazdrość.

Tak, to wszystko można powiedzieć o tym muzyku, ale można też ująć to inaczej. Ma klasowe, rasowe bębny, doskonale kontroluje swoje brzmienie, stosuje technikę użytkową, która powoduje, że każdy rytmicznie rusza nogą podczas gry, ma świetne wyczucie czasu i skalę dynamiki. Nazwiska artystów i nazwy projektów, w których uczestniczy mówią za niego. Od czasu do czasu weźmie udział w jakimś większym wydarzeniu perkusyjnym, jest obecny w mediach społecznościowych, gdzie nie stara się być najmądrzejszy w każdej kwestii. Ma zadbany, elegancki, ale luźny wygląd oraz jest życzliwy i ma klasyczny uroczy brytyjski sposób wypowiedzi. Dodajmy do tego jeszcze kilka aspektów, związanych z etyką pracy, punktualnością, słownością i sumiennością. Jeżeli to wszystko nie daje odpowiedzi na pytanie o jego siłę, zapraszamy na sam koniec wywiadu, tam jest napisane wprost.

Pierwszy raz spotkałem go osobiście na targach Musikmesse, gdzie grał w specjalnym perkusyjnym boksie. Mój dobry znajomy z firmy Zildjian Bob Wiczling często mi o nim wspominał, ale z racji tego, że świetnych angielskich bębniarzy jest na pęczki, potraktowałem to po prostu jako kolejne nazwisko z listy. Zerknąłem tu i tam, faktycznie, coś w sobie miał, ale nie poświęcałem mu więcej czasu aż do momentu pierwszego spotkania we Frankfurcie, gdzie obejrzałem jego występ i zamieniłem z nim kilka zdań. Od tej pory przy okazji pytań, dotyczących ewentualnych artystów imprez perkusyjnych w Polsce, mówiłem: „A może Ash Soan?”.

Niestety, znajomość tego artysty w naszym kraju była znikoma i zawsze trzeba było dodawać szereg osiągnięć, że Adele i Grammy, że The Voice lub nawet, że to taki angielski Robert Luty. Zaczęliśmy w redakcji mówić o nim więcej i zamieściliśmy pierwszy, przecierający szlaki, wywiad. Odniosło to skutek tzn. prawie odniosło skutek. O mały włos a oglądalibyśmy go na zeszłorocznym Drumfeście. Niestety, kolizje terminów pokrzyżowały plany w chwili, gdy praktycznie wszystko było dopięte. Ale co się odwlecze, to…

Tym razem spotkaliśmy się na Śląskim Festiwalu Perkusyjnym w Chorzowie, gdzie Ash swoim występem zrobił na wielu gościach kolosalne wrażenie. „Zobaczyłem tego pana i już nic więcej nie było mi potrzebne, tam się po prostu wszystko zgadza, kurde, wszystko!” – wykrzyczał mi Daray tonem, jakby za chwilę miał poinformować wszystkich o końcu kariery. Usiedliśmy sobie redakcyjnie z Ashem w jego garderobie. Nie wypada przychodzić z gołymi rękoma w gości, więc przynieśliśmy kilka butelek naszych rodzimych wyrobów browarniczych.

Ash Soan: Stary, dziękuję ci za wrzucenie mnie na okładkę magazynu, to zawsze jest wielki zaszczyt, szczególnie teraz.

Maciej Nowak: Póki co mamy zrobione zdjęcia, teraz dopiero porozmawiamy i zobaczymy…

Och, racja, dziękuję za rozważenie mnie na ewentualną okładkę (śmiech).

Który kraj jest twoim ulubionym i dlaczego Polska? (śmiech) A już poważnie, twój występ na scenie festiwalowej, przed niemal samymi bębniarzami, został gorąco przyjęty. Jesteś sam i masz przed sobą perkusistów, co jest bardziej stresujące?

W sumie obie te rzeczy jednocześnie. Czasami ciężko jest pogodzić się z tą rolą na scenie. Jest taka z góry ustalona opinia, że jeżeli grasz na koncercie przeznaczonym dla perkusistów tzn. że ludzie oczekują od ciebie pokazu gry na perkusji. Oczekują, że zademonstrujesz im coś spektakularnego. Weźmy teraz mój styl gry i powiedzmy sobie wprost bez udawania. Moja gra nie jest raczej spektakularna w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, prawda? Nie ma w tym jakichś oszałamiających temp, w zasadzie nie ma żadnego szybszego grania, jak to robią niektórzy młodzi ludzie. Nie jest też skomplikowane, moim zdaniem. Dziś występują perkusiści, którzy grają znacznie trudniejsze partie, nieparzyste podziały, a ja przecież większość rzeczy gram na 4/4.

