O stanie polskiego bębnienia cz. 6. Artur Malik

Dodano: 25.11.2009

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Prezentujemy dziś perkusistę, którego każdy powinien znać, którego każdy powinien posłuchać. Siła i spokój! Panie i Panowie - Artur Malik.


Na kolejny wywiad w naszej serii tym razem powędrowałem do słonecznego Krakowa, gdzie super wypasiony pociąg relacji stolica - eks-stolica zdechł był 10 kilometrów przed tą drugą? Zastanawiałem się, jak zareaguje mój rozmówca na fakt, że całą naszą akcję pewna słynna polska spółka kolejowa opóźni o dobre półtorej godziny. Artur Malik z ojcowską  wyrozumiałością w głosie powiedział, żebym się nie przejmował. Poczułem, że zmieniam otoczenie i muszę zwolnić to chore, paniczne, warszawskie tempo?

Gdy wjechałem na stację, na bogato, bo przecież ostatecznie dwoma "ciuchciami", Artur czekał przy swoim wypasionym "karawanie". Z miejsca zabrał mnie do klubu na Podgórzu, gdzie w spokoju zaczęliśmy pierwszą część rozmowy pijąc kawę i piwko (kto pił co, niech zostanie w sferze domysłów). Po godzinie już wcinaliśmy obiad przy ulicy Lwowskiej, by po chwili przenieść się do salki prób Artura gdzieś? cholera, nawet nie wiem gdzie. Moglibyśmy tak dyskutować godzinami. Z Arturem można porozmawiać ciekawie niemal o wszystkim i nie tylko o jego imponującym artystycznym dorobku m.in. z Lombard, Urszulą, Chłopcami z Placu Broni, Funk De Nite, Pod Budą, niezliczonymi muzykami jazzowymi, funkowymi, rockowymi?

Ciężko jest być perkusistą w Polsce?

W ogóle granie na perkusji, myślenie o perkusji, myślenie perkusyjne, czy nawet próba grania na perkusji bez świadomości muzycznej i doświadczenia muzycznego, poznania muzyki  w sensie historii jest bardzo trudne. Bycie perkusistą w Polsce... myślę, że jest trudne i bardzo odpowiedzialne. Trudne, ponieważ gra na tym instrumencie jest poważną  odpowiedzialnością, styl bycia i życia to też poważna odpowiedzialność.

A jak postrzegasz to przez pryzmat branży?

Nie wiem. Gram na tym instrumencie ponad 20 lat i w zasadzie od 1988 roku jestem w tzw. branży, ale równocześnie obok branży. Znam przez to masę  ludzi z nią związanych i myślę? (dłuższe zastanowienie - przyp. red.) jest ok. Myślę, że jest to zaszczyt, że jestem w tym kraju perkusistą, gdzie niekoniecznie poznaje się muzykę najpierw od strony rytmu a od strony harmonicznej. Uważam, że edukacja w szkole powinna najpierw zaczynać się od rytmu, pulsu groove?a, a dopiero później powinna dołączyć do tego harmonia. Moim zdaniem, edukacja muzyczna w naszym kraju zaczyna się trochę od złej strony

Ja miałem w przedszkolu rytmikę (śmiech).

No tak, ja też miałem rytmikę, jednak pamiętam, jak bardzo mało zwracano uwagę na pulsację. Pamiętam, że w szkole podstawowej muzycznej nikt nie myślał o tym, by myśleć pulsacją. To jest trochę trudne szczególnie w naszym kraju. W ogóle edukację muzyczną, a szczególnie perkusyjną, powinno się zaczynać w ten sposób: najpierw pół roku - rok powinno się mówić, co i z czego powstało, jakie są korzenie, co jest czym. Oczywiście moim zdaniem nie ma tak naprawdę stylistyk, bo muzyka jest po prostu jedna. Człowiek powinien mieć pojęcie, co się czym je i powinien najpierw przejść edukację muzyczną. Powinno się wiedzieć, skąd wziął się blues, czym jest blues, pochodne od bluesa, jak ten blues ewoluował. Bo tak naprawdę wszystko to, co gramy, świadomie lub mniej świadomie oparte jest na bluesie. Soul, blues, a szczególnie korzeń bluesowy czyli przybycie Afrykańczyków do Ameryki, powstanie work songów, blue note itd. itd.

Nie uważasz, że mówimy jedynie o tej skromnej grupie ludzi, która byłaby tym zainteresowana?

Moim zdaniem wszystkich tych, co grają muzykę powinno to interesować.

A jak to wygląda twoim zdaniem obecnie?

Teraz nie mówimy o muzyce tylko o produkcji. Nie tylko w mediach komercyjnych puszczają muzykę komercyjną. To nie jest to, co było chociażby trzydzieści lat temu, gdzie była muzyka użytkowa i nie tylko! No, ale też nie było przecież tak rozbudowanych mediów. Poziom tej muzyki był bardzo wysoki. Kiedy słuchało się muzy to zawsze można było się czegoś  nauczyć, czegoś dowiedzieć. Powstawały nowe style i brzmienia. Teraz mamy do czynienia z komercją czyli, o zgrozo, spopularyzowaniem muzyki w sensie produktu. Najpierw robione są badania rynku, na jaką muzykę jest zapotrzebowanie, dla mnie to jest chore! JAK można badać rynek, jaką muzykę trzeba zagrać??!
 
Dla mnie to jest poważne nieporozumienie, przecież my mówimy o sztuce, a nie o sprzedawaniu proszku do prania czy ziemniaków. Czyli coś, co napędza motor bycia człowiekiem, a mianowicie duszę, serce? nasz umysł, lekkość, inne spojrzenie na świat, nasze aspiracje. Sztuka, a właściwie muzyka miała to do siebie, że potrafiła doprowadzać do rewolucji, burzyć mury, wyciągać ludzi z ciężkich depresji, potrafiła ludziom dawać radość, potrafiła łączyć narody itd? A teraz zaniżanie muzyki do produktu jest po prostu obraźliwe dla kogoś, kto chce grać muzykę. Dlatego też moim zdaniem młodemu pokoleniu trochę źle wpajają pewne zasady, ideały.

A wszystko to, co jest wokół muzyki? Ja np. znam Dodę, ale nie znam jej żadnej piosenki, autentycznie nic nie mogę teraz zanucić z jej repertuaru!


Otoczka, czyli pieniądz. I to nie jest kwestia, że jestem trochę starszy od ciebie. Wiem, bo uczę w szkole i przychodzą do mnie ludzie, i jeszcze nie wiedzą o tym, że są sfrustrowani, dziwne, prawda? Oni jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Dopiero ja otwieram im oczy, bo edukacja w moim mniemaniu nie polega tylko na sprawach związanych z techniką i jak trzeba bębnić. Uczę ich bycia muzykiem, szukania swojego stylu, swojej drogi, artystycznej, muzycznej, duchowej. Samo uczenie spraw związanych z techniką jest łatwiejsze niż pokazanie im drogi, jaką mają obrać.

Dochodzi do konfrontacji?

