Marcin „Groh” Grośkiewicz (Portrety)

Dodano: 29.08.2019
Autor: Maciej Nowak

Michał Bryndal, Rafał Dutkiewicz, Krzysztof Dziedzic, Qba Janicki, Jan Młynarski, Łukasz Moskal, Marcin Rak i Hubert Zemler razem, obok siebie, na jednym wydawnictwie. Jak powstał niezwykły winylowy album?

Portrety to doskonałe połączenie treści z formą, ponieważ już na samym początku album praktycznie je się oczami. Stylowa okładka, bogaty i interesujący środek, no i oczywiście sam winyl. Nośnik, który zawsze wzbudza szacunek, nawet, jeśli na co dzień nie korzystamy z takiej formy odtwarzania muzyki. Wreszcie treść, czyli osiem kompozycji wybitnych, kreatywnych muzyków perkusistów. Każda inna, oparte oczywiście o rytm i perkusję, ale nie ma tu mowy o jakichś próbach wyścigów czy taniej pirotechnice. Oryginalne, czasami zaskakujące z wieloma ukrytymi smaczkami aranżacyjnymi.

Kto w ogóle wpadł na taki szalony pomysł, by nie tyle zebrać utwory perkusistów, co namówić ich do stworzenia oryginalnych autorskich kompozycji z myślą o specjalnym wydawnictwie? Nie ma co liczyć w takich przypadkach na liderów rynku, ponieważ ci niezbyt często pochylają się nad projektami, które nie są przeliczone na wielkie zyski, a tworzenie ciekawych form artystycznych to jedynie dodatkowy element, jaki może ewentualnie pojawić się przy okazji.

Zatem kto to wziął na barki? Marcin „Groh” Grośkiewicz i jego wytwórnia muzyczna U Know Me Records. Jak zawsze w dobie pompowania dziadostwa przez tych, co naprawdę mogą mieć wpływ na kulturę, rolę kreatora ambitnych treści przejmują podmioty niezależne.

Zapytaliśmy pomysłodawcę i producenta wykonawczego całego projektu, jak wyglądała praca nad portretami muzycznymi ośmiu świetnych bębniarzy.

Michał Bryndal zaprezentował „Kovalero Tone Bank”

Maciej Nowak: Skąd pomysł, by wydać taką właśnie płytę?

Marcin „Groh” Grośkiewicz: To jest ciekawa historia, ponieważ… przyśnił mi się ten projekt. Nie wzięło się to jednak znikąd, gdyż większość osób z tego projektu to moi bliżsi lub dalsi znajomi. Moja fascynacja instrumentami perkusyjnymi i ogólnie rytmem ma dość długą historię, bo jestem didżejem na co dzień i mam świadomość, że rytm jest wszechobecny w muzyce i zawsze mnie to fascynowało. Im więcej zacząłem wydawać zespołów, gdzie pojawia się perkusista, tym większą zdobywałem świadomość, jak wielką on rolę odgrywa i często też, jak bardzo są to ciekawi ludzie oraz – mówiąc wprost – niedocenieni, niezauważani, mimo, że ich rola jest bardzo ważna. Ta perkusja była więc w mojej głowie od dawna. Którejś pięknej nocy faktycznie przyśniło mi się, że taki projekt z perkusistami wydaję, co więcej w tym śnie z dwoma perkusistami miałem okazję już porozmawiać i obaj się zgodzili wziąć udział (śmiech). Był to więc wielowymiarowy sen.

Obudziłem się i podzieliłem się z moją ówczesną dziewczyną tym pomysłem, rozentuzjazmowany, no bo przecież już dwóch się zgodziło (śmiech), więc uznałem to za dobry prognostyk. Niestety, dziewczyna ten mój entuzjazm zgasiła, powiedziała, że to nie jest dobry projekt. No a ja im dłużej o tym myślałem, tym więcej problemów zacząłem faktycznie dostrzegać i ten entuzjazm nieco przycichł. Później miałem okazję grać imprezę z moim przyjacielem o bardzo perkusyjnej ksywie Danielem Drumzem i podzieliłem się z nim tym pomysłem, bo ten sen nie wyparował zupełnie i chodził mi tam gdzieś po głowie. Daniel powiedział, że wręcz przeciwnie, to jest genialna sprawa, powinienem to zrobić, bo jest świetny koncept. To był taki moment, że muzyk, człowiek, który bardzo dużo słucha, zobaczył, że jest to coś wyjątkowego i wtedy sam w to uwierzyłem. Zacząłem więc realizować ten plan. Jak widać, to był mocny rollercoaster z tym pomysłem.

Hubert Zemler zagrał „The Life And Death Of Ben Bekele”

Jaki był klucz do stworzenia zawartości płyty?

