Eric Carr - wspomnienie

Dodano: 12.07.2017

24 listopada 1991 cały muzyczny świat zatrzymał się na chwilę, zmarł wspaniały Freddie Mercury z Queen, jeden z największych głosów w historii muzyki.


Wielki upamiętniający koncert na Wembley przeszedł do historii jako jeden z najważniejszych w historii rocka. W cieniu jednej tragedii miała miejsce inna, tego samego dnia i tego samego roku zmarł Eric Carr, bębniarz Kiss.

Dlaczego postanowiliśmy wspomnieć akurat tego perkusistę? Mija już 26 lat od tego fatalnego dnia, ale najważniejsze jest to, że Carr oprócz tego, że był świetnym bębniarzem, to grając przez 11 lat w światowej gwieździe rocka pamiętał o wartościach, których coraz mniej wśród współczesnych muzyków, szczególnie tych, którym udało się złapać kilka lepszych robótek.

"To był cudowny człowiek, nie spotyka się często tak sympatycznych muzyków w zespołach tej rangi". Tak wspomina Carra sam Mike Portnoy. Dołączanie bębniarza do zespołu, od samego przesłuchania aż po ostatni wspólny występ, to wielka lekcja i historia, którą warto poznać. Jednym otwiera oczy na show biznes, niektórzy potrafią wyciągnąć z niej pewne wnioski i odnieść do tego, co sami chcą robić ze swoją karierą.

JAK ZŁAPAĆ ROBOTĘ?


Jeden z liderów Kiss Gene Simmons zapamiętał pewien specyficzny moment przesłuchania: "Na koniec wstał, podziękował, wziął od nas wszystkich autografy, na wypadek, gdybyśmy się już więcej nie spotkali. Zaskoczył nas tym strasznie". A trzeba przyznać, że to przesłuchanie było czymś znacznie większym niż ta farsa, jaką mieliśmy w przypadku Dream Theater. By uczynić długą historię krótką - jedna z największych kapel rocka szukała nie tylko nowego bębniarza, ale też odpowiedniego charakteru. Przyszło kilkaset aplikacji pocztą, ale tylko 30 perkusistów dostało się na półgodzinne przesłuchanie z zespołem. Lista chętnych była długa i do tej pory krążą legendy, kto miał zastąpić pierwszego bębniarza Kiss. Z potwierdzonych osób byli to Tico Torres (Bon Jovi) i Bobby Rondinelli (Rainbow, Black Sabbath), ale pojawiają się też takie nazwiska, jak… Ringo Starr (miał wtedy raptem 40 lat), jednak to akurat można włożyć między bajki. Wiadomo, że był tam też Carmine Appice i mimo, że Carmine oficjalnie zaprzecza, to jednak są dowody na to, że uczestniczył w przesłuchaniu.

Czyściciel kuchenek Paul Cravello (prawdziwe imię Carra) dostał szansę zagrać z kapelą, a zdecydował o tym prozaiczny fakt. "Przyniósł swoją aplikację w jaskrawopomarańczowej teczce, która od razu rzucała się w oczy w tej całej stercie zgłoszeń" - podkreśla ówczesny menager Kiss Bill Aucoin, po czym dodaje: "Powiedziałem mu, żeby zgolił wąsy, zanim przyjdzie na przesłuchanie, zespół nie potrzebuje nikogo z wąsami. Był jednym z ostatnich, jaki grał na przesłuchaniu, podczas którego cały sztab Kiss mówił po cichu między sobą: To jest nasz bębniarz!" Wszyscy chcieli jednak zaczekać do końca selekcji, by wszystko było w pełni w porządku. Paul vel Eric spełniał wszystkie wymogi: grał na dwie centrale, śpiewał główne partie, chórki, miał długie włosy, wiekowo pasował doskonale, nie miał tatuaży i był oczywiście sympatyczny, poza tym był pokorny i nie chciał być mądrzejszy od Gene’a i przyciągać uwagę mocniej niż Paul Stanley.


Kilka tygodni później w makijażu lisa (historia tego makijażu też jest powalająca!) grał już z zespołem w nowojorskim Palladium. "Najgorsze było to, że nie mogliśmy przyznać się, że ten nowy perkusista na scenie to nasz syn. Takie były zasady, musieliśmy być cicho" - mama Erica Connie Caravello, jak i cała rodzina, zobligowani byli do tajemnicy w kwestii prawdziwej tożsamości nowego bębniarza Kiss. Anonimowość Carra była przecież jednym z ważniejszych elementów, które wpłynęły na jego angaż. Ale czy tak naprawdę dołączył do zespołu?