Mam wrażenie, że oni się budzą z pewnego letargu. Nie wiem, mówię tu dość poważne słowa, być może ktoś mnie pociągnie kiedyś za to do odpowiedzialności. Budzą się i jest szok! "Jak my tak mogliśmy myśleć?! Jak to możliwe, że byliśmy za jakimś parawanem?". Później ja chcę, by coś zrobili, mówię, że coś brzmi nie tak, a oni odpowiadają "Chwileczkę, przecież mówiłeś, że mamy odkrywać swoją drogę, moim zdaniem to tak powinno być". Ja wtedy "Ok, najważniejsze, że powiedziałeś MOIM ZDANIEM, najważniejsze, że szukasz, zaczęliście szukać swojej drogi. Nie chcę, żebyście grali jak Weckl, Colaiuta czy Chambers, jak ktokolwiek. Ci ludzie się pojawili, wnieśli tyle do muzyki, ale oni już są. Chodzi o to, żebyście pokazali jeden punkt, jeden mały kroczek, ale żeby to był WASZ kroczek! Uważam, że jest  to ciężki kawałek chleba, ale jak się osiągnie pewien poziom mentalny to jest z tego wielka satysfakcja.

Uczestniczyłeś w nagraniu wielu płyt. Dlaczego ze swoim naprawdę sporym dorobkiem i ogromnymi umiejętnościami nie jesteś tak naprawdę typową polską gwiazdą perkusyjną? Mógłbyś być?

Nigdy nie próbowałem siebie narzucić, nie próbowałem walczyć za wszelką cenę, żeby zaistnieć. Moje życie artystyczne polegało na tym, by się dobrze wyedukować, żeby wiedzieć co zagrać w danym momencie i jak wkomponować mój instrument, moją muzykę do danego utworu. Takie jest moje myślenie za perkusją. Nie myślę grając w studio, że np. Porcaro zagrałby tak i tak. Nie! Staram się zrozumieć i dostosować brzmienie mojego instrumentu do danego utworu. Nie myślę, czy to jest np. funk. Po prostu albo mi to gra albo nie gra. Bardzo dużo czasu zajęło mi to, by dojść do takiego zrozumienia muzyki.

Muszę ci przerwać. Robert Luty ma podobne podejście. Nie widzisz jakiejś zależności terytorialnej. "Wartość rynkowa" wzrasta, gdy masz występy w programach telewizyjnych, a to zazwyczaj krąży wszystko wokół stolicy?

Wiesz, tak naprawdę nigdy mi chyba na czymś takim nie zależało? Może na początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy nie dbałem o swój rozwój, bo zacząłem grać z Lombardem, miałem dziewiętnaście lat, jeździłem po całym świecie, miałem dużo pieniędzy w związku z tym?

?woda sodowa uderzyła?

To nie była woda sodowa, chociaż tak można by było to określić. To był brak doświadczenia, brak zrozumienia tematu, młodość. Nagle kończysz liceum muzyczne w Katowicach, gdzie z racji statusu jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego w tym czasie w Polsce, miałem niesamowity natłok zajęć we wszelkich gatunkach od klasyki do PNOS-u, nie miałem czasu myśleć, jaką mam drogą podążać, jaki kierunek wybrać. Zawsze czułem, że w środku jestem  muzykiem. Pamiętam, kiedyś jeden mój kolega powiedział, że on zaczął grać na basie, ponieważ mu się dupy podobały? (śmiech). Nigdy czegoś takiego nie miałem.

Myślałeś, by robić coś innego?

Nigdy, nigdy! Kiedyś w Stanach pracowałem na jakieś tzw. dziąkarni i odkręcałem śrubki w samochodach, ale tylko po to, żeby mieć trochę więcej pieniędzy, bo za godzinę dawali mi 8-10 dolarów. Moja matka pracując u nas w ZUS-ie zarabiała 18 dolarów miesięcznie! A ja to miałem w ciągu godziny. A w weekendy byłem gwiazdą, bo grałem z Lombardem (śmiech). Koszula, żel itp.

No właśnie. Jakie  były te koncerty?

Super, kompletnie tego wtedy nie doceniałem, bo mi to z nieba spadło. Zbyt łatwo przyszło. Skończyłem wtedy liceum, dostałem się na V wydział w renomowanej Akademii Muzycznej w  Katowicach.

Która nadal ma swój wysoki status.

Nie chcę krytykować tu swoich idoli, ale wydaje mi się, że mimo wszystko nie jest tak, jak powinno być, bo to jest po prostu taki?

Kulawy system edukacji?

Taaak, właśnie sam ten system jest po prostu lekko archaiczny.

Widzisz jakieś rozwiązanie tego tematu? Miałeś uraz do swojej nauki muzyki.

Zwłaszcza w podstawówce.

Może edukatorom się nie chce, wszystkie te idee romantyczne?

Myślę, że nigdy nie jest na to za późno. Moim zdaniem, a jest to - podkreślam - moja koncepcja, przede wszystkim totalna edukacja indywidualna. Nie mówię tu tylko o zamykaniu się na jakąś muzykę w stylu: O, jazz jest fajny a rock and roll beznadziejny, blues dla dziadów, bo drum&base jest ok. Chociaż jak wiadomo to wszystko ma wspólne korzenie. Musimy mieć świadomość, skąd się to wzięło. Może będę tutaj mocno krytykowany przez swoich kolegów, ale rozwój muzyki zawdzięczamy paradoksalnie temu, że na przełomie XVIII i XIX wieku pojawiło się w Stanach niewolnictwo. Trzeba poznać ten korzeń, jak się pozna Roberta Johnsona, gitarzystę o którym mówiło się, że sprzedał duszę diabłu, ponieważ nogą stukał co innego, grał co innego i śpiewał co innego. Ale jak tego słuchasz to brzmi jak jedna wielka, skończona całość.
 
Dla mnie był to początek groove?u. Ta machina u niego tak pracowała, że był jednym z pierwszych przedstawicieli, który pokazał na czym polega groove i muzyka. Kolejna rzecz dotyczy już pewnej świadomości technicznej i muzycznej, otwieranie i uświadamianie  różnych dróg. Tu się otworzyła ta, a tu ta. To brzmiało tak, a teraz brzmi tak. A nie zamykać ludzi na muzykę i mówić, że to musi brzmieć tak, ty musisz tak zagrać, bo inaczej to jest błąd. Muzyka jest czymś wolnym, to przejście do wolności. Jak się komuś coś narzuca w muzyce, dominuje zbyt mocno - oczywiście mówię tutaj o roli nauczyciela - to tak jakbyś założył hełm z przyłbicą i widział coś bardzo zawężonego, ograniczonego.

Są zasadniczo dwa obozy wśród bębniarzy. Pierwsza w postaci próby gry wszystkiego, każdego gatunku i druga w postaci znalezienia swojej stylistyki i bycia w tym dobrym. Którą preferujesz?

Chyba raczej drugą formę. Czyli edukacja, uświadomienie i znalezienie swojego miejsca. To jest chyba jedyne rozwiązanie. Szczególnie w takim trudnym momencie dla muzyki, jaki jest teraz, tym bardziej u nas. Autorskie audycje w radio puszcza się po godzinie 22, o tej porze ludzie są zabiegani i zbyt zmęczeni, nie mają czasu na wiele rzeczy. Po prostu idą spać.

Ale zobacz, to co leci w radio? Ludzie nawet najdurniejszy kawałek zaczynają po pewnym czasie mimowolnie nucić.

W Stanach, co mi się zawsze podobało, każdy gatunek muzyczny ma swoje miejsce. Ruszasz gałką w radiu - słyszysz funky, ruszasz dalej - soul, dalej - rock, jazz. U nas jest tak, że słuchasz w każdej stacji radiowej prawie to samo - wyjątek Trójka. I w sumie koło się zamyka. Ludzie najchętniej słuchają to? co leci, bo nie mają alternatywy.

Tak naprawdę człowiek nie słucha tego, co chce tylko to, co mu się da.