Biorąc to pod uwagę wychodzi, że moje wykonanie na scenie nie mieści się w skali oczekiwań publiczności. Zdaję sobie z tego sprawę, w związku z tym muszę się mocno wcisnąć w to, co gram, wbić się w ten prosty groove na tyle mocno, by dotrzeć do ludzi. Muszę w jakiś sposób przekazać całą swoją pasję, jaką wkładam w grę. Póki co okazuje się, że to działa. Tak, jak na całe szczęście dzisiaj zadziałało i polska publiczność przyjęła mnie bardzo ciepło, za co jestem niezwykle wdzięczny.

Ciężko się gra takie imprezy, nie przywykłem do tego. Zawsze, kiedy się pojawiam na takich festiwalach, wszyscy perkusiści, którzy występują, są szybsi, mocniejsi, bardziej techniczni. Czasami czuję się wręcz przytłoczony tym, co wyprawiają. Wczoraj słuchałem prób a dziś patrzyłem na ich występy i myślałem sobie: „O matko, ależ oni grają!”. Z drugiej strony jestem coraz starszy i dojrzałem do wielu rzeczy. W takiej sytuacji, jeżeli robisz swoje rzeczy tak, jak powinieneś je robić, to podczas swojej części koncertu znajdziesz tę komunikację z publicznością.

Czy ten pełen oddania styl gry stosujesz także w studio podczas nagrań?

W zasadzie tak, chociaż z wiadomych względów gram nieco mocniej i głośniej podczas występów na żywo, gdzie ludzie czują bliżej tę fizyczną łączność. Wiem, że robię wtedy hałas, krzycząc i robiąc miny, ale uwierz mi, że nie ma w tym nic z gry aktorskiej i próby pokazania się w dramatycznym świetle. Nie jest to udawane, po prostu chcę, by ludzie poczuli jak najbardziej to, co gram, tym bardziej, że wykorzystuję bębny w takim układzie.

Zaskoczyłeś dziś minimalizmem instrumentarium. Korzystasz na co dzień z większych zestawów?

O tak, tak. Choćby mój zestaw w studio jest znacznie bardziej rozbudowany niż zaprezentowany dziś na scenie. Mam dodatkowy floor tom oraz werble, których dobór jest bardzo istotny w kwestii poszukiwania odpowiedniego brzmienia. Po lewej stronie mam zawsze bardzo tłusty werbel, jest to naprawdę konkretny tłuścioch na jedno uderzenie, nisko nastrojony. Walniesz raz i wystarczy (śmiech). Podczas nagrywania piosenki dla Roda Stewarta zostałem poproszony o to, żeby uderzyć w niego w rytmie, ale tylko raz. Całość była grana na głównym werblu, a jedno uderzenie musiało wejść właśnie na nim. Mam go zawsze podłączonego.

Oprócz tego są jeszcze jakieś timbale i różne drobne dodatki, zatem tak, mój zestaw w studio jest bardziej rozbudowany. Nie gram jednak i w zasadzie nie pamiętam, żebym grał na jakimś wielkim zestawie. Podwójny bas? O rany, zapomnij, nie czuję tego zupełnie. Gdy byłem młodszy to miałem większe bębny, łącznie z octobanami, ponieważ jestem wielkim fanem Stewarta Copelanda, a on miał te charakterystyczne octobany u siebie.

Znamy cię znacznie bardziej z obecnej działalności, która jest imponująca. Nie bardzo lubię zadawać to pytanie z racji banalności, ale czy możesz powiedzieć coś więcej o swoich początkach i inspiracjach?

Bębny zaczęły mnie kręcić mniej więcej w roku 1979, no, może 1980, a jestem rocznikiem 1970. Mój tata włączył mi utwór Sandy’ego Nelsona Let There Be Drums. Nie ma u mnie w rodzinie żadnego muzyka, więc nie miałem styczności z grą na instrumentach, a tu nagle usłyszałem coś, czego w życiu nie doświadczyłem, to brzmienie, ta przestrzeń… Wiesz, dziesięciolatek słyszy nagle coś takiego. Wciągnęło mnie to i już w wieku 11 lat moi kochani rodzicie kupili mi pierwszą perkusję i zawsze byli dla mnie wielkim wsparciem.