BOLESNA SZKOŁA ROCKA


Eric Carr nigdy nie był członkiem zespołu Kiss. Od samego początku w 1980 roku aż do swojej śmierci w 1991 r., czyli przez 11 lat był perkusistą zatrudnionym w zespole. Miał ubezpieczenie, pensję itp. Za każdym razem podpisywał nowy kontrakt na kolejny okres lub okoliczność. Był częścią zespołu, ale nigdy nie był muzykiem, który miał prawo podejmować jakiekolwiek wiążące decyzje. Jego zdanie się liczyło, oczywiście, ale nie w momencie, gdy mówił Paul Stanley lub Gene Simmons. Z drugiej strony zespół wiedział, że Eric jest wielką siłą w ciężkich czasach, jakie dopadły zespół. Kiss nie zawsze trafiało w latach 80 w dziesiątkę, jeżeli chodzi o wydany materiał, ale wciąż był to zespół, którego logo na plakatach koncertowych było jedne z największych.

Muzyk wciąż żartował i wywijał różne numery, które innym nie uszłyby płazem, ale Simmons miał wielką słabość do niego, wiedział, jak dobrym jest bębniarzem i wiedział, że fani go uwielbiają (kiedyś zaprosił do siebie wyziębionych, dygoczących na przystanku, fanów, których dojrzał z okna hotelowego - kto by tak teraz zrobił?).

Mimo swej pogodnej natury Carr z czasem coraz bardziej odczuwał ten stan drugiej kategorii w zespole. Mimo, że faktycznie był jednym z muzycznie najlepszych członków, jaki przewinął się przez zespół. Działał na kontrakt, gdzie przy każdej trasie ustalany był plan na jego perkusyjne solo. Wycięcie solówki z listy podczas jednej z tras było przyczyną sporu z Paulem Stanleyem. Szef każe, bębniarz robi. Przyszedł wreszcie feralny rok 1991, gdzie choroba powoli niszczyła perkusistę. Raczysko zaczęło powoli go zjadać, a zespół chciał dalej działać, niezależnie, co się dzieje. Oczywiście Gene Simmons opowiada o wielkiej tragedii i o tym, jak zajęli się Ericem, ale - niestety - jest to typowy bełkot w wykonaniu tego pana.

Jeden z najlepszych bębniarzy progresywnego rocka i prywatnie przyjaciel Erica (pozostawmy go tu anonimowym) powiedział mi kiedyś: "Tuż przed wizytą w szpitalu, jak już był chory, poszedł do biura (tak, takie zespoły jak Kiss mają swoje biura) i po wyjściu zemdlał w windzie. Rozmawiałem z nim później i krzyczał do mnie: "Oni mnie zwolnili!". Oczywiście nie wiedział tego na pewno, ale przecież jak się działa "na kontrakcie" to sygnały o takiej decyzji są jasne i czytelne. Możliwe, że jego śmierć 24 listopada wyjaśniła wszystko… O ironio. Zespół nie musiał przedstawiać tej mało przyjemnej informacji, że nie będą dalej na niego łożyć (amerykańskie ubezpieczenia zdrowotne…) i jadą grać z kimś innym. Sprawa rozwiązała się sama.

BĘBNIARZ HYBRYDOWY?


Zasuwał jak szalony i śpiewał przy tym fantastycznie. Grał na praworęcznym zestawie, będąc mańkutem (podobnie ma Dave Lombardo). Wspólnie z Carminem Appice, ale głównie z Billem Brufordem pozostają jednymi z pierwszych, którzy wprowadzili bębny elektroniczne do zestawu akustycznego. To, co teraz nazywamy perkusją hybrydową, Carr wprowadził w połowie lat 80 zeszłego stulecia na swoim kolosalnym Ludwigu przy użyciu padów Simmonsa. Nikt wtedy nie myślał o czymś takim, jak Roland TM-2 czy SPD-SX. Wysoko podwieszane nad swoimi Paiste służyły do wybijania melodii podczas ciekawego solo, które nie skupiało się na 11/8 pataflafla, ale na powstrzymaniu wylakierowanych panienek (lub facetów) przed pójściem do baru.

Potrafił grać na wielu instrumentach i miał wielki talent graficzny, typowa artystyczna dusza. Jego partie cechowały atomowe uderzenia i w stosunku do jego stylu gry utarła się opinia, że brzmi to tak, jakby Phil Collins spotkał Johna Bonhama i faktycznie coś w tym było. Podczas koncertów mocno podkręcał tempo, a kilka partii bębnów przearanżował, dodając wiele ciekawych patentów z wykorzystaniem dwóch centrali, których w głębi duszy Gene Simmons nie lubił, ale nie jak zrobił to Carr, on mógł.

Wielu perkusistów inspirowało się jego postacią i grą, mówiąc o tym otwarcie, a są to nie byle jakie postaci światowego rocka: Tommy Lee, Charlie Benante, John Tempesta. Praktycznie wszyscy perkusiści od Portnoya przez Roda Morgensteina, Johna Tempestę czy Charliego Benante, zapytani o Carra, używali w swoich wypowiedziach jeden zwrot, który zostawimy tu bez tłumaczenia: He was a sweetheart.

Materiał przygotowali: Kajko i Artur Baran