I tak jest ze wszystkim. Takie jest tempo i pogoń za pieniądzem, bo jak dajesz "paszę" to łatwiej ludźmi sterować. Taka jest prawda! Lepiej jest sterować ludźmi o mniejszej świadomości duchowej, zapatrzonymi w stronę biznesu i pieniądza. Zobacz, kolejny paradoks np. za czasów komuny była w sumie lepsza muzyka, bo była przemycana, bardziej ją doceniano. W ":trójce" puszczano całą płytę Floydów. To był szok, bo nikt nie wiedział o tym, że coś takiego jest. Był też i kicz, ale pojawiały się w eterze całe płyty, które były prawdziwymi skarbami: Zeppelin, Queen, Purple, AC/DC czy chociażby jazz w postaci Weather Report, Mahavishnu Orchestra, Steps Ahead, Yellow Jacket czy też Davis, Coltrane, którego wtedy kompletnie nie rozumiałem. I czasami mam takie momenty, mimo, że muzykę teraz bardziej rozumiem, że też nie mogę się dzisiaj odnaleźć. To może zabawne, bo wolę czasami muzykę zagrać niż jej słuchać. Jednak te dźwięki czasami zbyt mocno komplikują moje myślenie (śmiech). Ja mam bardzo proste myślenie, prosto myślę o życiu i generalnie dobrze myślę o życiu, szanuję ludzi itd. (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że ludzie na świecie są wielkimi indywidualnościami i nie można ich sprowadzać do jednego myślenia, trzeba dać ludziom wolność, edukować, pokazywać różne rzeczy, wtedy to życie nabiera sensu i człowiek może inaczej oddychać. Rzeczy niezrozumiałe są najczęściej pominięte. Dlaczego? Bo są niezrozumiale. Dlaczego? Bo nikt nie uświadamia, jak to zrozumieć! (śmiech)

Jaki był przełomowy moment w twoim muzycznym życiu?

Były dwa takie zdarzenia. Gdy byłem młodzieńcem, usłyszałem AC/DC i Phila Rudda, który w swojej prostocie miał coś niewiarygodnego! To był dla mnie szok. Tu da tu da tu da. To było niesamowite, bo gdy tę prostotę usłyszałem przy tych fikołkach, które były wtedy obecne w muzyce artystów, których wcześniej słuchałem, pomyślałem "O, tu jest coś niesamowitego". Drugi moment to Steely Dan. Przez ten zespół przewinęła się grupa największych muzyków świata, największych perkusistów: Jeff Porcaro, Steve Gadd, Bernard Purdie. Zawsze o muzyce jako o ideale nie myślałem kategorią formy muzycznej tylko o połączeniu muzyki z liryką czyli? piosence. To było dla mnie zderzenie dwóch sztuk. Nie jestem namiętnym czytelnikiem poezji, ale z racji tej, że współpracuję z Piwnicą Św. Norberta, a jest to projekt składający się z kilkunastu artystów - muzyków i aktorów, gdzie mamy kilka punktów i tworzymy wokół tego muzykę, zainteresowałem się nią. Było kilka wieczorów, gdzie prezentowali się aktorzy z poezją i do tego graliśmy muzykę. To mnie oświeciło. Na początku nie bardzo rozumiałem poezję, było to za głębokie dla mnie, gdyż zawsze byłem mocno osadzony w realiach. Po pewnym czasie zacząłem coś odczuwać. Pomyślałem w końcu, że ktoś mądry wpadł na to, żeby połączyć muzykę z tekstem. I jest to według mnie ideał muzyczny, artystyczny! Nagle mój kolega, z którym się przyjaźnię od dawna - Jacek Chruściński, który zna się na muzyce bardzo dobrze i jest  basistą, świetnym edukatorem muzycznym, zapytał mnie " A znasz Steely Dan?", "Nie, nie mam pojęcia, co to jest".
 
Pamiętam, że przyszedł na moje urodziny do domu i przyniósł mi kasetę. Ta kaseta leżała i postanowiłem ją sobie w końcu włączyć, i to był wstrząs! Myślę sobie "Boże! Co za groove!". Bo perkusja to nie jest instrument solo, tylko instrument, który ma swoje miejsce w zespole, a perkusista ma prowadzić zespół, zaznaczać frazę, pokazywać, gdzie jesteśmy. Bo to nie jest przypadek, że zestaw to: werbel, basowy bęben hi-hat.i talerz. Do tego niesamowita harmonia, linia melodyczna, tekst czyli piosenka. Myślę sobie "Ja cię pierdzielę! O co tu chodzi?!". Zacząłem słuchać tego namiętnie. Jak się słuchało tego normalnie to wszystko było przejrzyste, gorzej jak wziąłem tę muzykę na warsztat i zacząłem to próbować grać. Okazuje się, że to nie jest granie prostego groove?u w stylu ósemki i ćwierćnuty tylko, że jest to cała akcja pod spodem, jak u Roberta Johnsona, ta relacja między tymi instrumentami w zestawie, cała maszyna napędzająca. Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to jest? Mimo, że znam wszystkie różne techniki, rudymenty itd. dalej nie wiedziałem o tej maszynie. Co się okazało, te utwory trwają 4-5 minut, cały czas bazując na tej relacji pod spodem - ghost notes. Gdy wszedłem już w ten trans, okazało się, że nie jestem w stanie go utrzymać aż tak długo, a co dopiero 10-15 minut. Zauważyłem, że nie muszę aż tak dużo pokazywać zewnętrznie. Wystarczyło, że wchodziłem w ten groove i ludzie po prostu zaczynali falować, tupać nogą. Zaczynała wchodzić jakaś dziwna wibracja.

Podobnie było, gdy u nas za bębnami siadał Piotrowski.

W tamtych czasach było trzech takich bębniarzy u nas. Piotrowski właśnie, Andrzej Ryszka, z którym utrzymuję cały czas kontakt, mieszkający w Kanadzie, no i świetny mistrz Krzysiu Przybyłowicz. I właśnie perkusja niech będzie perkusją, niech będzie tam, gdzie ona ma być, a nie robienie cyrku z tego instrumentu. Rozumiem zaangażowanie, poświęcenie tak jak Virgil, który przełamał kilka granic, ale gdy go słucham to nie jestem w stanie tego przetrawić. Po co to wszystko? Mam wrażenie, jakby grał do góry nogami. Doceniam to, że poświęcił temu instrumentowi życie, ale muzycznie kompletnie mnie to nie rusza. Granie nogami paradidli w tempie 200 jest niewyczuwalne, sztuka dla sztuki.

W twoim stylu gry ewidentnie wyczuwa się "rock erkę"?

No tak, chociaż pracuję nad różnymi stylistykami gry. Ostatnio poświęcam bardzo dużo czasu na brzmienie, dostosowania zestawu do brzmienia w danym utworze, no i oczywiście swing i groove.

Rockowy dryg słychać w solówce, którą masz na swojej stronie myspace?

Lubię solo z dużą dawką ekspresji. Nigdy nie mam określonej solówki. Solo to totalne uzewnętrznienie, nie zawsze  jest to dobrze zrozumiane.

Dlaczego?

Jak ktoś słucha to może sobie pomyśleć "Ten Malik to jakiś walnięty, co on tu gra w ogóle" (śmiech). Ale jak gram solo to jestem w innym świecie. Nie wiem, co się dzieje wkoło. Nigdy nie macham pałkami i nie robię takiego rodzaju show. W zależności od charakteru muzyki gram taką mniej więcej stylistycznie solówę. Ta akurat, o której mówisz, jest całkiem dobra, dlatego wrzuciłem ją na myspace.