Od razu miałem na myśli parę nazwisk. Większość osób, które są na płycie pojawiło się na tej mojej „short liście”. Pierwszą osobą, z którą się podzieliłem, był Rafał Dutkiewicz, który grał z zespołem Sonar i byłem z nimi kilka dni później na koncercie w Łodzi. Wziąłem go na bok i powiedziałem mu o tym pomyśle. Jak zauważyłem błysk w jego oczach, tym bardziej się upewniłem, że to jest fajny koncept. Poza Marcinem Rakiem, który mieszka we Wrocławiu, z każdym z uczestników projektu spotkałem się osobiście i w cztery oczy przedstawiałem swoją wizję. To, jak reagowali, było bardzo fajne, bo zauważali, że ktoś wreszcie dostrzegł tę ich kreatywną stronę. Zresztą utwory, jakie od nich dostałem, w stu procentach potwierdziły tę tezę, że perkusiści to nie tylko sesyjni muzycy, którzy gdzieś tam z tyłu wybijają rytm, tylko są artystami z naprawdę otwartą głową. Założeniem tego projektu było właśnie to, żeby wyciągnąć z cienia tych ciekawych ludzi.

Tak, jak wspominałem, była ta lista perkusistów, którzy od razu przyszli mi do głowy, ale za każdym razem, jak się z kimś widziałem, to zadawałem kilka pytań i jednym z nich było, kogo byś widział w tym projekcie. Tym sposobem mam listę, z której spokojnie mogę zrobić kolejną, jak nie dwie następne części tej płyty, osób bardzo ciekawych, o których wcześniej nawet nie pomyślałem, bo nie wiedziałem o ich istnieniu, a teraz mam bazę bardzo ciekawych postaci. Ale wracając do sposobu powstawania Portretów. Spotykałem się z każdą z tych osób w cztery oczy i przedstawiałem wizję, żeby przede wszystkim był to utwór autorski, który będzie podpisany imieniem i nazwiskiem autora. Powiedziałem, że stylistycznie mają zupełnie wolną rękę, nie narzucam absolutnie nic. Jeżeli ktoś ma ochotę, by ten utwór nagrać z kimś, to również nie mam nic przeciwko z tym, że chciałbym, by został zachowany ten perkusyjny trzon, żeby perkusja lub instrumenty perkusyjne były w utworze wiodące. Połowa skorzystała z tego, że zaprosiła kogoś do wspólnych nagrań, połowa nagrała zupełnie solowo. Jestem bardzo zadowolony.

Jedyna moja drobna obawa, która ostatecznie się nie spełniła, to, że ta płyta będzie jednostajna. Nie wiedząc, co dostanę, mogłem sobie taki scenariusz rozrysować, ale zupełnie się nie sprawdził, z czego jestem bardzo zadowolony, bo wydaje mi się, że ta płyta jest bardzo ciekawa muzycznie i to nie tylko dla osób, co zainteresowane są samą perkusją i rytmem. Są to różniące się od siebie, bardzo ciekawe utwory. Myślę, że każdy tam znajdzie dla siebie coś ciekawego. Tego typu projekty najbardziej mi się podobają jako słuchaczowi, bo sam jestem kolekcjonerem płyt i takie zróżnicowane podejścia uważam, że są najciekawsze w muzyce, pokazanie szerokiego spektrum, że perkusja potraktowana jest w bardzo różny sposób, no i to, co wspomniałem – perkusiści mają w głowach bardzo ciekawe pomysły.

Marcin Rak w utworze „Alpaka”

Patrząc więc od tej strony słuchacza, czy któryś z utworów był jakimś szczególnym zaskoczeniem?

Na pewno Qba Janicki, ponieważ zupełnie wyszedł poza ten nasz schemat i skonstruował swój instrument, taką specjalną deskę. Widziałem go zresztą przedwczoraj i wiem, że ten instrument ewoluuje, cały czas go przerabia, udoskonala i powstanie pewnie cała płyta zagrana na tej desce. To mnie właśnie zaskoczyło, bo tak, jak mówię, kompletnie wyszedł poza ten schemat, a ja właśnie chciałem, by to było zróżnicowane. Krzysztof Dziedzic, który nagrał stricte jazzowy utwór, czego mogłem się po nim spodziewać i Qba Janicki to takie skrajne dwa utwory, a pośrodku jest coś, czego kompletnie nie da się nazwać, tym bardziej, że nie lubię szufladek.

Qba Janicki i oryginalna „Kabina Projekcyjna”

Ale chyba właśnie o to chodziło.

Oczywiście, oczywiście! Uwielbiam łamać takie konwenanse. Coś, co intryguje i zaciekawia to coś, co w tych czasach jest moim zdaniem najbardziej cenne. W sumie żyjemy w erze, gdzie można powiedzieć, że wszystko już było i zrobić coś zaskakującego i ciekawego jest sztuką, a wydaje mi się, że tutaj chłopakom udało się pokazać coś oryginalnego.