Dorastałem w latach 80. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie Rosanna Toto, więc Jeff Porcaro miał na mnie bardzo duży wpływ, ale siedziałem też dużo w jazzie. Miałem wielkie szczęście, że miałem takie oparcie w rodzicach. Mniej więcej w tym samym okresie poszliśmy z tatą obejrzeć Arta Blakeya. Jazz to nie jest rock and roll, więc jak pokręcisz się troszkę w klubie, to możesz spotkać tych wszystkich muzyków i sobie z nimi porozmawiać. Szczególnie, jak pójdziesz do baru, tam najprędzej ich spotkasz (śmiech). Ale poważnie, to w przypadku wielkich rockowych firm typu np. Rush, nie miałbyś wielkich szans spotkać ich w takich okolicznościach. Z muzykami jazzowymi było inaczej, dlatego też miałem przyjemność spotkać samego Buddy’ego Richa. Jego gra rozwaliła mi umysł.

Ostatni raz, jak byłem w Polsce, grałem z Lisą Stansfield, fantastyczną angielską wokalistką… (Ash zaczął nucić All Around the World), cudowne. W zespole grał i chyba wciąż gra trębacz Johnny Thirkell, fantastyczny muzyk. W 1984 roku został wybrany przez Buddy’ego Richa do swojego zespołu, więc widziałem go właśnie wtedy w 84. Gadamy kiedyś i pojawił się temat Buddy’ego, że grał z nim w zespole i opowiada mi, kiedy dołączył, a ja mu na to, że będąc dzieciakiem widziałem, jak z nim gra. Minęły lata i teraz razem gramy w zespole Lisy Stansfield! Życie to bardzo ciekawy układ przeplatających się zdarzeń.

ASH I BUDDY RICH

Rok 1984 i dziwne spotkanie młodego perkusisty z wielką legendą

Sytuacja wyglądała dość specyficznie i jako nastolatek nie bardzo rozumiałem, o co chodzi. Czekałem na niego przed tylnym wejściem w drodze do autobusu. Mój tata był tam z aparatem, bo chciałem zrobić sobie z Buddym zdjęcie. Wiadomo, to było przed erą aparatów w telefonie. Teraz wiem, o co poszło, ale wtedy wyglądało to mniej więcej tak, że poprosiłem go o możliwość zrobienia wspólnego zdjęcia, a on mnie zapytał szybko tym swoim nonszalanckim tonem, gdzie mam aparat. Spojrzałem na tatę, który stał jakieś 3 metry od nas, ale dobrze nie dosłyszał i zrozumiał, że Buddy mnie zbywa, więc bez słowa odwrócił się i poszedł. A ja stoję i się patrzę jak głupi! No, ok, tato, dzięki. Takie to doświadczenie miałem ze spotkania z Buddym Richem (śmiech).

 

Kiedy poczułeś, że bębny są zajęciem na resztę życia?

Wierz lub nie, ale w chwili, gdy usłyszałem tę piosenkę, którą mi puścił tata, trach, od razu chciałem to robić. Nie miałem nigdy żadnych innych planów na życie, jak tylko gra na perkusji.

Co było najważniejsze w osiągnięciu tego, co masz teraz? Jaką radę dałbyś innym, młodszym, aspirującym…?

Ostatnio partycypowałem w konkursie mikrofonów Shure, wygrał to jeden amerykański chłopak, nigdy wcześniej nie był w Anglii, przyjechał i rozmawiałem z nim na zajęciach na temat ambicji. W sumie większość ją ma i nawet, jak się starzejesz, to ona w tobie wciąż jest. Musisz jednak uważać, żeby ta ambicja nie wzięła górę nad tobą i nie przerodziła się w negatywną energię. W takiej sytuacji możesz stracić wszystko. Wszystko, co masz i osiągnąłeś. Możesz stracić pracę, przyjaciół. Nie możesz dopuścić, by ambicja cię przerosła. Zawsze miałem ambicję, by osiągać więcej, a teraz moja ambicja dotyczy studia. Nie mogę wręcz uwierzyć, jaki potencjał drzemie w tym pomieszczeniu. Żartowałem sobie, że zbudowałem studio po to, żebym mógł zabrać z domu moje wszystkie perkusyjne rzeczy i dzięki temu żona mnie nie zostawi (śmiech). Wszystko musiałem zabrać! Złota płyta? Zabieraj to wszystko z domu! (śmiech). Teraz ta cała graciarnia znalazła swoje miejsce.