Podwójne stopy idą.

No idą, idą. (śmiech)

Sam nauczasz. Jak to wygląda mniej więcej u ciebie?

Uczę oczywiście techniki, ponieważ jest to język muzyki. Tak jak kształcisz swój język tak kształcisz swój warsztat. On pozwala ci się wtedy łatwiej wyrazić.

Na czym się koncentrujesz podczas lekcji, jaki masz plan działania, na co kładziesz nacisk?

To są trzy punkty działania. Pierwszy - staram się przynosić dużo różnej muzyki. Mój przyjaciel Rysiek Nowak skonstruował mi sprzęt do słuchania muzyki dla perkusistów -  dobry wzmacniacz z lekko podbitą górką i porządne głośniki. Do tego przynoszę dobrej jakości płyty i słuchamy. Każdy ma indywidualne godziny, ale jakoś tak jest, że wszyscy przychodzą na raz (śmiech) i przez kilka godzin słuchamy muzyki, wymieniając się spostrzeżeniami. Drugi punkt to doszlifowanie warstwy technicznej czyli werble i rudymenty, omówienie każdego bardzo szczegółowo, rozpisywanie ćwiczeń, omawianie własnych ćwiczeń, własne propozycje danego rudymentu i ewentualnie zastosowanie, rozbudowanie i orkiestracja rudymentu. No i trzecia sprawa czyli całość, włączam muzykę - graj. Albo kopiujesz albo grasz siebie.

Najczęstszy problem u studentów?

Wysławianie się za pomocą instrumentu. Tłumaczę: "Nie bądź w danym momencie tylko wyprzedzaj, przewiduj, co się za chwilę wydarzy, bądź przygotowany na różne nieprzewidywalne zdarzenia". Wiesz, mówi się, że nie ma słabych zespołów tylko są słabi perkusiści (śmiech). W związku z tym perkusista musi przewidywać i jest tak naprawdę szefem, musi wiedzieć, kto gdzie jest. Trzeba czasami odpowiednio zakończyć frazę, żeby instrumentalista wiedział, gdzie jest, ponieważ czasami gra się z szaleńcami (śmiech).

Wspomniany Robert Luty mówił o ważnej roli perkusisty w takich sytuacjach. O jego odpowiedzialności za solistę i resztę zespołu.

Instrumentaliści są szaleni, czasami nie wiedzą, gdzie są. Odlatują i nie wiedzą, gdzie jest raz, dwa, trzy, cztery (szyderczy śmiech). A ja jak gram solo to oni sobie gadają i czasami rzucam pałki na werbel, zakładam ręce i mówię "Dokończcie rozmowę, a ja ewentualnie będę kontynuował". Parę razy tak mi się zdarzyło.

Zaczynasz z Lombard i otworzył ci się świat, pamiętasz jakiś specjalny koncert?

Zdarzało się, że sprężyna pękła w stopie. Raz zdarzyło mi się, że mnie znosili ze sceny, bo techniczny zamiast donosić mi Coca Colę przynosił mi Colę z whiskey (śmiech). Piję, piję i nagle w połowie koncertu "O, ooo?" i końcówki już nie pamiętam (śmiech). Pytam się "Co mi tam dawałeś?!", a on "Jak to co, whiskey z colą!".

A jakieś dziwne miejsca?

W 1989 roku pojechaliśmy do Bagdadu, do Iraku.

To jeszcze przed pierwszą wojną w Zatoce.

Dokładnie. Pojechaliśmy do Iraku, reprezentowaliśmy Polskę na jakimś międzynarodowym festiwalu. Wyznaczyli nas, żeby pojechać. To były czasy bardzo niebezpieczne, z czego tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie za bardzo sprawy. W Polsce byliśmy bardzo rozpoznawalni, Gośka miała te pióra, makijaże, spodnie podarte, skóry, ćwieki. Jak tam wylądowaliśmy to była spora sensacja. Gośka w tej miniówce łaziła po Bagdadzie, a tam kobiety całe zasłonięte. Mieliśmy pilota, który mówił trochę po polsku. O 6 rano mieliśmy jechać na piękne wzgórze babilońskie, z którego widać panoramę Bagdadu. Każdy z nas wziął aparaty, kamery. Jedziemy, jedziemy i nagle mija nas dwóch kolesi na emzetkach ("motor" z  PRL-u - przyp. red.). Jeden po cywilnemu, a drugi po wojskowemu z karabinem. Zatrzymali autobus, wpadli do środka z tym karabinem z pytaniem, co my tu w ogóle robimy i po co te aparaty. Odpowiadamy, że jedziemy na wzgórze babilońskie, zdjęcia sobie porobić. "Musicie  zawrócić, musimy jechać do Bagdadu zobaczyć, co wy w tych aparatach macie!" - powiedział wojskowy. Wracamy i, kurczę, widzimy, że mijamy Bagdad, zaczynamy się niepokoić.
 
Wywieźli nas na pustynię, gdzie stało coś? kurczę, nie wiem co, bo ogrodzone murem to było. Wzięli naszego technicznego i aparaty, i zabronili nam wychodzić z autobusu. Wyobraź sobie ponad 40 stopni, a my w tym autobusie - bez klimatyzacji. Siedzieliśmy tam dwie godziny, w końcu nam się udało wydrzeć z tego autobusu i po dwóch godzinach przyszedł techniczny, że już wszystko ok. Jedziemy z powrotem do hotelu. Wracamy i znowu mijamy Bagdad, i jedziemy gdzieś w pizdu! (śmiech) Zatrzymujemy się pod potężnym murem, gdzie otwierają się drzwi. Autobus podjeżdża i nas wypychają do tych drzwi. Zamykają nas w takiej stróżówce, gdzie jest stolik, jedna kanapa i nic. Nasz menadżer niepokoi się już, prosi o kontakt z ambasadą, ale co ty! Żadnego kontaktu z ambasadą. Przychodzi czterech wojskowych i pokazują na nas palcem, dyskutując o czymś. Wychodzą i za chwilę przychodzi jeden, siada za biurko wyciąga giwerę, kładzie na stół, siedzi i patrzy. Po dwóch, trzech godzinach przychodzi następny wojskowy i mówi do naszego akustyka "Ty" i go zabierają.

Ale jazda!

Menadżer już krzyczy, że chce z ambasadą, a tamci "Spokojnie, spokojnie, siedź lepiej cicho!". Mija godzina, przychodzą z powrotem i biorą następnego "Ty!", a akustyka nie ma, nie wraca! Spędziliśmy tam 9 godzin i musieliśmy podpisać jakieś zeznanie, że nie jesteśmy szpiegami. Na drugi dzień wylądowaliśmy w polskiej ambasadzie u konsula, który powiedział, że mieliśmy ogromne szczęście, ponieważ równie dobrze mógł o nas kompletnie słuch zaginąć. Mogliśmy nic nie zrobić, a mogliśmy zniknąć. Okazało się, że jak jechaliśmy z tym aparatami to przejeżdżaliśmy ponoć koło miejsca, gdzie konstruowano jakąś bombę, a my tam zdjęcia trzaskaliśmy (śmiech). Na drugi dzień graliśmy koncert w amfiteatrze i Irakijczycy dostali jakiegoś szału. Na finale koncertu zaczęli z tego amfiteatru schodzić i wchodzić na scenę? coraz bliżej? coraz bliżej? coraz bliżej? Próbują Gośkę łapać, ktoś ich tam odgarnia, ale zaczęto tracić kontrolę nad tym wszystkim. Przerywamy koncert i uciekamy do garderoby, tam się zamykamy, a ten tłum za nami leci i tłuką do drzwi?