Krzysztof Dziedzic wędruje w utworze „Vagabonde”

Koncepcja wydawnicza to 500 kopii w specyficznym klimacie…

To dość wielowątkowy temat. Najniższy nakład, jaki zazwyczaj stosuję przy płytach winylowych to jest 300 sztuk. Jest to taki standardowy nakład, taki najniższy, opłacalny i sensowny do tłoczenia. Także to, że zrobiliśmy 500 oznacza, że uwierzyłem w ten projekt bardziej (śmiech). Sam styl wydania to wizja niemal od razu wyklarowana. Chciałem, żeby od tej wizualnej strony od razu było nawiązanie do tradycji polskiego jazzu, gdzie pojawiały się krótkie opisy na płycie. Stąd też obecność Bartka Chacińskiego na płycie. Był jedną z pierwszych osób, o których pomyślałem, żeby stworzyły tekst opisujący cała wizję tego wydawnictwa. Nieczęsto się to już stosuje, niestety, na płytach winylowych też staje się to rzadkością. Moje ambicje wybiegają poza Polskę, stąd dwujęzyczność na każdym kroku. Mamy ku temu możliwości, ponieważ dystrybuuje nas londyńska firma Kudos, więc płyta będzie dostępna na całym świecie. Wydaje mi się, że tego typu materiał jest ciekawy nie tylko dla kogoś, kto interesuje się polską sceną muzyczną ogólnie, bo już nie mówię tu nawet o perkusistach. Jest to płyta, która może wzbudzać zainteresowanie wręcz samym wyglądem, a poprzez ten tekst zachęcać do zakupu osoby, które nigdy się z polską muzyką nie zetknęły albo nie muszą tego rozpatrywać jako płyty polskiej tylko po prostu jako coś wyjątkowego i unikatowego.

Od początku wiedziałem, że ten projekt jest projektem winylowym. Przy spotkaniu z chłopakami od razu mówiłem, że robimy wszystko pod winyl, dlatego pojawiła się jedna moja techniczna uwaga, żeby utwory były maksymalnie czterominutowe. Dwie osoby wyszły poza ten limit, ale ktoś inny nagrał krócej, więc to wszystko się zmieściło. Mówiłem to dlatego, żeby była możliwość optymalnego tłoczenia, które ma właśnie tak około 16 minut. Finalnie też, z czego również jestem dumny, zrobiliśmy to w tłoczni w Warszawie, więc jest to w stu procentach polska produkcja, od A do Z. Brzmi to dobrze, winyl odebrałem wczoraj, przetestowałem w wielu miejscach. Odpukać, wszystkie te elementy układanki, a jak można zauważyć jest ich sporo, są spełnione, dlatego jestem z tego powodu szczęśliwy.

Łukasz Moskal przedstawił „Father Sparrow”

Ciekawa jest także oprawa graficzna w postaci fotografii artystów.

Autorem jest Filip Ćwik. Poznałem Filipa także dzięki temu projektowi. Nazwa Portrety nie pojawiła się od początku, tylko w trakcie całego procesu, więc fotograf pomógł tej nazwie być jeszcze bardziej akuratną, pojawiają się faktycznie portrety fotograficzne, zrobione przez artystę, który się w nich specjalizuje. Wiedząc, jakie chcę zdjęcia, szukałem idealnego rozwiązania. Okazało się, że mam po prostu sąsiada, którego wcześniej nie miałem okazji poznać osobiście, a który posiada pracownię fotograficzną, blisko mnie, dosłownie 200 metrów od mojego domu. Stwierdziłem, że spróbuję się z nim porozumieć i okazało się, że poznałem kolejną fantastyczną postać, która dołożyła swoją cegiełkę do płyty. Nie mogę też nie wspomnieć o autorze okładki – Maciej Animisiewasz Grochot, który wykonał fantastyczną robotę z frontem płyty oraz ze składem całości. Mam szczęście do ludzi, bo tu ze mną pracował prawdziwy Dream Team.

Jan Młynarski skomponował „Roj”

Całość wygląda bardzo intrygująco i czekamy na dalsze losy tego wydawnictwa.

Jak widać jest tu dużo elementów, które okazały się wymarzone, bo i Bartek Chaciński, i zdjęcia Filipa Ćwika, i Animisiewasz, i mastering Eproma, no i oczywiście perkusiści, którzy stanowią trzon całego pomysłu. To wszystko udało się wrzucić w jeden projekt. Rozmawiamy teraz tydzień przed premierą, więc czekam z niecierpliwością na to, co się wydarzy? To, że płyta już jest doceniona, zauważona i podoba się wielu osobom, to już wiem, ale co będzie dalej? Czy marzenie wydawcy się ziści i nakład będzie dotłaczany (śmiech)? A zupełnie poważnie, szczególnie jestem ciekaw, co powie zagranica. Dosłownie dziś rozsyłałem press pack do mediów zagranicznych, więc jestem ciekaw, czy ktoś zwróci mocniej na to uwagę. Bardzo możliwe, że jest to pierwszy taki projekt na świecie, gdzie perkusiści dostali wolną rękę, głos, mogli stworzyć swoje autorskie utwory i zamieścić je na jednym winylowym albumie.

Rafał Dutkiewicz i jego utwór „Displaced”

 

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Filip Ćwik Studio810
www.uknowme-records.com