Moje ambicje związane są właśnie z tym miejscem. W raptem kilka lat z miejsca samych ćwiczeń powstało miejsce, gdzie nagrałem muzykę do Króla Lwa, album Cher, Roda Stewarta i wielu innych. Bardzo dużo różnych artystów tam się pojawia. Dowiadują się, jaka jest jakość pracy. Nagrywają kilka piosenek i wracają nagrać całe albumy, co jest dla mnie wielką radością, że miksowane są ścieżki, które były rejestrowane u mnie. Jestem człowiekiem, który sam wciska przycisk nagrywania, a to jest naprawdę wspaniałe.

ASH I ROSANNA

Odkrywanie wielkiej inspiracji

Rosannę usłyszałem w 1984, mimo, że piosenka ukazała się dwa lata wcześniej. Ale wtedy nie było takiej dostępności do muzyki, jak jest teraz. Pamiętam dokładnie to uczucie. Czternastolatek usłyszał coś takiego (i tu Ash zagrał na kolanach groove Rosanny, oczywiście genialnie), oszalałem. Co to do cholery jest?! Jak można tak grać! Nawet mój ówczesny nauczyciel nie mógł do końca wytłumaczyć tego groove’u, że niby to jest tak, ale chyba jeszcze tak. Teraz w Internecie wpisujesz „Rosanna groove” albo „Purdie Shuffle” i masz trrrrr… kilkaset wersji, gdzie jest pokazane, jak zagrać ten rytm. Ludzie rozkładają to na części pierwsze, łącznie ze mną (śmiech). Tak jest teraz, ale w 1984 roku? O nie, nie. Dopiero jakieś dwa lata później dorwałem transkrypcję, bo ktoś to gdzieś rozpisał w jakimś magazynie, nie wiem nawet, czy nie sam Jeff. Zobaczyłem to i mówię: „Ok! Byłem blisko!” (śmiech).

 

Twoim zdaniem perkusiści muszą wychodzić poza ramy samego grania i skupiać się na działaniach wokół, chociażby kwestii umiejętności mikrofonowania i nagrywania?

Tak właśnie jest. Podczas spotkań z perkusistami dostaję masę pytań, dotyczących mikrofonów, kompresorów, DAW, software, jakiego używam komputera do nagrań. Takimi pytaniami jestem bombardowany przez współczesnych bębniarzy. Może dziś akurat takie pytania nie padały, ale zazwyczaj to są tematy poruszane przez współczesnych bębniarzy młodego pokolenia, ale nie tylko młodego. W związku z tym co się dzieje, ta świadomość się powiększa, ludzie poszerzają swoją wiedzę i stają się pełniejsi w tym, co robią. Nie musisz być od razu jak Abbey Road, nie, wystarczy, żebyś wiedział więcej o swoim brzmieniu niż to jak uderzasz w bęben. Możesz być sobie chłopakiem z Polski, który uwielbia grę na bębnach, ale nikt o tobie nie wie, więc możesz się zastanawiać, co tu robić, bo nie masz zbyt dużo pieniędzy. Z czasem możesz jednak uzbierać na kilka mikrofonów, które pozwolą ci się nagrać i zaprezentować. Nastolatkowie na całym świecie tak robią. Możesz mieć swoje brzmienie, możesz mieć swoje osobiste brzmienie!

No i nie zapominajmy o tym urządzeniu, o telefonie, dzięki któremu możesz nagrać obraz, a później połączyć to z dźwiękiem. We własnym pokoju przy odrobinie zaangażowania możesz stworzyć nagranie, którym się będą zachwycać ludzie na całym świecie. Ja sam tak mam. Jest taka polska perkusistka… Czekaj… Zaraz ci pokażę (Ash podekscytowany przerzuca zawartość telefonu). O, mam! Nazywa się Wiktoria Bialic, zobacz, posłuchaj… Brzmi niesamowicie! Opublikowałem jej nagranie u siebie i ma więcej odsłon niż niektóre moje nagrania (śmiech). To jest właśnie to, co możesz stworzyć, jesteś w stanie to zrobić i nie musisz być przy tym milionerem. Nie wiem, jakiego sprzętu używa, ale nie jest to raczej sprzęt za dziesiątki tysięcy funtów, a brzmi fenomenalnie.