Siła rock and rolla!

W Rosji byliśmy na dwumiesięcznej trasie, 48 koncertów w dwa miesiące. Teraz gra się 3-4 koncerty. I mówi się, że jedziemy w trasę. Wtedy to były trasy! W Rosji, a raczej jeszcze Związku Radzieckim też byliśmy dobrze rozpoznawalni, handlowaliśmy wszystkim, co się dało, zegarkami, marmurkami, telewizory, złoto przewoziliśmy, dolary (śmiech), było niesamowicie!  Rock and roll rządzi się swoimi prawami.

Pojechałbyś na taką trasę jeszcze raz?

Pewnie, że bym pojechał! Każdy ma tam jakąś swoją misję do spełnienia i moja jest taka, żeby grać i sprawiać, by przez półtorej godziny ludzie mogli się wyłączyć i dobrze się bawić.


Jak godzisz wyrażanie siebie z prozą życia? Nie odmówiłbyś komercyjnemu projektowi.

Ja do tego podchodzę tak. Nigdy w życiu nie zdarzyło mi się robić coś innego. Oprócz tego, że się artystycznie spełniam, to jest mój zawód. Czasy są bardzo trudne, teraz chyba nawet największym artystom zdarza się grać w komercyjnych projektach. To są pieniądze. Jakbym nie miał pieniędzy, nie miałbym tylu zestawów perkusyjnych, nie mógłbym wymieniać w nich naciągi raz na dwa tygodnie, nie miałbym pałek, z których jedna para kosztuje 40 zł. To jest mój zawód, mam rodzinę - żonę Magdę, wielką przyjaciółkę, która też jest artystką - tancerką, świetna dziewczyna, do tego dom, samochód, na scenę też muszę w czymś wyjść,  przecież muszę to jakoś utrzymać. Jak dostanę za koncert 2-3 tysiące to byłbym idiotą, gdybym odmówił. To jest norma. Na pewno nie podjąłbym akcji w żadnej disco polowej kapeli ani dla kampanii politycznej, partii. Nie wiem, co by się stało, gdyby ktoś  przyszedł i powiedział "Zagraj jeden koncert za 50 tysięcy złotych?" Załóżmy dla? Kurczę, w sumie wszystko to, to samo bagno?

Skwitujmy to może tak - będziesz się nad tym zastanawiał, jak dostaniesz taką propozycję.

O, można tak to zamknąć. Bardzo się zawiodłem na samych politykach i na tych całych kampaniach. To jest moim zdaniem lobbowanie pewnego biznesu, ktoś kładzie kasę na kampanię i później pewna grupa ma z tego profity.

A nam skapną resztki?

Taaa?

Skoro jesteśmy przy polityce, zabawmy się chwilę. Powiedzmy, powstaje nowe ministerstwo edukacji perkusyjnej (śmiech). Wśród kandydatów na ministra są: Vinnie Colaiuta, Steve Gadd, Virgil Donati, Mike Portnoy. Kogo byś wybrał?

Ha, to chyba znasz już odpowiedź. (śmiech)

Chodzi o tego siwego pana!

Tak, tak, tak (śmiech). To jest dla mnie jeden z najprawdziwszych, żyjących współcześnie, perkusistów.

Bezwzględnie?

Bezwzględnie! To jest dla mnie pan, który gra prawdziwą perkusję. To jest taka podstawa, na której można grać wszystko. Byliśmy zresztą na koncercie (relacja w Perkusista 1-09 - przyp. red.) to widziałeś?

Jakie masz współczesne inspiracje?

Tuatara.

Cóż to jest?

To moje ostatnie odkrycie. Nie będę ci o tym mówił, bo nie chcę ci narzucać żadnych wizji tej muzyki, żadnych moich spostrzeżeń. Rzuć sobie okiem na to. Rzuciłem hasło (śmiech). Mogę powiedzieć tyle, że jest to muzyka na dzisiaj, którą chciałbym grać, w której czuję się w stu procentach. Chciałbym coś więcej powiedzieć, ale nie powiem (śmiech).

Dobra, ok! Jak przygotowujesz się do studia? Dostajesz propozycję,by nagrać sesję. Co robisz?

Ze sprzętu biorę wszystko, co możliwe (śmiech). Z reguły staram się, oczywiście jeżeli jest taka możliwość, przesłuchać materiał, dwa-trzy razy i idę do studia na bieżąco układać bębny.

Nie przygotowujesz swoich partii?

Nie, ponieważ myślę, że byłaby za bardzo wyświechtana. Lubię, jak w muzyce jest trochę zadzioru, ludzkiego oddechu, jak tam gdzieś troszeczkę jest nierówno, jak nie trafi się tak jak należy. Nie do końca uzyskuje się zamierzony aranż. Jest to wtedy naturalne i bardzo świeże. Trochę mi przeszkadza, gdy trzeba zagrać ściśle daną aranżację. Kiedyś mi się zdarzyło, że nawet feel miałem zaaranżowany, było to dla mnie potwooornie męczące, niemniej płacili - musiałem to wykonać. Bardzo szybko pracuję w studio. Potrafię płytę nagrać w dzień, a półtora to już maks, ale to już, gdy jest 10-12 utworów, łącznie z przygotowaniem i rozstawieniem sprzętu, wyboru werbli czy łączeniu talerzy, ponieważ rzadko gram na samych surowych blachach. Często je łączę w różne ciekawe konfiguracje. Ostatnio połączyłem taki efekt Sabiana z nitami z full crashem i było to jako hi hat. Groove polegał na tym, że charakter między stopą a hi-hatem w charakterze reggae, natomiast ręce grały afrykański rytm Montuńo. Jest to mniej więcej (tutaj Artur zagrał na bębnach groove - przyp. red.) coś takiego. Wyszło to dość interesująco. Staram się na bieżąco eksperymentować z brzmieniem i szukać brzmienia bębna do danego utworu. Groove i brzmienie - jest to piekielnie ważne! Nielicznym mistrzom udaje się to, że mają swoje brzmienie, które pasuje do wszystkiego. Tak jak właśnie Steve Gadd. Jak nie ma producenta to staram się samemu narzucić jakąś wizję (śmiech).

Bierzesz wtedy cały mandżur i wchodzisz do studia?

Tak, najgorsze to jest to znoszenie bo najczęściej  studia  rozmieszczone są po jakiś piwnicach  (śmiech). Całe zaplecze mam przy sobie. Jeżeli jest to trudniejszy utwór to staram się określić ilość taktów w danej frazie, trudniejsze podziały zapisuję. Potem, ważna sprawa to strój czyli dostosowanie brzmienia bębnów do danego numeru.

No właśnie jak stroisz beczki? Jesteś ze szkoły strojenia do utworu czy raczej z tej szkoły dostrojenia do optymalnego brzmienia danego zestawu?

W studio raczej preferuję tę pierwszą opcję. Ostatnio w ogóle spodobały mi się kwinty. Co do stopy mam ten uniwersalny patent, by stroić nisko bardzo główną membranę, w którą uderzam i podobnie flakowato na przedzie. Lekko tłumię jakimś kocykiem. Używam E-mada lub Powerstroke 3 i to jest to. Wszystko się wtedy zgadza.

Aquarian Superkick jest też niezły do stopy.

Taaak, słyszałem. Też jest niezły.

A relacja stroju góra - dół?