Wszystko jest jasne. To jest w zasięgu prawie każdego, ale pytanie pojawia się wciąż to samo – jak zdobyć robotę?

No tak… Rozumiem…

Jak do diabła w tym gąszczu zdobyć robotę?! Perkusistów jest więcej niż 10 lat temu… Co tam 10, więcej niż 5 lat temu!

Zgadza się… Tak, tak. Jest ich bardzo dużo. Ujmę to tak, siadam teraz przed komputerem i włączam nagrania perkusistów. Jeden robi bzzz na bębnach, drugi robi bzzz na bębnach, trzeci robi bzzz, a przy czwartym już się gubię, który jest który. Brzmienie, o którym mówiliśmy wcześniej, to jedno, ale prezentowana treść to zupełnie coś innego. Mam problemy z rozróżnianiem tych perkusistów i podejrzewam, że nie tylko ja mam taki problem. Wykorzystanie podobnych brzmień, nawet podobne ustawienie zestawów, nie wiem… zgodnie z jakimś trendem czy modą? Podobne podejście do grania, wykorzystywanie tych samych rozwiązań, brak próby odszukania swojej indywidualności. Wiem, jak to brzmi, bardzo ogólnie, ale prawda jest taka, żeby znaleźć samego siebie…

No chyba, że nie nauczyłeś się lub nie próbujesz myśleć samodzielnie, tylko chcesz być taki, jak ktoś tam.

Każdy może stworzyć brzmienie i mieć czucie gry, które będzie bardzo, bardzo jego, jego własne. Moim zdaniem tak można odpowiedzieć na pytanie o szansę znalezienia pracy, oczywiście pomijając już te wszystkie sytuacje, związane z prezentacją siebie. Tak można się wyróżnić i przyciągnąć uwagę. Wydaje mi się, że ja mam takie podejście, może nie jest to coś wybitnego, ale działa i dało mi szansę. Wiele osób jest dla mnie bardzo miłych, mówią, że widzieli mnie, jak gram i chcieliby tak samo, co mnie zaskakuje, bo jestem raczej małą wypadkową tych perkusistów, których słuchałem. Zresztą wszyscy tacy jesteśmy. Zaskakuje mnie też to, że ludzie mówią o mojej potężnej grze, co tak naprawdę jest odpowiedzią na to, że nie chcę grać tego bzzz. Trzy werble obok siebie, cztery hi-haty, kilka tomów tu i tam, i gonitwa między bębnami. Odmawiam takiej gry. Przede wszystkim dlatego, że nie leży to w mojej naturze. Gdybym zaczął tak grać to zwyczajnie bym się zdewaluował.

Kolejną sprawą jest to, że mam niesamowite, ogromne szczęście, że byłem otoczony ludźmi, którzy są muzycznymi indywidualnościami, jak np. Stewart Copeland. Kiedyś grałem z nim koncert, zasuwałem za jego plecami na tamburynie i obserwowałem potęgę jego gry, brzmienie, jakie otrzymuje z instrumentu. A Mark Guiliana? Nie ma możliwości słuchać tego bębniarza i nie ruszać nogą! A gra na absolutnie minimalistycznym zestawie, czasami zupełnie nieskompletowanym lub z jakimś pękniętym talerzem. Trzy uderzenia i słychać Marka Guilianę.

Mówimy tu o byciu muzyczną osobowością.

Zdecydowanie! Weźmy perkusistę, którego akurat nie poznałem nigdy, bo zmarł, zanim wszedłem w bębny – Keith Moon. Pracowałem z ludźmi, którzy z nim pracowali i pytałem, jaki on był? Każdy mówił coś takiego, że jakby tu teraz wszedł do nas, to od razu trzeba byłoby lecieć po więcej piwa (śmiech), ale nie chodzi tu o picie samo w sobie, tylko jego przytłaczającą charyzmatyczną osobowość. Każdy mówił, że Keith Moon był skazany na swój los. W tym krótkim czasie Keith wykorzystał szansę, wypracował swój niepowtarzalny styl, który jednym się podoba, innych razi czy też śmieszy, ale to akurat nie ma znaczenia, bo uważam, że jego dystynktywność jest niesamowita! Podejrzewam, że dziś wśród publiczności znalazłoby się pełno perkusistów lepszych niż Keith Moon, lepszych niż ja. Nie, ja nie podejrzewam, jestem pewny! Technicznie lepszych.