Np. chcę znaleźć dźwięk E. Czyli dół  - rezonans - stroję o sekundę wielką w dół czyli D, a góra to jest dźwięk C czyli tercja wielka w dół..Te dwa dźwięki pracują na dźwięk E. Chcesz, to ci pokażę?

Ok, dawaj!

(zaczęliśmy sobie stroić bębny pod ustawione w salce piano - wszystko się zgadza tak, jak mówił Artur - przyp. red.)

Przejdźmy do twoich początków, fortepian? Z niechęcią?

Nie wiem, dlaczego i skąd to się to wzięło, ale bardzo podobał mi się flet poprzeczny. (śmiech) Ale byłem małym chłopcem i miałem za małe płuca. Miałem raptem siedem lat, jak zacząłem chodzić równolegle do szkoły muzycznej. Wolałbym jednak najpierw bawić się danym instrumentem, a dopiero później zabrać się za niego na poważnie. To było chyba zbyt mordercze. Przychodziłem ze szkoły do domu, jadłem obiad i jechałem do drugiej szkoły, która zaczynała się o godz. 16. Gdy przyjeżdżałem do domu o godz. 20, a czasami 21 trzeba było lekcję odrobić i nara?

Oj, to katorga straszna szczególnie dla małego dzieciaka.

Stary, pamiętam, że  wracałem ze szkoły, chłopaki biegli grać w piłkę, w zimie w hokeja czy na narty, a ja kończyłem jedną szkołę i leciałem do drugiej. Dlatego jestem teraz na takim etapie, że nic mi się kompletnie nie chce (śmiech), koledzy mnie teraz gdzieś wyciągają, a mi się po prostu nie chce (śmiech). Jak byłem mały, tyloma rzeczami się interesowałem.

?to kim byłbyś, gdybyś nie był bębniarzem?

Kurde, czasami przychodziło mi to pytanie do głowy, ale nigdy nie mogłem sobie na nie odpowiedzieć. Nigdy. W zasadzie to nie jest tak, że mi się nic nie chce, bo niczym się nie interesuję. Jestem teraz na takim etapie, że interesuje mnie wszystko! A najbardziej warstwa bycia człowiekiem, czyli relacje międzyludzkie, interesują mnie charaktery ludzkie. Lubię poznawać ludzi. Chociaż czasami odczuwam lęk przed niektórymi ludźmi, mają wielką energię i są bardzo mocni? a zarazem słabi. I czasem mają coś dziwnego, że chcą mnie zdominować, co mi się nie do końca podoba, bo wiele rzeczy widzę i rozumiem. Ciężko mnie zaskoczyć jakimś zachowaniem. Im bardziej chce mnie ktoś zdominować, tym bardziej wiem, że ma on więcej kłopotów. Staram się go wtedy zrozumieć i poniekąd mu wewnętrznie pomóc, by po prostu tak nie "szczekał". Bo nie ma potrzeby udowadniania komuś, że się jest "silniejszym".

Psycholog - amator?

Nie, no może nie, bo nie czuję się na tyle inteligentny. Powiedziałbym raczej - pasjonat. Poprzez kontakt z  drugim człowiekiem dokształcam samego siebie. Przychodzi do mnie masa różnych ludzi, ponoć przez tą moją dobrą energię. Czasami jestem mocno wypompowany i leżę w domu oglądając telewizję, mam dość wszystkiego.

Taki "gnilny" dzień.

Tak, czasami po prostu mi się nic nie chce. Jestem wyczerpany, nie mam sił. Nużą mnie spotkania i gadanie o niczym. To jest fajne przez pięć minut, ale na dłuższą metę nie ma opcji? Uciekam też z towarzystwa, gdzie następuje "obrabianie komuś dupy", w ogóle mnie takie rzeczy nie interesują. Być może przez to wiele rzeczy mnie ominęło, ale z drugiej strony jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Nie muszę nosić tego ciężkiego bagażu na sobie.

Poczułeś się kiedyś oszukany?

Tak. Poczułem się oszukany przez pewien hardcorowy zespół z N.H., z którym ostatnio współpracowałem. Bardzo mocno się zawiodłem, chociaż od początku intuicja mi podpowiadała, żeby za bardzo się nie angażować. Przekonali mnie na początku tym, ze mieli jakąś swoją wizję. Ale później okazało się, że to wszystko jeden wielkie oszustwo i trochę się wstydzę, że dałem się wpuścić w coś takiego, ale było to niezłe doświadczenie i trochę nauczyłem się cwaniactwa. Było parę  sytuacji, gdzie znani ludzie mnie oszukali, widzę ich nieraz w telewizji, jak pieprzą bez sensu jakieś głupoty, próbując kreować się na uczciwych ludzi. Miałem  parę takich sytuacji i przez to nabrałem  dystansu do rzeczywistości.

Zaczynałeś grać i o mały włos nie stałeś się przyczyną rozwodu swoich rodziców. (śmiech)

Taaak, oczywiście trochę z tym przesadziłem, ale sama akcja była niesamowita. Ślub siostry, a pieniądze zamiast na kosztowną imprezę, zostały przeznaczone dla Artka na bębenki. (śmiech)

Recording Custom?

Tak, Yamaha. Były wtedy dwa recordingi. W Polsce Krzyśka Przybiłowicza, który był dla mnie wtedy ultra idolem, no i Lucka Bandurskiego, chłopaka z Chrzanowa, od którego zostały odkupione przez moich rodziców? Namieszałem tymi bębnami w domu? Zawsze czułem, że będę się zajmował muzyką i nic innego nie przychodziło mi do głowy. Interesowałem się samochodami i fotografiką, robiłem zdjęcia Smieną, martwą i nie martwą naturę. Fotografowałem konie, kury, kaczki?

?drogę na Ostrołękę?

?(śmiech)? Tak! Ale zawsze miałem rozstawione bębny na górze w moim rodzinnym domu w Żarkach, do których co wieczór wracałem.

A wracając do bębnów, tamte czasy - konto bankowe rodzice mieli w szafie.

Dokładnie, pod pościelą (śmiech). Mama zmieniała te półki, ale widziałem, że one gdzieś tam są. Zrobiło się wtedy konfetti z tych pieniędzy, mama w złości je rozrzuciła, ojciec pozbierał i powiedział "Idziemy kupić bębny".

Miałeś więc wielkie wsparcie u taty?

Do dzisiaj mam, bo mam niesamowitych rodziców. Do dzisiaj mnie wspierają, są w każdym momencie mojego życia. Mam ogromne szczęście w życiu, że mam taką rodzinę. Moja żona Magda nie jest tylko żoną? To jest mój przyjaciel! To nie jest tak, że traktuję ją stereotypowo jak żonę. To jest mój przyjaciel, bez którego nie wyobrażam sobie pięciu minut mojego życia! Ona mnie pasjonuje zawsze, jak nie jestem z nią czas mi się niezwykle dłuży,   jak jej nie ma przy mnie to tak jakby mi czegoś brakowało? rozumiesz? To jest coś niesamowitego. Poznaliśmy się w bardzo specyficzny sposób i ta przyjaźń trwa do dzisiaj. 17 lat jesteśmy razem. Nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy się sobą znudzili?

17 lat, cholera, to już coś w tym jest?

No! My cały czas się przyjaźnimy i ta przyjaźń cały czas rośnie. Dlatego jestem szczęśliwy, bo robię w życiu to, co kocham i mam niesamowitą rodzinę, która zawsze o mnie dba.Wtedy, gdy byłem małolatem i teraz, wspomaga mnie duchowo cały czas!!! A wiesz, jak ciężko było w czasach głębokiej komuny.  Pamiętam, razem z moim przyjacielem Mariuszem Ziętkiem, z którym wynajmowałem mieszkanie, chodziliśmy zbierać butelki, żeby sobie kupić kefir i bułkę, a przed właścicielem mieszkania u którego wynajmowaliśmy, chowaliśmy się, bo nie było nas stać na zapłatę czynszu. Do księdza chodziliśmy podwędzić rabarbar i sałatę, i w wielkim garze robiliśmy taką mamałygę. Wcinaliśmy to z bułką i kefirem przez tydzień (śmiech). Tak było?

No, ale przez to wiesz, co to jest życie..

Tak, wydaje mi się, że je znam. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko teraz jest, a za dwie minuty tego może nie być. To nie jest takie oczywiste, że budzisz się rano i pijesz herbatę? Każdego ranka dziękuję Bogu, że mogę wstać i decydować o sobie. Czasami sobie myślę, czym sobie zasłużyłem, że praktycznie  życie mam usłane  różami...? To jest niewiarygodne, stary. Jak zdaję sobie sprawę z tego, jak ludzie bardzo cierpią, to moje przejścia były jakimiś drobnostkami. Jak masz problem to łatwo to możesz sprawdzić. Połóż palec na stole i walnij się młotkiem, jak ten palec będzie cię bolał i ten główny problem ci nie zniknie to znaczy, że masz naprawdę problem? Jak mówisz, że samochód mi się zepsuł i uważasz to za problem to nie ma o czym gadać. Jak masz miliard na koncie stracisz sto milionów i ty chcesz przez okno skakać to co to za problem jest?! Ludzie szukają wody, by chociaż raz dziennie się napić, inni walczą z jakimiś mrówkami i mieszkają na palach, a my tu, stary, mamy wszystko dookoła, jeździmy, gramy, odpoczywamy, morze, góry, co chcesz? Tu nie ma o czym mówić!!! Dlatego jestem naprawdę szczęśliwy i modlę się codziennie, by to nigdy się nie zmieniło.

Jak zaczynałeś grać to hałasowałeś?

Miałem w sumie dwa domy. Jeden był moich rodziców, a obok drugi mojej babci. Po śmierci dziadka przeprowadziłem się z bębnami do babci, która zajmowała wtedy jeden pokój, więc mogłem tam u niej swobodnie się rozstawić. Po przeciwnej stronie ulicy była piekarnia. W lecie grałem z reguły przy otwartym oknie, bo nie dało się wytrzymać z powodu upału... W pewnym momencie piekarz Jasiu Paliwoda powiedział: "Kurwa! Albo przestajesz grać albo ja przestaję piec chleb!" (śmiech). Musiałem się poddać, bo inaczej wiocha by bez chleba została (śmiech).

Wyróżniałeś się, bo nie zaczynałeś na Polmuzie?

Pierwszy bęben to był Szpaderski, bo mój ojciec chałturzył i od tego wszystko się w sumie zaczęło. Ustawiałem bębny - talerz, hi-hat, na który ojciec mówił break-maszyna (śmiech), bębny musiałem opierać o krzesła? Później bębny Trova i AC/DC, to już z ojcem usprawnialiśmy ten sprzęt jakimiś gumkami, malowanie czarnym lakierem?

Majsterkowałeś przy okazji ze swoim tatą i spędzaliście wzorcowo razem czas!

E, my zawsze razem coś rozbiliśmy! Albo zrzucaliśmy węgiel do kotłowni, albo później, jak ojciec miał hodowlę owiec to zasuwaliśmy z tymi owcami, składaliśmy siano, żniwa, wykopki, w tym wszystkim uczestniczyłem! Od dzieciństwa cały czas coś robiłem. Tu, proszę ciebie, byłem rolnikiem, a za chwilę wychodziłem na scenę i grałem. Cały czas akcja, nie było pięciu minut wolnego, do dziewiętnastego roku życia cały czas coś się działo! (śmiech)

Później wszedłeś w Lombard i nagły strzał, i przypływ gotówki.

Zamiast paska do spodni - krawat, spodnie podarte, koszule za 50-70 dolarów to był szok. Nikt mi jednak nie mógł zarzucić, że mi  woda sodowa odbiła do głowy. Miałem pieniądze po to, żebyśmy się wszyscy razem bawili. Jak przyjeżdżałem do akademika, wódka wtedy kosztowała kilkadziesiąt centów, Johnny Walker 4,70, a ja miałem 2000 dolarów! Kupowaliśmy kartony szlugów, kartony Jaśka, robiliśmy poncze w wielkich wazach. Mieliśmy taką ekipę: Mietek Szcześniak, Kryśka Stańko, Radek Marciński, Rysiu Bezpalko Adaś  Niedzielin i wielu innych fajnych ludzi. Non stop balangi były. Czasami wracałem do akademika i juz sobie nawet myślałem "Jezu, oby nic się dziś nie działo..." Wchodzę do pokoju, a tam TA-DA! I już zabawa? (śmiech). To były fajne czasy.

Można było trochę odłożyć?

Nie no, oddawałem kasę do domu na remonty itd. Ale to, co miałem rozwalić to rozwaliłem.

Niczego nie żałujesz?

Nie żałuję, nie zrobiłem w swoim życiu nic takiego, czego miałbym żałować? Bawiłem się po prostu dobrze i cały czas się dobrze bawię.

Widzisz, jaki jest dostęp do sprzętu współcześnie. Co sądzisz na ten temat?

Pojawiła się swego czasu moja macierzysta firma, czyli Music Info, która zaopatruje mnie we wszelaki sprzęt, szczególnie beczki Mapexa, na których gram. Cieszę się, że pojawiło się tyle nowości, mieszanie poszczególnych gatunków drzewa, dziwaczne hybrydy. Mieszanie drewna z metalem. To wszystko jest z myślą o przyszłości bębnów, by szło to do przodu. Nie zamyka się to też w brzmieniu bębnów akustycznych. Chociaż dla mnie najważniejsze jest uzyskanie niemal idealnego brzmienia akustycznego. Używałem elektroniki np. z Motion Trio, gdzie łączyłem akustyczne brzmienie z elektroniką. W sumie to wszystko grałem od jazzu po mocny rock. Grałem Drum&base, fusion, pop.

Jakby ktoś przyszedł do ciebie w celu nagrania bębnów bardziej by cię interesowała jakość muzyki, a nie styl muzyki?

Tak. Jakość brzmienia, żeby uzyskać jak najlepsze brzmienie. Brzmienie, które jest charakterystyczne dla danego utworu.

Jak wygląda twoje przygotowanie naciągów do studia? Grasz na  świeżych czy lekko rozegranych?

Różnie. Bo w mojej głowie dzieje się dużo różnych rzeczy i nie ma tu reguły. Czasami nudzi mi się mój strój i naciągam bębny na maksa jak piłeczki. To chwilę pobędzie, nudzi mi się i wracam do swojego brzmienia, odkrywam się na nowo. Co do naciągów? Nie mam reguły, staram się być wolnym i działać tak, jak pasuje do utworu, a nie książkowo tak, jak powinno być. Nie ma w mojej grze wirtuozerii, ale coś tam się jednak dzieje. Gram dość nietypowo na bębnach, co nie każdemu pasuje. Czasami jak słucham siebie to myślę, kurczę, znowu tą rzeźbę uskuteczniłem. Z drugiej strony, jak trafię na muzyków to wszystko samo idzie. Nagrałem ostatnio z Pawłem Mąciwodą i Chuckiem Frazierem materiał, gdzie sesja trwała półtora dnia. Weszliśmy i ciach pierwsza-druga wersja wchodziła. Najgorzej jest wtedy, gdy ludzie nie wiedzą czego chcą, a nagrałem 50-60 różnych płyt?