To jednak ty stoisz na scenie, a oni słuchają i obserwują.

Tak, ja stoję na scenie. Udało mi się zagrać z kilkoma osobami, które były zadowolone z mojej gry. To jest też kwestia tego, skąd pochodzę oraz szczęścia, jakie miałem w życiu. To wszystko jednak nie miałoby miejsca, gdyby nie indywidualność i własna osobowość.

Ciekawe, że poruszyłeś element szczęścia.

Szczęście to ciekawy temat. Trzeba mu na pewno pomóc. Ja zawsze lubiłem piosenki, lubiłem utwory z wokalem, uwielbiałem The Police. Dla mnie w muzyce wszystko musi mieć swoją przyczynę i skutek. To co grasz nie może wynikać tylko z tego, że da się tak zagrać. Dla mnie przyczyną jest piosenka i wspólna z nią podróż. Zawsze lubiłem ten właśnie styl. Pewien słynny producent Trevor Horn powiedział mi kiedyś, że wokal jest na czubku piramidy, a cała reszta jest pod nim i ma go wspierać. Schować swoje ego i skupić się na tym, co trzeba wykonać. Gdy słyszę, że w tym nagraniu skupiamy się na wokalu, to mówię ok, to jest najważniejsza informacja, jakiej potrzebuję, wiem, na czym mam się skupić, wiem, jak mam pracować. Myślę, że dzięki temu wciąż jestem zatrudniany.

Zdradliwe jest to, że aspirujący zawodowo perkusiści myślą, że będąc na scenie z jakąś gwiazdą będą tacy, jak ta gwiazda…

Eeee, no tak nie jest.

Że jak grałeś z Adele, Rodem Stewartem, Sealem, to pewnie chodzicie teraz razem na obiady.

Nie, nie, tak się nie dzieje. Jesteś po to, by służyć muzyce i musisz pogodzić się z tą rolą. W przypadku Adele była to wzajemna relacja, ona dawała mi swoje przemyślenia, a ja wykonałem to, czego oczekiwała. Gdybym teraz znalazł się w jej pobliżu, o ile w ogóle bym się znalazł w jej pobliżu, prawdopodobnie ochrona by mnie odsunęła, a ja mógłbym sobie najwyżej pokrzyczeć: „Adele! To ja! Ash! Grałem u ciebie!”(śmiech). Nie zdziwiłbym się, gdyby w ogóle mnie nie pamiętała i nie dlatego, że jest zarozumiałą gwiazdą, bo nie jest. Tylko dlatego, że nasza współpraca dotyczyła konkretnego działania. To naprawdę nie ma znaczenia, czy by mnie rozpoznała, ja swoje zrobiłem i zapisałem się swoją grą na jej płycie, w piosence, która obiegła listy przebojów na całym świecie i zgarnęła kilkanaście platyn.

A wiesz, co jest jeszcze ciekawe? Adele to świetny przykład tego, o czym mówimy. Brzmi jak ona, brzmi jak Adele i to inni mogą się porównywać w stylu: „O, brzmisz jak Adele”. Jest bardzo otwarta i szczera w stosunku do siebie, no i wreszcie nawiązała poprzez swoją muzykę kontakt z milionami ludzi na świecie. Gdy grała na Grammy w Los Angeles, w hali było tysiące ludzi, a pierwsze rzędy aż się uginały od sław pokroju McCartney czy Sting, po prostu wszyscy najważniejsi z branży muzycznej w jednym miejscu. Na scenę wyskakuje Rihanna, ognie, tancerze, wybuchy, cuda, wiadomo, Grammy! Później pojawia się Adele jedynie z pianistą. Grają i ludzie odlatują z zachwytu. Żadnych głupot i ściemniania, po prostu ona i jej muzyka. Nawiązała kontakt z każdą osobą, która ją wtedy oglądała. Ma w sobie tę wewnętrzną potęgę. Wielu wokalistów chciałoby mieć to coś.

WIDZIMY SIĘ NA GRAMMY!

Nie znasz dnia ani godziny, gdy sesja, którą wykonasz, dostanie wyróżnienie.