Pierwszą sesję pamiętasz?

To nie była tak naprawdę sesja tylko koncert! Mam to jeszcze na analogu. W teatrze w Krakowie, w maju 89 roku, z Lombardem. Pierwsza z pierwszych sesja to w 88 roku nagrałem Mister of America. To jest mój pierwszy nagrany numer!

Od razu taki hit! Pamiętasz jak się zachowywałeś w studio?

Nie wiedziałem, o co chodzi. Myślałem, że gram równo, a oni odpalili mi metronom i "Graj!"? Jezu? Wcześniej z metronomem bardziej grałem werblowo. Nagrywałem na pojedynczych naciągach bez rezonansów. Zamówić sobie wtedy remo to była masakra.

No tak i ta zmora czyli "kochane" Dowhany.

O, tak (śmiech) raz się walnęło i do widzenia.

Pełen stres, ale obroniłeś się.

No tak, obroniłem się. Jakoś to poszło. Na singlu wyszło, numer odniósł sukces. Pamiętam, jak wydaliśmy Welcome Home to byłem niezwykle dumny, bo była to pierwsza płyta kompaktowa! A wtedy było tak, że zanim ten CD player zadziałał to musiał się rozgrzać. Trwało to zanim płyta ruszyła (śmiech). Byłem strasznie dumny z tej płyty, którą nagrałem bardzo dziwnie.

Dlaczego ?

Ponieważ była nagrywana elektronicznie. Część rzeczy nagrywałem na takich coś a?la padach, u Mirka Wróbla na Malachitowej w studio. To była taka spółka Justyna Holm i Jarek Dobrzyński, która tłukła tam przeboje typu Rynkowski, Szcześniak, Halinka Benedykt itp. Taka fabryka hitów. Jedną część stanowiło studio, a po drugiej stronie stało może 50-60 magnetofonów kasetowych na całych ścianach i robili kopie!

O kurczę?

Tam była taśma matka, wciskało się, uruchamiały się te wszystkie magnetofony i  nagrywało się. A wracając do płyty, część nagrałem na tych padach, a resztę dobijałem palcami! To były przedziwne kombinacje..

Później mocno poszło z Urszulą?

Tak, ale tam była dyscyplina w nagrywaniu. Staszek Zybowski wszystko trzymał w garści. Graliśmy 6-8 godzin  prób dziennie i to słychać później w efekcie końcowym płyty. Jest parę nieznanych utworów np. Lewiatan, jeden z ostatnich kawałków. Posłuchaj, jak my tam gramy. Potem różne rzeczy się działy? Funk De Nite, Ania Treter, Pod Budą, Zander House, Bluesmobile, Kulturka oraz wielu, wielu fantastycznych artystów.

Jak plany?

Zacząłem współpracować z Rudim Schubertem, który chce wrócić na scenę. Muzycy są tam znaaakomici! Tadzio Leśniak, Andrzej Pawlukewicz, Zbyszek Seroka, Marek Reiss, Wojtek "Bober" Bobrowski. U Rudiego wszystko jest bardzo profesjonalnie zorganizowane, próby, koncerty. Aranżacje w stylu latino. Jest dużo grania, ale nie ma niepotrzebnych dźwięków!

A to nie jest proste.

O, to jest moim zdaniem największa jazda. Jak ci się tylko coś wyrwie to burzy ci cały spokój. Oprócz tego pracuję z Chuck Frazier and Blue Rain oraz projekt o tajemniczej nazwie Czarne Korki Diego Maradony (śmiech).

Nieźle. Odnośnie sprzętu, jesteś "Mapexem"?

Tak, i to międzynarodowo.

Czyli otwierając katalog możemy cię spotkać.

Tak, otwierając tegoroczny katalog można zobaczyć zdjęcie z moją skromną osobą. I jest to już trzeci katalog. Jeszcze jak firma raczkowała na rynku światowym to byłem już z nią związany.

Jako profesjonalista nie odmawiasz sobie zabawy z innymi instrumentami.

Tak, dlatego mam jeszcze Pearla i Ludwiga o olbrzymich rozmiarach.

Blaszki Sabiana?

Tak. Oprócz tego kolekcja sześciu werbli, a w nim mój ukochany werbel Ludwig Suprafonic, MAPEX seria DEEP FOREST. A to mój najnowszy nabytek, prezent od mojej żony DW Neil Peart?

O żesz? ładny prezent! Blaszki Sabiana czyli firmy która ma masę różnych wynalazków?

No tak, niestety (śmiech), bo już się gubię i nie nadążam za tymi wszystkimi nowościami? Mam w sumie okrojony skład talerzy. Dwa crashe - El Sabor, Legacy, hi hat i ride też Legacy, crash z nitami, China HHX i belle Terry?ego Bozzio. W studio jednak nie ma dla mnie  ograniczeń!

Jak ćwiczysz?

Najważniejsza sprawa to werbel! Wszędzie mam jakiś komplet pałek i w każdej chwili mogę sobie poćwiczyć. Oprócz tego niezależność, dwojaki sposób. Pierwsza niezależność oparta jest na swingu, gdzie ride jest ćwierćnuta, ósemka z kropką, szesnastka interpretowana albo z trioli albo z szesnastki. Najczęściej gram z szesnastki, bo jest precyzyjniejszy i służy mi lepiej w późniejszym graniu. To jest więc podstawa. No i kombinacje, lewej ręki ćwierćnut, ósemki, ósemka z kropką szesnastka, szesnastki, triole i potem robię kombinacje. Potem zamieniam kolejność kończyn, ale tak żeby ride trzymał to wszystko. Drugie ćwiczenie na niezależność to trzy kończyny, grające jakiś prosty rytm, a np. prawa noga improwizuje i dalej zmieniam kończyny improwizujące. Gram też dużo ćwiczeń usytuowanych w różnej dynamice. Staram się też opracować różne stylistyki w różnych tempach. Bardzo dużo gram z muzyką, zakładam na ucho i gram. Staram się ćwiczyć w bardzo wolnych tempach. Mam też taki patent, że każdy z rudymentów nazywam jakąś literą i układam sobie z tego wyrazy (śmiech).

Fajna opcja?

No tak. Skupiam się przede wszystkim na czytelności i odpowiedniej artykulacji. Bębny muszą być dobrze wyartykułowane!  Nie możesz zrobić tarki trrrrr, tam musi być dynamika!

Coś pojawiło się ciekawego na polskim rynku?

Bałem się tego pytania (przeraźliwie długi śmiech). Jeżeli mam być szczery to Czarek Konrad, Jasiu Młynarski, Robercik Luty, niestety nie miałem możliwości słuchania dawno Michała Dąbrówki, ale ci gentelmeni są bardzo mocno sytuowani na rynku. Z młodych pałkerów to mogę wyróżnić np. Filipa Mozula, Michała Miśkiewicza, hm? kogo jeszcze? No, nie wiem. Oglądam tych młodych karateków, oni są wszyscy technicznie świetni, jednak muzycznie nie przekonują mnie. Może już za stary jestem (śmiech). Słucham różnej muzyki i czuję, czy muzyka płynie, czy nie. Wyszkolenie techniczne jest fenomenalne, ale muzyka to nie tylko szybkość i prędkość, aczkolwiek doceniam ten cyrk?

Słowo na koniec - słowo na niedzielę?

Bawmy się! HAHAHAHAHAHA!