Nagrywałem z Adele i wykonałem swoją robotę tak, jak sobie zażyczyli producent Fraser T. Smith i artystka. Po skończonej pracy producent mówi do mnie: „No to do zobaczenia na Grammy!”, co potraktowałem jako oczywisty żart. Pół roku później dzwoni do mnie i pyta, czy jadę na Grammy, bo ta piosenka, co nagrywałem, jest nominowana. Nagrywaliśmy to w 2010 r. Pracuję z nim do tej pory i zawsze, jak kończymy sesję, mówię do niego: „Do zobaczenia na Grammy!”. Ot, tak na wszelki wypadek (śmiech). Teraz też jest szansa na zdobycie statuetki. Dostałem dwa wyróżnienia. Jedno z Adele i drugie z pewnym meksykańskim artystą w kategorii Latin, która jest również wielką kategorią. Szkoda tylko, że jako artysta wykonawca nie dostaję statuetki, a jedynie certyfikat, że tworzyłem nagranie, które dostało nagrodę. Ale nie ma co się załamywać, bo dostajesz statuetkę, kiedy jesteś realizatorem płyty, dlatego teraz ja wciskam przycisk nagrywania i dostawiam mikrofony. Ciekawe, czy żona pozwoli postawić statuetkę w domu? Dobre pytanie. Najpierw trzeba ją wygrać, wygląda całkiem ładnie (śmiech)...

 

Faktycznie, możemy to przełożyć na bębny.

Tak, wydaje mi się, że podobnie jest z perkusją, w roli, jaką pełni. Nawiązanie komunikacji z ludźmi poprzez muzykę, której się służy. Nie sądzę, by dało się nawiązać taką komunikację poprzez granie techniczne. Owszem, Billy Cobham czy Dennis Chambers, ich piekielnie szybkie jedynki robiły wrażenie, ale w tych muzykach jest coś więcej.

Przyszłość każdego muzyka scenicznego czy studyjnego to życie z miesiąca na miesiąc, nigdy nie masz pewności, czy pojawi się kolejna robota.

To fakt, ja sam wciąż tak się czuję. Mam prawie 50 lat i cały czas się zastanawiam, kiedy i skąd pojawi się kolejne zlecenie. Z biegiem lat ta odpowiedzialność rośnie, gdy masz dom, dzieci, więcej obowiązków i musisz zaplanować, co będziesz robił.

Warto starać się być zawodowym perkusistą?

Och, wiem, że jest ciężko, ludzie często mnie pytają, co trzeba zrobić. Tak, jak mówiliśmy, trzeba znaleźć ten swój indywidualny styl, ale i tu trzeba zachować odpowiedni balans, żeby się nagle nie okazało, że nigdzie nie pasujesz. Musisz być w stanie dostosować się do powierzonej ci muzyki, ale jednocześnie być sobą i powodować, że to ciebie chcą zatrudnić z racji brzmienia, jakie dostarczasz. Tak masz w przypadku takich ludzi, jak Steve Gadd czy Jeff Porcaro, wszyscy ci wspaniali bębniarze. Jest to w opozycji do tego, co mówiłem wcześniej na temat odróżniania się, ale tylko pozornie.

Wielu młodych perkusistów, starających się robić kariery, nawet w samym świecie perkusji próbuje wręcz za bardzo się wyróżnić. Możliwe, że robią to na siłę, nie wiem… W każdym razie próbują za wszelką cenę wyjść poza ramy. Jak spojrzę na swoją karierę okazuje się, że większość rzeczy, jakie zrobiłem, mieściło się w tych ramach. Robiłem to, czego ode mnie wymagano w odniesieniu do muzyki. Nagranie z Rodem Stewartem? Cały utwór proste 4/4, ale to właśnie dlatego pojawiają się kolejni zainteresowani współpracą. Musisz mieć odwagę grać tak prosto, to cię poprowadzi dalej.

Dlaczego Ash przyciąga? Bo w tym całym swoim profesjonalizmie jest bardzo normalny i zbalansowany, pokazując, że nie trzeba wielkich środków, cudów, odwiedzin u tybetańskich mistrzów czy też początków gry na bębnach jeszcze w łonie matki, która wykładała na Berklee. Zatem, czy wyróżniająca go z tłumu normalność jest obecnie aż tak nienormalna?

www.ashsoan.com
www.thewindmillrecordingstudio.com

Zdjęcia: Robert Wilk

Quiz – Czas w perkusji
1 / 12
Najstarszą istniejącą firmą perkusyjną na świecie jest...
Dalej !